Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




ZARAZA IV

Anita Wiśniewska

Sala badawcza była oświetlona wielkimi jarzeniówkami, które topiły pomieszczenie w śnieżnobiałym blasku. Mimo, iż na zewnątrz był środek nocy, światło w pomieszczeniu mogło oślepić człowieka. Było ich dwoje. Oboje w sterylnych, białych fartuchach i lateksowych rękawiczkach, ale bez masek – byli już pewni, że wirus nie roznosi się drogą kropelkową. Jednym z naukowców była kobieta. Nie należała do najstarszych, jedynie w kącikach jej oczu pojawiły się już pierwsze zmarszczki. Była to jednak w tych czasach codzienność, prawdopodobnie kobieta nie przekroczyła jeszcze dwudziestu ośmiu lat. Jej twarz przypominała maskę, nie wyrażała żadnych uczuć. Szarozielone oczy patrzyły nieruchomo zza okularów w surowych, grubych oprawkach. Z rzadka jedynie mrugały. Było to spojrzenie nieludzkie, bardzo czujne, oczy drapieżnika, gotowego zabić, by się ratować. Tylko fakt, że tęczówki nie były przysłonięte czerwonawą mgłą, wskazywał na fakt, iż nie jest zakażona. Towarzyszący jej mężczyzna chyba rozumiał, że jego współpracownica nie należy do najprzyjemniejszych osób, bo chociaż z podziwem wpatrywał się w jej zgrabną sylwetkę i długie, splecione w warkocz, brązowe włosy, w jego oczach krył się również lęk. On sam, choć znacznie postawniejszy od swojej partnerki, starał się odsunąć od niej tak bardzo, jak to tylko możliwe, jednocześnie zachowując choćby pozory pewności siebie. Był wyraźnie zestresowany, w przeciwieństwie do kobiety, po której widać było, że czuje się jak u siebie w domu.
Znajdowali się w ośrodku badawczym położonym w centrum miasta; w jednym z ostatnich ośrodków względnej normalności, gdzie zaraza niemalże nie występowała. Jedynie dzięki temu oboje naukowcy mogli mieć świadomość, że nie zostaną zamordowani w środku nocy i nie będą zmuszeni walczyć o każdą odrobinę pożywienia. Stan taki utrzymywał się już od kilku lat i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek miało się pod tym względem zmienić, chociaż niektórzy mieszkańcy miasta zaczęli już podważać sens istnienia instytutu. Faktem było, ze badania nad leczeniem zarazy nie przebiegały zbyt obiecująco. Chociaż udało się dowiedzieć wielu rzeczy odnośnie mechanizmów zachowań zakażonych, sama istota badań – czyli próba zniwelowania szkodliwych skutków działania wirusa – wciąż jeszcze tkwiła w martwym punkcie.
Kobieta uczyniła niemal niedostrzegalny ruch ręką i pospiesznie wyszła z pomieszczenia, by wreszcie stanąć przy wykonanej ze szkła pancernego ścianie. Jej towarzysz natychmiast podążył za nią. Gdy tylko wyszedł, rozległ się szczęk licznych mechanizmów unieruchamiających drzwi. oboje badacze mieli teraz doskonały widok na to, co się dzieje wewnątrz sali. Było to duże, niemal całkowicie puste pomieszczenie. Jedynie w kilku miejscach położono na podłodze lub powieszono na ścianach rozmaite narzędzia: noże, szpikulce, cążki i igły. W sali nie było żadnych otworów i okien, pomijając rzecz jasna przeszkloną szybę. W centrum, na poobdzieranym linoleum spod którego przezierał beton (już od dawna nie było w obiegu materiałów niezbędnych do naprawienia lub położenia nowej posadzki), klęczał mężczyzna. W sumie nawet nie klęczał, a jedynie wisiał, z trudem podtrzymując się na ugiętych, lecz nie dotykających kolanami ziemi nogach. Miał nie więcej niż dwadzieścia lat, był niewiele młodszy od badaczy. Był całkowicie nagi, więc można było wyraźnie zobaczyć biegnące wzdłuż jego lewej ręki trzy głębokie, ledwo zabliźnione bruzdy, powstałe w wyniku walki z opanowaną przez wirusa kobietą. Bardzo możliwe, że należała ona do rodziny lub przyjaciół chłopaka, bowiem nikt przy zdrowych zmysłach nie zbliżał się z własnej woli do nieznajomych ludzi. Objawy wystąpiły niemal od razu, nie minęła nawet godzina, co było swoistym ewenementem, ponieważ na ogół trzeba było czekać około doby. Naukowcom wydał go jego młodszy brat, wychudzony, przerażony piętnastolatek, gdy tylko pojawiły się pierwsze objawy zaczerwienienia tęczówek. Dzięki temu udało się uniknąć zbędnych ofiar. Szkoda tylko, że nie wszyscy postępowali w taki sposób – większość rodzin próbowała ukrywać chorych, mając nadzieję, że objawy samoistnie ustąpią. Było to główną przyczyną szybkiego rozprzestrzeniania się zakażeń: chorzy, oprócz niepoczytalności, obdarzeni też byli niespotykaną wśród przeciętnych ludzi siłą.
Przebywał tu już od kilku tygodni i nic nie wskazywało na to, by choroba zaczęła się cofać. Przez większość czasu pozostawał skrępowany, jedynie dwa razy dziennie, w porze posiłków, rozluźniano więzy na tyle, by mógł w miarę swobodnie poruszać rękami. Zawsze jednak w takich sytuacjach pozostawał w pomieszczeniu sam, wystarczyło bowiem, by skaleczył kogoś, choćby zaledwie zadrasnął naskórek, by zaczęła się szerzyć epidemia. Nie można zaś było dopuścić do jej wybuchu w instytucie, bo to oznaczałoby koniec wszystkiego.
Dbali o obiekty swoich badań, zwłaszcza jeśli były, jak ten tutaj, niezwykłe. Nic więc dziwnego, że pomimo długotrwałego zamknięcia mężczyzna był w całkiem dobrej formie. Powiedzieć wręcz można, że żyło mu się lepiej, niż większości mieszkańców miasta. Ponieważ dostarczano mu odpowiednie ilości jedzenia, był dobrze odżywiony. Mimo, że jego twarz całkowicie straciła w wyniku choroby ludzki wyraz, widać było, że nawet przed epidemią nie należał do przystojnych mężczyzn. Miał śniadą, nieco żółtawą skórę, obecnie poszarzałą w wyniku braku światła. Sylwetka, niezbyt wysoka jak na współczesne standardy, prawdopodobnie nie przekraczała stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, była jednak postawna i w innych okolicznościach zapewne wzbudzałaby poczucie bezpieczeństwa. Miał dość masywne dłonie, wyraźnie nawykłe do pracy fizycznej, ale nie zaniedbane. Z pociągłej twarzy o sztywnych, ciemnych włosach spoglądały oczy w dziwnym, nieokreślonym odcieniu. Nawet teraz, gdy tęczówki zasnuwała czerwonawa mgła, ich kolor zdawał się ciągle zmieniać. Płynnie przechodził od niebieskiego, do niebieskobrązowego. Na tle dziwnych, pełnych warg, nieogolonego podbródka i nieco skrzywionego nosa, to właśnie te oczy wydawały się najładniejsze. Mimo to nawet w lepszych dla siebie czasach młody mężczyzna zapewne nie przyciągał zbyt wielu dziewczęcych spojrzeń.
Na początku, krótko po przewiezieniu go do instytutu, nawet mówił. Można było dostrzec pewne zmiany w sposobie jego wypowiedzi. W przeciągu kilku pierwszych dni, gdy napady agresji dopiero się nasilały, ale choroba nie opanowała jeszcze do końca jego umysłu – co również było swoistym ewenementem, bowiem na ogół po wystąpieniu objawów choroby świadomość tracono w ciągu paru godzin – wiele mówił o bólu, zadawaniu go. Miał omamy, wydawało mu się, że wszyscy dybią na jego życie i chcą go zabić. O ile jednak początkowo chciał tylko zemścić się na osobach, które go tu przyprowadziły i ocalić swoje życie, z czasem jego agresja zaczęła się kierować ku bliżej nieokreślonym osobom, ku komukolwiek, kto zjawiał się w Sali badawczej. się na osobach, które go tu przyprowadziły i ocalić swoje życie, z czasem jego agresja zaczęła się kierować ku bliżej nieokreślonym osobom, ku komukolwiek, kto zjawiał się sali badawczej. się na osobach, które go tu przyprowadziły i ocalić swoje życie, z czasem jego agresja zaczęła się kierować ku bliżej nieokreślonym osobom, ku komukolwiek, kto zjawiał się w sali badawczej. Wreszcie, gdy około tydzień temu zaczął przejawiać tendencje samobójcze, a później stracił kontakt ze światem zewnętrznym, naukowcy doszli do wniosku, że czas zakończyć badania nad tym obiektem.
Miało to być widowisko przeznaczone specjalnie dla nich. O ile mieli już cała kartotekę, która opisywała zachowania zakażonych skierowane przeciw potencjalnym ofiarom, po raz pierwszy udało im się wywołać u obiektu skłonności autodestrukcyjne. Wiedzieli, że u niektórych przypadków pojawiają się one samoistnie i pragnęli poznać metody działania. Później zaś, w miarę możliwości, porównać je z tym, co odkryli do tej pory. Oraz, oczywiście, przeprowadzić sekcję.
Kobieta zdecydowanym ruchem wcisnęła znajdujący się na panelu sterowniczym okrągły, czarny przycisk. Skórzane pasy, którymi oplątane były kończyny mężczyzny, nagle rozpięły się, ukazując poobcieraną skórę na nadgarstkach i kostkach. Upadł bezsilnie na podłogę, drżąc na całym ciele. Wyglądał jak więzień, któremu po bardzo długim czasie udało się odzyskać wolność. Przez chwilę tkwił w odrętwieniu, jednak już po paru minutach radość i zdumienie na jego twarzy ustąpiły miejsca typowej dla zakażonych manii. Jego rysy znów zmieniły się w nienaturalną maskę. Naukowcy, pomimo oddzielającej ich od obiektu grubej szyby, zastygli z przerażenia. Ten jednak nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Jak zahipnotyzowany ruszył w kierunku ściany, na której powieszono narzędzia. Wyglądał jak narkoman na głodzie. Drżącymi palcami złapał długa, grubą igłę, przypominającą te, których lekarze używali do punkcji. Kilka tego typu narzędzi wisiało obok siebie rzędem, na niewielkich haczykach wbitych w ścianę. Długo obracał ją w dłoniach, by wreszcie, po chwili wahania, dotknąć zaostrzonym końcem skóry na ramieniu, nieco poniżej miejsca, gdzie zwykle daje się szczepionki. Jedynie nagłe zwężenie źrenic świadczyło o tym, że poczuł ból, gdy powoli – bardzo powoli – zaczął wbijać igłę w ciało. Oprócz tego nic nie było po nim widać: nie skrzywił się, nie wydał nawet najcichszego jęku. Ludzie znajdujący się na zewnątrz z zafascynowaniem wpatrywali się w niego. Ten jednak zdawał się w ogóle tego nie zauważać. Był całkowicie pochłonięty swoją pracą. Igła zagłębiała się w ciało, powoli przekroczyła warstwę podstawną skóry i, przebiwszy kilka drobniutkich naczyń krwionośnych, pokonywała coraz głębsze warstwy tkanek, by wreszcie zazgrzytać głucho, uderzywszy o kość ramienną. Zakażony nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Zostawił ostrze w ciele, przez co rana niemal nei krwawiła, i sięgnął po następną, nieco cieńszą igłę. Delikatnym, niemal czułym ruchem zbliżył ją do miejsca, gdzie kość udowa łączyła się z piszczelem. Wbił igłę z boku, dzięki czemu nie napotkał oporu rzepki kolanowej. Jego ruch był bardzo zdecydowany, więc ostrze przebiło się przez jedną z łąkotek, na wylot przeszło przez więzadła i opuściło ciao z drugiej strony.
Kobieta z zafascynowaniem przyglądała się choremu, gorączkowo notując coś w niewielkim, ale eleganckim notesie w twardej oprawie. Wtedy rozległ się krzyk, doskonale słyszalny dzięki zaawansowanemu systemowi nagłaśniającemu. Nie było w nim jednak bólu, a jedynie czysta euforia, rozkosz towarzysząca uczuciu spełnienia psychofizycznego. Obserwatorka nie wyglądała na zdziwioną. Od dawna już wiedziano, że zakażeni podczas dokonywania aktów przemocy przechodzili procesy identyczne z tymi, które towarzyszą podnieceniu, kontaktom seksualnym czy stresowi. Wydawało się więc logiczne, że także autodestrukcja może wywoływać takie objawy. Podejrzewano to od dawna, ale dopiero ten eksperyment pokazał, że mieli rację. Dziwne było tylko to, że objawy wystąpiły tak szybko. Podczas, gdy naukowcy obserwowali zakażonego, ten nadal tkwił w swoistym transie. Jaskrawe światło jarzeniówek odbijało się od stalowych igieł, tworząc wokół nich bladą poświatę. Po twarzy chorego pociekły łzy wzruszenia, oczy rozszerzyły się gwałtownie.
- Bóg istnieje – powiedział dobitnie, mechanicznym głosem, całkowicie wypranym z emocji. Roześmiał się zgrzytliwie, jakby właśnie opowiedział dobry dowcip, złapał za nóż i przejechał nim po wewnętrznej stronie ręki, od łokcia do przegubu. Z namaszczeniem dotknął językiem ciepłej, czerwonej strużki płynącej po jego skórze. Upuścił narzędzie i dwoma palcami odciągnął na boki skaleczoną skórę, ukazując bogactwo wciąż jeszcze pracujących mięśni, obecnie szarpanych spazmami bólu, drgających mimowolnie w konwulsjach. Mężczyzna zza szyby odwrócił wzrok, ale kobieta wydawała się być zafascynowana. Zakażony dostrzegł ich, ale nie zwracał na nich uwagi. Na obu końcach rany uczynił jeszcze dwa poziome cięcia i mocnym szarpnięciem oderwał kawałek skóry. Rzucił go niedbale na podłogę. Krew trysnęła z rozszarpanych naczynek i żył, tworząc abstrakcyjny wzór na jego nagiej skórze. Młodzieniec chwiejnym krokiem podszedł do ściany po raz ostatni i złapał dwa ostro zakończone kołki. Wsadził je do nozdrzy i uklęknął na podłodze. Z jego oczu zaczęła znikać czerwona mgła, odzyskiwały normalny, niebieskobrązowy odcień.
- Istnieje – powtórzył z dziwnym uśmiechem i z całych sił uderzył głową o podłogę. Kołki weszły niemal całkowicie. Mężczyzna w panelu sterowniczym zaczął wymiotować. Skończyła notowanie i, nie zwracając najmniejszej uwagi na swojego towarzysza, dziarskim krokiem ruszyła do w miarę wygodnie urządzonego laboratorium, które od kilku lat służyło jej za mieszkanie. Na jej twarzy rozkwitł szeroki uśmiech. Powoli zdjęła szarozielone szkła kontaktowe.
Jej oczy zasnuwała czerwonawa mgła.

Warszawa, 29-30 stycznia 2012r.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -