Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Zegar

Jacek Piekiełko

Książkę „Życie po śmierci” znalazłem na strychu. Wśród masy starych tomisk opisujących gospodarkę rolną i wyjaśniających rozwój roślin, znalazłem pozycję otuloną charakterystyczną niebieską okładką. Przesunąłem palcem po tytule, a na suchej skórze kciuka pozostał szary osad kurzu. Nigdy nie interesowałem się parapsychologią, czy też zjawiskami nadprzyrodzonymi i nie wierzyłem w świat irracjonalny , a tym bardziej w UFO. Uważałem, że są to bajki, którymi zajmują się ludzie ze zbyt dużą ilością wolnego czasu.
Schodząc po nierównych schodach, wpatrywałem się w tajemniczą książkę traktującą zapewnie o jeszcze bardziej zagadkowych sprawach. Postanowiłem, że spróbuję zgłębić tę lekturę. I tak nie miałem ciekawszego zajęcia.
Zamknąłem drzwi i usiadłem na łóżku. Pokój nie był duży, ściany wyłożone zostały błękitną tapetą sprawiającą, że czułem się tu naprawdę dobrze. Obok łóżka stała wysoka półka z książkami, a przed oknem biurko. Otworzyłem tom, który wcześniej wyczyściłem suchą szmatką i przez najbliższą godzinę wczytywałem się w sprawy, o jakich nawet nie śniłem.



Babcia idzie, podśpiewując starą, zapomnianą piosenkę. Siada za stolikiem i otwiera zeszyt krzyżówek. Przez chwilę delikatnie gryzie niebieską końcówkę długopisu; chyba mocno myśli nad rozwiązaniem.
– A, właśnie! Zapomniałabym – mówi do siebie cicho. – Podchodzi do ściennego telefonu i wykręca numer. – Cześć Elda. Będę u ciebie o piątej, w czwartek, tak jak się umawiałyśmy. Tak? To świetnie. Nie… Nie wiedziałam… Naprawdę? Dobrze, porozmawiamy w czwartek. Pa.
Mary wraca do sennego koncertu, zatapiając się w intelektualnej rozrywce.



Po dwóch dniach, na ścianie nad łóżkiem zawiesiłem pentagram. Pomyślałem, że warto mieć w pokoju coś, co zrobi wrażenie na kolegach, a dla niektórych osób będzie wyglądało jak zwykły plakat. Mieszkałem tylko z babcią, bo moi rodzice zmarli bardzo wcześnie na raka. Mama pożegnała się ze mną, gdy miałem sześć lat i jeszcze nie rozumiałem, dlaczego umiera. Nadal nie potrafię pojąć jej śmierci, lecz teraz z innych, egzystencjalnych przyczyn. Później w wieku piętnastu lat, kiedy znałem już chorobę, jaką jest nowotwór złośliwy, nie mogłem się pogodzić z faktem, że mój ojciec traci życie w prawie identyczny sposób jak mama.
Pentagram zakupiłem w sklepie z rupieciami. Stary Joe przypatrywał mi się bacznie, gdy położyłem przed jego nosem czarny, śliski papier z wymalowanym białym kolorem pięciokątem foremnym w kształcie gwiazdy.
– Wiesz co to jest? – zapytał. Jego okulary zawisły na końcu wielkiego, brzydkiego nochala. Przypominał mi zgorzkniałego belfra.
– No…Plakat – odparłem trochę speszony.
Nie chciałem popisywać się przed Joe’m wiedzą, jaką dostarczyły mi różne książki.
– Nie do końca… – mruknął.
– Słucham?
Pokręcił głową, po czym mruknął:
– Nie, nic.
Byłem już w drzwiach, kiedy Joe zawołał za lady:
– Zapraszam ponownie. Mam wiele innych, ciekawszych rzeczy.
Zastanawiałem się, co chciał przez to powiedzieć. Może chciał mi wcisnąć jakieś stare graty? Cokolwiek pomyślał, mało mnie to obchodziło. Wolnym krokiem opuściłem lokal.



Leżąc w łóżku, czytałem książkę o indiańskich kultach bogów. Pogoda była fatalna. Od rana padał rzęsisty deszcz, a niebo pokryły gęste, szare chmury. Za oknem robiło się coraz ciemniej. Za trzy godziny pojadę samochodem po babcię, która wybrała się do koleżanki. Miałem więc jeszcze trochę czasu, bu zająć się własnymi sprawami.
Nagle podniosłem głowę znad książki. Usłyszałem pojedyncze, ciche bicie zegara. Zdziwiłem się trochę, ponieważ nigdy nie słyszałem jak stary, zabytkowy zegar babci informuje o nadejściu kolejnej godziny. Powróciłem do czytania, ale nie potrafiłem określić, po jakim czasie znowu usłyszałem dzwon. Tym razem dźwięk był potężniejszy. Wzdrygnąłem się. Zawsze tak reaguję, gdy na przykład dzwonek telefonu wyrwie mnie z czytania lub myślenia. Zacząłem odliczać uderzenia. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem… Dźwięk ustał. Nasłuchiwałem przez chwilę, ale moje uszy nie zarejestrowały żadnych innych odgłosów poza wyciem wiatru i smaganiem szyby kroplami deszczu. Spojrzałem na lewą rękę. Zegarek elektroniczny wskazywał godzinę 8 wieczór. Wydawało mi się, że stary zegar babci dawno już nie działa, ale chyba się pomyliłem. Co jest grane? – pomyślałem zaniepokojony.
Powoli schodziłem po stromych schodach na parter. Drewniane stopnie skrzypiały głośno po każdym kolejnym kroku. Zrobiło mi się zimno i poczułem powiew wiatru. Był na tyle silny, by poruszyć płatki sztucznej chryzantemy leżącej na półce ściennej. Usłyszałem nierównomiernie powtarzające się trzaski, jakby ktoś znajdował się w domu i tłukł o coś młotkiem. Babcia? Niemożliwe. Sama nie dostałaby się w taką koszmarną pogodę do domu.
Poczułem mrowienie na karku, gdy znowu zegar dał o sobie znać. Wydawał z siebie dźwięki jeszcze głośniejsze i głośniejsze i…
Już miałem pociągnąć za klamkę od drzwi kuchennych, gdy potężny huk przyćmiewający wszystkie wcześniejsze trzaski rozległ się na zewnątrz domu. Spojrzałem w okienko nad drzwiami wejściowymi. Niemal białe gałęzie piorunów pojawiały się na niebie, by zaraz zniknąć. Nadciągała burza, a ja miałem za pół godziny pojechać po babcię Mary.
Drugi raz poczułem na skórze chłód wiatru, który sprawił, że drzwi do kuchni kołysały się nieznacznie na zawiasach. Wszedłem z impetem do pomieszczenia.
Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę było otwarte okno uderzające o plastikowe futryny. Wiatr poruszał je z dużą mocą i bałem się, że jeszcze chwila a szyba wyleci z framugi okna. Przebiegłem szybko przez kuchnię do wschodniej ściany domu. Zamknąłem szczelnie okno i rozejrzałem się. Wszystko było w należytym porządku. Nachyliłem się nad podłogą w poszukiwaniu śladów czyjegoś buta, ale nie znalazłem żadnego znaku niechcianych odwiedzin.
Zegar wybił godzinę… Właściwie to na tarczy zegara widniała 7.37. Maszyna wywołująca dźwięk nie powinna się włączyć. I wtedy, między głośnymi uderzeniami usłyszałem w podświadomości szept. Był tak zrozumiały i dosadny, że nie mogłem się pomylić. „Nie wtrącaj się w przeszłość… Ciekawość to pierwszy stopień…”. Chłód oblał moje ciało niczym lodowata woda. Zdrętwiałem, niezdolny, by uczynić jakikolwiek ruch. Był to tylko ten dźwięk. I słowa…
Coś mówiło mi bardzo przekonująco, żebym strzegł się przeszłości.



Nie wiedziałem, co myśleć o tych wszystkich wydarzeniach. Dziwne szepty tłumaczyłem zmęczeniem umysłu. Trudny sprawdzian w szkole sprawił, że opadłem z sił i moja wyobraźnia dopowiedziała sobie resztę historii. Jechałem samochodem po babcię. Widoczność równała się zeru. Wycieraczki walczyły z deszczem, spływającym strumieniami po szybie samochodu. Zwolniłem, ponieważ ulewa jeszcze bardziej nabrała na sile. W końcu, po paru minutach uważnego wpatrywania się w drogę, stwierdziłem, że wycieraczki wykonują syzyfową pracę i zjechałem na pobocze. Wokół mnie roztaczały się białe płoty domostw, a w dali dostrzegałem niewyraźne kontury licznych dachów. Znajdowałem się na ulicy Forrest, gdzie wszystkie domy wyglądały prawie identycznie. Uchyliłem troszeczkę boczną szybę i zapaliłem papierosa. Dym wypełnił moje płuca oraz wnętrze samochodu jak woda wlana do pustej szklanki. Wyciągnąłem telefon komórkowy i zadzwoniłem do babci. Powiedziałem jej,
Powiedziałem jej, że się spóźnię i żeby się nie martwiła.
Zapalając drugiego papierosa, zobaczyłem jak jakiś facet w czarnym prochowcu wybiegł zza rogu ulicy. Ogarnęło mnie przerażenie. Facet biegł prosto na mój samochód i krzyczał jak średniowieczny skazaniec palony żywcem. Na twarz mężczyzny spadły długie, posklejane włosy; po jego brodzie spływały krople deszczu. Pędził bardzo długimi susami, wpatrując się w swoją dłoń.
Skoczył na maskę samochodu i wykrzywił twarz w grymasie bólu. Wpatrzywszy się przez sekundę w moje oczy, wyszczerzył ohydnie wyglądające zęby i zaśmiał się dziko. Walił dłonią o szybę, wyjąc jak stado wilków. Dziwny chłód otoczył mój kark. Ręka mężczyzny krwawiła bardzo mocno. Po szybie spłynęła wielka plama brunatnej krwi.
– Proszę cię! Moja ręka… Proszę otwórz! – krzyknął.
Odruchowo sięgnąłem po klamkę, ale powstrzymał mnie identyczny głos jak ten, który słyszałem przy zegarze.
– Nie rób tego! – Tym razem tajemniczy głos był jeszcze bardziej stanowczy i tak rzeczywisty, że mimowolnie spojrzałem w bok na siedzenie. Odniosłem nieodparte wrażenie, że ktoś siedzi obok mnie.
– Otwórz do jasnej cholery!
Deszcz wzmógł sie, ale nie mógł zmyć z szyby litrów krwi. To było przerażające… Niczym w starym horrorze klasy B, gdzie do zbiornika z płynem do spryskiwania szyby wlewano czerwoną farbę, którą aktor prowadzący samochód w odpowiednim momencie wypuszczał z pojemnika. Włączyłem wycieraczki, by móc dojrzeć coś przed sobą.
– Otwieraj! Na litość boską… otwieraj!
Mocne uderzenie błyskawicy rozjaśniło potworną twarz mężczyzny. Jeszcze nigdy nie byłem tak zlękniony. Dopiero teraz dostrzegłem jego długi szpiczasty nos i tatuaż pokrywający całą twarz. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że widzę samego diabła.
– Otwieraj, bo nie ręczę za siebie!
Obszedł samochód i ustawił się przy bocznych szybach. Dobrze, że szybko zorientowałem się co chce zrobić i zablokowałem drzwi zatrzaskami. To chyba rozwścieczyło go jeszcze bardziej, gdyż zaczął kołysać samochodem oraz trzaskać zdrową ręką w dach. Nie zamierzałem dłużej czekać aż jakiś obłąkaniec rozwali mi brykę. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, ale zaraz pomyślałem, że szlag mnie trafi. Nic nie działało. W aucie nie włączyła się nawet elektryka. Siedziałem sam w unieruchomionym samochodzie, a na zewnątrz szaleniec lizał szybę, traktując mój wóz jak opakowanie czekoladek.



Dlaczego jest tak cicho? Poza szalejącą burzą tylko martwota rozciąga swe macki. Ach nie… Bardzo przepraszam. Nie zauważyłem. Malutka, szara myszka przecina w poprzek zimną podłogę. Jest taka zagubiona. Kogoś mi przypomina, ale nie chcę mówić pochopnie. Szkoda, że nikt nie kręci się wokół domu. Wyczekuję Powracającego, ponieważ tylko on może mnie uratować.



Psychopata wlepił w szybę swe opętane oczy i wpatrywał się we mnie, jakby chciał za wszelką cenę dostać się do środka. Nie byłem jednak tak naiwny. Poszukałem lepszego rozwiązania. Wyciągnąłem telefon komórkowy, lecz zanim wybrałem numer na policję, jeszcze raz spróbowałem uruchomić samochód. Niestety nadaremno. Telefon zadziałał od razu
– Halo? Mówi Andrew Below. Znajduję się na Forrest Street…
– Cześć Andy? – wykrzyknął entuzjastycznie policjant. Poznałem po głosie, że rozmawiam z panem Landy’m. Często przychodził do mojej szkoły i prowadził wykłady na temat zagrożeń związanych z zażywaniem narkotyków.
– Dobry wieczór – powiedziałem. – Jakiś psychopata próbuje dostać się do mojego wozu… Jestem w środku i nie mogę odjechać…
– Zaraz, zaraz, gdzie mniej więcej się znajdujesz?
– Mówiłem, na Forrest Street.
– Ale gdzie dokładnie?
– Nie wiem… Tutaj wszystkie domki są jednakowe…
– Spokojnie Andy. Zaraz tam będę.
Rozłączył się. Od Landy’ego zawsze mogłem oczekiwać pomocy. Parę miesięcy temu jakiś gnojek pociął mu wszystkie opony w samochodzie zaparkowanym przed szkołą. Akurat skończyłem lekcje i wychodziłem ze szkoły, gdy zobaczyłem go rozmawiającego przez telefon.
– Nie… Bez nerwów kochanie. Zaraz będę przy tobie – powiedział podenerwowany.
– Coś się stało panie Landy? – zapytałem, widząc jak bardzo się sfrustrowany.
– Moja żona rodzi. Muszę jak najszybciej zawieźć ją do szpitala, a popatrz co jakiś skurwiel zrobił z oponami!
– Proszę wziąć moją brykę. – Rzuciłem mu kluczyki, które złapał zdziwiony. – To ten stary cadillac – wskazałem na samochód stojący przy wysokim dębie.
– Nie wiem jak ci dziękować…
– Proszę już jechać i pozdrowić dzieciaka.
Do dziś Landy nie zapomniał mi tego gestu i już trzy razy zaprosił mnie na duży obiad. Ale najlepszym podziękowaniem, którego się w cale nie spodziewałem, było nazwanie swego syna moim imieniem. Pan Landy obiecał mi, że gdy młody Andy podrośnie, to opowie mu o całej historii i przedstawi mnie synowi.
Wśród uderzeń deszczu o szybę usłyszałem pod sobą głośny stukot. Tajemniczy, niezrównoważony psychicznie mężczyzna próbował dostać się do wnętrza samochodu od dołu. Długo majstrował przy nadwoziu, ale nic nie zdziałał.
Gdy wyłonił się spod kół zapatrzył się w swoją zakrwawioną rękę i przez chwilę nie wykonywał żadnego ruchu. Nie trwało to jednak długo. Myślałem, że zaraz zwymiotuję. Szaleniec zaczął na moich oczach zjadać własną dłoń! Po kolei odgryzał sobie palce, oblizując je najpierw z krwi jakby delektował się nóżką pieczonego kurczaka. Odwróciłem wzrok w drugą stronę, na prawą szybę, by nie patrzeć na ten potworny widok i nie zarzygać całego samochodu, ale zaraz zobaczyłem okaleczającego się szaleńca, który przemieścił się jak najszybciej przed moje oczy. Powoli żuł każdy palec.
Zemdlałem.



– Słyszysz mnie Andy?
Otworzyłem oczy, ale i tak nic nie zobaczyłem, ponieważ oślepiła mnie fala jaskrawości. Przysłoniłem ręką twarz, by schronić się od bolesnego światła.
– Andy!
Powoli oczy zaczęły rejestrować zarysy sylwetki pana Landy’ego.
– Może pan zgasić tę latarkę? – poprosiłem, wstając z fotela.
– Oczywiście, przepraszam.
Wyłączył latarkę i pomógł mi wygramolić się z samochodu.
– Która godzina? – zapytałem.
– Dziesiąta.
– O rany. – Przetarłem czoło.
– No więc? Co tu jest grane?
– Zaatakował mnie jakiś szaleniec, jechałem po babcię, ale musiałem się zatrzymać, bo bardzo mocno padał deszcz. Wtedy pojawił się ten obszarpaniec.
– I co robił? – Landy przyglądał mi się bacznie.
– Zachowywał się jak wariat. Walił pięściami w samochód i próbował dostać się do środka.
– I co potem?
– On… Zaczął zjadać swoje palce.
– Co?!
– Naprawdę. Przysięgam. Zaczął zżerać swoje paluchy jak jakiś totalny świrus… jak… - zabrakło mi słów.
Landy nic na to nie powiedział, lecz po chwili zapytał:
– Dlaczego nie odjechałeś?
– Nie mogłem odpalić.
Gliniarz posłał mi krzywy uśmiech.
– Dzwoniłem do twojej babci. Powiedziałem, że zepsuł ci się samochód i musiałeś zrobić przegląd silnika.
Dzięki bogu... – westchnąłem, po czym spytałem, lekko podenerwowany:
– Nie zdziwiła się, że policjant ją o tym informuje?
– Przekonałem ją, że wszystko u ciebie w porządku...
– Dzięki.
– Nie ma za co Andy. Jedź teraz do domu i wyśpij się.
– Nie wierzy mi pan, prawda?
Nie byłem zaskoczony. Tylko skończony czubek kupiłby moją historyjkę.
Landy nie odpowiedział. Posłał mi tylko długie, wymowne spojrzenie.
Wrzucając pierwszy bieg, skinąłem głową na pożegnanie.



Wszedłem do domu, zdjąłem buty i odwiesiłem kurtkę na wysoki, sosnowy wieszak. Babcia usłyszała hałas spowodowany otwieraniem drzwi i natychmiast pojawiła się w korytarzu. Nie sprawiała wrażenia zlęknionej, czy zdenerwowanej. Landy musiał ją skutecznie uspokoić, pomyślałem.
– Nareszcie jesteś – oznajmiła, przyglądając mi się współczującym wzrokiem.
– Miałem małe problemy – odparłem wymijająco. – Przepraszam, że nie dałem rady po ciebie przyjechać.
– Nie masz za co przepraszać. Pan Landy wszystko mi wytłumaczył. Dobrze, że akurat cię spotkał.
– Właśnie.
– A co z samochodem? – spytała babcia.
– Już wszystko w porządku. Drobne zwarcie.
Dotknęła mojej niebieskiej bluzy i stwierdziła:
– Masz przemoczone ubranie. Idź na górę, weź prysznic, a ja zrobię ci gorącą herbatę.
– Dzięki, jesteś wspaniała.
Pocałowałem ją w policzek, następnie poszedłem na górę i od razu zamknąłem się w łazience. Zrzuciłem z siebie wszystkie ubrania, odkręciłem gorącą wodę i stanąłem pod prysznicem. Odkręciłem kurek. Gdy zalała mnie woda, poczułem się o niebo lepiej. Była kojąca, delikatna, orzeźwiająca, sprawiła, że na chwilę przestałem myśleć o wydarzeniu sprzed paru godzin. Kiedy jednak, namydlałem ciało myśli powróciły. Nie potrafiłem racjonalnie wytłumaczyć sobie sytuacji, która mnie spotkała w samochodzie. Nie mogłem pojąć, skąd nagle na drodze znalazł się ten szaleniec. Kim on w ogóle był, do diabła? A może to było jakieś przewidzenie? Omam wzrokowy?
Zmęczenie organizmu, tłumaczyłem sobie. Tak to trzeba wytłumaczyć. Choć coś kłóciło się we mnie, gdyż wiem na pewno, co widziałem. Z przemyśleniami dałem sobie na razie spokój. Gdy skończyłem orzeźwiający prysznic i wytarłem ręcznikiem ciało do sucha, strasznie rozbolała mnie głowa.
W moim pokoju, na biurku już czekała owocowa herbata. Pachnęła pobudzająco, ale mimo intensywnego zapachu i dobrego smaku nie postawiła mnie na nogi. Wręcz przeciwnie. Po wypiciu gorącego napoju padłem na łóżko i zasnąłem, z głową pełną upiornych myśli.



Znowu próbuje dostać się do środka. Oby mu się udało. Krąży wokół zimnych ścian i zagląda we wszystkie zakamarki. Dobrze, że lokatorzy nie mają pojęcia o niechcianym gościu. Mogliby przez wiele następnych nocy nie zmrużyć oka.



Jeszcze chwilkę, pomyślałem. Oczyma wyobraźni zawędrowałem do szkoły i ten obraz uprzytomnił mój umysł. Spojrzałem na zegar i zakląłem. 9.30. Spóźniłem się do szkoły.
Skierowałem swoje kroki na dół, do kuchni, gdzie babcia właśnie rozpakowywała torby z zakupami i układała różne produkty na stole.
– Budzik nie zadzwonił. Mogłaś mnie obudzić – powiedziałem z lekkim wyrzutem.
– Miałeś wczoraj ciężki dzień. Pomyślałam, że musisz odpocząć – odparła.
Otworzyłem lodówkę i zajrzałem do środka.
– Konam z głodu?
– Właśnie kupiłam świeże pieczywo.
– Mmm, znakomicie.
– Zapomniałam ci wczoraj podziękować.
Popatrzyłem na nią, lekko zdziwiony.
– Za co? – zdziwiłem się.
– Nie wiedziałam, że masz taki talent.
– Talent? – Nadal nie rozumiałem.
– Niebywały. – Podeszła do mnie i stanęła przy otwartej lodówce. Zbity z tropu, zmarszczyłem brwi.
– Babciu, o czym ty mówisz?
– No jak to o czym? O tych kotletach, rzecz jasna. Jak ci się je udało tak znakomicie utłuc, hm? Jestem pełna podziwu. A wiesz... ułatwiłeś mi zadanie – wyszczerzyła zęby.
Był pewien problem. Pierwszy raz widziałem na oczy te kotlety i zdecydowanie nie przyczyniłem się do ich utuczenia.
– To nie ja - wymamrotałem.
Roześmiała się, stwierdziwszy, że zrobiłem głupią minę.
– Serio, nie tknąłem ich palcem.
– Oj Andy, Andy. Pomóż mi rozpakować torby.
Z powściągliwością zrobiłem o co mnie prosiła, następnie zjadłem śniadanie w jej towarzystwie.
Smaczne kanapki zapełniły mój żołądek niczym kocioł, do którego można wrzucić jedzenie w wielkich ilościach. Postanowiłem zapytać:
– Czy to chodzi? – spytałem w pewnym momencie, wskazując palcem na wielki, stojący pod ścianą zegar.
– Żartujesz. – Babcia zrobiła wielkie oczy. - Nie działa od piętnastu lat, odkąd zmarł twój dziadek. Tylko on zawsze nakręcał zegar. Mnie ciągle wypadało to z głowy. Później parę razy go nakręciłam, ale i tak nie chodził. Przestał działać, kiedy Henry odszedł.
Po wczorajszych wydarzeniach i rzeczach, jakie wyczytałem w znalezionych na strychu książkach, już chyba nic nie mogło mnie zaskoczyć.
– Zapomniałam ci powiedzieć – zagadnęła. – Wczoraj dzwonił Alan i mówił, że macie dzisiaj imprezę.
Prawie zapomniałem!
Cholera.
- A tak... racja... znaczy, wiem, impreza, tak.
Udałem się do pokoju i zacząłem robić porządki. Wszystkie książki i czasopisma traktujące o zjawiskach nadprzyrodzonych wrzuciłem do tekturowego pudła i wyniosłem na strych. Długo wpatrywałem się w pentagram wiszący na ścianie, aż w końcu go zerwałem. Poskładałem plakat na mały kwadrat, wziąłem z kuchni zapałki i wszedłem do garażu. Pomieszczenie było wilgotne, na betonowej podłodze tworzyły się w paru miejscach niewielkie kałuże. Na ścianie, naprzeciwko schodów do mieszkania, wisiały drewniane półki. Leżały na niej najróżniejsze przedmioty, począwszy od gwoździ, młotków, śrubek, niedużej lutownicy, kablach skończywszy na kablach, żeliwnych klinach i łańcuchach. Podszedłem do przenośnego grilla i wrzuciłem pentagram na ruszt. Odpaliłem zapałkę i przyglądałem się jak ogień pochłania czarny papier.
Być może tym aktem zakończyłem coś niedobrego w moim życiu.



Gdybym posiadał taką siłę, sam spróbowałbym się uwolnić. Zrobiłbym wszystko, żeby wrócić do Powracającego.



Była godzina siódma, kiedy na piechotę wyruszyłem do domu Alana. Słońce świeciło mi delikatnie w twarz, kończąc całodzienną pozorną wędrówkę. Jeszcze przez pół godziny będzie oświetlało ziemię, tworząc niepowtarzalny nastrój. Uwielbiałem zachód Słońca. Fantastyczne kolory tańczyły po ziemi i całym otoczeniu. Czułem się doskonale, idąc na wprost wielkiej, ciepłej kuli.
Alan zorganizował imprezę urodzinową, która zapowiadała się znakomicie. Zabawę zaplanował na świeżym powietrzu. Przywitał mnie z radością i powiedział, że zaprasza na imprezę. Nie odmówiłem.
Stół z przekąskami i stanowisko DJ’a mieściło się za dwoma ogromnymi szklarniami należącymi do rodziców Alana. Bardzo podobało mi się to miejsce, ustronne, z dala od innych domów. Na trawiastym placu, za szklarniami stały trzy wielkie, drewniane ławki i wiele białych, plastykowych krzeseł. Zobaczyłem, że kabel od sprzętu muzycznego biegnie po szczycie jednego z budynków szklarnianych aż do domu. Linki z przywiązanymi balonikami i serpentynami także ciągnęły się przez szklarnię.
Parę osób już tańczyło, poddając swe ciała decybelom muzyki. Przywitałem się z paroma kolegami i znajomymi. Widziałem wiele dziewczyn, których wcześniej nie znałem.
– Cześć Andy! – zawołał John, kolega z klasy. Wiele ludzi mówiło mu, że jego tusza jest wprost proporcjonalna do poczucia humoru, jakie posiada. Mieli całkowitą rację, a trzeba dodać, że brzuch to on miał pokaźny. – Piwa?
– Nie, dzięki. Później.
– Szykuje się niezła imprezka.
– Widzę – przyznałem się, rozglądając się po całym terenie.
– Muszę powiedzieć Alanowi, żeby postarał się o więcej przystawek. Są znakomite – stwierdził i wpakował sobie do gęby kolejnego krakersa z serem.
Całe towarzystwo świetnie się bawiło. Nie wiem dlaczego, ale czułem lekki niepokój. Podświadomość podpowiadała mi, że coś jest nie w porządku. Na razie nie potrafiłem określić, co mnie frapuje, lecz miałem dziwną pewność, że wydarzy się coś niedobrego.
Niebo pociemniało, żarówki przyczepione do linek z serpentynami dawały nikłe światło. Grupa bawiła się w najlepsze, ale ja nie miałem jakoś chęci do zabawy.
Zobaczyłem jak znajomy oddalał się od tańczących, trzymając dziewczynę za rękę. Szli bardzo chwiejnym krokiem w stronę szklarni. Po chwili odwróciłem od nich głowę, biorąc do ręki ciastko.
– Andy… – powiedziała Samanta, młodsza o rok koleżanka. – Zatańczysz? – Uśmiechnęła się najlepiej jak potrafiła, choć i tak robiła to naturalnie. Nie potrafiłem odmówić.
Z głośnika wypłynęła piosenka Savage Garden – „I knew I loved you”. Samanta wtuliła się w moje ramiona i uśmiechnęła się. Kołysaliśmy się powoli w tak muzyki. – I jak podoba ci się impreza? – zapytała, zbliżając usta do mego ucha. Poczułem wyraźnie jej ciepły oddech.
– Może być – odparłem.
Przytuliła mnie jeszcze mocniej, ale nagle odsunęła się, jakby rażona prądem.
– Słyszałeś?
Spojrzałem na innych tańczących. Oni też zatrzymali się, nasłuchując.
Usłyszałem przerażający krzyk dziewczyny. Był tak głośny, że nawet DJ mimo słuchawek na uszach podniósł głowę znad konsoli i przerwał grę.
Wrzask powtórzył się. Dobiegał ze szklarni.
Rzuciłem się biegiem w stronę szklanych zabudowań i szukałem w nikłym świetle wejścia do środka.
Kolejny krzyk, tym razem głośniejszy.
Zobaczyłem uchylone drzwi, ale zawahałem się. Za moimi plecami ustawiło się paru chłopaków, którzy przybiegli zaraz za mną. Odwróciłem się do nich, szukając wzrokiem Alana.
– Macie latarkę? – zapytałem, ale nie usłyszałem odpowiedzi.
– Nie trzeba latarki – powiedział po chwili Alan, wyłoniwszy się z mroku. – Przy wejściu jest włącznik światła. Mamy tutaj generator prądu.
– Dobra. Wchodzimy?
– Okay. Zostańcie tu – Alan zwrócił się do pozostałych osób.
Weszliśmy do środka i włączyliśmy lampy, które kolejno rozświetlały fragmenty szklarni. Nie dostrzegliśmy niczyjej obecności. Przed nami rozciągały się rządki pomidorów i różnego rodzaju ozdobnych kwiatów. Powoli kroczyliśmy po glinianej dróżce ciągnącej się pośród zieleni.
– Jest tu ktoś? – zawołał Alan.
Po jego twarzy ciekły kropelki potu. Poczułem jak skóra na głowie ciaśniej opięła czaszkę.
Miałem trudności z wykonaniem kolejnego kroku. Alana dotknęły chyba identyczne problemy. Widziałem jak z trudnością połyka ślinę. Zacząłem trząść się na całym ciele i z każdym ruchem wiedziałem, że nie chcę oglądać obrazu czekającego na nas na końcu szklarni.
Przykucnęliśmy sparaliżowani ze strachu za rośliną, której łodygi pięły się w górę, oplatając drewnianą konstrukcję listewek. Przy ścianie szklarni stała dziewczyna i chłopak, których wcześniejsze wyjście zauważyłem. Ich twarze były całkowicie białe jak kartka papieru. Dziewczyna próbowała krzyczeć, ale już nie mogła wydobyć z siebie żadnego głosu.
Przed nimi stał szaleniec, który ubiegłej nocy chciał dostać się do mojego samochodu. Poszarpane włosy i liczne rany na skórze były tak widoczne, że nie miałem wątpliwości co do realności sytuacji.
Stał przed nimi z rozłożonymi rękoma, jakby chciał ogarnąć przestrzeń. Dojrzałem jego wyłupiaste oczy wpatrujące się z dziką żądzą w młodych ludzi.
W przypływie adrenaliny miałem zamiar zaatakować szaleńca, ale ponownie usłyszałem wyraźny głos w umyśle mówiący, żebym tego nie robił.
– Andy, co się dzieje? – szepnął Alan. – Kim jest ten facet?
– Nie mam pojęcia.
– On chyba zaraz się na nich rzuci.
– Masz rację. Trzeba go powstrzymać.
Zaprzeczyłem wewnętrznemu głosowi i przygotowaliśmy się do ataku.
– Na dwa wyskakujemy – rozkazał Alan.
Po chwili rzuciliśmy się na obszarpańca. Cuchnął niesamowicie, jakby kąpał się codziennie w kanałach ściekowych. Powaliliśmy go na ziemię, ale on zaczął się z furią wyrywać. Przez długą chwilę siłowaliśmy się. W pewnym momencie moja twarz znalazła się tak blisko ust szaleńca, że poczułem ohydny zapach jego wnętrzności.
Michael chyba doszedł do siebie, ponieważ pomógł nam unieruchomić tajemniczego mężczyznę. Alan ściągnął koszulę i przerwał ją na pół. Jedną częścią związał szaleńcowi ręce, a drugą skrępował nogi.
Puściliśmy obszarpańca. Przez prawie minutę próbował oswobodzić się z prowizorycznych więzów, krzyczał dziko, parskał, ale później dał za wygraną. Leżał na plecach, z ust ściekała mu piana.
Michael objął ramieniem dziewczynę i razem ruszyli ku wyjściu.
– Naprawdę nie masz pojęcia kim jest ten facet? – zapytał z niedowierzaniem Alan.
– Już go widziałem.
– Naprawdę?
– Wczoraj. Zepsuł mi się samochód i ten facet próbował dostać się do środka. Na moich oczach zaczął odgryzać sobie…
– Co odgryzać?
Urwałem zdanie, pochylając się nad szaleńcem. Spojrzał na mnie jak dzika bestia i odwrócił głowę z sykiem. Przyjrzałem się jego dłonią. Palce były nienaruszone.
– Co odgryzał? – dopytywał się Alan.
– Nie, nic.
– Przecież mówiłeś…
– Tak mi się powiedziało, ale widziałem go.
– Może cię prześladuje…
– Być może.
– Mówię poważnie. Nie widzę żadnego innego powodu, dla którego ten szaleniec miałby tu przyjść.
– Ja też.
– Więc zastanów się, dlaczego cię szuka?
– Skąd wiesz, że akurat mnie szuka i czy w ogóle szuka? – zdenerwowałem się. Alan od razu musiał ustalić, kto zepsuł imprezę.
– Chodź. Zadzwonimy na policję – zaproponował.
Nie odezwałem się, tylko wyszedłem na zewnątrz. Zamknęliśmy drzwi i zaczepiliśmy je specjalnym hakiem. Słyszałem wiele pytań. Każdy próbował dowiedzieć się, co stało się w środku. Michaela i jego dziewczynę obtoczyła grupa zaintrygowanych, dopytując się szczegółów.
– Idę zatelefonować – oznajmił Alan.
Poszedłem z razem z nim.
Gdy wróciliśmy z powrotem, zostaliśmy niemile zaskoczeni. W szklarni nie było śladu po szaleńcu, a nikt ze stojących przy wejściu osób nie widział, aby odchodził.



Jeszcze tego samego wieczoru opowiedziałem babci o wszystkich przerażających wydarzeniach, jakich byłem świadkiem przez ostatnie dni. Wyjawiłem swoje zainteresowanie zjawiskami nadprzyrodzonymi i zapytałem naiwnie, czy może to nie jest przyczyną nieszczęśliwych wypadków.
– Kto pozwolił ci brać tę książkę? – zapytała, ale nie była oburzona, czy też podenerwowana.
– Leżała na strychu – odparłem.
– Ta książka należała do Henry’ego. On także interesował się zjawiskami nadprzyrodzonymi i duchami. Muszę ci to wszystko powiedzieć, bo inaczej nie uwolnisz się od Powracającego.
Powracającego?
Oniemiałem.
– Jakiego Powracającego?
- Od... – zawahała się jakby niepewna czy dobrze robi, wspominając o tym wszystkim
- Tego, który...
– Tak. – odparła, nie pozwalając mi dokończyć pytania. - Posłuchaj teraz uważnie. Mój mąż był komornikiem. Pracował w tym zawodzie ponad trzydzieści lat. Pewnego dnia udał się po rzeczy do mieszkania Christopera Glow’a. To on jest Powracającym. Glow nie płacił czynszu, więc Henry musiał wziąć od niego coś… rozumiesz. Pytałam się Henry’ego wiele razy, dlaczego zabrał akurat ten zegar, ale nie chciał odpowiedzieć. Wykręcał się za każdym razem.
– Chcesz powiedzieć, że ten zegar należy do Glow’a?
– Tak. Henry wziął oczywiście także inne rzeczy, jakieś meble, obrazy, których nie mógł przypisać do swojej własności. Aż pewnego dnia Christoper Glow zmarł.
Poczułem mocny ucisk w żołądku.
– Henry od zawsze interesował się zjawiskami nadprzyrodzonymi – kontynuowała. – Pewnego dnia zorganizował wieczór spirytystyczny. Na seans zaprosił kolegów jeszcze ze studiów, którzy podzielali zainteresowania Henry’ego. Ja także uczestniczyłam w tym seansie i przysięgam, że naprawdę widziałam ducha. Christoper Glow przyszedł… i zabił Henry’ego.
W oczach babci próbowałem dojrzeć łzy, ale zobaczyłem tylko czarne, jakby bardziej rozszerzone źrenice. Z jej spojrzenia wyczytałem głęboki smutek. Od śmierci dziadka upłynęło wiele czasu i babcia pogodziła się już z jego odejściem. Potężne pokłady żalu tkwiły w niej nadal.
– Chodziło o ten zegar – podjęła. – Glow chciał go odzyskać. Nie mogliśmy nic zrobić, uczynić żadnego ruchu, bo w czasie seansu byliśmy jakby w transie. Koroner stwierdził zawał serca. Ja wiedziałam… Glow wiele razy krążył w nocy wokół naszego domu, ale nie miał na tyle siły, by odzyskać zegar.
– Musiał być dla niego bardzo ważny – zauważyłem.
– Pewnie tak.
– Ale dlaczego teraz bardzie zależy mu na jego odzyskaniu? Co to za zegar?
– Niepotrzebnie zacząłeś interesować się duchami – spojrzała na mnie surowo. - On nabiera sił, gdy czuje, że ktoś jest zaciekawiony jego światem. Bardzo ciężko to wytłumaczyć, ale wyczytałam to w jednej z książek Henry’ego.
Teraz zrozumiałem do kogo należał tajemniczy głos, który próbował mnie ostrzec, a później w samochodzie zabronił mi otwierania drzwi. To dziadek Henry starał się odwieźć mnie od zła, w jakie się wpakowałem.
Na chwilę zapanowało milczenie. Babcia wstała od stołu, wyjęła sok pomarańczowy z lodówki i nalała go do dwóch szklanek. Napój przyjemnie schłodził gardło.
– Zrób to – rzekła. – Już dawno powinnam to…
– Co mam zrobić? – wtrąciłem.
– Spal ten przeklęty zegar.



Chris ratuj mnie, proszę. Wykorzystaj swe ostatnie resztki sił i przyjdź z pomocą. Oni chcą zrobić mi krzywdę.



Wyniosłem zegar na zewnątrz i położyłem go na zielonej trawie, z tyłu domu. Wróciłem do garażu, sięgnąłem po siekierę i w połowie zapełniony kanister z benzyną.
Stanąłem przed leżącym zegarem i obejrzałem się za siebie. Światło dawała lampa umieszczona nad kuchennym wejściem do domu. W oddali można było usłyszeć odgłosy śmiechu i zabawy. Ktoś urządzał przyjęcie.
Wziąłem do rąk siekierę i podniosłem ją do góry. Wyobrażałem sobie jak wbija się w zegar, roztrzaskując z przyjemnym hukiem stare drewno. Zrobię to z zapałem; ulga pojawi się na pewno.
Zamachnąłem się i znieruchomiałem.
– Andy, co robisz? – zawołał pan Landy, zbliżając się do mnie. Pojawił się nagle jak duch, wyłaniając się z mroku panującego obok domu.
– Nic. To znaczy chcę pozbyć się tego grata.
Podchodził, powoli… był już bardzo blisko. Zadygotałem. A potem zacząłem się wycofywać. Coraz szybciej i jak najdalej od tej postaci.
– Grata powiadasz? – Wyszczerzył brzydkie zęby i wyciągnął do mnie potwornie okaleczoną dłoń.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -