Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Złota Rybka w Czarnym Płaszczu

Adrian Miśtak

Przychodzi do mnie cztery razy w tygodniu. Puka do drzwi i czeka, aż mu otworzę, by mógł zadać to samo pytanie co zawsze. Malutki człowiek w czarnym płaszczu, skulony z zimna nawet w słoneczne dni. Rozgląda się na boki, jakby w obawie przed ludzkim wzrokiem, roztacza mdławą woń stęchlizny. Zapewne to wina tego płaszcza, wiecznie przemoczonego, nawet gdy przez cały tydzień nie spada ani kropla deszczu.
- co masz dla mnie?- pytam, a on uchyla rąbek skórzanej torby, którą nosi na ramieniu.
Wtorki, czwartki i soboty to jego stałe dni. Jeden dodatkowy wybiera sobie dowolnie, w imię niespodzianki. Początkowo trochę mnie tym krępował, teraz już przywykłem. Spodziewam się go w każdej chwili, bo i w każdej chwili może się zjawić, choć najczęściej przychodzi jeszcze przed obiadem. Gdy do drzwi innych puka listonosz, mój mały gość kołacze do moich.
Małą rączką energicznie grzebie w otwartej torbie, aż wreszcie wyciąga niewielką zdobycz i przysuwa ją do mojej twarzy.
-Ładne, skąd to masz?
- Zabrałem takiej dziewczynce z loczkami, co bawiła się sama w parku- szczerzy zęby dumny ze swej pracy. - Jak się podoba to bierz, jest twoje!
I odkładam zdobycz na mały, drewniany stoliczek postawiony tuż obok drzwi frontowych. Nadchodzi pora na rytualne pytanie.
- Czego potrzebujesz?
Przez chwilę porządkuje swoje myśli, układam w głowie pragnienia według mi tylko znanej hierarchii, aż wreszcie nachylam się nad nim, by wypowiedzieć życzenie. Mojej małej złotej rybce w czarnym płaszczu.
Za pierwszym razem przyniósł mi króliczą łapkę jako symbol szczęścia. Wziąłem go za domokrążcę z niewybrednym asortymentem i chciałem szybko przegonić, ale gdy syknął mi przez zęby kilka nietaktownych docinków na temat mojego kalectwa straciłem fason. Świeże rany goją się trudno, niezależnie od tego, czy są to nogi obcięte zgniataną blachą samochodu, czy tęskniące za owymi nogami serce. W jednej chwili poczułem się słaby, poczułem niemoc zmieszaną ze złością. Moje ręce ścisnęły oparcie inwalidzkiego wózka zapewne tak mocno, jak żal ścisnął moje gardło. Ale potencjalny wróg okazał się wkrótce przyjacielem. Z każdą kolejną wizytą jego asortyment stawał się coraz dziwniejszy, aż w końcu zacząłem się poważnie obawiać wizyt małego przybysza. Musiało minąć trochę czasu, zanim pojąłem co chce mi powiedzieć i po co mu te wszystkie rzeczy, które do mnie przynosi.
Patrzę jak odchodzi, by zniknąć gdzieś za żywopłotem i zamykam za nim drzwi. Chwytam jego podarek, dokładnie obracam w rękach, przyglądam mu się z każdej strony i podziwiam jego piękno. Jest idealny. Kładę go na kolanach, rękami napędzam koła wózka i udaję się do przedpokoju, by pokazać żonie, jak wspaniałą rzecz mogę dziś podarować rodzinie. Rodzinie najwspanialszej na świecie, dzięki której znów nauczyłem się cieszyć życiem, która wspiera mnie w mojej walce z kalectwem. Całuję żonę w policzek, córkę głaszczę po aksamitnych włosach. Pójdę...pojadę jeszcze sprawdzić czy pies nie zgłodniał, ostatnio jego apetyt jest coraz większy.
Nie zawsze było u nas tak kolorowo. Zaraz po wypadku nie mogłem stanąć na nogi- ani mentalnie ani tym bardziej fizycznie. To drugie już na zawsze pozostanie poza moim zasięgiem. Można kupić przeróżne protezy ale na nogi, własne nogi i tak już nie stanę. Ta pierwsza rzecz, wygrzebanie się z psychicznego dołka, na początku także sprawiała mi ogromne problemy. Musiałem nauczyć się żyć nie tylko bez nóg. To jeszcze nie byłoby najgorsze. Musiałem nauczyć się znosić spojrzenia pełne współczucia, ostrożnie dobierane słowa przy stole, natarczywą chęć pomocy. A ja przecież wciąż byłem normalnym człowiekiem! Najpierw mi to przeszkadzało, potem zacząłem za tym tęsknić. Potem, czyli wtedy, kiedy żona przyzwyczaiła się, że nie chcę zbyt często wychodzić na zewnątrz i pokazywać się sąsiadom z kikutami uciętymi tuż przy udach. Wtedy, gdy córka zrozumiała, że nie przyjdę do szkoły na dzień ojca bo nie chcę być główną atrakcją imprezy. Gdy przestałem wyprowadzać Ramzesa na spacer, kiedy ten skomlał pod drzwiami. Wtedy zaczął się mały kryzys w naszej rodzinie. Wiecie, jak to jest czuć się jak piąte koło u wozu? Frustracja narasta z każdym dniem, kiedy inni przestają się tobą interesować i wtedy wiele byłbyś w stanie oddać, by znów ktoś spojrzał na ciebie wzrokiem pełnym współczucia. A ty siedzisz tylko sam w domu, bo córka w szkole, żona na zakupach, czy Bóg raczy wiedzieć gdzie (właściwie to zawsze mówiła, że na zakupach albo u koleżanki) a pies kopie dołki przed domem. Ale jestem dumny ze swojej rodziny. I chwile kiedy prawie o mnie zapomnieli jestem w stanie im wybaczyć, bo każdy uczy się na błędach. Oni widocznie też musieli pojąć jak się czuję, bo spędzają ze mną już znacznie więcej czasu. Lubię mieć ich obok, czuć ich obecność. To daje mi pewność siebie i poczucie prawdziwego szczęścia. Takiego, o jakim człowiek może tylko marzyć.
Gdy znów pojawia się pod mymi drzwiami, pierwszy raz pyta o rodzinę
- A dobrze- mówię nieco zmieszany- to wspaniali ludzie. A jakiego mam psa!
- Dużo je?
- Sporo, ale to nie jest problem. Jest wspaniały i tak do mnie przywiązany...
- to dobrze- przerywa mi wpół słowa- chyba nie masz wątpliwości co do moich słów?
- nie, nie- drapię się niepewnie po głowie
- zaufaj mi, będzie tak jak mówiłem.
A ja mu ufam, bo z Ramzesem, moim wspaniałym amstaffem (choć właściwie ciężko dokładnie określić jakiej jest on rasy. Ktoś postronny nazwałby go pewnie mieszańcem, ale na mój gust jest to amstaff) stało się dokładnie tak jak mówił! Kolejny raz, niczym mantra powtarzana w kółko, niewielka ręka otulona w czarny rękaw płaszcza wpełza do torby. Po chwili przy akompaniamencie nieprzyjemnego plaskania wyłania się stamtąd dolna kończyna oderwana nierówno tuż nad kolanem. Pozrywane ścięgna wesoło tańczą wokół paskudnej rany, igrając z wystającą kością. Mały przyjaciel skłąda mi ów podarek na kolana.
- Nie za duża?- mówię z powątpiewaniem
- Uwierz mi, będzie idealna. Wiem od kogo brać, żeby pasowało.
Przykładam zimny kawałek mięsa do nosa, by poczuć jego zapach. Ostry, ale na myśl przywodzi słodycz jego przeznaczenia. Próbuję poruszać stopą w kostce, ale stawia opór. To wkrótce minie, a wtedy będzie doskonała. Kiwam tylko głową a on rzuca mi na pożegnanie przelotny uśmiech i odwraca się na pięcie
- Czekaj!- krzyczę za nim- a co z...no wiesz.
- Obie mają się dobrze, nie tylko ty czekasz na dostawy. Wkrótce trafią w dobre ręce.
Przytakuję, patrząc jak znika za żywopłotem. Wracam do salonu. Rzucam przelotne spojrzenie żonie, siedzącej niewzruszenie w bujanym fotelu. Siedzącej tak już godzinami. Uśmiecham się do córki, oczyma wyobraźni widząc jak wkrótce odwzajemni uśmiech. Słyszę ujadanie dochodzące z piwnicy, gdzie zamknąłem amstaffa, na mój gust czystej rasy. Nie był zbytnio zadowolony z tego faktu, próbował się wyrywać i dobrze, że zrobiłem to odpowiednie wcześniej. Wkrótce miałbym spore problemy. Doprawdy, paranie się z olbrzymim psim cielskiem to zajęcie wymagające krzepy i zdecydowanie nieodpowiednie dla kogoś bez nóg. A właśnie, noga! Trzeba ją wrzucić do zamrażarki, żeby wszystko zostało w najlepszym porządku. Niedługo przystąpię do operacji.
Małe ciałko pełne szwów patrzy na mnie pustymi oczyma, przysłoniętymi mgiełką śmierci. Leży bezwładnie na stole, poddając się mym zabiegom, a ja staram się je zbudować od nowa, cegiełka po cegiełce. Główka zwraca uwagę, jest uszyta niesymetrycznie. Do jej stworzenia użyłem dwóch części, dwóch innych, małych główek, nieco różniących się jednak wielkością. Stąd asymetria. Ale to nie jest ważne i tak będę ją kochał. Już ją kocham. Gładzę jej aksamitne włosy, po części blond loki, po części włosy rude i proste jak druciki aluminiowe. Palec przesuwam w dół po nierównym nosie aż do małych usteczek, splecionych nićmi. Resztę wątłego ciałka przesłania sukienka w kwieciste wzory i piękne falbany. Drobne rączki wyłaniają się z niej w okolicach przedramion. U dołu wystaje nóżka, a na niej czarny, błyszczący bucik. Tylko jedna nóżka. Dotykam gładkiej powierzchni kończyny, którą przyniósł mi mój mały gość. Ja już nie będę mógł chodzić, ale moja córka tak. Unoszę sukienkę, przez oko igielne przeplatam żyłkę, już czas zacząć.
Na bujanym fotelu siedzi moja żona, przygląda się rekonstrukcji córki. Wiem, że patrzy. Oczy znów pełnią swoją funkcję, powietrze wdziera się do jej płuc. Świszczący oddech mąci ciszę, współgra ze słodkim odgłosem żyłki poruszającej się w martwym ciele. Jeszcze martwym. Jeszcze nie nadszedł czas, by wstała mi pomóc, by mogła wziąć udział w tak wspaniałej rzeczy, jak tworzenie naszej córki od początku. Pojmując stworzenie tej małej istoty, mogłaby pojąć własne, nowe stworzenie. Ale czas, kiedy będzie mogła znów się poruszać szacuję w granicach trzech dni. Każdy z narządów i organów musi powoli zacząć pracować, wszystko winno się zazębiać jak doskonały mechanizm. Taki proces musi trwać.
Spożywanie śniadania przerywa mi głośny stukot do drzwi. "Ja otworzę", rzucam do żony i udaję się w kierunku drzwi frontowych. Za nimi stoi dwóch mundurowych, jeden patrzy mi prosto w oczy, drugi pociąga nosem. Jego wzrok wędruje w kierunku wnętrza domu.
- Dzień dobry, dostaliśmy zawiadomienie od sąsiadów, że dawno już nie widzieli pana i pana rodziny. Wiemy, że są wakacje, człowiek wyjeżdża ale..chcieliśmy tylko sprawdzić czy wszystko w porządku.
Gdy staram się udzielić odpowiedzi drugi z policjantów wpada mi w słowo, wciąż pociągając nosem i przyglądając się bacznie wnętrzu.
- Możemy wejść?
Chwilę się waham, po czym zapraszam ich do środka. Nie mam się czego wstydzić, mam wspaniałą rodzinę. Obawiam się tylko czy ich rozpoznają. Moja żona i córka wyglądają teraz nieco inaczej, bo z innych żon i córek są zrobione. Co nie znaczy, że nie są moją rodziną! Ależ są, wymarzoną. Szkoda, że panowie nie przyszli kilka dni później. Wtedy mogliby z nimi porozmawiać. Teraz żona potrafi tylko patrzeć, słuchać, może już czuje? Porusza palcem. Na córeczkę jest jeszcze za wcześnie. No i mam nadzieję, że nie zejdą do Ramzesa. Części zwierząt szybciej wracają do życia, tak powiedział mój mały przyjaciel. Dawniej był czarnej maści, teraz jest łaciaty, ale to wciąż amstaff czystej rasy. Przynajmniej sercem. On już cieszy się nowym życiem, ale chyba nie lubi obcych. Nawet mnie nie lubi. Wciąż warczy poddenerwowany, a gdy karmiłem go ostatni raz przywiązanego do rury w piwnicy, o mało nie zerwał się z łańcucha i nie skoczył mi do gardła. Ale w gruncie rzeczy to dobry pies. I apetyt ma coraz większy.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -