Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Z Miłości do Julii

Michał Galczak

Co mogę zrobić, by jej pomóc? Jest taka słaba... Z każdym dniem robi się coraz bledsza, coraz bardziej szara. Ogromny ból przejmuje moje serce, gdy na nią spoglądam. Pamiętam, jak jeszcze niedawno cieszyła się pełnią życia. Pamiętam uśmiech na jej twarzy, ilekroć tylko spotykały się nasze spojrzenia. Dumna, piękna, wspaniała. Złote loki opadały na jej gładką, białą skórę. Teraz, przerzedzone i przyklejone, płasko przylegają do pomarszczonej głowy. Krągłe, jędrne piersi straciły swój powab i czar, a skóra, zawsze przypominająca dojrzałą brzoskwinię zanurzoną w mleku, zmarszczyła się i przybrała wygląd zgniłej pomarańczy...
Co mogę zrobić, by przywrócić Julii jej utracone piękno? Jak sprawić, żeby nie patrzyła na mnie ze smutkiem i wstydem? Może spełnię jej prośbę...
Jednak czy mam prawo odebrać czyjeś życie? Nawet w imię prawdziwej miłości? Wiem, że gdy zamknę oczy - zobaczę ją taką, jaką była dawniej. Wiem, że jeszcze może być piękna. Nie wszystko bowiem stracone. Jeszcze może być młoda. Widzę to w jej oczach, słyszę w westchnieniach...

***

- Booorn tu bi łaaaaaajld! Born tu bi łaaaaaaaaaaajld!!! - Kabinę forda wypełniała głośna muzyka Steppenwolfa i fałszujący śpiew Andrzeja. Dłonie mężczyzny uderzały o kierownicę w rytm perkusji. Spojrzał na mapę rozłożoną na siedzeniu pasażera i powiódł po niej palcem. Gdzie do ciężkiej cholery był ten Orzysz? Słyszał o nim nieraz, głównie od znajomych, którzy mieli w przeszłości wątpliwą przyjemność pełnienia zaszczytnej służby w szeregach sił zbrojnych. Nie to, co Andrzej. On nie musiał iść do wojska. Wystarczyło, że dowiedział się do kogo zwrócić się po pomoc i czego dobroczyńca oczekiwał w zamian za drogocenny świstek. Nic prostszego.
Teraz bezskutecznie szukał na mapie miasta z opowiadań kolegów. Spojrzał na pobocze. Przydrożne reklamy pojawiały się coraz częściej i wyglądało na to, że zbliżał się do jakiejś miejscowości.
- Całe szczęście... - mruknął pod nosem. - Jeszcze tego brakowało, żebym się zgubił na tym zadupiu...
Urodzony dzikus skończył swój występ, a po nim zabrzmiała skoczna muzyczka rodem z bazarowych leżaków. Zdegustowany Andrzej pokręcił głową. Sięgnął do pokrętła radia i zmienił stację. Pierwsza próba była nieudana i przestrzeń auta na moment wypełnił popis wokalny jakiejś sopranistki. Mężczyzna skrzywił się i szukał dalej. Następna stacja od razu przypadła mu do gustu. Ostre gitary, mocna perkusja, potężny wokal. Andrzej znów zaczął śpiewać razem z wokalistą. W oddali wyłoniła się na poboczu tablica miejscowości. Mężczyzna zdjął nogę z gazu i zbliżył twarz do szyby, by przeczytać nazwę na zielonym znaku.
- Pisz... - Stwierdził ze zdziwieniem. - P... i... s... z... Jasna cholera! Co to za nazwa?
Zatrzymał samochód na poboczu i zerknął na mapę. Z zadowoleniem odkrył, że od celu dzieliło go zaledwie czterdzieści kilometrów.

***

Wczoraj Julia znowu błagała mnie o pomoc. Podczołgała się na brzeg łóżka i wbiła palcami w moje nogi. Dopiero grymas bólu na mej twarzy kazał jej poluzować uścisk. Nie chciała mnie skrzywdzić. Wiem o tym bardzo dobrze.
- Proszę cię... - jęczała, wyciągając do mnie chude ramiona. - Proszę... Jeśli mnie kochasz... Zrób to dla mnie...
Jakież cierpienie sprawiał mi ten obraz! Kompletna bezsilność ogarnęła mój umysł i ciało. Jakże bolało mnie jej spojrzenie, jej skamlące błaganie! O ileż większy musiał być jej ból!!! Stukrotnie? Tysiąckrotnie? Zważywszy na jej dumę i wyniosłość... Teraz zmuszona do tak poniżającego zachowania...

***

Teoria Andrzeja na temat kobiet w biznesie była wyklarowana już od kilku lat. Po pierwsze - nienawidził tych, które zaliczały się do grupy "businneswoman". Te suki były zawsze wyniosłe i bezwzględne. Ani razu nie zdarzyło mu się spotkać normalnej dziewczyny wśród przedstawicielek kobiecego świata biznesu. Zawsze były to suche i zdeterminowane modliszki, nastawione na sukces i pieniądze. Niby zdrowe podejście, ale z taką nie można było spokojnie pogadać, nie można było jej zbajerować (no, chyba, że trafiała się mało rozgarnięta, ale taka z kolei nie robiła zbyt wielkiej kariery). O wiele fajniejsze były kobiety na stanowiskach niższego szczebla. Niemal zawsze musiały się uśmiechać. Musiały być miłe, musiały pozwalać klepać się po tyłkach. Po prostu musiały robić to wszystko, jeśli chciały utrzymać swoje stanowisko, a tym bardziej - jeśli miały zamiar kiedykolwiek awansować.
Znacznie lepszym kryterium podziału był zdaniem Andrzeja biust, a dokładniej – jego rozmiar. Nie chodziło o oczywistą rolę piersi (większe równa się lepsze), ale o coś zupełnie innego (choć koniec końców rzeczywiście sprowadzało się to do wyższości tych większych). Otóż z wieloletnich obserwacji i wnikliwych analiz wyłoniła się pewna zależność: im babka miała mniejsze cycki - tym bardziej była zawzięta i wyniosła. Zupełnie jakby musiała cokolwiek udowadniać wszystkim dookoła i sobie samej, zrekompensować wrednym zachowaniem mniejszy rozmiar miseczki. Dlatego właśnie wolał te z dużymi cycami. Były miłe, uśmiechnięte, nie traktowały go z góry. Świadome swojej wartości - nie musiały nadrabiać idiotyczną wyniosłością.
Od kilku tygodni teorię Andrzeja burzyła jednak pewna kobieta, która została koordynatorką jego zespołu. Podwójnie należała do tej "gorszej" grupy kobiet - raz poprzez fakt, że była kobietą sukcesu, a po wtóre dlatego, że miała małe piersi. Prawdę mówiąc były nawet trochę mniejsze niż małe. Co prawda, bardzo kształtne, lecz nie zmieniało to faktu, że prawie ich nie było. Anna miała za to najwspanialszy tyłek, jaki miał przyjemność oglądać do tej pory. Był idealny. Wprost fascynująca linia bioder, jędrne, kształtne pośladki, które wprawione w ruch praktycznie zniewalały jego wzrok.
Najciekawsze było jednak to, że Anna była miła. Życzliwa i uprzejma. Zawsze znajdowała czas na chwilę rozmowy - i nie była to zachowawcza gadka, tylko prawdziwa, miła rozmowa. Nie szła po trupach, nie była ani trochę wyniosła. Jedynym mankamentem były te maluteńkie piersi, ale dla nich Andrzej postanowił zrobić wyjątek. Anna zapowiadała się bowiem na niebywale smaczny kąsek...

***
Ostatni raz... Ostatni raz był jeszcze gorszy od poprzedniego. Tyle bólu i cierpienia. Tyle krzyku. Julii to jednak nie przeszkadzało. Patrzyła na mnie słodkim wzrokiem i trzęsącymi się z podniecenia dłońmi pogłaskała prezent, który otrzymała ode mnie. Przyssała się do niego, jak spragniony na pustyni przyssałby się do mokrej szmaty. Przyssała się i siorbała, mlaskając co chwilę. Na jej twarzy zagościł błogi uśmiech, który od razu odjął jej kilka lat.
Podziękowała skinieniem głowy i z trudem powstrzymując podniecony oddech, powiedziała tylko jedno słowo:
- Jeszcze.

***

Anna pochyliła się nad biurkiem Andrzeja.
- To ten nowy projekt? - spytała, zaglądając mu przez ramię.
Wyprostował się, zaskoczony jej obecnością. Siedział nad schematem od samego rana i zupełnie dał mu się pochłonąć. Spojrzał na zegarek i ze zdziwieniem stwierdził, że praca zabrała mu pełne sześć godzin.
- Acha... - przytaknął z otwartymi ustami, dopiero po chwili orientując się, że z pewnością sprawiał wrażenie niedorozwiniętego matołka. Potrząsnął głową i uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd zdrowych, białych zębów.
- Właśnie ten - odparł, podnosząc się wolno z fotela. - Jutro koło południa będziesz go miała na swoim biurku, obiecuję.
Kobieta uśmiechnęła się i powstrzymała go ruchem dłoni.
- Nie musisz wstawać... - rzuciła wyjaśniająco.
Andrzej opadł z powrotem na fotel. Odsunął się jednak odrobinę od biurka, umożliwiając Annie dostęp do dokumentów. Przez chwilę spoglądała na wykresy, przewróciła kilka kartek i wodząc językiem po ustach, kiwała głową. Mężczyzna, czując się pewniej, przysunął się do Anny.
- Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to jeszcze w tym roku powinniśmy zarobić na tym interesie czterokrotną równowartość wkładu - stwierdził, zerkając kątem oka na smukłą szyję szefowej.
"Smaczna szyja..." - pomyślał lubieżnie, przenosząc wzrok niżej, na wypukłość jej niewielkich piersi. Niemal dał się przyłapać na gorącym uczynku, odwracając wzrok na ułamek sekundy przed tym, gdy na niego spojrzała. Uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego ramieniu.
- Jutro koło południa... - nawiązała do wcześniejszych słów Andrzeja.
Twierdząco pokiwał głową.
- Zgadza się - odparł, nie dając jej dokończyć myśli.
Anna pochyliła się nad nim, przysuwając twarz do jego ucha. Poczuł jej zapach - słodki i zniewalający.
- Jutro jest sobota - oznajmiła wesołym szeptem.

***

Wciąż jej mało. Za każdym razem. Daję jej coraz więcej i za każdym razem jest coraz piękniejsza. Moja kochana Julia! Wiem, że już niebawem, gdy uda mi się znaleźć jej kogoś naprawdę silnego - będzie mogła w pełni odzyskać swe siły.
Znów poczuję ciepło jej pocałunków, noce ponownie będą należały do nas...

***

Andrzejowi opadła szczęka, gdy tydzień później usłyszał propozycję złożoną mu przez Annę. Dla pewności poprosił o powtórzenie, tłumacząc swoją nieuwagę zamyśleniem nad sprawami służbowymi.
- Chciałam cię zaprosić na weekend - Anna pochyliła się nad nim i znów poczuł jej zniewalający zapach. Zapach, który powodował, że zaczynał myśleć skrótowo. Nawet bardzo skrótowo (Anna - łóżko - rżnięcie, choć przy kolejnej porcji jej zapachu natychmiast pominął etap łóżka). Kobieta zaczerwieniła się, jakby odgadła jego myśli.
- Mam mały domek na Mazurach, moglibyśmy w nim spędzić sobotę i niedzielę. To naprawdę piękne tereny. Lasy, jeziora i spokój. Dobre warunki do tego, by omówić ze szczegółami nasz projekt, a przy okazji trochę lepiej się poznać... - Kolejny rumieniec zagościł na twarzy Anny.
Zdała sobie sprawę z tego, jak zabrzmiała jej propozycja.
- Tylko nie zrozum mnie źle! - Zaczęła się od razu tłumaczyć. - Tam są trzy pokoje. Miałbyś osobne łóżko i w ogóle...
Na twarzy mężczyzny zakwitł niekontrolowany uśmiech. Cóż, doktor Pawłow znalazłby w tej chwili w Andrzeju wyśmienity przykład dla swoich teorii.
Zgodził się natychmiast. I pomyśleć tylko, że jeszcze przed chwilą chciał ją zaprosić na kolację do którejś z tych przytulnych, drogich i snobistycznych restauracyjek na Starym Mieście. Miał nadzieję, że spróbują poznać się trochę lepiej. Być może kolacja przedłużyłaby się o kilka drinków, a w optymistycznej wersji - zakończyłaby się nawet wspólnym śniadaniem. Może w sprzyjających okolicznościach mógłby się posunąć nawet trochę dalej i zaspokoić inne pragnienia? Spodziewał się, że umówienie się z Anną będzie graniczyło z cudem, tymczasem - kto by pomyślał - ofiara sama do niego przychodziła!

***

Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań Andrzej odnalazł w końcu domek Anny - niemal nad samym jeziorem, na szczycie dość wysokiej skarpy. Do najbliższej miejscowości było stąd niecałe pięć kilometrów. Dookoła rozciągały się łąki, a jezioro okalał pas drzew.
Zaparkował między dwiema wysokimi sosnami, obok czerwonego Clio Anny. Wyjął z bagażnika torbę i zarzucił na siebie lekką kurtkę. Spojrzał na drewniany domek. Mówiła, że jest mały, tymczasem okazał się zupełnie sporym budynkiem. Ściany zrobione były z grubych bali, między którymi widać było staranne, konopne uszczelnienia. Stylistyka starej chłopskiej chaty idealnie wtapiała go w okoliczny krajobraz. Dwuspadowy dach sięgał do nasady koron niższych sosen.
Dom nie był może wysoki, ale zajmował całkiem pokaźną powierzchnię. Andrzej z uznaniem pokiwał głową. Ruszył przed siebie. Wszedł po schodkach i delikatnie zastukał do drzwi. Nikt nie odpowiedział, więc ponownie uniósł dłoń.
- Jestem tutaj! - Usłyszał głos Anny, dobiegający zza domku.
Rzucił torbę pod drzwi i wyjrzał za róg. Od razu ją dostrzegł. Zobaczyła go i z uśmiechem na twarzy pomachała do niego kawałkiem drewna, który trzymała w dłoni.
- Witaj! - Zawołała, poprawiając kaptur.
Odpowiedział uśmiechem i ruszył w jej stronę.
- Drewno. Do kominka, na wieczór. - Oznajmiła Anna, układając polana na kupce.
Podeszła do Andrzeja i złożyła na jego policzku powitalny pocałunek.
- To może ja... - wskazał na pocięte drewno, a następnie na domek. - Zaniosę to do środka - zaproponował. - A tak w ogóle to mogłaś z tym na mnie poczekać. Nawet nieźle daję sobie radę z siekierą...
- Czyżby? - Zaśmiała się wesoło.
Mężczyzna przytaknął. Kucnął i zaczął podnosić rozrzucone polana.
- W dzieciństwie wszystkie wakacje spędzałem na wsi, u dziadków...
- Dobrze już. Zostaw to i chodź zobaczyć jezioro –roześmiała się wesoło. - Weźmiemy to, jak będziemy wracać.
Ruszyła przodem. Zwinnie poruszała się w dół stromego stoku, stapiając pewnie i lekko. Po raz kolejny miał okazję podziwiać jej kształty.
Jezioro w późnojesiennym anturażu wyglądało przepięknie. Nad spokojną taflą wody nachylały się przerzedzone z liści konary drzew. Czerwono-rudy krajobraz idealnie współgrał z wciąż pogodnym, błękitnym niebem i z zielenią wody. Nieopodal trzcin szykowały się do odlotu kaczki.
- To chyba najpiękniejsze miejsce, jakie znam... - westchnęła z zachwytem Anna, ze wzrokiem utkwionym w przeciwległym brzegu jeziora. - Przyjeżdżam tu, kiedy tylko mam odrobinę wolnego czasu, jakby... Jakby coś mnie tu przyciągało.
Odwróciła się do Andrzeja.
- To chyba musi być jakaś magia - stwierdziła z uśmiechem.
Mężczyzna przytaknął.
- Magia tego miejsca. Tu jest naprawdę cudownie.
Słońce szykowało się do odejścia za linię horyzontu. Jego promienie stawały się coraz ciemniejsze, cieplejsze, choć temperatura na dworze spadała. Anna poprawiła kołnierz i zarzuciła na głowę kaptur z polaru.
- Robi się naprawdę zimno - powiedziała, zacierając zziębnięte dłonie. - Powinniśmy powoli wracać do domu...
- ...i napalić w kominku! - Dokończył Andrzej. Roześmiali się na cały głos.
W drodze powrotnej ponownie prowadziła Anna. Musiała znać trasę na pamięć - w półmroku zdawała się dostrzegać wszystkie gałązki i wymijała je, nie następując na żadną. Unikała wystających korzeni i niebezpiecznych zagłębień. Szli w milczeniu, wspinając się po stromym zboczu. W połowie wzniesienia Andrzej sięgnął do kieszeni kurtki, szukając w niej niespodzianki, jaką przygotował na dzisiejszy wieczór. Z zadowoleniem wyczuł zimne ostrze traperskiego noża. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy pomyślał o tej największej niespodziance, która czekała na Annę w bagażniku jego forda.

***

Czuję, że Julia się ucieszy. To przeczucie wypełnia cały mój umysł. Widzę jej płonące oczy, łapczywe usta. Czuję jej wdzięczność i zadowolenie, chętny język i spragnione usta, a na końcu błogie oblicze zaspokojonego głodu...
Wiem, że spodoba się jej moja zdobycz. Jest wyjątkowa, inna niż pozostałe.
Tym razem Julia będzie w pełni zadowolona...

***

Andrzej wniósł ostatnie naręcze drewna. Pozostałe spoczywały spokojnie obok kominka, w którym Anna zdążyła już rozpalić ogień. Ułożył polana na kupce i ruszył w stronę drzwi.
- Dokąd idziesz? - zdziwiła się Anna.
Zatrzymał się.
- Zostawiłem w bagażniku jeszcze kilka rzeczy... - odparł, wolno dobierając słowa. - Pomyślałem, że pójdę po nie teraz...
Spojrzała na dużą torbę podróżną, leżącą pod drzwiami.
- Nie za dużo jak na jeden weekend? - zaśmiała się.
Mężczyzna rozłożył ręce.
- Nie lubię, gdy nagle okazuje się, że czegoś zapomniałem - stwierdził, drapiąc się po brodzie. - Pod tym względem jestem chyba gorszy od niejednej kobiety.
Obydwoje jednocześnie wzruszyli ramionami, jakby na umówiony sygnał i natychmiast zbyli to śmiechem.
- Za chwilkę wrócę. Naprawdę, w aucie zostały już tylko drobiazgi... - zapewnił Andrzej.
- Poczekaj, chciałabym ci najpierw coś pokazać... - Anna podeszła do drzwi obok kominka i otworzyła je, po czym przestąpiła próg. Zachęcającym gestem zaprosiła go do środka. Wszedł za nią. W pomieszczeniu panował półmrok, co bardzo mu odpowiadało. Zamknął za sobą drzwi i przysunął się do Anny.
- Chodź ze mną - powiedziała półszeptem.
Złapała go za rękę i pociągnęła do sąsiedniego pokoju. Za drzwiami było zupełnie ciemno, Andrzej zdołał rozpoznać tylko duże łoże, stojące pośrodku pokoju.
Pod pościelą coś się poruszyło.
Ścisnął dłoń Anny i zatrzymał się tuż za progiem. Drugą rękę zagłębił w kieszeni kurtki. Po chwili wyciągnął z niej rozłożony, ostry nóż. Postać na łóżku wygięła się i naprężyła, jakby nagle została podłączona do prądu o wysokim napięciu. Oczy Anny błysnęły białkami, a jej usta wykrzywił demoniczny uśmiech, odsłaniający białe, ostre zęby.
Andrzej cofnął się pod ścianę.
- Chciałabym, żebyś kogoś poznał... - Anna zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami, zagradzając wyjście z pokoju. - To ktoś wyjątkowy i bardzo mi bliski.
Nie wiedział, czego bardziej miał się bać: nagłej odmiany Anny, czy tego czegoś, co czołgało się w jego stronę, śliniąc się i sycząc niczym wygłodniałe zwierzę.
Zamarł w oczekiwaniu. Obok niego pojawiła się twarz Anny, zupełnie inna od tej, która znał do tej pory. Kobieta uśmiechnęła się, wciągając nosem jego zapach, co najwyraźniej sprawiało jej dużą przyjemność.
- Pozwól, Andrzeju, że przedstawię ci moją ukochaną Julię...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -