Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




BILET DO CYRKU

Błażej Tomaszewski

Biegnę. Biegnę tak szybko, że słyszę huk uderzanego we mnie wiatru. Uciekam w środku nocy, mijam bloki, drzewa i dające mglistą poświatę latarnie. Przeskakuję kałużę brudnej wody, kątem oka dostrzegam dryfującego w niej peta. Nie sądziłem, że jestem w stanie biec tak szybko. Nic nie widzę przed sobą, mogę potknąć się o wystającą płytkę chodnikową, o korzeń czy krawężnik. Ale biegnę ile sił w nogach. W żadnym konkretnym kierunku, uciekam bez celu. Tak, jak pędzi się przez życie. Staram się nie rozglądać, nie odwracać, nie reagować na strach. Czuję, że dławi mnie połknięty wiatr. Duszę się, nie mogę złapać oddechu. Serce biję tak szybko, że za chwilę rozerwie mi klatkę. Nie zatrzymuj się, powtarzam w duchu. Biegnij dalej. Nie mam pojęcia czy się zbliża. Możliwość spojrzenia w tył mnie przeraża. Zaraz zasłabnę, padnę na ziemię, gdzie mnie dorwie i Bóg jeden tylko wie, co ze mną zrobi. Wbiegam na nieznane mi tereny miasta. Sam jego skraj, dalej już tylko lasy, wrogość i obcość nocy, która nie pomaga. Dlaczego to nie dzieję się za dnia. Może ktoś inny by mi pomógł. Może nie musiałbym pędzić w szaleńczym tempie, bojąc się czy za chwilę w coś nie uderzę. Może zwyczajnie się poślizgnę i rąbnę tyłem głowy o kamień lub pień. Czy taka śmierć ocaliłaby mnie?

Budzi mnie ziąb wlatujący przez nieszczelne okna. Dzięki temu późną jesienią i zimą nie muszę używać budzika. Wstaję mniej więcej koło szóstej. Kilka minut przed lub po, bez różnicy, zawsze zdążę. Robię sobie jakieś popłuczyny, które może ktoś mógłby nazwać kawą, bo łudzę się, że postawią mnie one na nogi. W sumie nie wiem czy na nogi bardziej mogłaby postawić mnie kofeina czy ten paskudny żelazny posmak, który każdego dnia tak samo wykręca gębę. Krzywię się więc i wypijam resztę napoju duszkiem. Ze śniadaniem jest u mnie różnie. Raz przegryzę jakiś stary rogalik, znaleziony w chlebaku, na blacie czy w odmętach którejś z szafek. Innym razem zrobię sobie chleb z masłem i może serkiem smarowanym. Rzadziej z szynką czy w ogóle wędliną. Ale najczęściej olewam pierwsze śniadanie i z miejsca przeskakuje do drugiego, więc zakładam najbliżej leżący sweter lub bluzę i wychodzę na balkon z paczką Wide Smile’ów. Powoli wciągam dymną truciznę i rozkoszuję się każdą sekundą, w której wypełnia ona moje płuca. Fuuuuuuuuuuuuu, wypuszczam powietrze, aby zaraz ponownie zaciągnąć się papierosem. Ffffffffffffff… Fuuuuuuuu…. Wyrzucam parzącego w dłonie niedopałka za balustradę i oglądam budzący się świat betonu i smogu. Fenomenem jest dla mnie człowiek, którego zawsze udaje mi się wychwycić podczas moich porannych wizyt balkonowych. Gość, koło godziny szóstej piętnaście, dwadzieścia, wychodzi z klatki ubrany w długi beżowy prochowiec i ciemny kapelusz. Wygląd Humphreya Bogarta rodem z Casablanki niszczy jedynie typowa torba rodem z XXI wieku. Z daleka widać, że najważniejszą spoczywającą w niej rzeczą jest laptop. Gotowy do wyjęcia i rozpoczęcia pracy. Co ciekawe, Bogarta widuję tylko i wyłącznie W godzinach porannych. O tej wspomnianej szóstej piętnaście lub dwadzieścia. Oczywiście nie wiem o nim nic, co przy dzisiejszym modelu życia jest dość powszechne. Któż z nas wie cokolwiek o swoich sąsiadach. Gdzie pracują, jak mają na imię ich dzieci, albo czy w ogóle mają swoje pociechy. Jak długo tu mieszkają albo czym się interesują. Nie wspomnę już o ludziach, z którymi łączy nas jedynie wspólne osiedle, jak na przykład mnie i Bogarta. Z tymi nawet nie jesteśmy na „dzień dobry”. Co więcej, zdarza się, że w ogóle nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia. Bo co nas oni obchodzą.
Nic nie wiem o tym człowieku. Wiem tylko, że nigdy nie zmienia sposobu ubierania, używa laptopa (własny czy służbowy?) oraz , sądząc po jego dziarskich i energicznych krokach, nie ma problemu z porannym wstawaniem. W przeciwieństwie do mnie. Ziewam niekulturalnie, bo głośno, nie zasłaniając buzi i z językiem wywalonym na wierzch. Wracam do nieznacznie cieplejszego mieszkania, w celu ogrzania się pocieram ramiona i dłonie. Zegar pokazuje Szóstą trzydzieści osiem. Dwadzieścia dwie minuty do wyjścia. Dzisiaj jadę do szpitala. Onkologia dziecięca. W takich sytuacjach wielokrotnie nachodzi mnie chęć, aby sięgnąć do barku po jakieś porządne znieczulenie, jednak nie wiem skąd, znajduję w sobie resztki dogorywającej moralności i odpuszczam. Chowam potrzebne mi rzeczy do torby podręcznej i w łazience doprowadzam się do jako-takiego stanu używalności. Kremy, płyny, pasty do zębów i inne rzeczy, które wpadną mi w ręce. Nie liczę kosmetyków „służbowych”. Na nie przyjdzie jeszcze kolej.

Nie mam samochodu. Sprzedałem, kiedy jego utrzymywanie zaczęło być procesem śmiertelnym dla mojego portfela, który nigdy nie był specjalnie gruby. Do pracy jeżdżę autobusami różnych linii, bo w różne dni pracuję w różnych miejscach. W tych krótkich podróżach najczęściej towarzyszy mi gazeta, z której dowiaduję się, kto komu robi koło pióra, ile osób zginęło w katastrofie, ilu statystycznych Polaków myje się raz w tygodniu albo z jakim skandalem boryka się rząd. Przyswajane informacje wydają mi się obce. Patrzę na pośpiesznie zmieniające się obrazy za oknem i staram się przypasować przeczytane wiadomości do tego, co widzę. Nic mi nie pasuje. Wszystko, co mnie otacza jest nieznośnie odległe, a ja czuję się jak banita, którego wydalono za brak swoistej kompatybilności ze światem. Nie uważam, że nie potrafię się odnaleźć, po prostu wielu rzeczy nie rozumiem. I chyba to jest moim największym problemem. Prawdopodobnie, gdybym miał dobrą i stałą pracę, śliczną żonkę, z dwójkę dzieciaków, jakiś porządny samochód i barek zapełniony drogimi trunkami, to nie czułbym tego zimna bijącego zewsząd. Niezwykle dziwne uczucie, kiedy w lecie, przy trzydziestostopniowym upale czuje się chłód. Ale to taka dygresja.

Wchodzę na dziecięcą onkologię i wiem, że mam jeszcze trochę czasu na przygotowanie się do pracy. Mijając świetlicę nie da się nie zauważyć kilkunastu bawiących się dzieci. Większość z nich nie ma na głowie ani jednego włoska, niektóre z nich (głownie dziewczynki) noszą chustki. Wiem, że przed nimi już niewiele życia, podejrzewam, że one też to wiedzą, jednak nie przeszkadza im to w beztroskich zabawach i ciągłych uśmiechach na twarzy. To chore i wręcz popierdolone, że my dorośli, w większości przypadków jesteśmy zgorzkniali, cyniczni. Marudzimy na wszystko, nic nam się nie podoba i nic nie jest w stanie nas uszczęśliwić. A naszym jedynym zmartwieniem jest bolący ząb, podwyższony rachunek, kiepskie oceny córki czy problem ze zdaniem egzaminu na prawo jazdy. Dziecko w swojej nieskazitelnej niewinności, nie jest w stanie być cynicznym lub zgorzkniałym. Pomimo śmierci siedzącej na jednym z tych małych, pokracznych świetlicowych krzesełek i ostrzącej kosę, aby wkrótce zabrać jedno z nich, one się niczym nie przejmują. Można by rzec, że mają ją w dupie. Ścigają się zabawkowymi samochodzikami, przebierają podrobione lalki Barbie w coraz to dziwniejsze kreacje, których sama Lady Gaga by się nie powstydziła, rysują postaci ze swojej wyobraźni, albo zwyczajnie śpią. Moją ulubioną pacjentką jest dziewczynka chora na raka płuc. Jej choroba rozwinęła się do tego stopnia, że nie jest w stanie oddychać sama i przykuta do łóżka jest więziona przez średniej klasy aparaturę umożliwiającą oddychanie. Co ciekawe, mówienie nie sprawia jej ogromnego problemu. Owszem, artykulacja nie przychodzi łatwo, ale dziewczynka jest w tym wieku, w którym nawet brak języka nie byłby w stanie uniemożliwić mówienia . Ma na imię Zuzia i nigdy nie widziałem, aby ktoś ją odwiedzał. No, nie licząc personelu . Zawsze chwilę z nią siedzę, kiedy już skończę pracować.
Pamiętam, jak kiedyś do tego szpitala przyszła jedna z tych fundacji, która spełnia najskrytsze marzenia chorych na wszelkie białaczki i żółtaczki dzieci. Było to jeszcze za życia jedenastoletniego Tomeczka, który mentalnie znacznie wyprzedzał swój wiek. Wielokrotnie rozmawiałem z nim o życiu i śmierci, książkach a nawet zdarzało się, że czytałem mu filozofię, ta jednak często go nudziła. Kobieta z fundacji usiadła przy jego łóżku i uśmiechnęła się sztucznie, aby dać mu poczucie złudnego bezpieczeństwa. Przedstawiła się kurtuazyjnie i zapytała:
- Czy masz jakieś marzenie, które moglibyśmy spełnić? Może chciałbyś poznać swojego ulubionego aktora, albo piosenkarza? - Tomek zmarszczył brwi. Wydawał się kompletnie nie rozumieć sugestii medialnej blondynki, za którą stał operator z kamerą sporego kalibru. Dzieciak podrapał się po głowie w geście niezrozumienia i odpowiedział.
- W sumie miałbym takie jedno życzenie.
- A więc słuchamy! – W jej tonie słychać było uciechę.
- Chciałbym umrzeć za kilkadziesiąt lat, a nie za dwa miesiące.
Kobieta zdębiała, operator opuścił kamerę, a Tomkowi ciurkiem pociekły łzy. Zaczął spazmatycznie płakać, a ludzie z fundacji siedzieli przy jego łóżku ze wzrokiem wbitym w podłogę. Chłopiec umarł miesiąc po tym zdarzeniu, a, z tego co mi wiadomo, owa fundacja zakończyła działalność.

Kiedy twarz mam już umalowaną, ubieram bufiastą koszulę i szmaciane spodnie, które krok mają gdzieś powyżej kostek. Później przychodzi czas na zieloną perukę i wielki, czerwony piszczący nos. Ostatnią rzeczą, są ogromne buty, które bardziej przypominają płetwy. W płetwach na pewno łatwiej się chodzi. W lustrze widzę klauna, który nie jest w stanie się uśmiechnąć. A smutny klaun, to zwolniony klaun. Na szczęście sztuczny uśmiech opanowałem do perfekcji. Nikt się nie pozna. Strasznie źle się czuję w tym kostiumie. Zupełnie jak nie ja. Moja praca polega na udawaniu maksymalnie szczęśliwej i zabawnej osoby, a fakt, że nie potrafiłbym pracować na innym stanowisku, bo nie umiem absolutnie nic, nie pomaga w moim fachu. Za każdym razem, kiedy zakładam kostium, czuję, że zatracam część siebie. Straszne, do czego zdolny jest człowiek za marne niecałe dwa tysiące na rękę.


- Czoooooooołem dzieci! – Krzyczy Klaun Cyryl, którym jestem. W jakimś stopniu. Te małe istotki uwielbiają moje wizyty. Potrafię je rozbawić, zainteresować jakąś nieskomplikowana sztuczką czy zrobić zwierzątko z balonu. Cieszą się, jakby wygrały los na loterii. Naprawdę nieciężko je uszczęśliwić. Ta godzinka, w której dorosły facet zabawia gromadkę umierających dzieci i na odwrót, to odrealniona chwila relaksu, paradoksalnie. Wtedy zapominam o swojej nędznej egzystencji. Nic się nie liczy, poza uśmiechami na tych uroczych twarzyczkach. Nie myślę o swoich problemach, nie myślę też o tym, że po moim wyjściu, na te maluchy czekają wielogodzinne chemioterapie. Oczywiście nie wszystkie dzieci przegrają walkę z rakiem. Na pewno całkiem spora część z nich wróci do domu z tarczą. Niemniej jednak, świadomość i bliskość śmierci oraz bolesne zabiegi na długi czas zagoszczą w ich umysłach. Nie ma bardziej kruchej rzeczy, niż psychika dziecka.
To nie jest jedyny szpital, do którego jeżdżę, jednak zawsze odwiedzam onkologię. Zawsze dziecięcą. To zrozumiałe, jaki dorosły chciałby bawić się z klaunem. Mój grafik nie jest specjalnie napięty, a wygląda następująco:
Poniedziałek, czwartek i sobota – onkologie i kila godzin w cyrku.
Wtorek i środa – najczęściej wolne, choć czasem jedna czy dwie onkologie.
Piątek i niedziela – osiem godzin w cyrku.
Czasami zdarza się, że wystąpię na jakichś urodzinach czy przyjęciach. Tak czy inaczej, ciężko nazwać to satysfakcjonującą pracą. Co najczęściej robię, kiedy mam wolne? Oglądam seriale, czytam, śpię. Czasami randka, ale rzadko. Zresztą, jeżeli widzę, że spotkanie nie skończy się u niej w łóżku (wstydziłbym się zaprosić ją do siebie), to wstaję i wychodzę. Nie potrzebuję dziewczyny, potrzebuję fizyczności, jak zresztą każdy facet. Czasami, o dziwo, dopinam swego.

Budzi mnie ziąb wlatujący przez nieszczelne okna. Dzięki temu późną jesienią i zimą nie muszę używać budzika. Wstaję mniej więcej koło szóstej. Kilka minut przed lub po, bez różnicy, zawsze zdążę. Robię sobie jakieś popłuczyny, które może ktoś mógłby nazwać kawą, bo łudzę się, że postawią mnie one na nogi. W sumie nie wiem czy na nogi bardziej mogłaby postawić mnie kofeina czy ten paskudny żelazny posmak, który każdego dnia tak samo wykręca gębę. Krzywię się więc i wypijam resztę napoju duszkiem. Ze śniadaniem jest u mnie różnie. Raz przegryzę jakiś stary rogalik, znaleziony w chlebaku, na blacie czy w odmętach którejś z szafek. Innym razem zrobię sobie chleb z masłem i może serkiem smarowanym. Rzadziej z szynką czy w ogóle wędliną. Ale najczęściej olewam pierwsze i z miejsca przeskakuje do drugiego śniadania. Zakładam najbliżej leżący sweter lub bluzę i wychodzę na balkon z paczką Wide Smile’ów…

Dni mijają, a ja zostawiam cząstki samego siebie w kostiumie klauna Cyryla.

Wyrzucam niedopałek i czekam na Bogarta. Zegar w komórce pokazuje, że powinien już wychodzić. Czekam więc na niego. Szósta dwadzieścia. Dwadzieścia dwie. Dwadzieścia siedem. Trzydzieści jeden. Nie ma go. Zaczynam się denerwować. Nerwowo zerkam na zegar. Już dawno powinien wyjść. Nigdy się nie spóźniał. Wyciągam kolejnego Wide Smileya i drżącą ręką go odpalam. Gdzie jesteś… No wyjdź w końcu… Rusz się… Mówię do siebie w myślach licząc, że to coś da. Facet nie wychodzi. Za siedemnaście minut będzie punkt siódma, a ten skurwysyn jeszcze nie wyszedł.
Tego dnia nic nie było normalne. Nie mogłem przestać myśleć o niepojawieniu się Bogarta. Ten fakt rozpieprzył mi cały dzień. Każdego dnia wychodził o jednej godzinie. Każdego dnia na niego czekam. Każdego pieprzonego dnia… Więc dlaczego dzisiaj go nie było. Co takiego się wydarzyło…

Ubieram i staję się klaunem Cyrylem. Próbuję podnieść kąciki ust, ale mięśnie twarzy ani drgną. Staram się uśmiechnąć, lecz nie jestem w stanie.
- Co jest, do cholery! – Krzyczę do lustra. Nagle odbicie się szyderczo uśmiechnęło, chociaż jestem pewien, że moja twarz nie drgnęła. W panice przemyłem twarz. Cały makijaż zmył się błyskawicznie, ale to dobrze, bo wpadłem na pewien pomysł. Jeżeli ja nie mogę się uśmiechać, to sprawimy, że klaun Cyryl będzie, prawda? Oj tak, sprawimy. Chwytam za pędzel i najzwyczajniej w świecie maluję sobie uśmiech. I tak zawsze jest sztuczny, więc co to za różnica.

Wychodząc ze szpitala myślę o dzisiejszym „wystąpieniu”. Sztuczki mi nie wychodziły, dzieciaki zdawały się być dużo mniej zainteresowane, niż zwykle, a ja nie mogłem przestać myśleć o Bogarcie. Mam nadzieję, że jutro się pojawi, nie zniosę drugiego takiego dnia.
Jak każdy, wysiadam na przystanku znajdującym się najbliżej swojego domu, jednak zamiast iść do siebie postanawiam podejść do klatki Bogarta. Zerkam na spis nazwisk lokatorów i zastanawiam się, które z nich należy do tego faceta. Oczywiście na liście nie figurował żaden Bogart.
Otworzenie większości drzwi klatek schodowych nie należało do skomplikowanych, zwłaszcza, jeżeli miało się w kieszeni jakiś klucz. Na czym polega trick? Otóż wystarczy pociągnąć drzwi do siebie. Oczywiście się nie otworzą, ale zrobi się szczelina odsłaniająca blokadę. Należy przycisnąć do niej klucz i przeciągnąć ją w głąb drzwi. Tego nie uczą w szkółkach dla klaunów. Wchodzę na parter i przyglądam się dwóm parom drzwi. Jedna po lewej, druga po prawej. Dzwonię do mieszkania z lewej strony. Słyszę dźwięk ostrożnie stawianych kroków, jednak skrzypiąca podłoga wydała lokatora.
- Nic nie potrzebujemy! Proszę sobie iść! – Słyszę przytłumiony głos zza drzwi.
- Nie, nie, ja nic nie sprzedaję. Mam jedynie kilka pytań.
- A co, pan z policji?! – Dało się dostrzec nutkę przerażenia.
- Nie… Z gazety! – Kłamię, ale najwyraźniej to poskutkowało, bo drzwi się otworzyły. Moim oczom ukazuje się starsza kobieta. Już otwieram usta, aby zacząć mówić, kiedy kobieta siarczyście pluje mi pod nogi i z impetem zamyka drzwi. Nie jestem w szoku, mogłem przewidzieć, że gro Polaków podobnie reaguje na dziennikarzy. I tak miałem szczęście, mogła przecież splunąć mi prosto w twarz.

Stosunkowo młoda właścicielka mieszkania na drugim piętrze zaprasza mnie do domu i proponuje kawę lub herbatę.
- Nie, dziękuję – Odpowiadam lakonicznie. Kobieta wskazuje fotel, na którym mogę usiąść, a sama siada na tapczanie po drugie stronie pokoju.
- Piszę pewien reportaż – Zaczynam. – No i jego tematem są cisi bohaterowie. Wie pani, ludzie, którzy robię coś dobrego dla społeczeństwa, ale się nie ujawniają. Naturalnie nie mam zamiaru podawać ich nazwisk czy adresów, chcę jedynie przytoczyć słowa mówiące o ich motywacji. – Z twarzy pani gospodarz znika niezrozumienie.
- Ja niczym podobnym się nie zajmuję, więc jak mogłabym panu pomóc?
- Chodzi mi o pewnego mieszkańca jednego z tutejszych mieszkań. Wiem tylko, że wychodzi gdzieś koło godziny szóstej i często nosi kapelusz oraz prochowiec. Kojarzy go pani?
Dziewczyna głośno wzdycha i przez chwilę patrzy w okno.
- Mieszkam tutaj od trzech i pół roku, ale muszę panu powiedzieć, że nie mam pojęcia, o kim pan mówi. O szóstej to ja jeszcze śpię, poza tym, nie utrzymuję żadnych relacji z moimi sąsiadami.
Jej odpowiedź mnie jakoś nie zdziwiła. Czego ja się spodziewałem? Że wejdę ot tak do jednego z mieszkań, a jego właścicielka z radością wyśpiewa mi wszystko, co chcę wiedzieć? Żałosne. Zadaję jej jeszcze kilka pytań, ale nie uzyskuję satysfakcjonujących odpowiedzi. Oboje siedzimy chwilę w milczeniu, jakby czekając na coś, co się nigdy nie stanie.
Podnoszę się z fotela, dziękuję za jej czas i rzucam „dowidzenia” . Przez chwilę zastanawiam się czy kontynuować zbieranie informacji na wyższych piętrach, ale wydaje się to pozbawione sensu, więc wychodzę z klatki. Słońce zdążyło już zajść. Powolnym krokiem idę w stronę pobliskiego monopolowego. Fajki mi się skończyły.

Bogarta nie ma. Znowu. Nie widziałem go już od tygodnia. Czyżby wyjechał? Służbowo? Może wziął urlop? Choć raczej nie bierze się urlopu w środku jesieni.

Koszmarnie czuję się w kostiumie klauna Cyryla. Jak nie ja. Nie potrafię się dłużej fałszywie uśmiechać, więc od tygodnia maluję sobie uśmiech. Dzieci przestały się cieszyć na mój widok. Niektóre już w ogóle nie zwracają na mnie uwagi. Dalej siedzą w kącie i robią to, co przed moim przyjściem. Wymyślam coraz to nowe sztuczki, ale nie jestem w stanie ich zainteresować. Odbębniam swoją godzinę i jadę do kolejnego szpitala, w którym czeka mnie ta sama znieczulica.

Dzwoni telefon. W słuchawce słyszę kobiecy głos. Pyta czy dodzwoniła się do klauna Cyryla. Mówię, że tak. Zaprasza mnie na przyjęcie jej dziesięcioletniego synka, opłata do uzgodnienia. Mówię, że nie trzeba nic uzgadniać, bo zawsze występuję za trzy stówki. Kobieta się zgadza i podaje dokładną datę oraz adres.

Przechodzę obok lustra i nie dostrzegam swojego odbicia. Widzę Cyryla z namalowanym uśmiechem i oczami psychopaty. W lewej dłoni trzyma nóż i wskazuje nim mnie, a następnie delikatnie przejeżdża nim po swojej krtani. Zaczyna się obłąkańczo śmiać i śpiewać.
- Klaun, zakochany klaun, on ma takie czułe serce!
Zbliżam się do lustra, Cyryl również. Stuka nożem w szkło. Mocniej i mocniej. Lustro pęka na moich oczach, a tysiące ostrych jak brzytwa odłamków spadają na dywan. Z każdego fragmentu lustra słyszę śmiech Cyryla.

Występy prywatne nigdy nie wychodzą dobrze. Wychodzą albo średnio, albo totalnie do dupy. Zdarza się, że w tych ostatnich przypadkach nie dostaję wynagrodzenia. Na szczęście to wystąpienie poszło średnio. A nawet trochę lepiej, niż średnio. Organizatorzy przyjęcia byli jednak wyjątkowo zadowoleni. Widać, że pierwszy raz korzystali z podobnych usług. Po występie zapytali czy bym chwilę nie został na przyjęciu, ale już „po cywilnemu”. Dlaczego nie, i tak nie miałem nic innego do roboty.

Zdecydowana większość widywanych przeze mnie dzieci jest chora na raka. Miło od czasu do czasu poprzebywać z ludźmi, którzy to słowo słyszą jedynie z telewizji i gazet. Rozmowy z obcymi ludźmi nieznacznie mnie rozluźniły, choć nie byłem w stanie zapomnieć o zniknięciu Bogarta i o chaosie, jaki to zniknięcie spowodowało. Przynajmniej w moim życiu.

- Przepraszam… - Podchodzę do kobiety, z którą rozmawiałem przez telefon – Zostawiłem swoje przebranie w korytarzu, gdzie ono jest? - Kobieta zaśmiała się i odpowiedziała, że na pewno tam, gdzie zostawiłem. Zapytała czy wszyscy klauni są tak roztrzepani. Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ponieważ obecnie nie znam wielu klaunów. A ja sam nigdy nie byłem na tyle rozkojarzony, aby zapomnieć, gdzie zostawiłem tak ważną rzecz, jak ten cholerny kostium, który był moim jedynym źródłem dochodu. Muszę poszperać po mieszkaniu, nie mogę wyjść bez tego stroju. W kuchni zdaję sobie sprawę, że przeszukałem już całe mieszkanie i każdy kąt, w którym mogłem zostawić przebranie. W końcu kapituluję i wzdycham przeciągle.
- Pewnie któryś z tych gnojków uznał to za przedni żart… - Mówię do siebie w ciszy. Już mam zamiar robić awanturę, kiedy przez okno dostrzegam niewyraźną postać ubraną w długi beżowy prochowiec i ciemny kapelusz. Bogart! W szaleńczym tempie wybiegam z mieszkania i pędzę w stronę, którą poszedł zaginiony facet. Nie widzę go. Nigdzie go nie ma, znowu zniknął… Zrezygnowany siadam na pobliskiej ławce i odpalam Wide Smiley’a. Zaczynam poważnie wątpić czy naprawdę go widziałem. Możliwe, że była to poruszana wiatrem gałąź. Może jakieś zwierzę. Cokolwiek. Niespodziewanie, praktycznie znikąd, słyszę psychopatyczny śmiech Cyryla. No faktycznie, klaun wychodzi zza bloku i idzie w moim kierunku.
- No dobra żartownisiu, oddawaj mój kostium, bo jestem do niego całkiem przywiązany! – Wyrzucam niedopałka, wstaję i idę ku niemu. Im bliżej niego jestem, tym bardziej wydaje mi się, że… Mój boże… To przecież ja!

Uciekam do lasu z nadzieją, że go zgubię. Wciąż słyszę ten przerażający śmiech. Kompletnie straciłem wyczucie, nie wiem już co mam pod nogami. Potykam się i upadam. To musiało nastąpić. Widzę zbliżającego się Cyryla. W lewej ręce trzyma nóż. Nachyla się ku mnie i otwiera usta.
- Jak myślisz… Czy to ja jestem twoim wytworem czy może to ty jesteś moim?
jestem chory… Mam schizofrenię, to się nie dzieję naprawdę… To jest złudzenie…
- To ciebie nie ma, smutasie! Ja jestem prawdziwy! – Mówi klaun.
- Nie, nie, nienienienienie… Niemożliwe! Zamknij się!
- Tak się dzieje, gdy w twoim życiu zamieszka chaos!
Cyryl patrzy na mnie przeciągle. Trwa to dłuższą chwilę. Mi się wydaję, że wieczność. Leżę pod drzewem i dygoczę ze strachu. Nagle dostrzegam wyciągniętą rękę.
- Sądziłem, że chcesz mnie zabić…
Klaun wciąż trwa w bezruchu. Podaję mu swoją dłoń, a on pomaga mi wstać. Rękawem przecieram mokre od łez oczy, a kiedy je otwieram, w miejscu, w którym przed chwilą stał Cyryl, leży moja torba podręczna. W środku spoczywa zgubiony strój.
W drodze na onkologię czytam prasę. Moją uwagę przykuwa artykuł o brutalnym morderstwie jakiegoś mężczyzny, jego opis świetnie pasuje do Bogarta, a charakteryzacja narzędzia zbrodni, to wypisz wymaluj opis nożna, który trzymał Cyryl. Cały spocony odkładam gazetę na podręczną torbę i wlepiam wzrok w migające obrazy za oknem. Z torby dobiega obłąkańczy śmiech Cyryla. Tak, jakby miał rozwiać wszelkie moje wątpliwości, których i tak nie miałem.


Koniec



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -