Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




BIAŁE SZALEŃSTWO

Wojciech Grzelak

Miała dosyć. Bolały ją łydki, kolana, prawy łokieć, może najdotkliwiej pośladki. No i brzuch – ale to już chyba ze zdenerwowania. O wiele jednak bardziej bolała ją zawiedziona ambicja. „Co ja tu robię? - zastanawiała się po raz któryś z rzędu, podczas gdy histeria zaczynała już na dobre zaciskać rozpalone palce na jej szyi. - Piąty dzień i nic. Ciągle nic! Jestem do niczego, zachciało mi się gruszek na wierzbie!” Niezgrabnie próbowała podnieść się po kolejnej wywrotce i patrzyła z zawiścią, jak po stoku śmiga, wyrzucając spod nart efektowne fontanny śniegu, rudowłosa Sylwia z Sandomierza, która rozpoczęła naukę jazdy zaledwie przed tygodniem.
Jeszcze przedwczoraj wierzyła, że wkrótce będzie szusować równie dobrze, jak ona. Albo nawet lepiej. Ale następnego dnia ogarnęło ją zwątpienie, a teraz definitywnie straciła już wszelką nadzieję. Zjazd ze szczytu wzgórza, pokonanie choćby ostatniego odcinka trasy opadającej łagodnym skłonem, wydawało się jej równie niemożliwe do osiągnięcia, jak zdobycie Korony Himalajów. Była prawdziwą weteranką oślej łączki, na której dzisiaj, oprócz niej, ślamazarnie uczyli się pierwszych liter narciarskiego abecadła jacyś dwaj nowicjusze, skacowani urzędnicy, którzy dopiero wczoraj zjawili się w pensjonacie.
Była załamana: porzuciło ją już dwóch instruktorów. Kolejny znajdował się w tej chwili w odległości kilkunastu metrów, które dla niej, dobrowolnie przeistoczonej w monstrum o plastikowych płaskich stopach półtorametrowej długości, były dystansem nie do przebycia. Ten trzeci też już najwyraźniej pragnął uwolnić się od jej towarzystwa. Oparty o ratrak, z nieskrywanym zainteresowanie wodził znad pokala piwa przymrużonymi oczyma za rudą Sylwią. Właściwie nie dziwiła mu się. Całe przedpołudnie z entuzjazmem – stopniowo słabnącym – próbował uczyć ją jazdy, wkładając w to cały swój talent. Najpierw musiała założyć długie szelki: instruktor trzymał ich końcówki jak lejce. Czuła się w tej uprzęży niczym pociągowa kobyła, ale mimo najszczerszych chęci nie pozwoliła sobą powozić. Jechał powoli za nią, na szeroko rozstawionych nartach, co chwilę cierpliwie przystając, aby pomóc jej wstać. W ten sposób pokonali jakieś sto metrów, zanim instruktor zorientował się, że ma do czynienia z przypadkiem zupełnie beznadziejnym. Przez następny odcinek trasy tworzyli wspólnie zaskakującą figurę, dziwacznego czworonoga, którego częścią przednią był instruktor, zjeżdżający tyłem w rozkroku, mocno pochylony tak, aby podtrzymywać ją pod pachami, drugą połówkę natomiast stanowiła ona, zataczająca się i raz po raz tracąca równowagę. Po czterech godzinach do instruktora dotarło wreszcie, że jego trud jest całkowicie daremny. Wtedy kazał ćwiczyć jej chodzenie na nartach. Wiedział doskonale, że nie potrafi z deskami u nóg samodzielnie zrobić nawet dwóch kroków, a mimo to polecił, aby doskonaliła swój narciarski chód! Po czym ostentacyjnie zostawił ją na oślej łączce i przyniósł sobie piwo z ustawionego w pobliżu trasy zjazdowej namiotu. Sączył trunek, od czasu do czasu pokazując od niechcenia na migi, co ma robić, żeby utrzymać się w pionie. Tymczasem narty na jej nogach żyły własnym życiem, puentując wszelkie wysiłki pokierowania nimi mniej lub bardziej widowiskowym klapnięciem niedoszłej mistrzyni alpejskich tras na ubity śnieg. Na domiar złego do obecnego instruktora dołączył jej poprzedni nauczyciel: teraz obaj gapili się na nią, od czasu do czasu wymieniając jakieś komentarze. Silniejszy podmuch wiatru sprawił, że dobiegł ją strzępek zdania: - ...kompletne beztalencie.
Nienawidziła ich z całego serca.
Marcowe słońce przypiekało coraz mocniej. „Życie za szus!” - pomyślała zrozpaczona. Jeszcze kilka dni temu, wybierając się na urlop w górach, wyobrażała sobie, jak niebawem zacznie popisywać się efektownymi freeride'ami. W kieszonce kurtki miała karnet na wyciąg, wykupiony już pierwszego dnia po przyjeździe. Na całe dziesięć przejazdów! Tymczasem obecnie szczytem jej ambicji było zachowanie pozycji stojącej dłużej niż minutę. Wynajdywała w najbliższym otoczeniu – nie dalej niż metr, najwyżej dwa – coś, na czym dawało się zaczepić wzrok, na przykład odcisk narty na śniegu lub ślad po kijku i próbowała dotrzeć do takiego punktu bez zwalenia się z nóg. Na ogół bezskutecznie.
Za jej plecami rozległ się głośny śmiech. Sylwia, odpoczywając po którymś z rzędu brawurowym zjeździe, przekomarzała się z instruktorami, najwyraźniej z tego powodu wniebowziętymi. Wiatr rozwiewał długie rude włosy, wyglądały jak języki ognia. Monotonnie klekotał wyciąg, z dołu, z oddali, dobiegały zwykłe odgłosy górskiej miejscowości wczasowej w szczycie sezonu.
Odwróciła głowę, aby nie zobaczyli jej łez. Otarła twarz wierzchem dłoni i jak przez mgłę dostrzegła dużego ptaka. Siedział na gałęzi świerku rosnącego przeciwnej stronie stoku. Był to krogulec, a może jastrząb – nie potrafiła tego określić, nie znała się zbyt dobrze na skrzydlatych drapieżnikach - w każdym razie przypominał jastrzębia. Przyglądał się jej, przekrzywiając łebek. Oczy miał wielkie i płonące. Jakimś cudem widziała je wyraźnie, oba w całości, jakby umieszczone były z przodu, a nie po bokach czaszki ptaka. Jego spojrzenie fascynowało, miało jakąś niesamowitą moc. Zobaczyła w nim drwinę, a gdzieś głębiej również nienawiść.
Oraz szaleństwo i Bóg wie, co jeszcze.
Krogulec poruszył się, z gałęzi drzewa bezgłośnie opadł śnieg. Ptak wzywał ją, ponaglał.
Ruszyła ku niemu jak zahipnotyzowana. Narty, o dziwo, posłusznie podążyły za jej stopami. Szła pewnie, niby doświadczony narciarz, z wprawą automatu stawiając w równym rytmie posuwiste kroki. Śmiech za jej plecami nagle ucichł.
- Halo, proszę pani! - Usłyszała zaniepokojony głos instruktora. Mógł sobie krzyczeć do woli. Teraz, kiedy dostała wreszcie skrzydeł, nie miał na nią żadnego wpływu. „Żłop dalej swoje piwo i gap się na tę rudą małpę” - pomyślała z mściwą złośliwością. Miała tego nudziarza w jednej z tych części swojego ciała, którymi akurat była do niego zwrócona.
- Niech pani poczeka! - Tym razem, nieco głośniej, wołał drugi z instruktorów, ale jego także zignorowała, koncentrując się wyłącznie na tym, aby przeciąć stok jak najszybciej. Szło jej to bardzo dobrze, bez trudu zachowywała równowagę. Kątem oka widziała Sylwię, która znów była na stoku, zjeżdżała opodal z otwartymi ze zdziwienia ustami.
Przebyła już w połowę drogi, gdy nagle ptak zatrzepotał skrzydłami i poderwał się do lotu, a wtedy znowu lśniący śnieg momentalnie uciekł jej spod nóg, w górze przemknął skrawek nieba, świerkowy las stanął dęba, mignęły czubki nart. W okamgnieniu runęła na wznak.
Oświetlenie zmieniło się natychmiast. Słońce zaszło za chmurę, pociemniało i świat nurzał się w tonacjach sepii oraz umbry. Widziała nad sobą obłoki o dziwnych kształtach. Przez ułamek sekundy zdawało się jej, że dostrzega wśród nich zarysy jakiś postaci, twarzy, niewyraźne kontury ludzi niby na starej, wyblakłej fotografii, utrzymanej właśnie w odcieniu brązu, ale wrażenie to trwało tylko moment, wszystko zmieszało się, splątało roztapiając w zmętniałym przestworzu.
Ten upadek był może najgwałtowniejszy ze wszystkich, jednak ze zdumieniem odkryła, że nic ją nie boli, kompletnie nic! Co więcej, jej ciało, o które dotąd tak brutalnie wciąż upominała się grawitacja, wydawało się teraz zupełnie niewrażliwe na prawo ciążenia. Podparła się, aby wstać. Dzień nie był mroźny, więc nie założyła rękawiczek. Oczekiwała uczucia chłodu, kiedy jej naga dłoń całą powierzchnią zetknęła się ze śniegiem.
Ale śnieg wcale nie wydał jej się zimny.
Poruszyła zanurzonymi w nim palcami i poczuła, że spływają jakimś ciepłym płynem. Zdziwiona, uniosła zaciśniętą pięść na wysokość oczu: wyciekały z niej ciemnokarminowe strużki. „Zraniłam się” – pomyślała, całkowicie opanowana. Właściwie po niezliczonych wywrotkach była już psychicznie przygotowana na to, że prędzej czy później rozbije sobie nos albo mniej lub bardziej poważnie uszkodzi jakąś inną część ciała.
Rozwarła powoli dłoń: była cała skąpana we krwi, przypominała siekany befsztyk, jakby przed chwilą przybiła nią piątkę samemu Freddy'emu Kruegerowi.
Zupełnie spokojnie, nie troszcząc się wcale o to, czy jest rzeczywiście ranna, czy też tylko zabrudziła się czyjąś krwią, wytarła rękę o nogawkę ocieplacza i rozejrzała wokół. Ciągle nie czuła najlżejszego nawet bólu, w ogóle doznawała uczucia nadzwyczajnej lekkości. Śnieg wokół niej zdążył się już zaróżowić. Niczym dziwaczne grzyby wykwitały na nim ceglaste cętki, które zlewały się ze sobą i rozrastały w wielkie plamy ognistej ochry, tu i ówdzie takiej samej barwy jak farba na włosach Sylwii.
Podniosła się i ruszyła w stronę wyciągu. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że ma u nóg narty. Spojrzała w dół: deski sunęły równo, zdawały się po prostu naturalnym w tych warunkach uzupełnieniem jej nóg.
Stok, przed chwilą jeszcze tętniący gwarem, był teraz zupełnie cichy i zupełnie bezludny. Podeszła do ratraka: jego lemiesz i frez oblepiały strzępki mięsa. Z tyłu pojazdu, w twardo ubity śnieg, wciśnięte były zmasakrowane zwłoki. Z trudnością rozpoznała swojego wczorajszego instruktora. „A więc mistrzu także wreszcie zaliczył glebę” - pomyślała i minęła go obojętnie.
Na ciało jego kolegi, który poświęcił jej połowę dzisiejszego dnia, natknęła się na skraju lasu, tuż obok stacji wyciągu. Wydawało się, że oparł się o młodą choinkę, faktycznie jednak tkwił osadzony na złamanym pniu drzewa. Miałki śnieg osiadł cienką warstwą na jego kurtce i czapce, szron wplątał w pasemka brody, spoił rzęsy. W swoim malinowym stroju instruktor przywodził na myśl wielki lizak na patyku.
To skojarzenie ją rozbawiło. Zanosiła się śmiechem jak łaskotana hiena. Krogulec cierpliwie przycupnął na konarze pobliskiego świerku i przyglądał się jej ironicznie. W końcu majestatycznie zatrzepotał wielkimi skrzydłami i poderwał do lotu. Posłusznie podążyła za swoim przewodnikiem.
Wyciąg nie pracował. Koło blokowała zgnieciona stalową liną czaszka jednego z urzędników, którzy próbowali swoich sił na oślej łączce.
Droga, którą przemierzała – szła pod górę, ciągle trzymając się wyciągu - wyglądała jak udekorowana specjalnie na jej cześć. Z orczyków, z gałęzi krzaków i drzew zwisały fantazyjnie fragmenty ludzkich ciał. Wszędzie poniewierały się oderwane głowy, martwe oczy utkwiły w niej swoje stężałe spojrzenia. Była jedyną aktorką pośród wyjątkowo zdyscyplinowanych widzów. „Czyż nie tego pragnęłam?” - zreflektowała się.
Krogulec bił nerwowo skrzydłami, zmuszał ją do pośpiechu: czasu miała już niewiele.
Była prawie u celu, gdy z daleka rozpoznała biały kombinezon z dyskretnymi błękitnymi aplikacjami. Pośrodku całkiem pustego stoku, jak zabawka ciśnięta przez niesforne dziecko, leżała ruda Sylwia. Prawą nogę miała odrzuconą w bok i nienaturalnie przekręconą. Poniżej kolana sterczała duża ostra drzazga rozłupanego golenia: odłamek kości przebijał ocieplacz niemal pod kątem prostym i umazany był krwią pomieszaną ze szpikiem. Brudnożółta maź ściekała powoli na śnieg, roztapiała go, tworząc kałużę tłustej zupy przypominającej najbardziej czerninę, do której nie wiadomo po co wrzucono kostki lodu.
„Dostałam cię jak na talerzu” - pomyślała, podążając takim właśnie tropem skojarzeń. Pochyliła się nad leżącą, aby lepiej obejrzeć jej ranę. Przez chwilę przyglądała się z zainteresowaniem, a potem usiadła obok i nieśpiesznie odpięła narty. Bez jakichkolwiek emocji słuchała przeraźliwych skomleń nieszczęśnicy. Wstała i trąciła podeszwą ciężkiego buta czubek kości wystającej z nogi rannej. Zwierzęcy skowyt odbił się echem od ściany lasu. Naciskała stopą strzaskany goleń, jakby chciała w ten sposób umieścić go z powrotem na właściwym miejscu. Złamane kości podudzia chrupnęły, coś trzasnęło w nich raz i drugi, zachlupotała krew, która wylewała się z rozciętych mięśni do nogawki kombinezonu.
Stopniowo zwiększała nacisk, miażdżąc plastikowym butem nogę dziewczyny. „Co ja robię!” - pomyślała, trochę przerażona, ale znacznie bardziej podniecona. Usta Sylwii, ciągle zanoszącej się nieludzkim wrzaskiem, były szeroko otwarte. Widziała wyraźnie rozedrgany jak skrzydło kolibra języczek dziewczyny, dyskretną plombę na jednym z zębów żuchwy i okruch bułki, który utkwił pod językiem. Lewa dolna szóstka najwyraźniej prosiła się o wizytę u stomatologa. „Pomogę ci zaoszczędzić na dentyście” - wyszeptała i z całej siły wbiła kijek narciarski pomiędzy szczęki Sylwii. Ciałem rannej targnęły konwulsje, próbowała bezładnie odpychać aluminiowy pręt.
Napierała z całej siły na kijek tak długo, aż poczuła opór. Jej rywalka przypominała teraz przyszpilonego owada, którego właśnie włączył do swojej kolekcji entomolog-sadysta. W gardle Sylwii zabulgotało głucho i wystrzelił z niego gejzer rozpylonej krwi, a potem następny i jeszcze jeden. Drobniutkie krople spryskały twarz i kombinezon dziewczyny.
Z satysfakcją stwierdziła, że jej rywalce przybyło sporo piegów. Odwróciła się od trupa Sylwii i ruszyła przed siebie.
Śnieg wokół był czerwony jak pełne obłędu oczy krogulca.
Dotarła na miejsce i stanęła na szczycie wzgórza. U jej stóp leżał pusty stok przypominający wielkie, oswojone zwierzę. Z dołu, podobna do morskiego przypływu, nadpełzała mgła. Ruszyła jej na spotkanie.
Sunęła gładko środkiem trasy. Wnet otoczyły ją mleczne pasma, zanurzyła się w pierwsze, rzadkie jeszcze kędziory tumanu. Nabierała prędkości w niebotycznym tempie.
Nie wiedziała już, czy jej narty dotykają jeszcze śniegu, czy też unosi się w powietrzu. Zjeżdżała pewnie, nie zważając na nic, pochłonięta zupełnie doświadczaniem rozkoszy niepowstrzymanego pędu. Huczało wokół rozcinane powietrze. Gdzieś w oddali, w samym sercu mgły, lśniło purpurowe światło, do którego zbliżała się nieuchronnie z oszałamiającą prędkością.


Anestezjolog skinął w milczeniu głową. Doktor w lot zrozumiał ten gest.
- Tracimy ją – powiedział ordynator. Jego głos brzmiał naturalnie, nie było w nim ponaglenia ani wyrzutu, najwyżej jakaś melancholijna rezygnacja, którą zdradzał zawsze, kiedy miał do czynienia z przypadkiem beznadziejnym. To był taki przypadek. Pacjentkę przywieziono do szpitala w stanie agonalnym.
Wszyscy trzej lekarze wpatrywali się w ekran encefalografu. Urządzenie oszalało: zachowywało się jak sejsmograf umieszczony w epicentrum gigantycznego trzęsienia ziemi.
- Zadziwiająca aktywność - mruknął ordynator. - Biorąc pod uwagę jej stan...
Doktor przeglądał dokumentację medyczną: pacjentka lat dwadzieścia osiem... Rozległe urazy głowy... Złamana podstawa czaszki, uszkodzony pień mózgu... Obrażenia ogólne, krwotok śródmózgowy... „Nawet odwarstwienie siatkówki – pomyślał doktor. - Gdyby była przytomna i mogła cokolwiek widzieć, to pewnie tylko na czerwono...”
- Proszę spojrzeć na fale theta - powiedział anestezjolog. - Czegoś takiego nigdy nie widziałem.
Krzywe na ekranie komputera wariowały, wskakiwały jedna na drugą z niewiarygodną szybkością. Doktor zwrócił uwagę na wrzeciona snu o zaskakującej amplitudzie.
„Co się dzieje w jej głowie? - zastanawiał się. - Musiało tam rozpętać się prawdziwe piekło!”
- Czasem nieoczekiwanie, zupełnie nagle, odchodzą ludzie, którzy mieli jeszcze coś bardzo ważnego – przynajmniej we własnym pojęciu - do zrobienia na tym świecie. – Anestezjolog mówił cicho, jakby do siebie. - I bardzo chcą to zrobić, spełnić się. Wszelkimi sposobami próbują pozostać w świecie żywych.
- Ma pan na myśli duchy? - Ordynator uśmiechnął się blado.
- Także. Ale jak nazwać to, co dzieje się z tymi, którzy znaleźli się między życiem i śmiercią?
Już w windzie, po wyjściu z reanimacji, doktor zapytał anestezjologa:
- Jak to się stało?
- Szła w poprzek trasy zjazdowej i staranował ją rozpędzona narciarka, także młoda kobieta. Jest teraz na chirurgii, ma otwarte złamanie podudzia, dość skomplikowane, no i oczywiście szok, ale poza tym wyszła z tego cało...
Doktor wrócił do swojego gabinetu. Nadciągał wczesny zimowy zmierzch. Lekarz nie włączył światła, usiadł przy biurku i sięgnął po paczkę papierosów. Wpatrywał się w okno gabinetu. Z korytarza dobiegał turkot wózka odwożącego zwłoki.
W szpitalu, pomijając kostnicę, życie toczyło się dalej. Mrok wdzierał się, gdzie tylko mógł.
W pokoju snuł się papierosowy dym, na dworze sypał gęsty, puszysty śnieg. Doktor ciągle spoglądał w okno. W szarówce ciemną plamą majaczyła sylwetka dużego ptaka usadowionego na pobliskim drzewie. „W sobotę chyba wybiorę się na narty” - pomyślał doktor.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -