Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




ZABAWA TAKA...

Joanna Gołąbek

To był przeciętny dzień, taki jakich tysiące - przychodzą jeden po drugim zlewając się z czasem w szarą breję, brodzenie w której staje się coraz trudniejsze. Martyna wstała tego dnia wcześniej niż zwykle. Dalsze leżenie w łóżku wydało się jej wyjątkowo nieznośnym, głównie ze względu na drażniący posmak snu, z którym wiedziała, że musi się rozstać.
„Nadszedł czas podjęcia decyzji. Już dawno powinnam to zrobić… Skąd jednak we mnie wątpliwości? Przecież wiem, co mi zrobił, co mi zrobi… On udaje, on na pewno udaje innego niż jest! Nie mogę dać się oszukać!”
Spojrzała przez okno – krople deszczu monotonnie uderzały o upstrzony gołębim łajnem parapet. W bladożółtej poświacie latarń świat za oknem wydawał się jak gdyby pogrążony w niespokojnym śnie człowieka w gorączce. Piętro wyżej ktoś spuścił wodę, po chwili dało się słyszeć niecierpliwe kroki, za chwilę znów ktoś spuścił wodę, potem znowu kroki.
„Albo ktoś wrócił z imprezy, albo właśnie dały o sobie znać skutki imprezy odbytej parę tygodni wcześniej...” – pomyślała Martyna.
Nad nią mieszkała młoda dziewczyna, Marta, prowadząca dosyć nieustabilizowany tryb życia, co chwila inny facet, co chwila inna praca, co chwila inna ona. Martyna znała ją dobrze. Znała dobrze siebie w jej wieku. Nastawiła czajnik na herbatę i radio, z którego wypływały łagodne dźwięki. Ballady bluesowe czy rockowe. Dla tych, którzy nie mogą spać.
„Czy ktoś, kto układa ramówkę programów radiowych naprawdę myśli, że to czego chcą słuchać ludzie o 4 rano to właśnie ballady rockowe albo jakiś chill out?”
>O Mary Ann, zastanów się, zastanów się proszę… Czy to co zrobić chcesz warte tego jest? Czy pewność masz, że nie mylisz się? O Mary Ann, ooo moja droga Mary Ann… Tu się toczy gra o Ciebie…< – zawodził jakiś muzyk lekko ochrypłym głosem nieudolnie starając się naśladować manierę wokalną Riedla.
***
Chyba jest noc, nie słyszę żadnych kroków, z rzadka tylko przejeżdżający samochód. Deszcz dudni o parapety, przez drewniane okiennice wdziera się jesienny chłód. Nawet żaden pies nie zaszczeka. Woda. Chyba słyszałem przepływającą wodę, gdzieś tu musi być jakaś rura kanalizacyjna, nie wiem. Gdzie ja jestem? Ta ciemność, o co w tym wszystkim chodzi? Kiedy to się wreszcie skończy… Gdzie jest Marta? Boże, nie pozwól, żeby coś jej się stało, błagam Ciebie, jeśli mnie słyszysz… Ze mną niech się dzieje co chce, ale nie pozwól by jej się stała jakakolwiek krzywda…
***
-No. Czas zaczynać... Zaczyna świtać. Będę tęsknić?
Martyna dokładnie omotana ciemnożółtym szalem wyszła w mało zachęcającą do spacerów scenerię właśnie rozpoczynającego się dnia. Oświetlona nikłym blaskiem latarni wśród mżawki rozmywającej kontury rzeczywistości wyglądała jak postać z komiksu.
-Tylko czekać jak z zza garażu wyłoni się Joker ze specyficznym mu grymasem twarzy – o, przepraszam – uśmiechem - burknęła do siebie pod nosem i odpaliła papierosa.
Czeka ją ważny dzień. Czas dokończyć dzieła i zmienić los. Swój los.
„Może właśnie po to tu jestem? Żeby zrobić to, co trzeba. Zrobić to tymi rękoma w tej postaci, aby ochronić siebie… Bóg, jeśli istnieje, musi mi wybaczyć, musi zrozumieć. Kto wie, czy to właśnie on mnie tutaj nie przysłał”.
Martyna skierowała się w stronę garażów. Dokładnie zaplanowały sobie wszystko, zaplanowała sobie… Poćwiartowanego ciała łatwiej się pozbyć. Ćwiartowanie nie będzie dla niej problemem. Najgorsze jest pozbawianie życia. To jest tak jak z karpiem na Boże Narodzenie – nikt nie chce go zabić ale jak już jest martwy oprawienie i przygotowanie go trwa chwilę.
„Jeszcze tego nie robiłam… Niedługo będzie po wszystkim…Ciekawe czy wtedy będę mogła odejść?”
Martyna skierowała się z powrotem do bloku. Drzwi do piwnicy delikatnie skrzypnęły. Błysnęła żarówka blado oświetlając skulonego skrępowanego mężczyznę w rogu pomieszczenia.
- Czas na Ciebie - Martyna odsunęła opaskę zasłaniającą mężczyźnie oczy. Przez chwilę nie wiedział co jest przed nim, zmrużył oczy próbując zniwelować szok wywołany raptownym błyskiem po tygodniu siedzenia w ciemności. Przed jego oczami powoli zaczęła klarować się postać Martyny.
-Ma…
-Cisza! Nie mogę… Nie jestem tym kogo widzisz, jeste… - Martyna poczuła silne uderzenie w kark, nie zdążyła zobaczyć kto to, straciła przytomność.
Marta zbliżyła się do mężczyzny, klęknęła tuz przy nim, ze zaciekawieniem spojrzała w jego oczy, pełne strachu, zaskoczenia, bardziej przypominające oczy szamotającego się w potrzasku zwierzęcia niż człowieka.
-Kochany mój, tyle dni żyłam w niepewności… A Ty cały czas tu byłeś… Tuż obok mnie… - Marta w zamyśleniu wymawia słowa jak gdyby uspokajała dziecko wtulając się w mężczyznę, gładzi jego włosy wpatrując się w sobie tylko wiadomy punkt na ścianie.
- Kim ona jest?! Co tu się dzieje?! Dlaczego ona wygląda jak Ty?!
- Ciii, już dobrze, wszystko będzie dobrze… jestem przy Tobie… przecież wiesz jak bardzo Ciebie kocham…- Marta jedną dłonią gładząc włosy mężczyzny, drugą wymacała na podłodze śrubokręt, bez chwili wahania wbiła mu go prosto w kręgosłup.
-Ciii, już dobrze… śpij…już dawno powinieneś spać… W rogu pomieszczenia dało się słyszeć jęki Martyny, która próbowała się podnieść i zrozumieć o co chodzi. Marta z wyrazem obrzydzenia na twarzy odsunęła od siebie martwe ciało mężczyzny, po czym sięgnęła po piłę motorową, którą Martyna przyniosła z garażu.
-Już dawno kazałam Ci z nim skończyć! Po co go trzymałaś?! Marta wściekła krzyczała na Martynę próbując odpalić piłę.
-Sama twierdziłaś, że on mnie zabije, że zabił Ciebie - kpiącym tonem kontynuowała Marta w tym samym czasie z precyzją doświadczonego rzeźnika zabierając się za ćwiartowanie mężczyzny.
-Miałaś mnie chronić. Pomagać. Po to przecież wróciłaś – już bardziej ironicznie, z podniesionym w kpiącym uśmieszku lewym kącikiem ust, nie podnosząc nawet wzroku na Martynę ciągnęła monolog Marta.
-Tak mi tłumaczyłaś. Ty to ja a ja to Ty. Niby znałaś szczegóły z mojego życia, co prawda nieco inną wersję niż prawdziwa ale sporo się zgadzało… i nawet mi pasowało… Tak, zepchnęłam ojca ze schodów – to był mój pierwszy „sukces” - tylko to nie było w obronie własnej… tak jak w Twoim świecie… A propos? Słyszałaś o czymś takim jak światy równoległe? Podobno wszystko w nich na opak… W moim świecie był „dobrym człowiekiem”, idiotą. Był słaby. Nie mogłam na niego patrzeć, na to jaki jest miły i obrzydliwy w swojej wyrozumiałości i chęci niesienia pomocy. Nie mogę patrzeć na takich ludzi. Dlatego ich eliminuję. Tacy ludzie są słabi. Tak jak on - Marta wskazała zakrwawioną piłą na to, co zostało z mężczyzny.
-Prawdę mówiąc na Twój widok też mnie mdli. Byłaś ofiarą w swoim świecie, jesteś i w tym. Nie wydaje mi się, żeby było między nami jakiekolwiek podobieństwo pod tym względem… A teraz, skoro i tak się do niczego nie nadajesz - czas na Ciebie.
Marta odpaliła piłę i z uśmiechem na obryzganej krwią twarzy powoli zbliżała się do półprzytomnej Martyny.
***
No to co? 1 : 0 dla mnie? – zapytał jegomość w czarnym cylindrze i nienagannie skrojonym czerwonym fraku brodatego staruszka w białej szacie…
***
A teraz hit stulecia w Radiu Wszechświat! "Czy wszystko stracone juz jest? Czy to koniec moja droga Mary Ann? Czy wszystko zaprzepaściłem znów tym, że po raz kolejny jak świnia spiłem się i z diabłem o Ciebie grałem?"




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -