Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Zaraz sobie pójdą

Rafał Kuleta

Jej czarne, skórzane, wysokie do kolan kozaki i jego brązowe, zamszowe półbuty naruszyły spokój okolicy, chrzęszcząc po liściach przykrytych cieniutką warstwą oblodzonego śniegu, łamiąc patyki i depcząc po kamieniach. Każdy, najmniejszy nawet szczegół tego świata został rozedrgany: dotknięty podeszwą kamyk przekazywał energię zlodowaciałym ziarnkom piasku, te puszczały ją dalej w obieg, doprowadzając do energetycznych wibracji kolejne kamienie, patyki i drzewa, jak w niekończącym się efekcie domina, budząc nieznane siły tego miejsca. Patrycja, dwudziestoletnia, wysoka brunetka, lękliwie rozglądała się po niewzruszonych, dostojnych, majestatycznych drzewach, spoglądających na nich z nieukrywaną wyższością, a nawet pogardą.
- Marek, długo jeszcze będziemy się tak błąkać?
- Ile razy ci powtarzałem, żebyś była cierpliwa? - odpowiedział oschle starszy od niej o kilka lat mężczyzna. Z jego wiekiem to była dziwna sprawa, Patrycja sama tak do końca nie wiedziała, ile Marek naprawdę ma lat, a nie chciała pytać. Raz się przestraszyła, kiedy przechodząc korytarzem zerknęła do łazienki (akurat się golił) i w odbiciu lustra zobaczyła obcego, w zaawansowanym wieku mężczyznę o przyprószonych siwizną włosach. Przyglądała mu się przez chwilę, stwierdzając, że jednak to jest Marek. Wydawało jej się, że to starszy facet. Był nie do poznania. Kiedy wyszedł z łazienki, znów był młodym mężczyzną. Nigdy mu o tym nie wspominała. Sama przed sobą przyznała, że coś jej się musiało zdawać; ostatecznie dawała mu około trzydziestu lat.
- Bądź cierpliwa, zaraz będziemy na miejscu - dodał łagodnie.
- Wcale się nie niecierpliwię, tylko już jest ciemno, a my wciąż błądzimy.
- Nie martw się, Pati, już niedługo.
Był to inny las. Wszechobecne, dominujące w tym rejonie brzozy i sosny ustąpiły nagle miejsca dębom i bukom, atmosfera stała się gęsta, powietrze, wręcz fizycznie namacalne, drgało lekko, przesycone tajemniczą świeżością, jakby czas zatrzymał się w odległej, pierwotnej epoce.
Miejsce to wyróżniało się kliniczną wręcz czystością. W przeciwieństwie do innych leśnych ostępów, nie było tu żadnych niedopałków, worków foliowych, papierków po batonikach czy puszek po piwie. Co więcej, sama natura zdawała się jednoczyć w wysiłkach o utrzymanie czystości i porządkowała teren z wszelkich dysonansów, harmonijnie zespalając ze sobą każdy szczegół otoczenia. Nie było mowy o przypadkowości ułożenia opadłych liści, połamanych gałęzi czy rozrzuconych kamieni. Wszystkie detale powiązane były ze sobą w jednym spójnym wzorze obowiązującym tu od niepamiętnych czasów.
W wewnętrznej harmonii lasu wyczuć można było jednak dziwne, niepokojące pulsowanie. Przed zamkniętymi oczami drzewa emitowały pozytywną energię, która nasycała powietrze atomami starożytnej ciszy i wypełniała umysł pradziejowym spokojem. Po uniesieniu powiek źrenice uderzał chaos. Oczom rozgorączkowanej wyobraźni ukazywała się szokująca prawda o otaczającej naturze, bezlitosnej nawet dla samej siebie. Szczególnie drzewa zdawały się zapłacić wysoką cenę za czyjeś grzechy w nieznanej przeszłości, szokując wzrok pniami - poskręcanymi i powyginanymi w nienaturalnych cierpieniach.
Niewątpliwie las ten był specyficzny, zróżnicowany i niejednoznaczny, a oni zupełnie nieświadomie zakłócili jego harmonię. Nie byli jednak w żadnej odległej epoce, ani w żadnej egzotycznej głuszy, tylko w jednym z nadmorskich lasów na Pojezierzu Kaszubskim, dokąd uciekli od urbanistycznego zgiełku w ostatnich, weekendowych dniach marca.
Patrycja miała wrażenie, że idą po gigantycznym kole. Cel ich przechadzki cały czas umykał za tym samym zakrętem. Leśna ścieżka, po której spacerowali, biegła w tę samą stronę zataczając coraz węższe kręgi. Szli do wnętrza jakiejś niezwykłej, leśnej spirali. „Chyba na samym jej końcu będzie ten dom, no bo gdzie indziej” - pomyślała dziewczyna, zerkając kątem oka na Marka. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, nie licząc gorączkowo skupionych, skoncentrowanych na drodze oczu. Jemu jeszcze bardziej niż Patrycji zależało na jak najszybszym dotarciu do obiecanego domu.
Otaczająca ich natura pulsowała cyklicznym rytmem, wciągając ich coraz bardziej w pewien rodzaj hipnotycznego transu. Mieli wrażenie, że za kolejnym mijanym drzewem lub krzakiem otworzy się inny wymiar, inny świat, i że nagle wejdą do wnętrza swojej duszy.
W miarę jak posuwali się naprzód, las zdawał się zmieniać.
Na początku Patrycja w ogóle nie zdawała sobie sprawy z istniejącego w tym środowisku naturalnym porządku. Powoli jednak zaczęła zauważać spiralny układ każdego szczegółu otaczającej ich przyrody. Małe skupiska drzew rosły w ledwo co zauważalnych okręgach, ich gałęzie zakręcały i układały się w faliste koła. Nawet słaby wiatr zdawał się wirować w określonym wzorze. Zapach ziół i aura kamieni doprowadzały do lekkich zawrotów głowy i wprowadzały ich ciała w odpowiednio nastrojone wibracje. Te ostatnie powodowały dziwne, pojawiające się cyklicznie po przejściu pełnego okręgu, zaburzenia pracy błędnika, co z kolei powodowało uciążliwy brak orientacji, który wyjątkowo dokuczliwie odczuwała dziewczyna.
- Według mnie - odezwał się nagle Marek - dom powinien być gdzieś… o, tam - wskazał ręką na kolejną ścianę drzew wyrastającą przed nimi.
- Jesteś pewien? - Patrycja bardziej stwierdziła, niż zapytała, zmęczonym, sponiewieranym prawie całodzienną tułaczką głosem. - Ja mam wrażenie, że kręcimy się w kółko. - Poprawiła czarną torebkę z nappy przewieszoną przez ramię. Od dłuższego już czasu nie trzymali się za ręce.
- Na sto procent. Tylko cały czas musimy iść tą ścieżką. Nie ma rady. Nie przebijemy się na skróty przez drzewa i krzaki, a mam podejrzenia, że dopiero wtedy byśmy się zgubili.
- W ogóle zastanawiam się, po co ciebie słuchałam.
- Przecież chciałaś, żeby było romantycznie - przystanął i odwrócił się do niej zdziwiony.
- Chciałam, ale… wcale nie jest romantycznie - Patrycja też stanęła, oddychając ciężko. Rozejrzała się. - Co za dziwny las. Czy tutaj w ogóle ktoś się pojawia?
- My. Teraz.
- No tak, jasne. Ale oprócz nas? Pewnie nikt tu nie mieszka.
- Mieszkają, mieszkają, zdziwiłabyś się, jak wielu - Marek pokiwał enigmatycznie głową.
- Wolałabym się nie dziwić - nie bała się, ale czuła lekkie, chłodne mrowienie przebiegające po skórze, mimo otulających ją szczelnie rzeczy.
- A co, boisz się?
- Czego mam się bać? Drzew? Bo tylko te widzę. Przynajmniej na razie.
Ruszyli dalej.
- Pewnie prowadzi do niej jakaś droga, tyle że z innej strony, prawda? - odezwała się po chwili.
- Może masz rację…
Znowu przystanęła i spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem.
- To nie wiesz? - uśmiechnęła się z niedowierzaniem.
- Nie wiem, jak długo będziemy jeszcze iść. Przyznaję, że nie za bardzo znam tę część lasu. Ale na pewno musimy trzymać się ścieżki. O to jestem spokojny.
- To gdzieś ty mnie przyprowadził?
- A tak sobie pomyślałem, że może być romantycznie w nie odwiedzanej przez nikogo dziczy.
Patrycja wznowiła spacer.
- Przecież sam przed chwilą powiedziałeś, że tu ktoś mieszka. A nawet, że jest ich wielu, sam tak stwierdziłeś.
- Zgadza się, mieszkać mieszkają, ale co innego, że nikt ich nie odwiedza…
- To my mamy być tymi pierwszymi, którzy ich odwiedzą?
- Na to wygląda.
Znów się zatrzymała.
- Słuchaj, Marek - spojrzała mu prosto w szaroniebieskie oczy - było dobrze… co ja mówię, jest dobrze, fajnie się bawię, ale już przestało być zabawnie. Chcę wracać.
- No, to raczej nie jest możliwe… - powiedział niewzruszonym głosem.
- Jak to „nie jest możliwe”? - zmarszczyła brwi.
- No bo nie jest… - wzruszył ramionami.
- Przestań mnie straszyć! - uderzyła go w ramię; nie podobało jej się to jego chłodne spojrzenie, niewzruszona twarz, kamienne rysy pokerzysty. Miała wrażenie, że on coś kombinuje, kalkuluje - chłodno i z wyrachowaniem, rozważa jakieś sobie tylko znane opcje, ale nie wiedziała i nie potrafiła odgadnąć, co dokładnie plącze się po meandrujących ścieżkach jego umysłu.
- Ale nie musisz mnie zaraz bić, wypraszam to sobie.
Wściekła się.
- Zaraz oberwiesz po pysku, jak mi nie wytłumaczysz, dlaczego nie jest możliwy powrót?
Chwycił ją w ramiona, ale wyrwała mu się.
- Proszę, nie denerwuj się - musiał ją uspokoić; mimo że nie znał jej dość długo, poznał ją trzy miesiące temu na imprezie sylwestrowej, wiedział, co to znaczy, gdy wpadnie w furię. - Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Nie jest możliwy powrót, bo odcięli nam drogę… - wznowił kroki, ale ona wciąż stała w miejscu.
- Zaraz, zaraz… poczekaj, zatrzymaj się! - wyciągnęła do niego ukrytą w rękawiczce dłoń. - No już, chodź tu… - (Musiał się do niej wrócić.) - Spójrz mi prosto w oczy… - (Spojrzał w te dwa cudowne migdały, w których od razu się zabujał, kiedy je zobaczył, i wciąż nie pozostawał obojętny na ich urok.) - Jak to… odcięli nam drogę? Kto odciął nam drogę? - (Nie podobało mu się to jej wypytywanie; co, nie ufa mu? Nie udzielając odpowiedzi na żadne z pytań, ruszył sam ścieżką.) - Ej, dokąd idziesz? Poczekaj!
Dopiero kilka kroków dalej odwrócił się.
- Chyba nie muszę powtarzać, że odcięli nam drogę i musimy iść dalej, aż dojdziemy do tego domu, tak jak ci obiecałem, gdzie spędzimy romantyczną noc, tak jak też ci obiecałem…
Była wściekła na niego. „Co on sobie w ogóle myśli? Zagnał mnie do jakiejś dziczy i jeszcze sobie jaja ze mnie robi! Kto odciął nam drogę? Cholera jasna, zawsze coś! Nigdy nie może być normalnie!”
- Nigdzie nie pójdę!
- Pójdziesz!
- Nie pójdę! Będę tu stała w miejscu, sama jedna, ale nigdzie się nie ruszę! - po tej deklaracji rozejrzała się po niezbyt rozsądnej perspektywie obcowania sam na sam z głuszą dookoła. Niemniej jednak musiała mu pokazać, że ma swoje zdanie.
- No to stój sobie. Ja idę dalej - on też się tym razem uwziął. Nie będzie jakaś baba wtykać go jak jakiegoś paprocha pod pantofle, nawet jeśli te pantofle to seksowne, skórzane kozaki, które tak uwielbiał całować, gdy wolno zakładała je na swoje długie nogi i jeszcze wolniej je zapinała, przesuwając zamek coraz wyżej i wyżej, doprowadzając go do przyjemnego, fallicznego drżenia. Żwawo ruszył z miejsca.
- Dokąd idziesz? - zawołała za nim. - Sam?
- Przecież nie chcesz iść ze mną - nawet się nie obrócił, był już kilka metrów dalej. - Wolisz tam tak stać i czekać nie wiem na co… chyba, że tamci się zjawią i cię postraszą… - to ostatnie powiedział wyjątkowo cicho.
- Co tam mruczysz? Nie słyszę cię!
- To rusz wreszcie tyłek i chodź do mnie, a nie stój tam jak pień! - burknął pod nosem.
Oddalił się już od niej dość spory kawałek.
- Nie słyszę cię!
- Co za wredne babsko! - powiedział zrezygnowany do siebie i przystanął. - Kurde, zamiast iść normalnie, jak człowiek, to stanie ci jak kołek i stoi. Ile to człowiek musi się naużerać - pokiwał zrezygnowany głową i zaczął wracać. - Dobrze, już dobrze, idę po ciebie… tracimy tylko bezsensownie czas. Czeka, aż wyśle się specjalne zaproszenie… - wściekły podszedł, a raczej dobiegł do niej. - No, co tak tu sterczysz? Jeszcze kilka kroczków trzeba zrobić.
Ona tymczasem uśmiechnęła się do niego.
- Jednak wróciłeś po mnie - odezwała się zupełnie innym tonem, słodkim i kochliwym, potrafiącym skruszyć każde zatwardziałe serce.
- A co miałem zrobić? - on też nagle spasował, nie było sensu się kłócić, tym bardziej, że czekała ich niezwykła noc w samotnym domu w leśnej głuszy. Zmierzył ją wzrokiem z dołu do góry: od obutych w kuszące kozaczki stóp do głowy pokrytej czarnym, skórzanym beretem. Czuł wzrastające ożywienie w swojej strefie intymnej. Objął ją w pasie. Jej miękki, czarny, skórzany płaszcz wtulił się w jego brązową, również skórzaną kurtkę. Z rozkoszą wciągnął jej ponętny zapach. Tak, nie było sensu się kłócić. Po co kłaść skazę na chwile, w których tyle jeszcze przyjemności przed nimi. Odezwał się do niej miłym, spokojnym głosem, takim, jaki zawsze lubiła: - Miałem iść dalej? - pocałował ją w lekko rozchylone usta; miąższ jej nabrzmiałych nagłym podnieceniem warg wtopił się w niego drżącymi, rozedrganymi impulsami. - Przecież razem tu jesteśmy.
Było jej naprawdę przytulnie i bezpiecznie w jego ramionach.
- Myślałam, że mnie zostawisz. Już tak daleko odszedłeś.
- Nie chciałem cię zostawiać. Po prostu szedłem dalej, żebyś w końcu sama do mnie dołączyła.
Pocałowała go.
- Cieszę się, że po mnie wróciłeś. To znaczy, że zależy ci na mnie.
Odwzajemnił pocałunek.
- Zależy mi na tym, żeby jak najszybciej dojść do tego domu…
Uśmiechnęła się zalotnie.
- Wiem, że zależy ci na mnie. Dlatego mnie tu przyprowadziłeś. To niesamowite, cudowne miejsce. Jest naprawdę bardzo romantyczne.
- No dobrze, daj rękę - podał jej dłoń. - O, tak już lepiej, nie? Chodź, robi się coraz później.
Żwawo wystartowali w dalszą drogę. Ścieżka niezmordowanie skręcała, nie dając żadnej nadziei na koniec ich podróży. Patrycja jednak szła teraz śmielej, czuła się pewniejsza, do końca przekonana o uczuciach jej mężczyzny.
- Wiesz, z tobą czuję się bezpieczna. Nawet nie wiedziałam, że po zaledwie trzech miesiącach znajomości mogę tak bardzo komuś zaufać.
Roześmiał się.
- Dlaczego się śmiejesz?
- Przepraszam cię, ale to tak śmiesznie zabrzmiało. Jak tekst z jakiejś komedii romantycznej.
- Tak? Ja tak nie uważam.
Nagle Marek zatrzymał się, rozglądając się i nasłuchując, jak wilk na polowaniu.
- Dlaczego się zatrzymałeś?
Zbliżył palec do ust i wyszeptał: - Ciiii, wydawało mi się, że coś słyszę.
- Marek, przestań mnie wciąż straszyć! - już ją zaczęło męczyć jego dziwne zachowanie. Znów poczuła niepokój. Miała wrażenie, że to odosobnione, dziwne miejsce zaczyna powoli zrzucać swoje romantyczne szaty i obnażać tajemnicze siły skrywane pod powierzchnią.
- Nie straszę cię… - szepnął ledwo słyszalnym głosem. - Ale obawiam się, że ktoś lub coś jest całkiem blisko nas…
- Marek, boję się… - oświadczyła szczerze. Intuicja podpowiadała jej, że zaraz stanie się coś złego. Na pewno stanie się coś złego, jeśli tylko nie opuszczą tego miejsca, tej ścieżki i nie znajdą schronienia w domu, do którego wciąż bezowocnie zmierzali.
- Nie bój się, nic się przecież nie stanie.
- Obiecaj mi - zatrzymała go nagle i pokierowała jego dłońmi na swoje biodra. Chciała, pragnęła, żeby ją teraz przytulił, żeby usłyszała bicie jego serca, swoim rytmem zapewniającego, że wszystko będzie w porządku.
- Obiecuję.
Wtedy to zobaczyła. Ledwo zauważalny ruch w gęstwinie za jego plecami.
- Marek! - pisnęła, wskazując palcem na drzewa tuż za nim.
- Nie tak głośno. Co?
- Tam ktoś jest! - ścisnęła mocniej pasek torebki.
Obrócił się i spojrzał w bezczelnie szydzące z niego, splątane w orgiastycznym tańcu gałęzie. Oczywiście, tak jak się spodziewał, poza kołyszącymi się wolno ponurymi drzewami niczego nie zobaczył. Zmrużył jeszcze oczy, żeby wysupłać choć jeden jedyny szczegół z poplątanego węzłami zależności świata natury, ale nic z tego.
- Gdzie? Nikogo nie widzę - jego głowa płynęła z lewej burty pola widzenia na drugą.
- Tam, po prawej… - skórzany palec przesunął się nieznacznie w prawą stronę, jakby kogoś lub coś namierzał.
- Niczego nie widzę… chociaż… - Marek jeszcze bardziej zmrużył oczy - poczekaj… coś się właśnie poruszyło…
- Widzisz te dwa czerwone punkciki? Boję się…
Dopiero teraz je dostrzegł: dwa małe czerwone punkty przesuwające się równolegle do ścieżki i zatrzymujące się nagle, jakby same były zaskoczone obecnością intruzów.
- Widzę. Co to może być?
- Boję się… - ścisnęła mocniej jego rękę.
- Nie bój się… - objął ją w pasie; czuł, jak dygoce, mimo opatulającego ją ciepłego, podbitego futerkiem płaszcza.
- Widzisz? Tam się coś poruszyło!
Jej strach zmienił się nagle w wierzgające, oszalałe zwierzę, które nie wiedziało, jak zareagować. Patrycja czuła, że zaraz zeświruje, to leśne, coraz głębsze, coraz dziksze pustkowie powoli zaczęło opanowywać jej umysł. Ogarnięta paniką wyobraźnia podsunęła jak na zwariowanej, wirującej tacy szalony obraz najbliższych drzew wypuszczających w jej kierunku gałęzie, które bez wysiłku, błyskawicznie zdarły z dziewczyny ubrania, łącznie z mocnymi, skórzanymi kozakami.
Po chwili zobaczyła siebie obnażoną, stojącą wśród strzępów ubrań, które pracowite gałęzie w jednej chwili porwały. Kątem oka widziała, jak Marek spogląda na nią w całkowitym osłupieniu i szoku. Właśnie wtedy gałęzie zaatakowały. Powaliły ją na ziemię i zaczęły masową orgię niezaspokojonych konarów. Najpierw gwałciły ją, brutalnie penetrując intymne części ciała, by jak najszybciej zaspokoić lubieżne nienasycenie, a następnie wbijały się w jej skórę, mięśnie i kości, przeszywając wnętrzności i członki, przebijając się na zewnątrz z drugiej strony, wracając, by ponownie gwałcić każdą tkankę jej organizmu, zdzierać palcami nienasyconych gałązek długie, lśniąco-czarne włosy i zaspokajać pierwotną żądzę krwi.
Marek z niedowierzaniem przyglądał się temu sadystycznemu gwałtowi natury. Podszedł do rozszarpywanego ciała młodej kobiety. Obserwował z coraz większym napięciem wijące się wśród wnętrzności gałęzie, pojawiające się i znikające w ciele ofiary, pracujące jak igły o nieregularnej grubości, długości i zróżnicowanych kształtach w surrealistycznej maszynie do szycia. Mężczyznę nagle ogarnęła niepohamowana chuć. Zbliżył się do konającego ciała i pochylił, próbując znaleźć wolne miejsce na rozładowanie własnego, samczego pożądania. Wybrał zakrwawioną paćkę, która już niczego nie przypominała, rozerwana i stłuczona na miazgę przez wytrwałe gałęzie. Po chwili już czuł ulgę, rozładowując napięcie, napełniając krwawą pulpę gorącym nasieniem. W jakimś pośmiertnym impulsie dziewczyna chwyciła jego przedramię i ścisnęła, próbując go równocześnie odepchnąć i przyciągnąć.
- Możesz mi się tak nie wbijać w ramię? - warknął. - To boli…
Rozpłakała się. Wizja odeszła, ale jej realizm odarł ją z sił witalnych, ogołocił ją ze spokoju i nadziei. Ukryła twarz w dłoniach. Bezsilne łzy poturlały się po czarnej skórze jej rękawiczek.
- Kiedy ja się boję! - wyrzuciła z siebie szlochając. - Nienawidzę tego lasu! Nienawidzę! Gdzie jest ten twój dom, który miał być tak blisko? No gdzie jest?
- Przestań panikować, bo mnie zaraz szlag trafi!
Spojrzała na niego, a następnie na rozchylające się gałęzie drzew za nim.
- Aa! - wrzasnęła.
- Co…? - obejrzał się, ale niczego nie spostrzegł, co najwyżej mocniej kołyszące się drzewa na pobudzonym nagle wietrze, poderwanym do akcji jakimś nieznanym bodźcem.
- Aaaaa! - wrzeszczała Patrycja. - To biegnie prosto na nas! Marek, co…? - przez chwilę dziewczynie wydawało się, że coś wyskoczyło zza drzew; odruchowo zamknęła oczy i zasłoniła się mężczyzną.
- Uspokój się, przecież to tylko jeleń! I nie biegnie na nas, tylko zawrócił i ucieka.
- Jeleń? - nieśmiało zerknęła zza jego pleców.
- Tak, spójrz, niczego tam nie ma, spłoszyły go twoje wrzaski.
Patrycja wpatrywała się w ciszę i spokój otaczających ich drzew.
- To był jeleń? - spytała z niedowierzaniem.
- Oczywiście, że jeleń, a niby co innego? - uśmiechnął się do niej łagodnie. Tym ją uspokoił, sprawił, że nadal mu ufała.
- Nie… tak dobrze nie widziałam, ale… - pokiwała głową. - Wcale nie… nie o to mi chodzi…
- A o co? - cały czas się uśmiechał; wiedział, że tylko w taki sposób może pomóc jej zachować spokój.
- Mówiłeś przecież, że tu ktoś mieszka i że jest ich wielu…
- Zgadza się, mówiłem - objął ją w pasie, po czym lekko pchnął, by mogli wreszcie wznowić rozciągający się już teraz w nieskończoność spacer.
- To był tylko jeleń…
- A według ciebie co niby to miało być? Sarny nie mają poroża.
- Myślałam, że chodzi ci o ludzi, albo… o coś innego… wiesz, sam mówiłeś, że oni odcięli nam drogę… - coraz bardziej niepewnie się czuła, coraz bardziej… głupio. „Boże, co ja plotę, co za kompromitacja! Teraz sobie o mnie pomyśli!”
- Myślałaś, że chodziło mi o ludzi? - Marek roześmiał się. - Chodziło mi o zwierzęta, moja droga Patrycjo, o zwierzęta. Jest ich wiele w tej części lasu i mają się całkiem dobrze, bo nikt ich nie odwiedza. A z tym odcięciem drogi, to pomyślałem, że może jakieś się zaciekawiły i podeszły bliżej, by sprawdzić, kto ich tu nachodzi. Ruszyły więc naszym śladem. Nie mówiłem nic, bo nie chciałem cię narażać na dodatkowy stres. Sorki. Nie przewidziałem tego jelenia… - (wybuchła śmiechem pełnym ulgi). - Dlaczego się śmiejesz?
- Jaka ja jestem głupia! A ja myślałam, że chodzi ci o jakichś… nie wiem… psychopatów… albo jakieś potwory…
Poczuł, jak wnętrzności zwijają się i rozwijają w chichoczących spazmach, rozbawione jej stwierdzeniem. W końcu opanował chwilową głupawkę i nieznacznie przyspieszył kroku.
- To niezłą masz wyobraźnię… ale nie, nie chodziło mi o żadnych psychopatów, ani tym bardziej o żadne potwory, chodziło mi właśnie o zwierzęta…
- No to mi ulżyło… Przytul mnie mocno.
- Z przyjemnością - objął ją i pocałował w dygocące z chłodu i strachu usta. - Teraz lepiej?
- Tak, o wiele lepiej - wtuliła głowę w jego bark.
Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, zza kolejnej mijanej ściany drzew pnących się koślawo, niekształtnie wzdłuż spiralnej ścieżki, wynurzył się spowity mrokiem dom.
- Spójrz! - Marek wyraźnie się ożywił. - Nie mówiłem, że to niedaleko? Oto nasz dom.
„Nareszcie” - pomyślała i odetchnęła głęboko.
Piętrowy, nieotynkowany dom stał na szerokiej, łysej polanie otoczonej masywną ścianą dębów. Przed każdym drzewem leżał dość sporej wielkości, dziwny, słabo fosforyzujący głaz, wszystkie razem tworzyły majestatyczny kamienny krąg. Sam dom, majaczący niewyraźnie w gęstej ciemności, sprawiał wrażenie większego niż był naprawdę.
- Całkiem spory jest ten domek. - Patrycja czuła wielką ulgę, że wreszcie zakończyli swoją podróż i teraz odpoczną, rozkoszując się intymną bliskością, za czym oboje już od długiego czasu tęsknili.
- Wiedziałem, że ci się spodoba - uśmiechnął się zadowolony Marek.
- Na razie tak - odpowiedziała asekuracyjnie.
- Jeżeli podoba ci się na razie, to w środku spodoba ci się na pewno. Chodź. Zaraz się zagrzejemy.
Przeszli szybko przez polanę i znaleźli się tuż przed samym domem. Patrycja spojrzała do góry. Z powodu ciemności niewiele dostrzegła. Widziała jedynie, że architektura tego domu w ogóle nie przypomina nowoczesną. Ten dom musiał być bardzo stary. Marek wyciągnął z kieszeni klucze i otworzył drzwi. Zaprosił ją do środka.
- Proszę.
Patrycja weszła ciekawa, co zastanie wewnątrz, ale od razu chłód smagnął ją po odkrytych policzkach. Nie był to jednak sam chłód, lecz zimny metal pręta nokautujący ją tuż za progiem domu. Patrycja krzyknęła i upadła na ziemię, gubiąc torebkę. Podniosła dłoń w obronnym geście, ale wtedy z ciemności domu wyciągnęły się ku niej ręce, które unieruchomiły jej ramiona i nogi i przyszpiliły je do podłogi. Coś wielkiego wynurzyło się z ciemności, coś z dwoma małymi, czerwonymi punktami, coś lub ktoś, czyjej twarzy jej zamroczone uderzeniem oczy nie potrafiły rozpoznać w ciemności. Poczuła nagle fetor oddechu w nozdrzach, a na sobie ciężar czegoś potwornie silnego, rozrywającego ubrania. Następnie wbił się w nią gruby pręt wibrujący prądem, który rozszarpał i wypatroszył jej genitalia. Zawyła z bólu, tyle że to nie było jej wycie. To był skowyt innej dziewczyny, która właśnie na oczach Patrycji została brutalnie zgwałcona.
- Wszystko w porządku? - Marek był już przy niej i gładził ją po mroźnych, pokrytych kremem strachu policzkach.
- Chłodno tu - zdołała zaledwie wycedzić przez szczękające zęby. Nie miała zamiaru przyznawać mu się do następnej wizji, której właśnie doświadczyła, już drugiej w ich całodniowej podróży do tego domu. Intuicja krzyczała do niej, że musi uważać, że coś nie jest jej przychylne, coś, co prawdopodobnie żyje na zewnątrz, przed czym właśnie nieświadomie uciekli. Coś, co prawdopodobnie już kiedyś było w tym domu.
Marek pozapalał wszędzie światła i zaczął krzątać się po mieszkaniu, sprawdzając krany w łazience i w kuchni i włączając ogrzewanie.
Patrycja rozejrzała się po wnętrzu. Uderzył ją przepych i bogactwo emanujące z każdego szczegółu wyposażenia. Mimo rewelacyjnie zaliczonego pierwszego roku historii sztuki na Uniwersytecie Gdańskim, nie potrafiła jednoznacznie określić stylu, w jakim wykonane były niezwykłe, misternie rzeźbione meble. Każdy fragment ich płaszczyzny ozdobiony był wijącymi się spiralnymi i kolistymi motywami. Obrazy na białych ścianach również zapełnione były krzywoliniowymi wzorami poprzetykanymi płynnymi formami i obłymi liniami, które po krótkim czasie obserwacji wywoływały u oglądającego zdumiewające wrażenie, że przedstawione na obrazach kształty ludzkich postaci i bestii na przemian wyłaniają się i znikają, rozpływając się w perfekcyjnym złudzeniu.
- Zaraz będzie ciepło - Marek przerwał jej kontemplację.
- Na tym pustkowiu elektryczność? Centralne ogrzewanie? - zapytała Patrycja, nie odwracając wzroku od obrazów, ani nie spiesząc się ze zdejmowaniem rękawiczek, płaszcza czy beretu. Zdjęła jedynie torebkę i zawiesiła ją na oparciu krzesła stojącego przy stole.
- Zdziwiłabyś się. Moi starzy zadbali o wszystko. Poza tym, szliśmy z drugiej strony, przez większą i bardziej dziką część lasu. Normalnie to tu można dojechać samochodem. Ale sama chciałaś, żeby było romantycznie, więc wybrałem dłuższą drogę.
Patrycja nie przypominała sobie, żeby widziała jakąś drogę przecinającą ścieżkę, która nieprzerwanie biegła po leśnej spirali do tego domu. Wzruszyła jednak ramionami. Jeśli Marek twierdził, że można tu dojechać samochodem, to widocznie jakiś przejazd jest. Przecież materiały budowlane też trzeba było jakoś przewieźć.
- Dobra, niech ci będzie. Najważniejsze, że jesteśmy już na miejscu. Rzeczywiście, jest trochę cieplej - zdjęła rękawiczki i włożyła je do kieszeni płaszcza, który powiesiła na wieszaku przy drzwiach, na osobnym haczyku zawiesiła beret. Kilkoma szybkimi ruchami sprawnych palców poprawiła opadające na ramiona włosy.
- Zobaczysz, za pół godziny to tu będą tropiki - Marek podszedł do niej, objął ją i pocałował.
- Jeszcze nie teraz, kochanie - lekko odpychając go, uwolniła się z jego objęcia. - Gdzie jest łazienka?
- Prosto i na lewo. Wszystko tam jest, masz świeże ręczniki, szampon, mydło… co tylko romantyczna dusza zapragnie… - znów przyciągnął ją mocno do siebie.
- Tylko nie ściskaj mnie zbyt brutalnie, brutalu - figlarnie zmierzwiła jego kasztanowe włosy.
- Wiesz, że na widok twoich piersi dostaję świra i staję się agresywny - nie wypuszczając jej z objęcia, odchylił lekko dekolt bluzki, sięgnął po jej prawą pierś pod stanikiem i pocałował sutkę. Kilkoma okrężnymi ruchami języka doprowadził do stwardnienia brodawki.
- Ostatnio mówiłeś o moich włosach.
- Twoje włosy też doprowadzają mnie do szaleństwa - uwolnił twardą jak kamień brodawkę sutkową od swoich ust i nosem zagłębił się w czarne, miękkie, satynowe włosy.
- A wcześniej były oczy… - czuła, że jeszcze chwila jego pieszczot, a odda mu się bezwarunkowo.
- Już dawno mnie oślepiły… - wargami musnął jej zamknięte powieki.
- Uwielbiam, jak mnie tak całujesz…
- A teraz? - delikatnie wsunął łaskoczący język między jej lekko odchylone wargi.
- Tak… tak też… - mówiła z trudem, uwalniając wilgotne od jego pieszczot słowa. Mimo że była podniecona i gotowa na dalsze rozkosze, to jednak kobiecy pragmatyzm wziął górę. Jakimś cudem uwolniła się od jego penetrującego krainę erotycznych smaków języka. Palcami przesiąkniętymi zapachem skórzanych rękawiczek dotknęła jego warg. - Poczekaj - wyszeptała delikatnym, pulsującym rozerotyzowanymi wibracjami głosem - najpierw łazienka…
- Dobrze - niechętnie dał za wygraną i wypuścił ją z objęcia. - W takim razie przygotuję romantyczną kolację. Tylko się nie spiesz, bo chciałbym się razem z tobą popluskać…
- Zaczekam na ciebie, obiecuję - jej wargi uformowały dla niego pocałunek, który zaraz uwolniła.
- W takim razie daję ci pozwolenie na wizytę w wannie. Zaraz też tam przyjdę.
- No to, pa… leśny zwierzaku… - pomachała mu zalotnie rzęsami trzepoczącymi jak skrzydła kolibra.
- Kocham cię, Pati.
- Ja ciebie też, Mario - Patrycja zaczęła nucić jakąś wesołą piosenkę, a on już szorował parkiet w drodze do kuchni.
- Przygotuję ci prawdziwą niespodziankę - mruknął ponuro do siebie, wszedł do pomieszczenia i z miejsca zaczął przygotowywać kolację. Ten wieczór i noc zapowiadały się wyjątkowo. Musiał im dać odpowiednią oprawę.
Minęło jakieś pół godziny, a Marek nie wracał.
- Mareczku! - Patrycja zawołała z wanny. Właśnie dolała gorącej wody.
- Tak? - jego głos doleciał do niej przytłumiony, jakby pochodził z głębokiej studni, a nie z kuchni.
- Idziesz już do mnie?
- Tak! Dokończę i zaraz do ciebie idę!
- Tylko się pospiesz, bo woda stygnie.
- To dolej gorącej, kretynko - burknął pod nosem.
- Mówiłeś coś, kochanie?
- Nie! Właśnie wyjmuję sztućce z szuflady. Po kąpieli czeka nas wspaniała kolacja.
- Chodź już do mnie!
- Idę, idę, tylko tu dokończę - rozłożył sztućce na kuchennym stole. - Noże, widelce, łyżki, wszystko; starzy o niczym nie zapomnieli.
Przeniósł sztućce do pokoju, objął jeszcze raz wzrokiem nakryty stół, na którym oprócz kanapek z kawiorem królowała butelka wina nad talerzem z plasterkami wędzonego łososia, obok miski z sałatką krabową, i ruszył do łazienki.
W drzwiach uderzył go nęcący nozdrza aromat owoców egzotycznych.
- No, nareszcie przyszedłeś! Myślałam, że już się nie doczekam - leżała wygodnie, dostojnie w wyjątkowo długiej i szerokiej, pochodzącej jeszcze z początku dwudziestego wieku (przynajmniej tak oceniała) wannie, a wokół pływała wzburzona, podekscytowana piana.
- Ale w końcu się doczekałaś - spoglądając na nią poczuł gwałtowne ożywienie w obszarze genitaliów i pospiesznie zaczął zdejmować ubrania.
- Macie niesamowitą wannę - zalotnie przejechała gąbką po wystającym z wody lewym kolanie. - Z wyglądu trochę staroświecka, ale za to jaka przestronna i praktyczna.
- To teraz nasza wanna - zrzucił majtki i wszedł do wody, prosto w objęcia jej nóg.
- Tylko nie za szybko - ledwo co wyartykułowała słowa, on już pieścił jej łydki i kolana. - O, tak, dotykaj mnie, proszę.
- Lubisz to, prawda?
Po chwili błyskawicznie doskoczył ustami do jej szyi. Była zbyt zamroczona rozkoszą, żeby odpowiadać jakimikolwiek słowami. W zamian odpowiedziała całym oddającym się mu bezgranicznie ciałem.
Z szyi ześliznął się drgającym wibratorem języka na jej piersi. Oblizywał je tocząc ponętne kręgi. Patrycja coraz bardziej odpływała w krainę zmysłowego zapomnienia.
- Uwielbiam, jak ssiesz moje sutki… - zakwiliła. - O tak, tak…
Dziewczyna czuła, że wspina się na wyżyny rozkoszy. Wzgórze jej namiętności łagodnie się wznosiło, by za chwilę móc szczytować pierwszymi spazmami najintymniejszych doznań.
Gdzieś za jej plecami, prawdopodobnie w kuchni, pękła szyba. Zbocze wzgórza wydłużyło się, szczyt stał się nieosiągalny. Patrycja wystraszyła się. Jej podekscytowanie opadło, ustępując miejsca niepokojowi.
- Słyszałeś? Szyba pękła.
- To tylko przeciąg - nie przerywał pieszczot, czując, że jeszcze chwila i doprowadzi ją na sam wierzchołek ekstazy.
- Nie, poczekaj - odepchnęła go lekko, nasłuchując; wydawało jej się, że słyszy jakiś szmer, albo raczej sapanie; mógł to być rzeczywiście tylko przeciąg - przecież pękła szyba. Dziwne jednak było to, że nie słyszała trzaskającego o framugę okna.
- Nie przejmuj się, to chyba w kuchni, a tam przecież nie będziemy spać, poza tym w nocy nie jest już tak mroźno. Jutro naprawię. Bawmy się dalej…
- Nie, Marek - odechciało jej się zabaw, przynajmniej na teraz, dopóki nie wyjaśnią, co się stało. - Idź sprawdź, czy wszystko dobrze.
- Jeśli już tak nalegasz. Ale nie wychodź z wanny.
- Dobrze, nie wyjdę. No idź już.
Marek wyszedł z wanny, założył majtki, narzucił na siebie szafirowy szlafrok i opuścił niechętnie łazienkę, szorując kapciami po deskach podłogi w stronę kuchni.
- Cholera jasna - mruknął do siebie niezadowolony, ale też i zaniepokojony. - Dlaczego nie mogą przychodzić trochę później? Tak im się spieszy? Zawsze wybierają nieodpowiedni moment. A już tak dobrze się zapowiadało.
- Marek! - usłyszał za plecami.
- Co?
- Wszystko w porządku?
- Tak! - krzyknął i wszedł do kuchni.
- To chodź do mnie. Nudno mi tu samej - Patrycja przestała się już bać, wręcz przeciwnie, znów poczuła ogromną ochotę na pieszczoty, tym razem intensywniejsze i głębsze. Opuszkami palców pogładziła wzgórek łonowy, wyobrażając sobie, że to Marek ją dotyka.
- Już idę - usłyszała jego głos i zbliżające się kroki. Zdawało jej się, że oprócz jego miękko opadających na deski kapci, słyszy też coś ciężkiego, jak stąpające po podłodze buty z żelaznymi cholewami, ale zaraz odtrąciła tę myśl, musiało jej się coś wydawać.
Marek wszedł do łazienki, Patrycja spojrzała na niego pełnym miłości wzrokiem i… wrzasnęła przeraźliwie. Instynktownie zakryła piersi rękami.
- Kto to…? Kim…? Marek? Przecież nie mam niczego na sobie!
Wraz z Markiem do łazienki weszły trzy przebrane za zwierzęta postacie. Stroje były doskonałą imitacją skóry i sierści. Ich głowy pokryte były pięknymi, bardzo realistycznie wykonanymi zwierzęcymi maskami.
- Masz tu ręcznik, jeśli się krępujesz - Marek rzucił jej ręcznik, nie przejmując się wcale doznanym przez dziewczynę szokiem.
- Ja się krępuję? Marek! Przecież to obcy… Jak mogłeś wprowadzić ich do łazienki? Nic nie mówiłeś, że będziemy mieć gości - Patrycja podniosła się i nie wychodząc z wanny, wstydliwie okryła się ręcznikiem.
- To miała być niespodzianka.
Trójka osobników milczała, stojąc z luźno opuszczonymi ramionami, w pochylonych lekko do przodu pozycjach. Przez zapachy wypełniające łazienkę przebijał odór łoju zmieszanego z potem. Patrycja pokręciła nosem. „Ale capią. Pewnie tylko łażą po tym lesie, strasząc zwierzęta. Mogliby się chociaż umyć, jak już idą w odwiedziny.”
- Kim oni są? - spytała. - Twoi znajomi ze studiów?
- To są leśni ludzie. W okolicznych wsiach mówią na nich ludzie-zwierzęta.
- A dlaczego tak się przebierają? Antyglobaliści? Zieloni? Te maski są zresztą bardzo ładne, wyglądają jak żywe. Ta przypomina żubra, prawda? - Patrycja wskazała palcem. - Tyle że ma rogi tak dziwnie skręcone w dół. A ta wygląda jak pysk wilka, to chyba wilk… gdyby nie te rogi, albo raczej różki nad oczami. A ten to…
- Ten jest leśnym diabłem.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Leśnym diabłem? Ale sobie wziął nazwę. Wygląda jak jeleń. Tylko to poroże takie trochę inne. Bardziej… zakręcone. No, muszę przyznać, że zaimponowały mi te maski. Stroje zresztą też. Gdzie można kupić takie futerka?
Patrycja z pożądaniem doprawionym szczyptą obrzydzenia przyglądała się strojom, szczególnie ich sierści. Pragnęła mieć takie futro, ale przed jej oczy przepychał się również obraz pcheł, wszy i moli, które na pewno żerowały w gęstym, brudnym włosieniu.
- To jest ich skóra.
- Jak to, skóra? - zmarszczyła brwi, by lepiej się przyjrzeć. Pragnęła dotknąć futra najbliższej osoby, ale coś ją odpychało, poza tym wiązało się to z wyjściem z wanny, a tego akurat nie chciała. - Przecież widzę, że to futra, a nie skóra.
- To jest ich prawdziwa skóra pokryta futrem.
W tym momencie bardziej niż kiedykolwiek zapragnęła zostać z nim sam na sam. Chciała, żeby wytłumaczył jej tę scenę, która w ogóle jej się nie podobała i której nawet nie za bardzo rozumiała. No bo jak to możliwe, żeby jej chłopak wprowadzał obcych facetów (tak sądziła, biorąc pod uwagę masywną posturę każdego z nich) bez jej wiedzy nie dość, że do domu, to jeszcze do łazienki, gdzie akurat się kąpie? W porządku, to jest dom jego rodziców, ale chyba jakieś zasady obowiązują, prawda? Obiecywał jej romantyczny wieczór, a nie imprezkę z koleżkami. Poza tym nie czuła się komfortowo: stała w letniej wodzie, opatulona samym ręcznikiem. Chciała już wyjść z wanny i spokojnie ubrać się jak człowiek.
- Marek, mogę na chwilę zostać z tobą sama? Przepraszam panów, ale chciałabym porozmawiać z moim chłopakiem na osobności.
- Obawiam się, że to niemożliwe - Marek zamknął oczy.
Jakby na dany znak, dwóch przebranych mężczyzn podeszło do okrytej ręcznikiem dziewczyny. Jeden z przebierańców chwycił ją z jednej strony, drugi z drugiej. Ten z maską dziwacznego jelenia, czy jak to mówił Marek - „leśnego diabła”, stał dalej nieruchomo i przyglądał się wszystkiemu z niemym spokojem, nie zdradzając żadnych emocji.
- Proszę mnie nie dotykać! Marek, pozwalasz im na to? - szarpnęła się; ręcznik rozwinął się i wpadł do wody, obnażając zmysłowe, kuszące krągłościami ciało. - No zostawcie mnie!
- Już jest za późno. - Marek nawet nie drgnął, beznamiętnie przyglądając się brutalnemu traktowaniu swojej dziewczyny.
Patrycja zaczęła się jeszcze energiczniej szamotać.
- Jak za późno? Co za późno? Zabierajcie łapy, chamy!
- Zostałaś ofiarowana.
Nagle przestała się wierzgać. Coś ją olśniło. Nie była tylko pewna, czy dobrze rozumie. Intuicja już jej wcześniej podpowiadała. Ostrzegała. Jednak dopiero teraz coś zaczęło wykluwać się w jej świadomości. Ścieżka biegnąca zwężającą się spiralą. Drzewa w okręgach. Falujące koła gałęzi. Wirujący wiatr. Zawroty głowy. Dom na środku polany otoczonej dębami i dziwnie fosforyzującym, kamiennym kręgiem. Meble i obrazy z wijącymi się spiralnymi i kolistymi motywami. Oczy w leśnych czeluściach. Wizje ofiar. Poprzebierani za zwierzęta psychopaci…
Zostałam ofiarowana…
- Co? Co ty bredzisz? - próbowała zaprzeczyć swoim własnym domysłom; wiedziała, że walczy na próżno. - Puszczajcie mnie, no! - szarpnęła się, znowu nadaremnie. Siła przetrzymujących ją, masywnych dłoni pokrytych rękawicami imitującymi łapy zwierzęce była zbyt wielka.
- Przykro mi. Moi starzy popełnili błąd.
Siły zupełnie niespodziewanie, bez zapowiedzi, opuściły ją. Szczęki walczyły przez ułamek ulotnej chwili, by wyartykułować jakikolwiek dźwięk, ale się poddały; nie potrafiła wydusić z siebie żadnego słowa.
- Jaki błąd? - w końcu wymamrotała.
Marek stał milczący, jakby też z czymś walczył, z jakąś ukrytą wstydliwie prawdą, tajemnicą zaciekle broniącą się przed objawieniem. W końcu zaczął tłumaczyć nienaturalnie spokojnym głosem, wibrującym tylko jakimś trudnym do uchwycenia echem niepokoju.
- Na początku dwudziestego wieku wybudowali ten dom na terenie kultu leśnych ludzi. Mimo ostrzeżeń życzliwych naszej rodzinie osobom, starzy naruszyli spokój tego lasu. Według leśnych ludzi zbezcześcili to święte miejsce. Choć muszę przyznać, że ze świętością nie ma to nic wspólnego. Mój ojciec interesował się runami, starożytnymi językami i wierzeniami zarówno Celtów jak i Prasłowian, którzy kiedyś zamieszkiwali te tereny. Ten fakt tak naprawdę uratował moich starych. No i mnie. Ojciec porozumiał się z leśnymi ludźmi, poznał ich wierzenia i prawa, no i dowiedział się o profanacji ich miejsca kultu. Dzięki znajomości realiów oraz języka mógł negocjować. W każdym razie starzy mieli do wyboru: albo poświęcić mnie, albo poświęcić kogoś innego. Woleli to drugie.
- O czym ty pierdolisz? Jakie wierzenia? Jakie prawa? - wykrzyczała tak gwałtownie, że Marek się cofnął. - Jaki początek dwudziestego wieku? To ile twoi rodzice mają lat?
- Moi rodzice nie żyją - odparł oschło.
Chciała odpowiedzieć, że jest jej przykro, ale coś jej się nie zgadzało. Marek był młodym mężczyzną, zaledwie kilka lat starszym od niej. Ale jeśli jego rodzice wybudowali ten dom na początku dwudziestego wieku, to ile on mógł mieć teraz lat? Na pewno nie dwadzieścia ileś. Musiał być o wiele, wiele starszy.
Przypomniała jej się scena, kiedy zobaczyła go w łazience. Wydawał jej się starszym mężczyzną. Czyżby wtedy się nie myliła?
Nagle jakaś mistyczna wręcz energia nawiedziła wszystkie mięśnie i cały układ nerwowy dziewczyny. - Zdejmijcie te maski, zboczeńcy! - szarpnęła się w kierunku postaci z maską imitującą pysk wilka. Na niewiele to się jednak zdało. Przytrzymujące ją ramiona były zbyt silne.
- To nie są maski - pokiwał głową Marek, dając jej do zrozumienia, że wszelki opór jest bezcelowy. - To ich prawdziwe twarze.
Patrycja wstrzymała oddech i zastygła.
- Jak to? Jakie prawdziwe twarze…?
- Twarze leśnych ludzi. W zamian za moje życie musimy im co trzy miesiące składać ofiarę. Tak głosi ich niepisane prawo. Dzisiaj właśnie mija termin złożenia ofiary. Dlatego tu jesteśmy.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Poczuła ogromną ulgę. Więc to rzeczywiście był tylko żart. Roześmiała się. Dość kiepski żart.
- Marek, wcale mi nie jest do śmiechu. Powiedz im, żeby już sobie poszli. Proszę cię.
- Zaraz sobie pójdą, ale z tobą.
- Jak to ze mną? O czym ty… - na swoich ramionach poczuła metalowe obręcze zamiast trzymających łap; unieruchomili ją niczym w imadle.
- Przykro mi…
Dwie postacie wyciągnęły ją z wanny z lekkością piórka.
- Aaaaaaaaaa! - wrzasnęła przeciągle rozrywającą trzewia rozpaczą.
- Nic ci to nie da, nie rzucaj się tak, to nie będzie trwało długo. Oni rozszarpują ofiary w mgnieniu oka. Nic nie poczujesz.
W jej oczach pojawiły się łzy, ale nie strachu, czy żalu, tylko bezdennej wściekłości, która przyjęła wręcz fizyczną postać.
- Pozwalasz im, żeby mnie tak traktowali? - zawyła. - Ty zboczony chuju! Orgię sobie zaplanowaliście!
- Powiem ci tylko na pocieszenie, że byłaś najlepsza z nich wszystkich - powiedział nagle wyjątkowo obcym, pustym, nie wyrażającym żadnych emocji głosem; teraz dostrzegła, że miał dziwnie podkrążone oczy. - Nieźle obciągałaś. Będzie mi brakowało twoich ust, szczególnie języka… A wiesz co, mam pomysł, pocałuj mnie na pożegnanie, tak z języczkiem, jak tylko ty potrafisz.
Zbliżył się do jej twarzy i otworzył szeroko usta, obleśnie imitując językiem lubieżną penetrację. W jego źrenicach nie widziała swojego odbicia, tylko mętnie wirującą zupę ciemnych kolorów.
- Nie zbliżaj się do mnie, skurwielu!
- No pocałuj mnie, ostatni raz, z języczkiem. No już, suko! Dawaj jęzora, bo ci go odetnę i sam sobie wsadzę!
Chwycił jej głowę, ale jakimś cudem wyszarpnęła się, zakrywając go przez chwilę grzywą wilgotnych, pachnących owocowym szamponem włosów.
- ZOSTAW MNIE! - krzyknęła rozpaczliwie. - ZOSTAWCIE MNIE WSZYSCY!!!!!
- Dawaj go! - złapał jej twarz, tym razem przytrzymał mocniej i błyskawicznie zbliżył swoje usta do jej krzyczącej buzi. Wsunął język do środka, w poszukiwaniu organu, który tak bardzo uprzyjemnił mu ostatnie trzy miesiące ich burzliwej, namiętnej znajomości, gdy nagle doświadczył czegoś, czego nie spodziewał się w najgorszych koszmarach. Jego język znalazł się nagle w potrzasku dwóch rzędów białych, perłowych zębów.
- Aaaaa! U-sz-a-j ń-eeee!
Próbował krzyknąć „Puszczaj mnie!”, ale ona już wgryzła się w jego język i powoli, kęs za kęsem przyciągała jego usta do siebie. W końcu puściła poszatkowany, zakrwawiony język, a następnie wbiła się w jego górną wargę i nie przestawała gryźć, coraz bardziej napędzana zabójczą, wybuchową mieszanką strachu, paniki, wściekłości i upokorzenia. Szarpnęła i oderwała kawałek mięsa z wargi.
Ludzie-zwierzęta zwolnili uścisk, najwidoczniej zaciekawieni dalszym, zupełnie nieoczekiwanym rozwojem wypadków. Zależało im tylko na ofierze. Jeśli mężczyzna, syn ludzi, którzy zbezcześcili ich święte miejsce, miał być właśnie tą ofiarą, to tym lepiej.
Patrycja nagle poczuła w sobie pulsowanie tego miejsca. Wpadła w niezwykły, hipnotyczny trans, w którym czuła wibracje domu. W którymś momencie budzącej się agresji uruchomiła coś, jakiś tajemniczy mechanizm tkwiący tu od pradawnych wieków. Czuła, że nie jest już kobietą, lecz drapieżnikiem, że zmieniła się w ranione zwierzę, przeistoczyła w bestię w pułapce, która za wszelką cenę musiała uciec, wyrwać się z sideł, w przeciwnym razie zginie. Jej panika sięgnęła zenitu, gdyż czuła, iż czeka ją śmierć nie tylko fizyczna, ale przede wszystkim duchowa. Zostanie poddana jakiemuś pogańskiemu, plugawemu rytuałowi, który zniewoli i zniszczy jej duszę. Nie była osobą zbytnio religijną, ale obrzędy, obce kulturze, w której się wychowała, przerażały ją. Musiała uciec!
Wyczuła nagłe zwolnienie uścisku leśnych ludzi i instynktownie, z całym impetem rzuciła się na Marka. Ten, zupełnie zaskoczony obrotem sprawy, odrętwiały z bólu, stracił równowagę i runął do tyłu, uderzając głową w ceramiczną krawędź umywalki. Uderzenie zamroczyło go, co od razu wykorzystała rozwścieczona harpia. Z wyrwanym kawałkiem jego wargi między zębami, wbiła się kciukami zakończonymi dość długimi, wypielęgnowanymi specjalnie dla niego paznokciami w jego nienaturalnie wybrzuszone z przerażenia gałki oczne. Silnym pchnięciem zagłębiła się w oślepione oczy aż do samego końca, opierając dłonie na jego skroniach, które w napływie adrenaliny próbowała rozorać palcami, wbijając się paznokciami w skórę. Wypluwając skrawek wargi napadła zębami na jego twarz i zaczęła gryźć ją po nosie i policzkach. Ofiara jęczała, zanosząc się z bólu. Harpia przestała na moment, zebrała jeszcze więcej sił emanujących z tego miejsca: z domu, polany i otaczającego lasu, i z jeszcze większą wściekłością zanurzyła zęby w jego krtani, z chrzęstem miażdżąc jabłko Adama.
Ludzie-zwierzęta cofnęli się. Powiększająca się plama krwi najwyraźniej ich satysfakcjonowała. Ofiara została poświęcona. Ta najcenniejsza ofiara: potomek ludzi, którzy zbezcześcili to miejsce - ich byłe miejsce kultu. Teraz ono znów będzie święte. Już niedługo rośliny obejmą ten dom w bezwzględnym, niszczycielskim posiadaniu i zrównają go z ziemią, każdy centymetr kwadratowy dzieła ludzkiej ręki zostanie opanowany przez korzenie, pędy, pnącza i liście. Wszystko wróci do pierwotnego ładu. Leśni ludzie mogli odejść.
Patrycja została sama; drgała jeszcze w paroksyzmach szoku. Nie potrafiła przyjąć do świadomości tego, co się stało. Nie mogła, nie była w stanie spojrzeć w bok, gdzie mężczyzna, któremu zaufała, z którym wiązała jakąś przyszłość… nie, nie była w stanie nawet podążać za jakąkolwiek myślą. Nie wierzyła w to, co miało miejsce zaledwie kilka chwil temu. Jak to możliwe, że do takiego czegoś doszło? W ustach jednak wyraźnie czuła metaliczny smak krwi. Widziała powiększającą się posokę wokół jego martwego ciała. To wystarczające dowody na to, że wszystko wydarzyło się naprawdę.
Może Marek wsypał jej coś do alkoholu? Jakiś narkotyk. Chciał zobaczyć, jak zareaguje. Była jego świnką morską. Nie przewidział tylko, że może zareagować tak, jak zareagowała.
Co ona w ogóle zrobiła? Pod wpływem czego tak brutalnie go zamordowała? Skąd w niej w ogóle ten opętańczy szał? A może ten las znów uraczył ją nową wizją, tak jak to było z dwoma poprzednimi?
Próbowała uporządkować myśli. Miała jakieś halucynacje. Wydawało jej się, że chcą ją zgwałcić leśni ludzie… Nie, nie zgwałcić, zabić… ofiarować… Tak, ofiarować… Miałam być ofiarą… Jaką ofiarą? Marek coś mówił, ale… kiedy to było… po kolacji… nie, po kąpieli… w czasie kąpieli… W czasie kąpieli przyszli jacyś ludzie-zwierzęta i chcieli ją poświęcić, bo to miejsce było miejscem ich kultu, czy jakoś tak.
Ale nieprawda. Wyraźnie pamiętała, że kochali się namiętnie w wannie. Patrycja dotknęła swojej intymności, potarła ją kilka razy dłonią i przyłożyła palce do nosa. Wciągnęła głęboko. Była pewna, że czuje zapach jego nasienia. A to znaczy, że odbyli stosunek. Później mieli kolację. W czasie kolacji wypili jakieś wino. Po co Marek miałby dosypywać jej narkotyku do wina? Żeby ją zgwałcić? Bez sensu. Przecież i tak mu się z chęcią oddała. Po co miałby to robić? Mieli wspólne plany na przyszłość. Mimo trzymiesięcznej znajomości zdecydowali, że są sobie przeznaczeni. Jakoś wszystko im się układało. Wszystko. Nie miał więc powodu, by ją odurzać.
Spojrzała na jego trupa.
- Dlaczego? - spytała przez łzy. - Dlaczego? Co mi nasypałeś do wina, że musiałam cię zabić? Co wywołało tak straszne wizje?
Zakryła twarz dłońmi. Miała nadzieję, że ten koszmar wcale nie jest koszmarem i Marek zaraz wstanie, jak gdyby nigdy nic, i uśmiechnie się do niej, jak zwykle. Ale Marek wcale nie chciał wstawać. Kiedy odsłoniła oczy, on wciąż tam leżał, w basenie krwi, z poszarpaną, pogryzioną twarzą i rozerwaną krtanią.
Powoli wstała. Dygocąc ruszyła do pokoju, w którym jedli kolację. Na stole stała opróżniona butelka po winie i puste talerze po kolacji. Wszystko się zgadzało. Musiał jej coś dosypać, że nagle uwidziała sobie jakichś przebierańców, którzy chcieli zrobić jej krzywdę.
Podeszła do torebki wiszącej na oparciu krzesła i wyjęła komórkę. Jak zwykle rozładowana bateria. Rozejrzała się, czy gdzieś w pokoju nie ma telefonu stacjonarnego. Gdy obracała głowę, miała wrażenie, że w szybie coś mignęło. Poczuła nieprzyjemną arytmię serca, które przyspieszyło. Spojrzała w okno.
Zamarła.
Fala strachu zalała jej świadomość, a ona sama zaczęła się topić. Jej usta były rybimi ustami daleko od brzegu, łapczywie ale daremnie próbującymi złapać oddech.
Oni wciąż tam byli. Leśni ludzie. Ludzie-zwierzęta. Ale dlaczego? To miały być jej halucynacje, wizje wywołane narkotykowym odurzeniem, tudzież wizje podrzucone jej przez las. A mimo to oni się pojawili. Patrycja sięgnęła pamięcią wstecz. Przecież nie mogło być inaczej, na pewno jedli kolację. Najpierw kochali się w wannie, później rozkoszowali romantyczną kolacją…
Przed nią stały wielkie, przerażające postacie ludzi-zwierząt. Wściekłe ślepia zionęły obłąkańczą nienawiścią. Pulsujące nozdrza dyszały śmiercią.
Ale oprócz nich był tam ktoś jeszcze. Wyczuła jego obecność za plecami. Nie chciała tam patrzeć. Jej utrzymująca się wciąż na powierzchni, nie zatopiona strachem podświadomość podrzucała jej tylko jedną możliwość.
Wcale nie było to kwestią odwagi, kiedy spojrzała do tyłu. Zadziałała instynktownie. Las wstrzymał oddech w oczekiwaniu na jej reakcję.
Po prostu spojrzała.
Opuściła bezradnie ręce. Po raz pierwszy w życiu poczuła przejmującą, zmrażającą każdą tkankę świadomości bezsilność. Poddała się. Wiedziała, że to nieunikniony koniec. Była tego tak pewna, jak faktu, że zakrwawiony mężczyzna z rozerwaną krtanią, wyglądający na dopiero co zbudzonego z głębokiego snu, nie jest Markiem. A przynajmniej tym Markiem, którego poznała tego feralnego dnia, albo raczej tej feralnej nocy sylwestrowej, która wtedy wydawała jej się najszczęśliwszą w życiu.
Nie zwracała już uwagi na brutalne traktowanie jej przez ludzi-zwierzęta. W przeciągu zaledwie kilku chwil stała się nieczuła na szarpnięcia, na gwałtowne szturchanie, popychanie, ani na przeraźliwe, gardłowe dźwięki wydawane przez leśnych ludzi, którzy wyprowadzali ją z domu.
Ten dom rzeczywiście stał w miejscu kultu, pradawnego kultu, który budził ze snu zapomniane demony. Ale czy na pewno budził? Demony wcale nie spały, tylko czuwały, gotowe do działania, czaiły się w kręgach, kołach i wirach, które stanowiły specyficzny alfabet języka tego lasu. Jego dźwięki zostały zakłócone, wybite z rytmu i harmonii. To miejsce zostało w prozaiczny sposób, przez zwyczajną budowę domu letniskowego, sprofanowane przez zwykłych śmiertelników i domagało się ofiar. Głównie jednej, najcenniejszej: ofiary z potomka tych, którzy to miejsce zbezcześcili. Patrycja złożyła im go w ofierze, więc uwolniła się od działania panującego tu straszliwego prawa; była wolna. Ale miejsce to w dziwny, nadnaturalny sposób przywróciło tę ofiarę do życia. Ofiarę, która nie mogła tak po prostu zginąć. Ten mężczyzna, nawet po śmierci, był zbyt cenny dla pradawnego lasu, któremu dostarczył już tyle ofiar i wciąż mógł dostarczać nowych. Zachłanne, nienasycone nigdy moce, które tu rządziły, domagały się coraz więcej. Ziemia i drzewa, poskręcane cierpieniami, przyjmujące kształty konających w straszliwych męczarniach kobiet, wiecznie spragnione ich dusz, wciąż żądały nowych, życiodajnych soków. Dlatego Marek żył, pomimo brutalnej śmierci z rąk tej kobiety, a także wielu, wielu innych kobiet przed nią. Leśni ludzie - ucieleśnienie demonicznego języka lasu - wracali więc za każdym razem po to, co zgodnie z ich wierzeniami, według ich praw, było im należne.
Teraz także wrócili po swoją kolejną ofiarę.
Wrócili po nią.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -