Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Z WILKA WILK

Tomek Chromik

„ Z Wilka Wilk, z Nędzy Nędza, a z Krwi Krew”

KAT



Pub przepełniony był ludźmi. Przez gęstą smugę dymu papierosowego trudno było przedrzeć się wzrokiem, by dokładnie coś dostrzec. Nikt na nikogo uwagi nie zwracał. Jedynie, kiedy wchodził nowy klient, oczy bardziej ciekawskich obierały kierunek drzwi. Marek Penczek siedział w najbardziej oddalonym kącie, przy niewielkim stoliku. Przed sobą miał cztery puste szkła po piwie, piąte kończył. Z przepełnionej popielnicy stojącej na środku stołu, wypadały wypalone papierosy. Mętnym wzrokiem Marek lustrował otoczenie, raz po raz kaszląc cicho, tak, by nie zwrócić na siebie uwagi. Podrapał się po ciemnej czuprynie, zaznaczonej siwymi pasemkami. Zadusił kolejnego papierosa, dopił piwo i wstał. Niewysoki, ze śladami upływających lat w postaci „ piwnego mięśnia”, niepozorny. Podszedł do baru, zamówił kolejne dwa browary. Wziął też setkę czystej. Postanowił, że się dziś „ zniszczy”. Kiedy barman napełniał kufle, Marek poszedł do ubikacji. Oddając mocz, wpatrzył się w ścianę. Znów pojawił się prześladujący go obraz. Nadjeżdżający lekki transporter opancerzony „ rosomak”. On sam na wieżyczce z karabinem AKS wyposażonym w celownik optyczny. Jakiś człowiek wybiega z jednego z domostw. Odpala w ich stronę z RWP pocisk przeciwpancerny. Huk, krzyk, ogień. Marek spada na rozgrzany słońcem piasek. W amoku, ranny, oddaje strzały w kierunku napastnika. Przeładowuje magazynek. Wbiega do domu. Przerażona matka tuli swoje dziecko do piersi. Małą dziewczynkę. Marek wywala kolejny magazynek. Prochowy dym drażni oczy. Zakrwawioną dłonią przeciera twarz. Wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie. Matka i dziecko leżą na glinianej podłodze, wydając ostatnie tchnienia. Z dziesiątek ran po nabojach tryska purpurowa krew mieszając się z pustynnym, wszędobylskim piaskiem. Ten zapach powoduje mdłości. Marek dostrzega kolejne dziecko. Chłopak. Ukrył się pod łóżkiem. Po chamsku wydziera go stamtąd. Jedna ręką trzyma go za ubranie, drugą uderza w twarz. Gdy dziecko leży na podłodze, Marek ładuje kolejny magazynek. Potem z obłędem w oczach strzela chłopcu prosto w twarz…
Nagle ktoś z hukiem zamyka drzwi od kibla. Marek zostaje oderwany od tych potwornych wspomnień. Myje drżące ręce, spoconą, obłąkaną twarz. Zaciska zęby. Łzy cisną się do oczu. Ogarnia go nagły zawrót głowy. Wszystko to, co dziś zjadł, wywala do klozetu.
Kiedy odbierał piwa, setkę wypił jednym haustem. Dłonie nadal drżały. Zapalił papierosa. Następne piwo wychylił duszkiem. Wszystko wokół zaczęło wirować. Marek zrealizował założenie. „Zniszczył się”. Ostatni złocisty trunek sączył bardzo długo. Już przestał smakować. Właściwie wypił go tylko dlatego, że za niego zapłacił. Zmusił się, aby wstać i wyjść z lokalu. Kiedy zamknął za sobą drzwi, odciął się od gwaru, owionął go przenikliwy chłód grudniowej nocy. Zaczął sypać śnieg. Marek idąc na parking klął siarczyście pod nosem. Bełkotał do siebie jakieś niezrozumiałe słowa. Jakoś dowlókł się do swojego samochodu. Wtoczył się na miękki, wysoko osadzony fotel toyoty rav4. Przez chwilę siedział nieruchomo, czuł narastający zawrót głowy. Nagle otwarł drzwi i zwymiotował na stojący obok samochód. Rzucił obelgę pod adresem kogoś, kto ośmielił się zaparkować obok niego, rozejrzał się. Nikt go nie widział. Zapuścił silnik. Wolno wjechał na drogę. Minęło sporo czasu, zanim oswoił się z kierownicą. Nawet nie był pewien, czy obrał właściwy kierunek jazdy. Po prostu jechał. Nie zdawał sobie sprawy, że może natknąć się na patrol policji, a wtedy znalazłby się w więzieniu. Przyjął postawę, którą stosował od bardzo długiego czasu, czyli : „ Mam to wszystko i wszystkich głęboko w dupie”. Cała jezdnia była jego. Nie zważał na nic. Minął zabudowania. Jechał teraz drogą biegnącą obok lasu. Padał śnieg, gęstą kurtyną zakrywając świat. Wycieraczki samochodu nieprzerwanie pracowały. Marek spojrzał w prawą stronę, na ogołocone z liści drzewa. Wydawało mu się, że przez tą zamieć widzi coś biegnącego równolegle do samochodu. To coś, sprawnie przemykało pomiędzy drzewami, swym ciężarem łamiąc i tratując gałęzie. Licznik wskazywał 55 km/h. Był pewien, że to nie pijackie majaki, nie ułuda. Tam coś było ! Nagle samochodem wstrząsnęło. Potężny zgrzyt rozdarł powietrze. Wóz zmiótł znak drogowy i walnął w mniejsze drzewo. Marek uderzył lewą stroną twarzy w kierownicę. Stracił na moment kontakt z otoczeniem. Kiedy się ocknął, stwierdził, że rozbił wargi, bolała kość policzkowa. Poduszka powietrzna nie zadziałała. Reflektory samochodu oświetlały coraz bardziej zaśnieżoną okolicę. Po chwili doszedł do siebie. Przełączył na napęd na cztery koła. Nagle z ogromną siła coś uderzyło w auto. Marek rozglądał się nerwowo wokół, lecz nic, prócz ciemności nie widział. Kolejny raz autem wstrząsnęło. Dałby rękę odciąć, że usłyszał mocne warczenie, jakby wściekły pies próbował się dostać do wnętrza. Pękła szyba z prawej strony. Oczom Marka ukazał się potężny łeb, kształtem przypominający wilka. Lecz był o wiele większy. Z rykiem wciskał się szarpanymi ruchami do kabiny. Sekundę później mocne pazury starały się zranić Marka. Rozcięły kurtkę. Markowi udało się otworzyć drzwi. Wypadł na zimny śnieg. Jego mózg nie potrafił ogarnąć tego, co się działo. I tylko przeżycia z wojny, wyuczona zdolność szybkiej reakcji pomogła mu wstać i puścić się biegiem jak najdalej od niebezpieczeństwa. Nie był dostatecznie szybki. Potężna siła rzuciła nim na odległość kilku metrów. Poczuł, jakby kręgosłup pękał mu na kilka części. Wszystko wokół zawirowało. Uderzył twarzą w zaśnieżony asfalt drogi. Nagle przestał słyszeć, przestał czuć. Widział tylko, jak ogromne stworzenie szarpie nim na wszystkie strony. I światła reflektorów zbliżającego się pojazdu…

Przez chwilę myślał, że jest w niebie. On ? W niebie ? Wolne żarty. Szybko zorientował się, że niestety żyje. Chciał splunąć. Nie potrafił. Świadomość przychodziła bardzo wolno. Razem z potwornym bólem całego ciała. Najchętniej rozwaliłby rażącą jego oczy sufitową, jarzeniową lampę. Nie ulegało wątpliwościom, że był w szpitalu. Nie mógł się poruszyć. Próbował wzrokiem ogarnąć jak największy obszar pomieszczenia. Nie był sam. Słuch łowił kilka aparatów rejestrujących pracę serca. Ten dźwięk : „ Tit. Tit” O.I.O.M. Czyli, że jest z nim źle. Pomyślał, że to dobrze, może w końcu zdechnie. Chciał to powiedzieć głośno. Nie potrafił nawet zgiąć palca. Nie potrafił zgiąć palca!!! Ani w ręce, ani w nodze !!! Jasna cholera!!! Uderzyła w jego umysł obłąkańcza myśl. Jestem sparaliżowany !!! Próbował zerwać się z łóżka. Jednak bez skutku. Leżał tak jeszcze długo. Próbował zasnąć, lecz jego organizm powoli ogarniała panika. Czuł, jak ogarnia go panika.
Wieczorem w towarzystwie lekarza, pojawiła się żona Anna. Niska kobieta o krótkich, kasztanowych włosach. Była bardzo ładna, mimo, iż miała czterdziestkę. Dbała o siebie. Zawsze dbała. Jej uroda przeszła na córkę Zosię, dojrzewającą nastolatkę. Zosi nie pozwolili wejść na salę. Marek wlepiał w żonę udręczony wzrok. W takich chwilach jak ta, człowiek uświadamia sobie, jak wiele stracił. Żona odeszła od niego rok po tym , jak wrócił z Afganistanu. Nie potrafiła wytrzymać jego zachowania. Nocą budził się z krzykiem, w dzień upijał na umór, był wulgarny. Kilka razy zamykała go policja za pobicia w barze. Jednego dnia pojawiła się nawet żandarmeria wojskowa. Wzięli go do zamkniętego ośrodka, gdzie spotkał wielu takich jak on. Przeszedł terapię. Nie przyniosła jednak oczekiwanych efektów. Pił więc dalej i udręczał się. Teraz dostrzegł kolejny cień szansy na powrót do normalnego życia. Żona mówiła coś do niego. Nic z tego nie potrafił zrozumieć. Tylko gapił się na nią, czuł się jarzyną rosnącą w ogródku wiejskim.
Pojawiła się policja. Dwóch gości. Jeden w mundurze, drugi chyba detektyw. Umysł Marka tworzył dziwaczne myśli. Jakiś głos krzyczał : „ Sierżancie Penczek! Nie rozmawiamy z miejscową ludnością!! Oni wszyscy są naszymi wrogami!! Nawet kobiety, dzieci i starcy!! Nawet pieprzona mucha srająca ci na kołnierz munduru!! Zlokalizować!! Unieszkodliwić!!”. Szkoleniowe informacje zdegenerowanego pułkownika przewijały się przez mózg. Ten sam pułkownik potem dał się wysadzić w powietrze jakiemuś dzieciakowi, który czyścił mu buty. Gówniarz zostawił przy nim pudełko z pastą i poszedł po inną szczotkę. Pudełko eksplodowało, urywając pułkownikowi prawą nogę i szarpiąc genitalia. Zanim transporter medyczny przedarł się przez tłum, facet się wykrwawił. Potem Marek i jego kompania szybkiego reagowania korpusu ekspedycyjnego 17 pułku kawalerii zmotoryzowanej, robili porządek w miasteczku. Kiedy w radioodbiorniku słyszeli „ taktyka spalonej ziemi”, wszyscy naraz milkli. Każdy łykał tabletkę. Nikt nie miał prawa pytać, co to jest, czy musi. Był rozkaz. Wykonać ! Nie wykonanie rozkazu to niesubordynacja. A ta, karana była ostro. Przejeżdżali więc przez wioskę, mordując wszystkich. Budynki potem wysadzano. Znów pojawił się wyraźny obraz: „ Młoda wieśniaczka, na oko szesnastoletnia, postrzeliła poważnie jednego z żołnierzy. Padł rozkaz, aby wieś zrównać z ziemią. Tak też się stało. Wieśniaczkę ranną udało się pojmać. Gwałcili ją przez całą noc. To była kara za rannego kolegę. Ich umysły nie pracowały z trzeźwością. Narkotyk podawany przed atakiem, wyzwalał zwierzęce, barbarzyńskie wręcz instynkty. Wszystko po to, by odegnać strach, litość. Rano, ich dowódca wyprowadził pojmaną z namiotu i strzelił jej w serce. Potem oddał na dogorywającą dziewczynę mocz.”
Marek stracił przytomność.
Po tygodniu obudził się ze śpiączki. Czuł się jak nowonarodzony. Zagoiły się wszystkie rany, kręgosłup. Lekarze dziesiątki razy badali go, by dowiedzieć się czegoś na temat tego fenomenu, który z punktu widzenia medycyny był niewykonalny. Krwinki szalały wręcz w żyłach Marka. Żona cieszyła się, że nastąpił cud. Dopatrywała się w tym nawet boskiej ingerencji. O tym jak bardzo się myliła, miała przekonać się niebawem.
Marek szybko wracał do zdrowia. Pochłaniał olbrzymie ilości jedzenia. Anna postanowiła dać mu szansę. Przeprowadziła go do swojego domu na Woli. Piękny domek przy lesie, w ciszy i spokoju. Wszystko szło idealnie. Tylko Marek nie był zbyt rozmowny. Całymi godzinami albo siedział sam w pokoju, albo spacerował myśląc nad niewiadomo czym. W końcu Anna któregoś wieczoru usiadła naprzeciw niego. Marek wpatrywał się w dywan, siedząc na fotelu.
- Marek, zaczęliśmy wszystko od początku. Nawet nie zapytałam się, czy ty tego chcesz. Nasza córka bardzo cieszy się, że wróciłeś, tylko nie szukasz z nią kontaktu. Co tobie jest? – Anna traciła znowu cierpliwość do tego człowieka. Marek podniósł wzrok, spojrzał jej w oczy. – Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Słyszę głosy dobiegające z oddali, czuję tysiące zapachów. Wącham nawet własne gówno, kiedy podnoszę się z kibla. A najgorsze jest to, że mi to nie przeszkadza. Wyciągam twoje stringi z kosza i je wącham. Obwąchuję też żywopłot, na który naszczał pies!! Przecież do jasnej cholery, to nie jest normalne!! - Marek ostatnie zdanie wykrzyczał. Anna chwyciła się za głowę . – Ty, ty nie mówisz tego poważnie. – Była przerażona. Marek ukląkł przy niej. – Wiesz, co ja wczoraj wieczorem zrobiłem? – Mówił teraz szeptem. – Wyciągnąłem z lodówki mrożoną wieprzowinę i wpieprzałem na surowo. Nie zwróciłem tego. Smakowało mi jak nic nigdy. – Anna wstała, odsunęła się. – Ty musisz iść do lekarza, ja się ciebie boję… Na tym rozmowa skończyła się. Nie wracali już więcej do tego tematu. Tymczasem Marek stawał się coraz silniejszy. Zorientował się, że kiedy księżyc był w nowiu, zachowywał się normalnie. Lecz, kiedy przy pełni tarcza była, biegał nocami po lesie, jadł surowe mięso, był wulgarny w ciągu dnia. Anna udawała, że tego nie widzi. Do pewnego wieczoru, kiedy Marek klepnął ich córkę w pośladek. Zosia poskarżyła się. Anna weszła do pokoju Marka. On leżał nagi na łóżku, ze sterczącym członkiem, a w oczach miał szaleństwo. Rozszerzone do granic źrenice, uszy nienaturalnie wychylone. Trzasnęła drzwiami.
- Masz czas do rana, by wynieść się z tego domu, inaczej dzwonię na policję. Ty pieprzony zboczeńcu !! Co ty sobie nie myślisz?! - Nie zdążyła już więcej nic powiedzieć. Marek najpierw skierował czarne ślepia na nią, potem w ułamku sekundy dopadł do niej, chwytając w stalowym uścisku za szyję. Uniósł ją kilkanaście centymetrów nad ziemię, po czym rzucił na łóżko. Potem brutalnie zaspokoił swoją żądzę. Zosia wpadła do pokoju, słysząc hałas. Pięściami zaatakowała ojca. Marek jednym uderzeniem powalił ją na podłogę. Zdarł z niej ubranie. Omal nie zgwałcił własnej córki. Anna zdołała kopnąć go w twarz. Marek oszołomiony upadł na podłogę. Trzęsące się kobiety uciekły z pokoju. W biegu porwały buty i wybiegły z domu. Sąsiad pomógł im bez wahania. Policja była już w drodze. Marek nie przejął się sytuacją. Zaznaczył teren swoim moczem i zabrał się za wyjadanie mięsa z lodówki. Minęło sporo czasu, zanim policja zajechała przed dom. Marek nieświadomy niczego, zajadał się bez opamiętania. Sąsiad poinstruował dwóch policjantów, że człowiek znajdujący się w domu, jest niebezpieczny. Trzymali broń w pogotowiu. Weszli do domu. Ostrożnie sprawdzili pokoje. Nie było nikogo. Kiedy weszli do kuchni, ich oczom ukazał się widok porozrzucanych resztek surowego mięsa i kości. Dotarło do nich, że mają do czynienia z szaleńcem. Jeden z policjantów odczepił przenośne radio, chcąc wezwać posiłki. W tym momencie jak spod ziemi pojawił się Marek. Dopadł do szyi gliniarza, wgryzając się w tętnicę. Przewrócili się. Policjant z przegryzioną szyją miotał się jak opętany, próbując za wszelką cenę zatamować krwotok. Drugiemu gliniarzowi Marek wytrącił broń i trzaskał go pięścią po twarzy, aż stracił przytomność. Krwawiący funkcjonariusz podniósł się z podłogi i chwiejnym krokiem próbował uciec. Marek dopadł go w korytarzu. Wyssał z niego resztę życiodajnej cieczy. Pośpiesznie ubrał się. Zabrał pokonanym amunicję i pistolet Glock 17. Wybiegł na zewnątrz. Właśnie nadjechał ambulans na sygnale. Marek zaryczał przeciągle jak zwierzę i puścił się biegiem w stronę lasu. Tam znalazł schronienie w sianie przygotowanym na posiłek dla leśnych mieszkańców. Usnął.
Kiedy otworzył oczy, momentalnie zwymiotował. Dotarło do niego, że jest w niewoli. Leżał na kozetce przypięty skórzanymi pasami, obok stali uzbrojeni policjanci z antyterrorystycznej. Pielęgniarka uprzątnęła treść żołądkową, przyszedł lekarz, zmierzył ciśnienie, sprawdził źrenice, wyszedł. Marek doskonale słyszał rozmowę lekarza z policją w pomieszczeniu obok. Mówili o przewiezieniu go do ośrodka dla chorych psychicznie w Grojcu. Gliniarz, któremu przegryzł tętnicę szyjną przeżył. Marek nie odpowie za zabójstwo, ale za czynną napaść na policjanta, rozbój, oraz nielegalne posiadanie broni palnej. Chyba, że lekarze uznają go za niepoczytalnego i wyrok zostanie zmniejszony. Tak, czy siak, nazbierało się tego. W jego głowie odezwał się głos : „ Żołnierze, jeśli znajdziecie się w niewoli, róbcie wszystko, żeby uciec. Nawet kosztem życia. Nie mówcie nic. Milczenie jest złotem !” Marek zasnął. Śnił, że biegnie bardzo gęstym lasem, nie oglądając się za siebie. Jakby go ktoś ścigał. Po długim sprincie las przeobraził się w pustynię. Widział transportery opancerzone jadące kolumną. Każdy z nich na boku miał polską flagę i napis NATO. Nastąpiła wymiana ognia. Jak spod ziemi wyrosły postacie talibów. W stronę kolumny posypał się grad pocisków przeciwpancernych i smugowych. Kolumna straciła w momencie trzy wozy. Musiała zatrzymać się, by z tych uszkodzonych pojazdów przejąć ludzi. Wtedy kolejne zostały trafione. Dwa ubezpieczające śmigłowce MI 24 nie potrafiły skutecznie odeprzeć ataku. Jeden spadł, trafiony kilkoma rakietami ziemia powietrze wystrzelonymi z RWR. Drugi, gęstym ogniem zaporowym chciał choć na chwilę odciąć atakujących szaleńców. Udało mu się to tylko z jednej strony. Każdy śmigłowiec miał w zanadrzu na takie właśnie okazje bomby fosforowe. Kilkudziesięciokilogramowa beczka z zapalnikiem przyczepiona do podwozia, otoczona ruchomym pancerzem. Pilot bez wahania użył ładunku. Nastąpił oślepiający błysk, jakby tysiące fleszy aparatów chciało oświetlić teren do zdjęcia. Efekt ten połączony był z czymś w rodzaju zimnych ogni. Pilot po wybuchu przeniósł maszynę na drugą stronę i dalej ostrzeliwał napastników. Marek wbiegł na teren walki, omijając transportery. Widział poparzonych talibów, wijących się w agonii. Widział też polaków, którzy dostali się w siłę rażenia bomby. Zobaczył siebie tarzającego się w piachu, próbującego ugasić gryzący skórę fosfor. Odrywał z twarzy kawałki mięsa wyjąc z bólu. Po chwili została tylko zakrwawiona czaszka.
Obudził się zlany potem. Przespał prawie cały dzień. Nadciągał kolejny wieczór z księżycem w pełni. Marek robił się potwornie głodny. Do izolatki, w której się znajdował, weszła siostra z policjantem. Niosła talerz z jedzeniem. Ale nie jedzenie zainteresowało Marka. Młoda pielęgniarka, krótki fartuch, zgrabne nogi, pełne, bujne piersi. Oddech Marka stawał się coraz szybszy. Tętno wzrastało błyskawicznie. Wykres na monitorze wskazywał tętno skurczowe 160. Pielęgniarka wezwała lekarza, sprawdziła źrenice pacjentowi. Były nienaturalnie rozszerzone. Marka raziło teraz światło jarzeniówki. Do pomieszczenia wpadł lekarz. Kazał podać dożylnie jakiś lek. Na chwilę uspokoił Marka. Spowodował, że jego myśli przestały krążyć wokół krwi i seksu. Po trzydziestu minutach sytuacja się powtórzyła. Lekarz stwierdził, że jeśli poda kolejną dawkę, może zabić Marka. Tymczasem Marek ryczał jak zwierzę, kłapał zębami, próbując ugryźć kogokolwiek. Policjant kazał odwrócić się lekarzowi przodem do wyjścia. Potem ściągnął z ramienia karabinek i zdzielił Marka kilkukrotnie w czoło kolbą. Marek ucichł. Przerażony lekarz sprawdził puls. Żył. Natychmiast zabrali go na tomografię. Pobrano krew do badań. Tomograf wskazał, że części mózgu, które u zwykłego człowieka są nieaktywne, Marek ma dotlenione i pobudzone. Niektóre z nich aktywują się faktycznie wskutek różnego rodzaju przeżyć traumatycznych, śmierci klinicznej. W tym przypadku stwierdzono pobudzenie innych ośrodków. Wyniki badań przesłano do mądrych głów europy. Marek całą noc rzucał się na łóżku. Oddał pod siebie mocz i odchody. Chichotał, ryczał, próbował się uwolnić. Policjanci z odbezpieczona bronią, czuwali przy nim całą noc. Rano, wyczerpany zasnął niespokojnym snem. Lekarze musieli wstrzyknąć mu końską dawkę uspokajającą, by można było go odpiąć i umyć. Przewieziono go do ośrodka dla psychicznie chorych. Zamknięto go w pokoju bez klamek, o miękkich ścianach, monitorowanego. Oswobodzili go. Marek cały dzień chodził po pokoju, by wieczorem znów zacząć pokaz swojej anormalności. Skakał pod sufit, wył. Potem masturbował się do kamery. Przegryzł sobie nadgarstki, by zasmakować krwi. Do pomieszczenia natychmiast wpadło dwóch osiłków z pałkami w dłoniach i gazem za paskami. Gazu nie użyli, sądząc, że poradzą sobie siłą fizyczną. Jakże zdziwili się, kiedy Marek wtargnął w nich łokciami i kolanami, będąc przy tym okrutnie precyzyjnym, zwinnym i silnym. Skończyło się to tak, że jeden leżał zwijając się z bólu, po potężnym kopniaku w genitalia, drugi zaś stracił wiele krwi, kiedy Marek przegryzł mu szyję. Otwarły się drzwi i jakiś gość strzelił do Marka z pistoletu kilkoma strzałkami usypiającymi. Marek zdołał wyjść na korytarz, przewrócić kilka sprzętów i obsikać ścianę, po czym stracił przytomność i osunął się na podłogę. Od tego momentu przez następne dni przebywał w izolatce. Pełnia minęła. Marek stał się normalnym człowiekiem. Spacerował po zaśnieżonym ogrodzie, leczono go psychotropami, monitorowano każdy jego ruch. Żona wycofała oskarżenie, chciała jedynie, aby nie zbliżał się już nigdy ani do niej, ani do ich córki. Pozostała czynna napaść na funkcjonariuszy policji. Prokurator tego na pewno nie odpuści. Marek powiedział prawdę lekarzowi. Ten nie chciał wierzyć. Lecz kiedy nastała kolejna pełnia, powtórzyły się objawy. Marek dostał surowe mięso na polecenie lekarza. Wszystko rejestrowały kamery. Potem całą pełnię leżał na łóżku odurzony lekami. Kiedy nadszedł nów, Marek stał się znów normalnym człowiekiem. Lekarze stwierdzili, że potrzebna jest albo głęboka hipnoza, albo egzorcyzm. Ale pacjent na hipnozę się nie zgodził, a egzorcyście złamał nos. Do Marka dotarło szybko, że stanie się mieszkańcem tego zakładu na bardzo długi okres czasu. Pomyślał, że woli zginąć, niż stać się królikiem doświadczalnym dla wojska. Tej nocy miał kolejny sen. Śniło mu się, że biegnie znów lasem. Las przerodził się po jakimś czasie w kamienny krąg tworzący jakąś świątynię, pośrodku której płonęło dużych rozmiarów ognisko. Wokół niego stało kilkanaście postaci odzianych w zielone habity z kapturami kryjącymi szczelnie twarze. Postacie intonowały niskim głosem jakąś pieśń w niezrozumiałym dla Marka języku. Po chwili wokół rozległ się dźwięk bębnów „dadim didom, dadim didom, dadim didom…” . Niebo przeszyła błyskawica. Postacie odwróciły głowy w kierunku Marka, ale nie na nim skupiały wzrok. Oto pojawił się wysoki i barczysty mężczyzna, w identycznym stroju. Lecz kaptur miał opuszczony. Ogolona na łyso głowa odbijała blask tańczących płomieni. Ostre rysy twarzy, zaciśnięte zęby. Od człeka emanowała wściekłość. Minął krąg, by stanąć na kamiennym stopniu wznosząc ręce ku czarnemu niebu. Wykrzyczał jakąś modlitwę, po czym spojrzał na wtórujących mu towarzyszy. Razem śpiewali przedziwny hymn nocy. Hymn tak potężny, że wzmógł wiatr. Marek zaciekawiony podszedł bliżej. Nie odczuwał lęku, a jedynie podniecenie. Nagle wszyscy zamilkli. Spojrzeli na Marka. Mężczyzna stojący na stopniu odezwał się po polsku: - Dziecię kłów i pazurów, dziecię nocy i krwi, oto masz dar, jaki nieliczni mogą mieć. Oto masz dar, z jakiego powinieneś być dumny. Przyjąć go z pokorą i uszanować swoją przemianę. Bo my, jesteśmy synami wilka. Z wilka wilk, z nędzy nędza, a z krwi krew !! Przyjmij ofiarowaną ci siłę, wyczulone zmysły, wytrzymałość i szybkość, albowiem są one darem! Jeśli jednak nie chcesz być taki jak my, a tylko hańbę i wstyd swą słabością przynosić naszemu rodowi, musisz zabić tego, kto cię przemienił. – Człek wyciągnął miecz, którego rękojeść tworzyła łeb wilka i podał go Markowi. Ten pokłonił się i przyjął ostrze, a w oczach miał szaleństwo. Tajemniczy człowiek znów przemówił: - Idź i czyń swą wolę, albowiem nikt nie może ci jej odebrać. Bierz, co uważasz za swoje. Zaspokajaj żądze i walcz z tymi, którzy ci się sprzeciwiają!!!
Sen nagle prysł. Marek zerwał się z łóżka. W sali paliło się nikłe światełko. Zaczął chodzić od ściany do ściany. Nad sobą słyszał pracę siłowników kamery, podążającej tam, gdzie on. Uświadomił sobie, że te sny, to podróże astralne do innego wymiaru, innego świata. Przyjął, że nie jest jedynym człowiekiem odmienionym w ten sposób. Musi teraz albo odszukać watahy i żyć między podobnymi sobie, albo próbować zabić tego, kto go przemienił. We współczesnym świecie będzie to kwalifikowane jako morderstwo. Właściwie, to dlaczego nie może żyć z tym darem? Dlaczego traktują go jak chorego odmieńca? Chcą go teraz wykorzystać do swoich celów.
Miał wiele czasu na przemyślenia, decyzje. Kiedy zamykał oczy, pojawiały się wizje, dziwni ludzie dający rady i wskazówki. Marek wyciszał się stopniowo. Ćwiczenia oddechu pozwoliły mu zaprowadzić równowagę w organizmie. Dotarło do niego, że musi panować nad sobą, kiedy jest przemieniony. Że musi wykorzystywać swoje umiejętności w sposób ukierunkowany i regulować ich siłę. Kolejna przemiana zastała go, kiedy był na to przygotowany. Nie zachowywał się jak zwierzę. Źrenice rozszerzyły się, uszy naprężyły. Mięśnie stały się twarde jak kamienie. Organizm ogarnęła żądza krwi i seksu. Szalał puls, szalała myśl. Marek oddychał, próbował jakoś załagodzić impet siły, która go opanowywała. Po części udało mu się. Był cały czas obserwowany. Zdał sobie sprawę, że jeśli dostanie wyrok, nie będzie w stanie wytrzymać za murami. Musi uciec. A najlepszym momentem na taki ruch jest właśnie czas, kiedy jest przemieniony. Przez kolejne dni trwały badania. Marek wyciszał się coraz bardziej. W końcu udało mu się osiągnąć to, co założył. Przenieśli go z izolatki do normalnego pomieszczenia. Stwierdzili najwidoczniej, że dowiedzieli się wystarczająco dużo o jego przypadłości, a że przestał być bardzo agresywny, odjęli monitoring, faszerowanie środkami uspokajającymi. W Marku kumulowała się przez ten czas energia tak ogromna, że wydawało mu się czasem, iż jego ciało rozsypie się na miliony kawałków. Robił więc setki pompek dziennie. Biegał po spacerniaku. Nie potrafił się zmęczyć. Przypominał sobie wszystko to, czego nauczyła go armia: „ Pamiętajcie żołnierze! Aby przetrwać, nie wystarczy wam broń! Amunicja kiedyś się skończy, wtedy jedyną bronią będzie wasz mózg!” Nadszedł dzień, kiedy Marek dowiedział się od lekarza, że na krótki czas przenoszą go do bazy wojskowej w Bielsku-Białej. Nikt nie powiedział mu w jakim celu i na jak długo. Zapakowali go do cywilnego samochodu. Za kierownicą siedział barczysty jegomość, o rudych włosach. Obok niego facet z rangą sierżanta wojsk powietrzno-desantowych. Marek całkiem swobodnie na tylnej kanapie usadowił się i obserwował sytuację. Zostały dwa dni do przemiany. Chyba celowo posłali go w tym czasie. Stwierdzili, że aż tak nie urośnie w siłę, by próbować ucieczki, a wojsko nie będzie musiało go długo trzymać do przemiany. Kierowca obrał drogę, która pozwalała uniknąć zagęszczenia ruchu, korków, częstych postojów na światłach, skrzyżowaniach. Kiedy jechali drogą przecinającą las, Marek zaparł się o oparcie kanapy i obiema nogami kopnął w fotel kierowcy. Energia kinetyczna była tak duża, że ten stracił panowanie nad pojazdem. Uderzyli w drzewo. Mężczyźni siedzący z przodu stracili przytomność. Markowi nie stało się nic. Wybił szybę, wyszedł z auta. Z kabiny wytaszczył nieprzytomnych. Obszukał samochód, znajdując amunicję i pistolet beretta przy żołnierzu. Rozejrzał się wokół. Nadjeżdżający renault z rodzinką w środku zatrzymał się. Głowa rodziny wyskoczyła – Potrzebujecie pomocy?! – Mężczyzna przejęty podbiegł do Marka. Na pobocze zjechał też fiat stilo. Za kierownicą siedział facet w garniturze. Także chciał pomóc. Marek pomyślał, że nie jest z tym narodem aż tak tragicznie, skoro w ciągu kilku minut zatrzymały się dwa pojazdy. Niestety, on sam musiał pokazać, jaki to naród. W faceta w garniturze wymierzył broń. Pozbawił go portfela. Szybko wsiadł do jego auta i ruszył dalej w drogę. Zastanawiał się, gdzie jechać. Czy uciekać w góry, czy w ogóle z kraju, czy też odszukać tego, kto go przemienił, a na pewno ten ktoś będzie w lesie na Woli. Ale co, jeśli to tylko jest mit? Naprawdę coś go zmasakrowało. I naprawdę od tego czasu nie jest człowiekiem. Właśnie. Kim jest naprawdę? Wilkiem? Echo snu zamajaczyło w umyśle : „ z wilka wilk …” Dwa dni do przemiany. Co robić? Jechał przed siebie. Minął Bielsko. Wiedział, że musi zmienić środek transportu. Niech tylko nikt nie próbuje już więcej go zatrzymać, bo zabije. Samochód zostawił w Szczyrku. Postanowił uciekać w ostępy leśne. Miał przy sobie prawie dwa tysiące złotych. Wyżyje za to choć chwilę. Musi zdobyć pieniądze. Był pewien, że policja już go szuka oficjalnie za napaść na jednego z nich. Wojsko z pewnością też go szuka. Marek szybko kupił ubranie koloru khaki w jakimś sklepie wędkarskim. Gość dał mu upust. Z szatni wypożyczalni sprzętu narciarskiego zwinął kurtkę wojskową M65. Był zadowolony, że nie odczuwa dotkliwie zimna. Inaczej, szanse na przeżycie miałby niewielkie. Kupił też kawał surowej wołowiny. Musi uciekać. Obok przejechał patrol policji. Nie zwrócili na niego uwagi. Marek pomyślał, że to dobrze, że był w armii, że walczył. Życie tam, w „Afganie” było ciężkie. Tutaj i teraz będzie miał podobne warunki. Wiedział, że ludzie go nie zaakceptują. Szybko zniknął w gęstwinie drzew, brnąc w śniegu głębokim.
Na czas przemiany pozostawał w lesie. Żywił się wszystkim, co tylko było jadalne. Starał się omijać siedliska ludzkie tak, aby nikomu się nie narazić.
Pewnego wieczoru, już po przemianie w człowieka, siedział w opuszczonym, stalowym kontenerze, ukrytym głęboko w lesie. Resztki napisów na ścianach zewnętrznych świadczyły, że była to pamiątka po rosyjskiej armii. Płonący ogień tworzył dziwaczne wzory. Spektakl cieni. Jakby mary nocne przyszły czekając aż zaśnie, by porwać go w otchłań, lub pozbawić życia. Marek zastanawiał się, co robić. Czy iść dalej, przez granicę słowacką, a potem na południe, czy też wrócić się do swojego mieszkania. Tam miał paszport, karty kredytowe, pieniądze. Uznał w końcu, że zrobi, jak mu podyktuje instynkt. Zasnął udręczonym snem, owinięty jakimś starym, śmierdzącym kocem. Nad ranem zbudziły go wyostrzone zmysły. Na szczęście ogień już nie płonął. Niewielkie ślady dymu pozostały. Nie były widoczne, lecz było go czuć. Ostrożnie przylgnął do zimnej stali ściany. Ucho rejestrowało najpierw szum, potem odgłosy stawianych stóp. Nie pary, lecz ich dziesiątek. Wojsko!! Jasna cholera!! Musi się stąd wydostać!! Spokojnie!! Spokojnie, spokojnie. Oddech zwalniał, oczy rozszerzyły się, uszy naprężyły. Tak, miał nad nimi przewagę. Widział i słyszał w nocy doskonale. Choć, skoro porwali się na pościg za nim, muszą być świetnie przeszkoleni, wyposażeni w podstawowy sprzęt do walki w nocy, noktowizory, detektory ciepła, czujniki na podczerwień. Ale, może to nie żołnierze. Sprawdził broń, odbezpieczył. Dwa magazynki po piętnaście sztuk w kieszeni. Ostrożnie wdrapał się po drabinie, wychylił lekko głowę. Świtało już prawie. Rozejrzał się w prawo, w lewo, trzymając pistolet blisko prawego policzka. Kiedy obrócił się, by spojrzeć w tył, zobaczył mierzącego w niego z dubeltówki gościa. Widać było po stroju, że jest na polowaniu. Widać też było, że trzęsie się ze strachu. Marek odetchnął z ulgą. Amator ciepłych klusek. Nie najemnik, ani zawodowy żołnierz.
- Rzuć broń i wyłaź. – Jegomość oznajmił trzęsącym się głosem. Marek uśmiechnął się. – Nie, i co ? – Czekał na reakcję tamtego. Tak jak przypuszczał. Odwrócił głowę, by zawołać swoich. W głowie Marka znów zaryczał głos przełożonego : „ Żołnierze ! Podczas patrolu, w akcji w ciasnych pomieszczeniach i rozproszeniu, zawsze idziecie w parze, lub we trzech. Idąc tak, nie wolno wam się oddalać od siebie więcej, niż dziesięć kroków. Mając na muszce delikwenta, wystarczy głośno powiedzieć - Reszta do mnie ! Inaczej zaczniecie wzrokiem szukać kolegów, narażając życie swoje i całej kompanii!!”
Tak właśnie postąpił myśliwy. Trwało to sekundę, lub dwie. Wystarczająco, by Marek ze swoimi zdolnościami wyskoczył wysoko w powietrze, strzelając wrogowi w prawe ramię. Myśliwy upadł z krzykiem na lewe kolano, oddając strzał w dach kontenera. Jeden mniej. Marek nie miał czasu, by rozglądać się, z jaką ilością ludzi przyjdzie mu walczyć. Na to będzie czas później. Trzeba wycofać się na bezpieczną odległość i ocenić, czy walka ma sens, czy też lepiej po prostu uciekać. Zeskoczył z kontenera prosto w głęboki śnieg. Ktoś wypalił z dwururki, ktoś krzyczał. Śrut ze świstem przeleciał tuż obok Marka głowy. Marek wyrwał się z zaspy i pędem puścił się w teren iglasty. Biegł bez opamiętania. Za plecami usłyszał szczekanie psów myśliwskich. Zacisnął zęby. Czy do końca życia będę już uciekał jak zwierzyna łowna?!! Pomyślał. Zawrócił. Wdrapał się na niewielki głaz. Sprawdził broń. Przypomniał sobie, że psy myśliwskie są uczone do wskazywania kierunku pościgu, osaczenia ofiary, nie zaś do bezpośredniej walki. Pistolet włożył w kaburę przy prawym boku. Zobaczył psy. Było ich sześć. Skok i bieg. Węch prowadził go prosto na nie. Wypadł zza drzewa na głowę jednego zwierzęcia. Pisk, skowyt. Drugiego uderzył pięścią tak mocno, że frunął jak piłka plażowa. Zatrzymał się na pobliskim drzewie. Marek zaryczał dziwnym głosem. Ni to ludzkim, ni zwierzęcym. Psy skamląc rozbiegły się. Ścigany prychnął jak pies, który odgonił wroga, rozejrzał się. Myśliwi widać przestraszyli się, bo nie kontynuowali pościgu, tylko czaili się gdzieś pomiędzy sosnami. Teraz pewne było już, że niebawem zwali mu się na głowę cały garnizon wojsk powietrzno-desantowych z Bielska. Myśliwi z pewnością zawiadomią policję. A może nie. Może uda się ich wszystkich zabić, nim dotrą do punktu wyjścia i wskażą władzom drogę. Czy znów ma polać się krew? Marek stwierdził, że skoro go nie atakują, nie będzie zabijał. Chyba nawet zaczął panować nad swym gniewem, bo nie zabił tego gościa, tylko zranił. Nauczył się trzeźwo oceniać sytuację, a to dobrze wróżyło na przyszłość. Biegł i rozmyślał. Dzień wstał już na dobre. Zaczął padać śnieg. Marek często miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Był tego pewien. Choć, może to urojenie, biorąc pod uwagę jego status. Przyjął za cel dotarcie do swojego mieszkania. Im szybciej to zrobi, tym lepiej. Zarost na twarzy stawał się bardzo widoczny, ubranie nie wyglądało na pierwszej świeżości. W nocy wędrówka byłaby łatwa. Teraz, kiedy nieprzychylny mu dzień budził się, musiał jakoś sobie poradzić. Znów był głodny. W szybkim tempie znalazł się na obrzeżach Bielska. Wmieszał się w tłum. Jaki był dzień? Uzmysłowił sobie, że nie potrafi określić dnia! Musieli go długo męczyć w tym psychiatryku. W mieście śniegu nie było. Temperatura była dodatnia. Znakiem, że chyba jest marzec. Nie zapyta przecież ludzi, bo zwróci na siebie uwagę.
Pod wieczór pojawił się wreszcie w pobliżu bloku, w którym mieszkał ostatnimi czasy. Małe, dwupokojowe mieszkanko, na pierwszym piętrze. Marek ostrożnie obszedł osiedle, szukając znaków węszenia policji. Dziwne. Ani jednego patrolu. Czuł jednak, że gdzieś tu są panowie mundurowi. Postanowił zaryzykować. Wszedł do klatki schodowej. Nie musiał załączać światła. Doskonale wszystko widział. Zastukał do środkowego mieszkania na parterze. Otwarła mu kobieta o rdzawych, długich włosach. Wysoka, szczupła. Była w szlafroku. Na jego widok omal nie krzyknęła.
- Mój boże, Marek, jak ty wyglądasz? Co się stało? – Wciągnęła go szybko do mieszkania.
- Witaj Asiu. Potrzebuję klucz od mojego mieszkania. Wezmę tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wrócę, jeśli pozwolisz. – Marek był już zmęczony.
- Tak, jasne, u mnie zawsze jesteś mile widziany, przecież wiesz. – Marek uśmiechnął się, po czym zniknął w ciemności klatki schodowej. Asia wyszła i chciała zaświecić światło na korytarzu. Nie wiedziała, jak to się stało, ale Marek w ułamku sekundy pojawił się niewiadomo jak przy jej nadgarstku. Syknął tylko – Nie, nie rób tego, bo będę zgubiony.
- Marek, przerażasz mnie. – Asia zadrżała. Znikła za drzwiami.
Tymczasem Marek dostał się do mieszkania. Podejrzewał, że policja, lub wojsko zamontowali czujnik, który informował o otwarciu drzwi, więc na wszelki wypadek śpieszył się. Wyciągnął trochę ubrań, przybory do golenia, swojego ulubionego Glock’a 19. Do tego kilka magazynków i granat burzący, reagujący po odbezpieczeniu na kontakt fizyczny. Po trzech sekundach od odbezpieczenia załączał się czujnik. Stuknięcie o cokolwiek powodowało wybuch. Marek wychodząc, odbezpieczył granat i położył go zaraz za drzwiami. Sam wyśliznął się wąską szczeliną.
U Joanny ogolił się, wykąpał. Przebrał w świeże ubranie. Joanna wyprała mu to, w którym pojawił się, nakarmiła. Miała teraz na sobie zwiewną suknię nocną koloru satynowej śliwki. Kobieta mieszkała sama. Rodzina odwróciła się od niej, kiedy popadła w narkomanię. Detox pozwolił jej wyjść z tego. Dziś lubiła alkohol, mężczyzn. Marek też ją zaliczył. Dawno temu.
Siedzieli naprzeciw siebie, Marek opowiedział o wszystkim, co się wydarzyło. Nie uwierzyła mu. W końcu wstał i rozebrał się do naga. Nie był tym samym człowiekiem, który kiedyś leżał na niej, sapiąc przy każdym pchnięciu. Mięśnie jego były sprężyste i napięte. Brzuch zszedł się, kark poszerzył. Nabrzmiały członek był o wiele większy. Nic nie powiedziała. Zaniemówiła. Marek chciał się ubrać. Nie pozwoliła mu. Uklękła przed nim, wzięła w dłonie jego męskość. Najpierw dotykała, potem włożyła do ust. Markowi ciśnienie wzrosło, źrenice rozszerzyły się. Nie musiał długo czekać. Fala gorąca zalała jego ciało, kiedy trysnął do ust Joanny.
- Marek, omal nie udławiłam się twoim nasieniem, tyle tego było. Nie miałeś kobiety już długo chyba, co? – Marek nie odezwał się tylko podszedł do niej. Postawił na nogi i zaczął całować. Wylądowali w łóżku. Kochali się długo i namiętnie. Osiągali szczyt za szczytem. Gdyby Marek był przemieniony, z pewnością zabiłby tę kobietę. Podczas miłosnego uniesienia zatopiłby zęby w jej tętnicy i wygasił życie. Nawet teraz, kiedy kochali się, czuł całym ciałem pulsującą w Annie krew. Nad ranem, kiedy udało im się zasnąć, potężny huk wstrząsnął ścianami budynku. Marek szybko stanął na nogach z odbezpieczoną bronią. Tak. To policja weszła do jego mieszkania. Marek uśmiechnął się. Tak naprawdę nikt nie jest przygotowany na brutalne i niespodziewane wejście A.T. Przestępcy zdezorientowani, tracą zdolność obrony, mimo posiadania broni palnej.
Marek odtwarzał sobie w wyobraźni całe zajście. Wyrwane specjalnym obuchem drzwi, uderzyły o odbezpieczony granat. Eksplozja. Pewnie teraz zbierają się z podłogi, poranieni i ogłuszeni. Z pewnością policjant wchodzący jako pierwszy, zasłonięty był tarczą z pleksy.
Teraz słychać było tupot wielu par wojskowych butów i krzyki. Ktoś kaszlał, ktoś wolał lekarza. Za oknem stała ciężarówka żandarmerii i furgon anty terrorystów, a także kilka radiowozów. Marek nakazał Joannie wyjrzeć na korytarz, tak, by wyglądało to naturalnie. Ot, ludzka ciekawość. Żołnierz nakazał jej schować się w mieszkaniu i zamknąć drzwi na klucz. Tak też uczyniła. Cała akcja trwała ponad godzinę. Marek był niespokojny. Siedział przy drzwiach, trzymając oba pistolety w gotowości. Ostatecznie, nikt już się nie pojawił. Marek wyobrażał sobie, w jakim stanie jest jego mieszkanie. Ta sytuacja zaczynała go przerastać. Nigdy nie spodziewałby się, że coś takiego może go spotkać. Zastanawiał się nad swoją pozycją. Z umiejętnościami, jakie zdobył w boju, tam, w piaskach Afganistanu, oraz darem, który otrzymał, był maszynką do zabijania. Miał straszne wyrzuty sumienia, że żonę i córkę potraktował tak brutalnie. Wątpił, czy Anna przyjęłaby jego przeprosiny i tłumaczenia, że przecież nie był sobą, że to choroba.
Odczekał więc kilka dni, przebywając w mieszkaniu Joanny.
Kiedy pakował się do wyjazdu, czuł, że kobieta chce go o coś zapytać. Krążyła niespokojnie wokół niego, paliła mnóstwo papierosów. Marek nie wytrzymał :- Słucham, o co chcesz zapytać? – Oparł dłonie na plecaku. Wlepił w nią wzrok.
- Ja, chcę jechać z tobą – Odparła Joanna.
Marka zatkało wręcz – Czy ty wiesz, w co ja się wpakowałem? Chyba nie. – Marek zapiął klamry plecaka.
-Teraz już wiem, z jakich powodów szuka cię wojsko i policja. I to chyba cały garnizon!
- Ale, jak sobie to wyobrażasz? Ja jestem niebezpieczny!!
- Podróżując z towarzyszką, nie wzbudzisz podejrzeń, a ja przez całe lata nazbierałam trochę grosza. Teraz, kiedy nie mam nikogo, nie wiem, co z nimi zrobić. Przecież nie przepiję.
Marek pomyślał, że ma rację. Może tak będzie lepiej. Może on sam ułoży sobie życie na nowo.
- Zgoda, pakuj się.- Marek się wreszcie szczerze się uśmiechnął.
- Jest !! – Joanna z radości popłakała się. Wreszcie wyrwie się stąd. Gdziekolwiek. Może jeszcze spotka ja w życiu coś przyjemnego…

Dwa dni później przekraczali granicę Polsko-Słowacką. Marek prowadził audi A4 Joanny.
Zmysły Marka podpowiadały mu wyraźnie, że jest obserwowany. Ale, przecież czuje to od dawna, a jakoś go nie znaleźli.
Nie zwrócił uwagi na czarne BMW jadące w ślad za nimi w sporej odległości…




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -