Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Bierzmy sprawy w swoje ręce

Michał Galczak

- Mówię wam, chłopy, com widział! - Zarzekał się zdyszany Gacioch.
Kurzyło mu się z czapy, bo na dworze ziąb był niesamowity, a on rozgrzany był, niczym w gorączce. Przebiegł na mrozie dobre trzy kilometry. Po śniegu i lodzie. Dupsko całe miał upaprane, widać, że nieraz równowagę musiał stracić podczas sprintu i kilka razy wyrżnął na zmarzniętą ziemię. Zęby mu szczękały, jak łopatki w rozklekotanej sieczkarni. Patrzył na mężczyzn rozbieganym wzrokiem, co i rusz doskakując do któregoś i chwytając go za kołnierz.
- Mówię przecież! - Ryczał głośno.
- A pieprzysz tam głupoty! - Machnął ręką sołtys. - Nachlany pewno jesteś...
Gacioch pobladł.
- Gdzie nachlany? - Otrzepał waciak ze śniegu. - Sołtysie! Jak nachlany, kiedy prawie zupełnie trzeźwy jestem!
Sołtys Kordulak prychnął tylko i obrócił się na pięcie. Widać było, że nie ma ochoty gadać z Gaciochem.
- Nie ma co o głupotach rozprawiać, chłopy - oznajmił. - Jutro przed południem będzie u nas w świetlicy prelegent z powiatowego oddziału Wojewódzkich Kółek Rolniczych. Obecność obowiązkowa!
- Zygmuś! - Do sołtysa doskoczył Kleń, starszy traktorzysta i zarazem skarbnik pegieeru w Psibrzuszkach. - Koniecznie wszyscy tam musimy być? - Jęknął, marszcząc czoło.
Sołtys był niewzruszony.
- Absolutnie. Ta wizyta została uzgodniona już ponad dwa miesiące temu. Specjalnie zabiegałem o to, żeby towarzysze z komitetu przysłali do nas któregoś ze swoich specjalistów - mężczyzna pociągnął nosem i schował zziębnięte dłonie do kieszeni kożucha.
- A co on, będzie tutaj robił, ten specjalista? - Zaciekawił się stary Grążel.
Sołtys poprawił kołnierz i odchrząknął.
- Wygłosi odczyt na temat nowoczesnych metod uprawy ryżu długoziarnistego - wyjaśnił, po czym dodał, już nieco ciszej - w oparciu o doświadczenia zaprzyjaźnionego narodu chińskiego...
- O, psia dupa... - zaklął Grążel.
Kleń zdjął ogromną, futrzastą czapę i podrapał się po łysinie.
- Ryżu? - Zapytał zdziwiony. - A co nam do ryżu?
Sołtys wzruszył tylko ramionami.
- Za zimno u nas na ryż. I za sucho - zaopiniował Grążel.
- Ale prelekcji wysłuchać można - sołtys złapał się pod boki. - Zima jest, nic lepszego do roboty nie macie. Posiedzicie sobie, posłuchacie. Może co mądrego z tego wyciągniecie.
Mocny powiew mroźnego wiatru uciszył rozmawiających. W powietrzu unosiły się jedynie kłęby pary wydostającej się z ust mężczyzn. Te największe okalały wciąż silnie dyszącego Gaciocha. Mężczyzna wyszedł przed zebranych.
- Posłuchacie mnie, do diabła? - Jęknął. - Mówię wam przecież, żem właśnie mordercę widział pod lasem, a wy o ryżu gadacie!
- Bo i ten ryż bardziej tu prawdopodobny, niż twoje bajdy pijackie - skwitował krótko sołtys.
Gacioch zacietrzewił się. Ściągnął z głowy czapkę i cisnął nią w zaspę śniegu.
- Toć widziałem, jak mordował! - Zawył żałośnie.
- A może kto z tobą był? - Podpytał Kleń. - Kto by też to widział?
- Kania był, leśniczy. Ale to wcześniej, jakeśmy... - Gacioch zawahał się na moment. - Jakeśmy po lesie spacerowali.
Grążel prychnął głośno.
- Spacerowali... – powtórzył z przekąsem. - Chojny żeście wycinali po ciemku! Ot co!
Gacioch machnął ręką na jego słowa.
- Uważaj, bo jak was kiedy kto dorwie, to do paki pójdziesz siedzieć za te chojny! - Zagroził sołtys.
Gacioch spurpurowiał.
- Czy wy mnie w ogóle rozumiecie? - Wrzasnął w uniesieniu. - Mówię wam, że widziałem jak człowieka ktoś mordował!
Mężczyźni pokiwali głowami. Kleń zerknął ukradkiem na sołtysa, a potem znów na Gaciocha.
- Piliście pewno z Kanią bimber od Będziaka...
- Kurważ wasza mać! - Zaklął poirytowany Gacioch, purpurowiejąc na twarzy.
Mężczyźni poruszyli się.
- No, no! Nie pozwalaj sobie, łapserdaku! - Odgroził się Kordulak. - Nie będziesz mi tu rodziny obrażał, pijaku jeden.
Gacioch zasapał się. Stęknął ciężko i żałośnie. Zgarbił się, ręce opadły mu wzdłuż tułowia i zawisły bezradnie.
- Człowieka na moich oczach zabito. Dociera to do was?
Grążel odsunął na bok przytupującego z zimna Klenia i stanął przed Gaciochem.
- Na twoich oczach, mówisz? - Spytał, przechylając głowę na bok. - To czemuś nic nie zrobił, hę? Czemuś z pomocą nie przyszedł?
- Bo i gówno widział! - Kordulak po raz kolejny próbował zakończyć dyskusję, która wydawała mu się całkowicie bezsensowna.
Gacioch zrobił natomiast to, czego żaden z nich się nie spodziewał: usiadł na zaspie śniegu i rozpłakał się. Mężczyźni spojrzeli po sobie zaskoczeni.
- Zgłupiał? - Wyszeptał Kleń, cofając się na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że Gaciochowi istotnie odbiło i mogłoby to być w jakikolwiek sposób zaraźliwe. Tymczasem siedzący opodal niego mężczyzna łkał i trząsł się do rytmu pociągania nosem. Ogromne łzy spływały po nieogolonych polikach na parciane portki, inne upadały wprost na udeptany śnieg pod jego nogami.
- Łatwo wam się śmiać, boście tego nie widzieli. - Mruknął, wycierając jednocześnie nos w rękaw waciaka.
Twarze mężczyzn przybrały wyraz zakłopotania. Podsunęli się do Gaciocha. Kordulak niepewnie wysunął rękę w jego stronę i niezgrabnym ruchem poklepał go po plecach, w geście niby-pocieszenia.
- No, nie maż się jak baba - bąknął pod nosem.
- Pamiętaj, że mróz jest - zawtórował sołtysowi Grążel. - Jeszcze ci gęba popęka na zimnie od tego płaczu, albo jak...
Gacioch westchnął głęboko i zaczął wycierać mokrą twarz. Kiedy się trochę uspokoił, spojrzał na stojących wokół niego mężczyzn.
- Wystraszyłem się i uciekłem - wytłumaczył się cicho.
Czekali w milczeniu.
- Widziałem ich dokładnie. Tak jak was teraz widzę - pokiwał głową. - Sami byście się wystraszyli tego, com widział.
- A coś takiego widział?
Mężczyzna westchnął i splunął pod nogi.
- Potwora widziałem. Wyglądał jak człowiek prawie, ale to nie człowiek był, tylko potwór.
- Potwór?
- Co ty pieprzysz? - Zdziwił się traktorzysta.
Gacioch spojrzał na niego groźnym wzrokiem.
- Nic nie pieprzę! - Odciął się. - Mówię wam, żem widział coś strasznego. Okropnego. Nigdym nic tak przerażającego jeszcze na własne oczy nie miał okazji oglądać. To było... To było...
Zniecierpliwiony Kordulak przytupnął.
- No powiedzże w końcu!
Gacioch westchnął:
- Wysoki był, na czarno ubrany, w długim płaszczu. Najpierw jak doskoczył do dziewczyny, tom myślał, że ją dupczyć będzie chciał. Za włosy ją złapał i rzucił na ziemię, prosto w śnieg. Podniosła się i chyba krzyczeć próbowała, ale musi wystraszona silnie była, bo zabeczała tylko, jak koza. Potem widziałem, jak ten czarny doskoczył do niej. Ściągnął z niej kożuch i zostawił ją tak w samej koszulinie. Zacisnął ręce na jej szyi i zbliżył się do jej twarzy. Jeszcze przez chwilę mi się zdawało, że jednak za chędożenie się będzie brał i że całuje dziewczynę, żeby siebie i ją rozochocić. Wtedy nagle chmury się rozlazły i odsłoniły księżyc. Zobaczyłem, jak w jego świetle błysnęły zębiska tego chłopa. Okropne były! Długie, bielusieńkie i na bardzo ostre wyglądały! Oj, paskudnie ostre! A miał ich w gębie od groma, równo jeden obok drugiego poutykane. Kłapnął tymi zębiskami i chwycił dziewczynę za szyję. Szarpała się nieboga, nawet głos jej wrócił na chwilę i krzyknęła, ale cicho i cherlawo. Potem z kolei szarpnął się ten czarny. Wyrwał kawał mięsa z dziewuchy i pożarł na jej oczach. Zaraz na nowo wgryzł się w nią, a cała jej koszula zalała się juchą. Gryzł, siorbał, ciamkał i mlaskał. Dziewczyna nieżywa padła na ziemię, ale mało mu było. Dopadł do niej i rozerwał jej bebechy, wybierając garściami wnętrzności i pochłaniając z lubością.
- O kuźwa… - stęknął Grążel. - Toż to porąbaniec jakiś!
- Też tak pomyślałem - przytaknął Gacioch. - Wystraszyłem się wtedy i co sił w nogach tutaj pognałem. Jak teraz o tym myślę, to zły na siebie jestem, żem dziewczynie nie pomógł. Bidula nacierpieć się musiała. Niech jej ziemia lekką będzie...
Kordulak zasępił się. Dumał przez chwilę, po czym spojrzał na mężczyznę uważnie.
- Powiedz, Rafale, a rozpoznałeś może tę dziewczynę? Wiesz która to była?
Gacioch przytaknął, patrząc na sołtysa przestraszonym wzrokiem.
- Wiem. – Odrzekł. - To córka tego pomylonego Chruściela, co pod lasem mieszka, na samym końcu wsi.
Mężczyźni spochmurnieli.
- Anka chyba jej było, czy jakoś tak… - próbował sobie przypomnieć Gacioch.
Kleń z Grążelem kręcili głowami.
- Pewny jesteś, żeś to widział? – Dopytywał Kordulak.
- No mówię przeca! – Gacioch znów zaczynał się unosić.
Sołtys uspokoił go ruchem dłoni.
- Nie gorączkuj się, Rafale – rzekł pojednawczo, po czym zwrócił się do wszystkich - noc teraz, a po ciemaku nie będziem się włóczyć po polach. Jutro z samego rana pójdziem w miejsce, o którym mówił Gacioch i obejrzym je. Mam nadzieję, że coś się wtedy wyjaśni.
- A ja mam nadzieję, że ten prelegent cudaczny nie będzie nam po chińsku o swoim wydłużonym ryżu gadał... - burknął pod nosem Grążel, po czym ruszył w stronę swojej chałupy.

***

Bladym świtem zebrała się przed chatą Kordulaka grupka mężczyzn. Przytupywali na mrozie, ziewali i niepewnie spoglądali po sobie. Ćmili papierosy, na wiejską modłę zwisające w kącikach ust. Okutani w grube waciaki i kożuchy, każdy na głowie zatkniętą miał ogromną, futrzaną czapę, a na nogach ciepłe gumofilce. Sołtys wyszedł, zamykając za sobą skrzypiące drzwi. Wciągnął mocno zimne powietrze i wzdrygnął się od mrozu.
- Psiakrew… - zaklął, po czym dodał głośniej – idziemy, nie ma co czekać.
Szli w milczeniu, postękując i ciągając nosami. Dotarli do celu, gdy słońce w całości wynurzyło się zza horyzontu. Już z daleka dostrzegli na śniegu wyraźną plamę. Krew przez noc utrzymała kolor i teraz, w promieniach słońca połyskiwała rubinowa, zamarznięta kałuża, rozlana na skraju pastwiska, tuż obok drogi do lasu.
- Ale, kuźwa, rzeźnia… - potrząsnął głową Grążel, zanim jeszcze doszli na miejsce.
Zatrzymali się na drodze i niepewnie przyjrzeli śladom na śniegu. Co raz to któryś mlaskał, wzdychał, albo rzucał niewybrednym słowem.
- Widzicie sami… - Gacioch wskazał na krwawe pobojowisko. Zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy wlepiali wzrok w to miejsce.
- Ano widzimy – Kordulak podrapał się po policzku i cmoknął, wyciągając spomiędzy zębów resztki śniadania.
Pierwszy ruszył się stary Grążel. Jednym susem pokonał przydrożny, zasypany puszystym śniegiem rów i zaczął forsować ogrodzenie z drutu kolczastego. Za nim skoczył Kleń. Obsunął się jednak do rowu i musiał gramolić się na czworaka. Po chwili wszyscy znaleźli się na pastwisku. Podeszli ostrożnie do czerwonej plamy, starając się w nią nie wejść. Grążel ściągnął czapę i zaczął ją niespokojnie miąć w dłoniach.
- Zupełnie jakby jaki pijany rzeźnik kabana tu sprawiał… - Kleń przykucnął i ostrożnie dotknął palcem brzegu zamarzniętej kałuży. – Tfu! Suczyj syn!
Kordulak rozglądał się dookoła. Wyraźnie czegoś szukał. Mrużył oczy i wpatrywał się uważnie w pobliskie krzaki. Ruszył w ich stronę i przez jakiś czas krążył opodal nich, wnikliwie sprawdzając każdą nierówność na śniegu.
- Nie ma nigdzie ciała – oznajmił posępnie, wracając do mężczyzn.
- Ano nie ma – przyznał Grążel. – Widać jednak, że jatka tu była straszliwa.
Pozostali przytaknęli.
- A może… - Kleń przegarnął butem grudkę poczerwieniałego śniegu. – Może to nie z człowieka ta cała krew?
- A z kogo niby?
- Na ten przykład ze zwierza jakiegoś. Patrzajta, ile tu śladów różnych. I łapy wilcze, i kopyta jakieś, i inne jeszcze…
Zadumali się nad słowami Klenia. Mógł mieć w końcu rację.
- Te łapy to na pewno psie, a nie wilcze – zaopiniował Grążel, nachylając się nad śladami. – Wilcze większe by były. Zwierzęta mogły przyleźć później, do krwi…
Mężczyźni pokiwali głowami.
- No i widziałem w końcu na własne oczy, jak ją mordował… - Dodał Gacioch, trochę jakby mniej pewny swoich słów.
Westchnęli wszyscy naraz. Ciężki problem stanął przed nimi i teraz każdy dumał co można by z tym dalej zrobić.
- Trzeba na milicję pójść. Doniesienie złożyć – odezwał się Kleń.
Grążel pokręcił głową.
- E tam, na milicję od razu – stęknął. – Wyśmieją nas, jak się tylko okaże, że nikt tu nie zginął. Na milicję trzeba mieć z czym iść…
- Racja…
Sołtys dreptał w miejscu. Kilkakrotnie okrążył plamę krwi, mamrocząc przez cały czas pod nosem, sam do siebie. Pozostali spoglądali to na niego, to na starego Grążela, który także zamyślił się i szukał jakiegoś wyjścia z sytuacji. Skubał brodę i wpatrywał się w zabarwiony czerwienią śnieg. Nagle sołtys Kordulak zbystrzał.
- Chyba wiem, co powinniśmy zrobić – uniósł do góry wskazujący palec.
Natychmiast spoczęły na nim pytające spojrzenia pozostałych mężczyzn.
- No?
- Co?
- Gadaj.
Sołtys oblizał wargi, chrząknął i splunął na śnieg.
- Póki co, nie mamy powodu, żeby na milicję iść. Im nie starczy to, że Gacioch coś tam widział, tym bardziej, że wiedzą dobrze, że on wypić lubi i nachlany po wsi łazi, i głupoty gada.
Bohater opowieści spłonął rumieńcem wstydu. Nic nie odparł, bo dobrze wiedział, że Kordulak prawdę mówił.
- Niedługo ta prelekcja cholerna się zaczyna – ciągnął dalej sołtys – a obiecałem towarzyszom z powiatu, że cała wieś na niej będzie. I słowa dotrzymam! Tego tutaj tak zostawić nie możemy, a nie uchodzi od razu rabanu podnosić, bo nie wiemy przeca co tu zaszło. Tak myślę, cobyśmy poszli na świetlicę i, jak ten specjalista się produkować będzie, zastanowili się co i jak.
Mężczyźni pokiwali głowami, bo i pomysł Kordulaka był całkiem sensowny.
- Jeden z nas pójdzie tej dziewuchy poszukać, co ją Gacioch jako ofiarę widział – Kordulak jeszcze nie kończył. – Ty pójdziesz.
Wskazał palcem na zaskoczonego traktorzystę. Kleń nerwowo rozejrzał się po zebranych.
- Ja? – Spytał.
- Tak, ty – potwierdził sołtys.
„Ochotnik” stęknął.
- Ale dlaczego ja?
- Bo na traktorze tylko jeździsz. Tobie wiadomości o uprawie ryżu do niczego się nie przydadzą. Co innego pozostali – wyjaśnił z poważną miną Kordulak. – Poza tym niepozorny jesteś, to i nikt pewnie nie zauważy, że ciebie nie ma.
Kleń załamał ręce, ale w głębi duszy w sumie cieszył się, że nie będzie musiał wysłuchiwać głupot. Sołtys ruszył w stronę drogi, wzrokiem zapraszając do siebie wybrańca losu.
- Pójdziesz do Chruściela i zapytasz go o córkę.
- On szalony przecież, nic mi nie będzie chciał powiedzieć… - jęknął mężczyzna.
- To sam zobaczysz. Do chałupy mu wleziesz pod byle pretekstem i rozglądać się będziesz.
- Gotów mi jeszcze przez łeb siekierą dać.
- Stary jest. Nic ci nie zrobi – uspokajał Kordulak. – Musimy się wywiedzieć, co z tą dziewuchą się stało, czy żyje może, czy też rzeczywiście to ją Gacioch widział w nocy.
Kleń przytaknął bezgłośnie. Sołtys klepnął go po plecach.
- Tak idź i dowiedz się. A jak wrócisz to od razu do nas przyłaź! - Zawołał za oddalającym się mężczyzną.

***

W świetlicy było pełno ludzi. Powietrze z każdą chwilą gęstniało od stale przybywającego papierosowego dymu. Światło lamp z trudem przebijało się przez siwe obłoki tytoniowej zasłony. W pomieszczeniu przeważał kwaśny zapach potu i jeszcze mniej przyjemna woń tego, co mieszkańcy wsi wnieśli do środka na swoich butach. Kobiety z miejscowego kółka gospodyń wiejskich rozstawiły z samego rana kilkanaście rzędów krzeseł, szczelnie zastawiając nimi całą powierzchnię podłogi.
Ludzie kotłowali się, starali zająć upatrzone przez siebie miejsca. W przejściach między prowizorycznymi rzędami biegały grupki rozwrzeszczanych dzieci, a te mniejsze, które nie mogły jeszcze biegać, wrzeszczały na rękach matek. Pomimo wczesnej pory, kilku mężczyzn raczyło się gorzałką, nie starając się specjalnie z nią kryć.
Grążel z Gaciochem usadowili się na samym końcu sali. Przycupnęli w kącie i udając zainteresowanie zebraniem, zagłębili się w rozmyślaniach nad nocnymi i porannymi wydarzeniami. Dookoła ludzie rozmawiali głośno i żartowali, przekrzykiwali jeden drugiego.
W głównym miejscu świetlicy, tam, gdzie miał przemawiać zaproszony gość, złączono ze sobą dwie duże ławki, które zostały po zlikwidowanej szkole i narzucono na nie czerwone sukno, tworząc tym samym całkiem zacny stół dla prelegenta. Na stole pojawiła się butelka wody mineralnej i szklanka z kawą gęstą jak zupa. Kosałka, dawny nauczyciel, przyniósł specjalnie na okazję odczytu własny rzutnik do slajdów, który zajmował teraz zaszczytne miejsce na stole.
Na środek sali wystąpił sołtys Kordulak i zaczął uciszać gawiedź.
- Kochani... Ciszej, proszę... - próbował przebić się przez chór głosów.
Gwar zdawał się nieco cichnąć, lecz wciąż jednak było głośno. Podenerwowany mężczyzna wyrżnął pięścią w stół.
- Cicho! Do jasnej cholery! - Ryknął ile tylko miał sił w płucach.
Na sali natychmiast się uspokoiło. Ucichły rozmowy i oczy wszystkich spoczęły na Kordulaku. Ten uśmiechnął się nieznacznie i dygnął w ćwierćukłonie. Wzrokiem odszukał twarze Gacioch i Grążela, i skrzyżował z nimi porozumiewawcze spojrzenia. Następnie odchrząknął i zwrócił się do wszystkich:
- Mamy dzisiaj zaszczyt gościć u siebie specjalnego gościa, delegata z powiatowego komitetu Wojewódzkich Kółek Rolniczych. Przybył do Psibrzuszków, aby zaszczycić naszą społeczność niezwykle interesującą i przydatną prelekcją na temat nowoczesnych metod uprawy ryżu długoziarnistego, opartych na doświadczeniach zaprzyjaźnionego narodu chińskiego - sołtys wystukał wszystko bez zająknięcia. - Jak powszechnie wiadomo, nasi towarzysze z Chińskiej Republiki Ludowej to niesłychanie mądry i pracowity naród. Od stuleci rozwijali uprawę tego szlachetnego zboża, doprowadzając do perfekcji...
Kordulak bezbłędnie recytował wyuczoną na pamięć zapowiedź. Po kilku minutach niektórzy z mieszkańców zaczynali ziewać i rozmawiać. Któreś z dzieci ponownie uderzyło w płacz, wydzierając się na całą salę.
Gacioch nachylił się do Grążela.
- Nie ma tu Chruściela, ani jego córki - zauważył.
- Ano nie ma - przyznał Grążel, mrużąc oczy i rozglądając się dookoła.
Sołtys po słowach wstępu zaprosił na salę prelegenta i zainicjował brawa na powitanie gościa. Następnie niezgrabnym truchtem podążył na koniec sali i usiadł obok Gaciocha.
- Chruściela nie ma na sali - natychmiast zakomunikował mu konspiracyjnym szeptem sąsiad. - Jego córki też.
Kordulak przyjął wiadomość skinieniem głowy i udawał zasłuchanego w wygłaszany odczyt.
- Skośny trochę ten delegat z powiatu… - mruknął pod nosem Grążel.
Sołtys łypnął okiem w stronę gościa.
- Pewnie u chińczyków siedział za długo – wzruszył ramionami.
Prelegent produkował się zawzięcie, a zebrana ciżba przysypiała i nudziła się sromotnie. Niektórym udawało się przysnąć, reszta skazana była na słuchanie o kolejnych etapach uprawy ryżu. Zniecierpliwiony Gacioch miął w dłoniach połę kubraka. Oddychał nerwowo i przygryzał wargi.
- Powinniśmy na milicję z tym pójść - szeptał do sołtysa. - Czy to prawda była, czy tylko moje przywidzenie, to powinniśmy władzy o tym powiedzieć.
Grążel też kręcił się niespokojnie na swoim krześle i wzdychał co chwilę.
- Czekajmy, aż Kleń od Chruściela wróci - uspokajał Kordulak. - Nie ma się co...
Sołtys przerwał, bo w drzwiach świetlicy pojawił się Kleń, blady jak lniane płótno. Mężczyzna doczłapał do nich na uginających się ze zmęczenia nogach. Dyszał ciężko, zupełnie jak Gacioch poprzedniego wieczora. Najwidoczniej w identyczny sposób co on pokonał całą drogę, by jak najszybciej przynieść wiadomości. Zasapany usiadł między mężczyznami i z trudem starał się złapać oddech.
- Mówże! - Wycedził przez zęby zniecierpliwiony Grążel.
Kleń pokręcił głową na znak, że potrzebuje jeszcze chwili wytchnienia.
Kordulak splunął na podłogę i zagryzł wargę. Po chwili traktorzysta uspokoił się nieco, wciąż jednak pozostał blady niczym pobielona ściana.
- No i? Czegoś się dowiedział? - Ponaglił go sołtys.
- Przesrane. Przesrane jak w ruskim czołgu. Przesrane jak jasna cholera - Kleń nie przestawał kręcić głową. Zdawało się, że lada moment gotowa odskoczyć od jego tułowia. – Przesrane jak…
- Z Chruścielem się widziałeś? – Uciął Kordulak.
- I tak, i nie.
- Jakże to? Mów jaśniej, do... ciężkiej cholery! - Grążel powstrzymywał się jak mógł, choć przekleństwa same cisnęły mu się na język. - Dziewczynę znalazłeś?
- Córki nie widziałem - zaprzeczył Kleń. - A Chruściela, chociem widział, to tak jakbym... nie widział. W izbie go znalazłem nieżywego, poszarpanego, jakby go stado wilków opadło.
Mężczyźni pobledli. Żaden nie był w stanie wydusić z siebie słowa.
- Krwi pełno wokół niego było i pożarty był do połowy - dokończył Kleń.
- Kurwa mać... - jedynie taki komentarz przyszedł do głowy Grążelowi.
- Trza z tym na milicję iść… - zasępił się Kordulak. – Tylko co im powiedzieć?
Po chwili pstryknął palcami.
- Gacioch, ty widziałeś, co się tam działo w nocy, to ty pójdziesz i opowiesz!
Gacioch nie odpowiadał.
- Słyszysz mnie? - Sołtys spojrzał na mężczyznę i zamilkł zaskoczony.
- Ej, co ci? - Dopytywał Grążel, potrząsając Gaciochem, który siedział jak zahipnotyzowany.
Wzrok miał wbity przed siebie, usta otwarte, drżące wargi. Na czole mężczyzny pojawił się perlisty pot, a skóra na jego twarzy przybrała kolor razowej mąki.
- Dobrze się czujesz?
Gacioch powoli podniósł rękę i drżącą dłonią wskazał przed siebie.
- To on - powiedział łamiącym się głosem. - To jego widziałem w nocy.
Mężczyzna wskazywał na prelegenta z powiatowego komitetu Wojewódzkich Kółek Rolniczych.

***

Sołtys ciskał się na prawo i lewo, z lekką przewagą lewicy. Był cały czerwony na twarzy, a z ust wypuszczał kłęby pary.
- Niemożliwe! Kuźwa, niemożliwe! - Charczał co chwilę.
Gacioch stał pod ścianą budynku, w ciężkim szoku.
- Pewny jesteś, że to on? - Dopytywał Grążel.
Mężczyzna pokiwał głową.
- On. Na pewno on. Jak Boga kocham, on - zarzekał się. - Ta sama twarz, te same włosy, nawet płaszcz taki sam na wieszaku wisiał za nim. Zęby tylko mniejsze miał...
- Taki numer! Co ja towarzyszom z powiatu powiem, jak go tu milicja aresztuje? - Biadolił Kordulak.
- Czekaj, czekaj... Mówisz, że zęby wtedy większe ci się zdawały? - Zainteresował się Grążel.
- No tak. Znacznie większe.
- A poza tym coś może jeszcze inaczej było? Widziałeś jego oczy?
Gacioch pobladł jeszcze bardziej, choć wydawać by się mogło, że już bardziej nie można.
- Pewno, że widziałem - odparł trzęsącym się głosem. - To właśnie przez nie zdawało mi się, że to potwór, a nie człowiek.
- Opowiadaj.
Obok nich przemaszerował na wpół wściekły, na pół załamany Kordulak.
- Z partii mnie wywalą, jak się dowiedzą, że palce w tym maczałem - jęczał pod nosem.
Grążel machnął ręką na sołtysa.
- Nie zwracaj na niego uwagi - rzucił do Gaciocha. - Opowiadaj.
- Oczy miał białe. Zupełnie białe, caluśkie, jak białko ugotowanego jajka. Wyglądał trochę tak, jakby ślepy był, ale bardziej chyba jak szalony. Źle mu z tych oczu patrzyło i poświata w kolorze żaru wokół nich się tliła. Na początku zdawało mi się, że patrzy na mnie tymi ślepiami, że mnie widzi, ale to chyba tylko przywidzenie takie było. Potem zębiska zobaczyłem, których tyle było, że ze dwie gęby można by nimi obdzielić! Teraz normalne miał, ale wtedy, w nocy, inne zupełnie. Jak zwierz jaki dziki. I blady był cholernie, bo dzisiaj to już kolory zdrowe było na nim widać.
- A paznokcie? Widziałeś wtedy jego paznokcie?
- Ano pewnie, że widziałem! Ale to nie paznokcie były, tylko szpony, jak u drapieżnika jakiego!
- I mięso ludzkie pożarł... - zadumał się Grążel.
Gacioch pokiwał głową, ale nic już nie mówił. Grążel schował twarz w dłoniach i kiwał się do przodu i w tył.
- Wiem ja, kto on jest - zakomunikował z olbrzymim ciężarem w głosie.
Od razu doskoczył do niego Kordulak.
- Co? Co? O czym ty mówisz? - Gorączkował się.
Grążel odepchnął go z całej siły. Sołtys potoczył się w tył i zatrzymał dopiero na ścianie remizy. Oprzytomniał trochę od uderzenia o mur i stanął prosto, potrząsając głową.
Milczący do tej pory Kleń podsunął się do starego Grążela.
- No mów dalej... - zachęcił.
Mężczyzna oparł się na kolanach. Wyciągnął z kieszonki na piersi paczkę papierosów i zapalił jednego, gasząc zapałkę w śniegu. Zaciągnął się mocno i wypuścił dym ustami i nosem.
- Babka moja kiedyś mi mówiła, jak jeszcze srajdkiem byłem, o potworach, które po wsiach łaziły i ludzi kąsały - mówił przyciszonym głosem. Pozostali zbliżyli się do niego, żeby lepiej słyszeć.
- Pojawiały się podobno co jakiś czas i porywały dzieci, a często i dorosłych. Znajdowano ich potem nieżywych, zagryzionych, z rozszarpanymi szyjami. Na te potwory mówili, że to strzygonie. Czasem zdarzało się, że taki nie tylko zagryzał i krew wypijał, ale też pożerał - Grążel zrobił niedwuznaczną pauzę. - Strzygonie miały zębiska straszliwe, oczy ślepe i dwa serca, z czego jedno martwe...
- No to, kuźwa, coraz lepiej... - stęknął Kordulak. - I myślisz, że ten nasz to jeden z nich?
Grążel przytaknął w milczeniu.
- Strzygoń... - powtórzył niczym echo Kleń.
- Strzygoń. I nie ma co na niego milicji wzywać, bo i tak nic nie poradzą - dodał Grążel.
- To co my zrobimy?
Sołtys złapał się pod boki.
- Można to ścierwo ukatrupić? - Spytał.
- Można - odparł stary Grążel.
- Wiesz jak?
- Chyba wiem.
- No to bierzmy sprawy w swoje ręce. Ukatrupimy go.

***

- Przygotować się szybko musimy, bo lada moment skończy odczyt - pospieszał Kordulak.
Grążel zmarszczył brwi.
- Pójdę z Gaciochem do drewutni i przyniesiemy, co trzeba. Kleń niech idzie do kościelnej chrzcielnicy i w wiadro wody święconej nabierze - sprawnie zakomenderował.
- A ja? - Dopominał się sołtys.
- A ty najgorzej będziesz miał z nas wszystkich, bo czekać będziesz i pilnować pod remizą, jak to ścierwo będzie wychodzić.
Kordulak poczuł słabość w nogach, ale wytrzymał. Złapał widły, które ktoś zostawił oparte o beczkowóz i podszedł do tylnych drzwi świetlicy.
- Idźcie - powiedział. - Już ja go tutaj przypilnuję.
Splunął w dłonie i zatarł nimi, po czym mocno i pewnie chwycił trzonek wideł. Mężczyźni tymczasem udali się po zaopatrzenie. Nie było ich mniej niż kwadrans. Wrócili razem, każdy trzymał coś za pazuchą. Kleń dodatkowo targał blaszane wiadro, po brzegi wypełnione wodą z kościoła. Złożyli arsenał na drewnianych skrzynkach po winie.
- Nie wyłaził jeszcze? - Upewnił się Grążel.
- Nie. Cały czas tu stałem. Nikt nie wyłaził.
- Dobrze.
Mężczyzna pokrótce objaśnił każdemu co miał robić. W pośpiechu podzieli między siebie młotek, siekierę, zaostrzone kawałki sztachet. Grążel namacał w kieszeni kilka główek czosnku, w biegu porwanych z chaty Gaciocha. Kordulak wydobył jeszcze zza szopy łopatę i strażacki bosak. Porządnie uzbrojeni, stanęli półkolem przy drzwiach świetlicy i czekali. Mijały kolejne minuty. Co chwilę słychać było monotonny głos prelegenta. Zanikał nagle, by zaraz znów rozbrzmieć na nowo. Ręce pociły im się ze strachu, co i rusz jeden spoglądał niepewnie na drugiego. Każdy najmniejszy odgłos dochodzący od strony świetlicy powodował u nich pełną mobilizację. Spinali się w sobie i mocno zapierali gumiakami w zmarzniętym podłożu. Po sekundach napięcia przychodziło jednak rozluźnienie, gdy szelest okazywał się jedynie fałszywym alarmem.
- A jak nie tędy wylezie? - Zapytał w pewnym momencie Kleń.
Sołtys spojrzał na niego srogo.
- Tfu! Nie pierdziel głupot! - Syknął. - Tędy wlazł to i tędy wylezie.
Od strony świetlicy coś trzasnęło. Mężczyźni usłyszeli najpierw pomruk, a następnie nieśmiałe oklaski, które zaraz przerodziły się w brawa.
- Skończył... - wyszeptał Gacioch.
- W imię ojca i syna… - zamamrotał Grążel. - Odwagi, chłopy!
Napięli mięśnie i zastygli w oczekiwaniu. Każdy trząsł się ze strachu. Kleniowi dodatkowo zęby wystukiwały rytm, którego nie powstydziłby się w swoich utworach Rachmaninow. Z głębi korytarza dobiegł do nich odgłos kroków.
- Idzie - prawie niesłyszalnym głosem szepnął Grążel. - Szykujta się!
Drzwi otworzyły się i stanął w nich powiatowy prelegent. Tuż naprzeciw niego stał sołtys, z łopatą w dłoniach. Mężczyzna w płaszczu zdawał się nie zauważyć tego rynsztunku, jak też pozostałych chłopów. Na jego twarzy pojawił się niezbyt szczery uśmiech.
- Towarzyszu Kordulak! - Zawołał lekko zachrypniętym od wygłoszonego odczytu głosem, wyciągając przed siebie ręce. - Właśnie zastanawiałem się, gdzie się podzialiście. Chciałem wam powiedzieć...
Nikt nigdy już się nie dowiedział, co takiego chciał powiedzieć sołtysowi delegat z powiatu. Powietrze przeciął ostry świst i ostrze łopaty z impetem wyrżnęło go w brodę. Mężczyzna poszybował do tyłu i legł na ziemi. Wcześniej odbił się jeszcze o na wpół otwarte drzwi. Wokół głowy powalonego szybko przybierała kałuża krwi. Mężczyźni zbliżyli się do delegata i pochylili nad nim ostrożnie.
- Może to, kurna, nie ten? - Skrzywił się Gacioch.
W odpowiedzi na te słowa, prelegent poruszył się. Rolnicy podskoczyli wystraszeni. Mężczyznat w ułamku sekundy otworzył oczy, które w niczym nie przypominały już ludzkich.
- Ten. Na pewno ten - osądził Grążel.
Uskoczył odrobinę do tyłu, robiąc miejsce sąsiadom, odrzucił widły i wyszarpnął zza pasa młotek i zaostrzone sztachety.
- Teraz! Dawajcie go! - Zawołał.
Mężczyźni sprawnie wykonali komendę. Najpierw Kordulak poprawił swój poprzedni cios. Z pełnego rozmachu opuścił stylisko łopaty na twarz strzygonia. Rozległo się mokre klepnięcie. Coś zatrzeszczało pod drewnem. Mężczyzna doskoczył do lewej ręki potwora. Przycisnął ją do ziemi butem, a potem jeszcze dodatkowo łopatą. Z drugiej strony operował z bosakiem Gacioch. W kilku susach dopadł prawej dłoni prelegenta i przyszpilił ją do podłoża ciężkim bosakiem. Nad głową potwora pojawił się Kleń z wiadrem święconej wody w pogotowiu.
Grążel stanął w rozkroku nad strzygoniem. W lewej dłoni ściskał zastruganą sztachetę, w prawej solidny młotek stolarski.
- Trzymajcie go mocno, żeby się nie wyrwał - upewnił się.
Leżący pod jego nogami potwór charczał i rzęził. Rozbita twarz delegata spływała krwią i przypomniała wyglądem rozbabrany placek z malinami.
Grążel przyklęknął i przyłożył kołek do piersi strzygonia. Prawą dłonią, uzbrojoną w młotek, wykonał nieporadny znak krzyża, po czym opuścił obuch na kołek. Drewniane ostrze zagłębiło się w ciele prelegenta na kilka centymetrów. Potwór szarpnął się i syknął przeraźliwie. Z rany chlusnęła niewielka fontanna krwi, która wystarczyła jednak, by zrosić czerwoną posoką całego Grążela. Ten nie baczył jednak na szczegóły i ponownie opuścił młot na kołek, wkładając w kolejne uderzenie jeszcze więcej siły. Sztacheta weszła do połowy w ciało strzygonia. Potwór zadygotał i widać już było, że przegrał. Grążel po raz ostatni uderzył w kołek, zanurzając całość w piersi delegata. Wyprostował się i otarł twarz z krwi.
- Nie puszczajcie go jeszcze... - wysapał zmęczony.
Wyciągnął zza pleców siekierę i stanął obok Kordulaka.
- Może który z was chce? - Popatrzył po sojusznikach.
- Nie. Dobrze ci idzie - pokręcili głowami.
Grążel wzruszył ramionami. Przyklęknął na lewym kolanie i wziął potężny zamach. Jednym cięciem odrąbał głowę strzygonia. Odrzucił siekierę na bok i podniósł trofeum za włosy.
- Możecie już go chyba puścić...
Mężczyźni odstąpili od ciała prelegenta, z zafascynowaniem przyglądając się jatce, w której wzięli udział. W promieniu co najmniej dwóch metrów od zwłok pełno było krwi. Zabarwiła śnieg, zachlapała oprawców i ścianę remizy.
Grążel wziął głowę strzygonia pod pachę. Drugą ręką zagrzebał w kieszeni kubraka. Wyciągnął z niej czosnek, którym napchał następnie gębę potwora. Tak nafaszerowaną ułożył między nogami nieboszczyka, twarzą do dołu. Odsunął się do tyłu i wytarł ręce w portki.
- To już? - Zapytał Gacioch.
- Ano już.
- Nie wstanie?
- Jak spróbuje, to najpierw go podpalimy, a potem zagasimy święconą wodą - odparł Grążel. - Ale na pewno nie wstanie.
- Kurna, to mój pierwszy zabity strzygoń! - Zachwycił się Kleń.
Mężczyźni spojrzeli po sobie z satysfakcją. Ubrudzeni krwią, zmęczeni, wciąż jeszcze wystraszeni i podnieceni, ale szczęśliwi i dumni z siebie. Uśmiechali się do siebie i ściskali sobie prawice.
Pod ich nogami stygło ciało prelegenta, delegata oddziału Wojewódzkich Kółek Rolniczych.

***

- Ciekawe jak to wytłumaczysz towarzyszom z powiatu - skrzywił się Grążel, wskazując na szczątki potwora.
Kordulak zaklął szpetnie.
- W dupie mam towarzyszy z powiatu. Nic im nie będę tłumaczył.
Grążel uśmiechnął się pod nosem.
- Ale coś im chyba powiesz, jak już o niego zapytają?
- Ano, powiem im prawdę.
- Czyli?
- Czyli, że towarzysz prelegent u nas był, wygłosił pasjonujący odczyt na temat uprawy ryżu, po czym pojechał w swoją stronę i tyleśmy go widzieli - wzruszył ramionami sołtys Kordulak.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -