Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Zapach Lawendy

Tomasz Galuba

- A żesz kurwa! – krzyczał do siebie Andrzej wymachując wszystkimi kończynami. – Nie zniosę tego, niee!!! Dręczyło go TO już od dobrych kilku dni, lecz dziś było nie do zniesienia. Pobiegł szybko do łazienki, wyszarpał niemalże jej drzwi i rzucił się wściekle w kierunku zlewu i szafeczki z lustrem. Jego ręce trzęsły się w bezsilnej złości i pozbawione były zręczności oraz choćby cienia gracji. Zawartość szafki wysypała się trzaskając o zlew, butelka perfum poleciała na wykafelkowaną podłogę i stłukła się z brzękiem, napełniając po chwili całe mieszkanie wonią tak intensywną, że z pewnością zemdliłaby każdego doń wchodzącego.
- Kurwaaaaa!!! – wykrzyczał znów Andrzej. – Jak ja teraz to zabiję?!. Rzucił się niezgrabnie na podłogę i począł panicznie zbierać rękami resztki perfum, które rozlane wypełniały całe domostwo ostrym, męskim zapachem. Mokre od nich palce wetknął do nosa, próbując wypełnić swe nozdrza ich esencją i zabić to okropieństwo. Jednak słodka woń lawendy zdawała się być nieśmiertelna. Pod wpływem połączenia jej z „Masculine fragrance” od Amon Andrzej odczuł jedynie jeszcze większe nudności i ból głowy. Zrobiło mu się biało przed oczami, po czym zwrócił całą zawartość żołądka wprost pod siebie. Ciężko byłoby nazwać to wymiocinami – podłoga została zbryzgana krwią. Na jej widok Andrzej zbladł i rozdziawił usta. Żołądek i jądra skurczyły mu się pod wpływem adrenaliny i poczuł tam takie straszne, duszące uczucie. Przeszedł okrakiem nad kałuża własnej krwi i zbliżył się z powrotem do zlewu. Wszechogarniający zapach lawendy zdawał się stracić nieco na swym szale, jednak nie uspokoiło to zbytnio Andrzeja. – Co się ze mną dzieje? – wyszeptał przerażony nie na żarty, jednocześnie domykając z powrotem szafkę z lustrem. – Bo… - zamilkł ujrzawszy swoje odbicie. To nie był Andrzej. Nie mógł być. Jego skóra przybrała żółto – zielony odcień, zaś oczy pozbawione były białek i wpatrywały się w niego przerażająco obojętnie. Były niczym dwie czarne studnie, pełne topielców i zgnilizny. Na powrót zrobiło mu się biało przed swymi nowymi, czarnymi oczami, po czym poczuł, że nogi robią mu się miękkie, a jego oddech stał się płytki. Upadł na kafelki.

Nie wiadomo, ile czasu spędził leżąc tak na posadzce. Kiedy otworzył powieki, bardzo zapragnął, aby był to tylko zły sen. Rozejrzał się dookoła siebie bolącą głową i spostrzegł, że po krwistej plamie nie było ani śladu. Rozbite perfumy nadal jednak promieniowały swą aurą na całe mieszkanie. Pełen nadziei Andrzej podniósł się ociężale i ponownie spojrzał w lustro. Nadzieja prysła w tej samej chwili. Dziwny stwór nadal wpatrywał się w niego swymi pustymi oczyskami i odstraszał żółcią swej skóry. Teraz jednak na całej twarzy widniały plamy krwi. Andrzej przeciągnął po niej zwilżoną pod kranem ręką i zorientował się, że krew nie znalazła się na twarzy w wyniku jej poranienia. – Zjadłem ją? – spytał sam siebie zdziwiony.

Pośpiesznie opuścił łazienkę i ruszył w stronę dużego pokoju. Z trudem usiadł na pufie stojącej obok stolika z telefonem. Sztywnymi jak pręty palcami wystukał trzy dziewiątki. W słuchawce po przeciwnej stronie usłyszał damski, obojętny i lekko poirytowany głos dyspozytorki.
- Pogotowie ratunkowe, słucham…
- Ze mną się coś dzieeee…. jeeeee…. pro…. – zaczął zaciągać Andrzej nieswoim głosem
- Proszę powtórzyć, bo nie…
-Prooo… szęęęęęęęęę… - zdołał jeszcze wykrztusić z siebie Andrzej.
- Halo, halo?!
Pani dyspozytorce odpowiedziało już jedynie rzężenie połączone z nieziemskim gulgotem.

Przerażony, wciąż jeszcze świadom swych myśli, choć pozbawiony ludzkiej mowy chciał rzucić się do drzwi wyjściowych i szukać pomocy, jednak w tej samej chwili znów poczuł niesamowicie silny, niemal odurzający i świdrujący w mózgu zapach lawendy. Przez chwilę zaczął panikować, jednak tym razem obca i nieznana siła w jego umyśle podpowiedziała mu, co ma robić. Uspokoił się i lekkim, pewnym krokiem udał się ponownie do łazienki.

Łazienka wypełniła się nieziemskim dźwiękiem wydawanym przez nieznaną istotę. Przypominał on gulgot. W tym akurat momencie był to gulgot rozkoszy. Coś, co kiedyś było Andrzejem cięło swoją własną rękę kawałkiem szkła z rozbitej butelki Masculine Fragrance. Dłonią drugiej ręki zbierało krew z powstałych ran i wciągało ją do nosa. Zabieg ten nie tylko całkowicie neutralizował zapach lawendy, ale także w bardzo przyjemny i podniecający sposób podrażniał nozdrza. - Jakież to było fantastyczne! – bardziej czuł, niż myślał dziwny stwór.

Pocięta ręka odpadła, a w jej miejsce wyrosła macka z przylepkami, podobna do takiej, jaką mają ośmiornice. Stwór przyglądał się swojej nowej kończynie w ciszy i zdumieniu, wymachując nią obrzydliwie. Gdyby Andrzej wciąż tu był, pewnie przeraziłby się tym, co teraz znajdowało się w lustrze. Potwór miał kolejną mackę, tym razem w miejscu nosa i ust – ta była podobna do trąby słonia – spełniała podobną funkcję, jednak była krótsza, bardziej ruchliwa i o wiele bardziej szkaradna. Po niespełna kilku minutach kontemplacji swego ciała stwór poczuł w swoim nowym nosie zapach lawendy. Usiadł więc na podłodze i użył go, by niczym pijawka wessać się w swoją nogę. Po chwili znów można było usłyszeć gulgot upiornej rozkoszy.

***

Uciążliwa starsza kobieta, pani M. specjalizowała się w spędzaniu snu z powiek mieszkańcom bloku 1A na ulicy Grochowskiej w mieście K. Potrafiła się przyczepić dosłownie o wszystko i uważała siebie za naczelnego stróża moralności w budynku. Zaowocowało to tym, że wszyscy lokatorzy szczerze jej nienawidzili. Potrafiła się nawet przyczepić o to, że ktoś kąpie się późnym wieczorem (i to pod prysznicem!), w dodatku ciągle wzywała na kogoś policję, a ta też już miała jej dosyć.

Tym razem panią M., siedzącą jak zwykle w oknie i wypatrującą cudzych problemów, doszły dziwne dźwięki dochodzące wprost od sąsiada z góry, Andrzeja G. Przez jakiś czas posłuchała kilku głośnych wulgaryzmów i krzyków po to tylko, aby mieć mocniejszy pretekst do złożenia wizyty swemu bliźniemu.
- Skurwysyn jeden, pewnie sobie jakieś masturbacje urządza nad moją głową w łazience, już ja mu dam gnojowi… - poczęło się wściekle kłębić w zepsutym i wypaczonym dawno umyśle staruszki. Ubrała swój surdut i bambosze, po czym żwawo, jak na kobietę w swym wieku popędziła piętro wyżej. Znalazłszy się pod drzwiami sąsiada, zaczęła głośno w nie walić. Nieproszona pociągnęła za klamkę i od progu rozpoczęła swój skrzeczący monolog.
- Panie, mamy wieczór, dzieci nie mogą spać! To jest przyzwoity dom, tu ludzie do kościoła chodzą…! – krzyczała wniebogłosy. W odpowiedzi otrzymała jedynie gulgot dochodzący z łazienki, połączony z czymś podobnym do dźwięków, jakie wydają gumowce podczas poruszania się po błocie. Poirytowana ruszyła w stronę toalety i otworzyła jej drzwi.

Na środku łazienki siedziało coś, co przypominało ośmiornicę. Było brunatno-czerwone, miało mnóstwo macek i galaretowate ciało. Najstraszniejsze wrażenie robiła jednak głowa istoty – widać było na niej znamiona ludzkości i do tego te puste, chłodne, czarne oczy bez białek, które były owładnięte jedną tylko myślą. Potwór wydawał dziwne, nieludzkie dźwięki, jakby gulgot i węszenie, przy czym obrzydliwie wymachiwał swoją macką, którą posiadał w miejscu nosa i ust. Pani M. nie zdążyła nawet krzyknąć, kiedy lawendowy przybysz z niesamowitą siłą i precyzją rzucił się na nią.

***

Ciało pani M. odnaleziono tego samego dnia, kiedy jeden z zaniepokojonych sąsiadów, pan S. zobaczył otwarte drzwi w domu pana Andrzeja G. Zwłoki leżały bezwładnie w korytarzu, na progu łazienki. Było pokryte śluzem, podobnie zresztą jak całe mieszkanie. Późniejsza sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną zgonu pani M. była całkowita utrata krwi – w jej ciele nie było ani jednej jej kropli. Najbardziej niepokojąca jednak była rana w kształcie koła zębatego na klatce piersiowej…

***

Andrzej G. został uznany za głównego podejrzanego w sprawie śmierci pani M. Rozesłano za nim listy gończe, jednakże jak dotąd nie udało się ustalić miejsca jego pobytu.

***

Prasa zaczęła donosić o dziwnych, makabrycznych znaleziskach. W rejonach miasta K. zaczęto odnajdować zwłoki różnych, przypadkowych osób. Miejsca znalezisk zawsze były ustronne i odosobnione. Ofiary były pozbawione krwi, a na ich ciałach widniały dziwne ślady, świadczące o ataku przez jakąś nieznaną istotę. Dziennikarze z K. zasiali masową panikę wśród ludności nazywając mordercę „wampirem z kosmosu”, lub „mutantem krwiopijcą”. Władze miasta oraz komendant rejonowy policji zaprzeczają tezie, jakoby morderstwa były ze sobą powiązane i uspokajają mieszkańców mówiąc, że nie ma powodu do obaw.

***

Pan S., który odnalazł zwłoki pani M., zaraz po rozmowie z policją, postanowił wziąć kąpiel, bowiem zaczął odczuwać nieznośny zapach lawendy, którego za wszelką cenę chciał pozbyć się ze swych nozdrzy. Myślał wtedy, że tak właśnie pachnie śmierć. Na początku uczucie to przyrównał do pogrzebów – przez resztę dnia czuć wtedy słodką, mdłą woń kwiatów, kaplicy oraz olejków, jakimi balsamuje się zwłoki. To samo odczuwali też policjanci i cała ekipa dochodzeniowa, jaka znalazła się w mieszkaniu Andrzeja G.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -