Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




ZEMSTA (Angelina Monroe)

…Schodzę w dół tym źle oświetlonym, obskurnym korytarzem przypominającym pochylnię. Jest taki zimny i… znajomy. Zaraz będzie zakręt. Widzę drzwi z numerem 3. I tak, dalej numer 4 i 2, dokładnie w takiej kolejności. Towarzyszy mi uczucie bezradności i frustracja, lecz wiem, że tylko za którymiś z tych drzwi liczyć mogę na zrozumienie.

Pukam do pierwszych drzwi, numer 3. Pukam już po raz kolejny – nagle uświadamiam sobie. Już tam byłem. Kiedyś. Przed chwilą.

Wchodzę.

***

…wir barw i głosów, wciągający mnie w ciemność znajdującą się w jego centrum…

***

…Schodzę w dół tym obskurnym korytarzem przypominającym pochylnię. Znam go, lecz nie wiem, skąd. Czuję, że wiem, co czeka mnie na jego końcu, lecz co to miało być…? Wiedza jest tuż pod powierzchnią mojej świadomości, dając się dostrzec ale nie – poznać. Jak we śnie, idę, bo nie mam innego wyjścia… mój umysł nawet nie może dopuścić do siebie innych możliwości.

Stare, zakurzone żarówki dyndające na przewodach pod niskim sufitem emitują żółtawe światło. Otaczają mnie ściany, z których kremowa olejna lamperia nie zaczęła jeszcze odpryskiwać, lecz jest oczywiste, że nastąpi to niedługo. Czuć piwniczną wilgoć i jakieś środki dezynfekujące. Korytarz jest tak zimny i bezduszny, że aż otulam się szczelniej moim długim, spłowiałym płaszczem, poprawiam kapelusz na głowie - jakby to miało coś pomóc – i nieubłaganie idę powoli dalej. Moje kroki odbijają się dalekim echem i prześladują mnie wrażeniem obecności tu czegoś.

…Żadnego światłocienia, który mógłby mi zdradzić nagły zakręt w prawo, ale i tak wiedziałem, że właśnie tam będzie. Tuż za nim – białe, nijakie drzwi ze sklejki opatrzone numerem 3. Dalej numery 4 i 2, dokładnie w takiej kolejności. I to już jest ślepy koniec korytarza.

Pukam do pierwszych drzwi, numer 3. Pukam już po raz kolejny – nagle uświadamiam sobie. Już tam byłem. Kiedyś. Przed chwilą. Towarzyszy mi uczucie bezradności i frustracja. Czuję tylko, że muszę się stąd wydostać, że za tymi drzwiami musi być coś, pozwoli mi w końcu na zrozumienie i – odzyskanie siebie. Bo kim też jestem i dlaczego? Mogę tylko powiedzieć… wiem, że jestem… i byłem… Kiedyś. Przed chwilą.

Wchodzę. Wnętrze przypomina klasę szkolną urządzoną naprędce w odremontowanej piwnicy. Kilka prostych i zaskakująco małych ławek i krzesła, ustawione w dwa rzędy. Tablica – tradycyjna, ciemnozielona, umazana kredą. Jakże by inaczej? Biurko. A za nim – typowa nauczycielka nawet dla mnie wyglądająca anachronicznie –w garsonce, z już siwiejącymi włosami upiętymi w kok i ciepłym uśmiechem na twarzy.

- Mam dla ciebie klucz – mówi przyjaźnie, wstając zza biurka. Wyciąga w moją stronę materializujący się nagle kubek parującego płynu. Dokoła roznosi się mdlący zapach egzotycznych ziół.
- Siadaj, proszę – wskazuje mi blat ławki przylegającej do biurka. Siadam więc, zakładając nogę na nogę i ostrożnie przyjmuję napój z jej rąk. Z kubka przygląda mi się moja własna twarz odbita od powierzchni brunatnej cieczy. Twarz pociągła, blada, wychudzona, wodząca niezbyt przytomnym spojrzeniem.

…Płyn ma smak gorzko-aromatyczny, z wyraźną nutą miodowej słodyczy. Kobieta krząta się tymczasem, a ja bezmyślnie przyglądam jej ruchom, znając każdy z nich na pamięć. Nie dziwi mnie, gdy wyciąga znowu kubek i podstawia pod kran wystający ze ściany – który dopiero teraz zauważyłem. Coś szumi i bulgocze w niewidocznych rurach i już do naczynia spływa strumień mętnego wywaru.

Piję go powoli, niemal machinalnie. Bez refleksji, bezradny wobec czegoś, czego nie pojmuję. Piję i kręci mi się w głowie. Nieostro spostrzegam, że podchodzi do mnie ponownie z kolejnym kubkiem.

- Pij – rozkazuje spokojnie, wciąż lekko przyjaźnie się uśmiechając. Albo śmiejąc. Jej twarz wykrzywia się i rozmazuje. Ściany pomieszczenia falują, a jej ruchy zaczynają przypominać tajemniczy, szamański taniec, a może to pokój tańczy a ona wraz z nim…. I te szepty, mnóstwo obecności których istnienie nagle wdarło się do mojej świadomości…

Kolejne kubki i potoki wywaru… Żarówki migoczą mi jak komety przed oczami, huśtają się na przewodach i przepalają z czerwonawym błyskiem, pozostawiając po sobie błękitne powidoki. Wszystko zmienia się w wir barw i głosów, wciągający mnie w ciemność znajdującą się w jego centrum… Do wnętrza mnie samego.

***

…Schodzę w dół wilgotnym, jakby piwnicznym korytarzem przypominającym pochylnię. Znam to miejsce, jakbym był to od zawsze, każdą brudną żarówkę, każde pęknięcie w kremowej lamperii ścian. Zaraz będzie zakręt.Widzę drzwi z numerem 3. I tak, dalej numer 4 i 2, dokładnie w takiej kolejności. Towarzyszy mi uczucie bezradności i frustracja, ale idę jak zahipnotyzowany, pozbawiony własnej woli… Nie!

Muszę cos zrobić, muszę się stąd wydostać! Nie mogę się poddać tym…. ograniczającym mnie… mechanizmom!

Otwieram szarpnięciem drzwi z numerem 2. Taaaak, tego jeszcze nie było. Po raz pierwszy czuję swój wpływ na przebieg wydarzeń. Jakby zapętlony czas nagle znów ruszył do przodu.

Pierwszo uderza mnie fala powietrza, w którym wyczuć można intensywną woń ziół i chemikaliów oraz rozgrzanego wosku. Gdy moje oczy przyzwyczajają się do panującego tu zielonawego półmroku, dostrzegam, że stoję w progu pokoju niewiele większego od tego, jaki uparcie skądś pamiętam. Na odrapanych ścianach susza się tu pęki ziół, w słojach ustawionych na półkach majaczą niewyraźne kształty zanurzone w dobrze znanej, mętnej cieczy. Jedynym źródłem światła są tu rozmieszczone tu i ówdzie świece, rzucające chwiejne błyski na wnętrze pokoju.

Z cienia wynurza się nagle postać, podchodzi powoli w moim kierunku… Stoi tuż obok, wyraźna i namacalna.

- Nareszcie jesteś. Wszystko już dawno jest gotowe. – mówi przyjaźnie, w sposób, który – dociera do mnie z szokiem – już znam. I znam tę kobietę o siwiejących włosach. Ale mimo wszystko to było jakoś inaczej…

- Twoja prośba została wysłuchana – uśmiecha się lekko kącikami wąskich ust, przyglądając mi się znad wąskich okularów opuszczonych na koniec nosa. Jest tak podobna do kogoś, kogo już widziałem… lecz na pewno po raz pierwszy widzę ten biały, lekarski fartuch. Ujej szyi wisi stetoskop, niczym awangardowy naszyjnik. Twarz znajoma, budząca sympatię i zaufanie, jednak… Nie mam siły tego precyzować. Nie myśl już o tym.

Podaje mi do uściśnięcia wąską, arystokratyczną dłoń. I nagle czuję, że to tu właśnie powinienem być, właśnie w tym miejscu. Od tego powinno się zacząć układanie w całość tego wszystkiego, co wymyka się mojej pamięci.

Kobieta ma mocny, budzący zaufanie uścisk dłoni, jednak… coś mnie niepokoi. Może ten światłocień chwiejnie pełzający po martwej naturze, jaką stanowi całe to pomieszczenie. A może błysk jej zielonych oczu… Wpatruję się w nie, przez chwilę tracąc kontakt z rzeczywistością.Mówią mi tyle rzeczy, lecz brak mi słów, by nazwać chociaż jedną z nich… tak wymykają się mojemu pojmowaniu… Fascynują mnie. Mógłbym zatracić się w tym spojrzeniu. I tak ma być.

…Uświadamiam sobie, że siedzę… siedzę naprzeciw niej przy małym stole… w sumie… jest to po prostu szpitalny stolik na kółkach… pokryty zaschłymi zaciekami rdzawej cieczy …trzyma mnie za rękę ciepłym uściskiem obydwu dłoni. Jej słowa to… melodia… słyszę i zapadają głęboko we mnie… ale co znaczą? Nie rozumiem. Nie musisz. …mówi do mnie… a ja płynę. Siedzę… przy metalowym stole… taki zimny metal.. a ten szum słów…

…Przybliża usta do mojego ucha i szepce coś ciepłym tonem, który nie zna jednak sprzeciwu, a ja… wynurzam się na powierzchnię. Czuję jej włosy na policzku i zapach. Słodki zapach kamuflujący coś nieludzkiego.

Jak w transie, kiwam jej głową na potwierdzenie.

Dociera nagle do mnie jedno wyraźne zdanie.

- Idź po klucz. Idź po klucz.

Unoszę się więc bezwładnie, jakbym był jej marionetką i kieruję do drzwi. Czuję odprowadzające mnie zielone spojrzenie.

Dopiero na korytarzu dociera do mnie nierealność całej tej sytuacji. I… niespodziewanie, rozumiem już, co wcześniej było nie w porządku. Numery na drzwiach… Mają znaczenie. Jeden, dwa, trzy, cztery. Jeden, dwa, trzy, cztery. Jeden, dwa, trzy… Po kolei. Z pokoju 2 jedyna drogą jest droga do pokoju 3, a potem…

Numer 3 coś mi mówi. Klucz. Tak. Pukam do drzwi po raz kolejny, wiem to na pewno. Wnętrze przypomina klasę szkolną urządzoną naprędce w odremontowanej piwnicy… Znam to. Wiem, co za chwilę się wydarzy. I ze zrozumieniem przyjmuję słowa powitania, niezmienne, jakby na zawsze zapisane dla tego miejsca.

- Mam dla ciebie klucz – i ona wyciąga w moją stronę kubek pełen cieczy, której smak i zapach przeczuwam już, zanim do mnie dotrą. Wiem, że nie mam innego wyjścia, jak ponownie przysiąść na krawędzi ławki i pozwolić się prowadzić, cokolwiek to znaczy.

Teraz już mogę powiedzieć, że to wszystko… kojarzy mi się z czymś mechanicznym… z czymś bezdusznym, naśladującym tylko rzeczy… znane mi z innego miejsca i z innego czasu. Widzę tylko to, co mam zobaczyć, a pozostawiona mi resztka wolnej woli nie pozwala mi się wymknąć zaprogramowanemu biegowi wydarzeń…

Sam nie wiem kiedy, piję ten dziwny płyn i kręci mi się w głowie. A ona już podchodzi do mnie z kolejnym kubkiem.

- Pij – rozkazuje spokojnie, z tym lekkim, przyjaznym – mechanicznym! – uśmiechem.

Chcę, żeby to się już skończyło…

Słyszę bulgotanie cieczy w rurach i wiem, skąd one biegną, roznosząc ten brunaty płyn jak krew po organizmie. Pokój 2. Ten świat… jest sam w sobie całością, istotą… przerastającą mnie. Obcą. Nie mógłbym sam stąd wyjść, bo stąd wyjścia nie ma… ale wyjdę bo TO tak chce. Powrócę z martwych.

Te szepty. Znów mnie otaczają i falują razem z obrazem ławek, ścian i tablicy wraz z tańczącą pośrodku kobietą. Jeden, dwa, trzy, cztery. Jeden, dwa, trzy, cztery. W głosach czuć ból, udrękę, perwersyjną radość, ponaglenie…

…Rytualny taniec wszystkiego dookoła jednoczy się z rytmem bicia serca. Nie mojego.

Piję wpółświadomie, napój wylewa się z moich ust i spływa po brodzie, w dół, a w dole nie ma już nic, bo wszystko ginie w szkarłatnej mgle. Zapadam się w nią jak w bezpieczne schronienie, a ona okrywa mnie i unosi… W głosy. Obrazy.

***

…ściskam w dłoni złoty klucz. Jest ciężki, staromodnie zdobiony, z motywem serca na końcu. Ściskam go w dłoni i czuję w sobie życie. Życie! Czuję życie dookoła. Niesforne kosmyki włosów lekki wiatr unosi mi przed oczami, a słońce przyjemnie grzeje moje zziębnięte ciało ubrane tylko w delikatną białą sukienkę. Czuję, jak materiał pieści skórę, jak powietrze wypełnia płuca a krew krąży w żyłach, docierając aż do czubków palców.

Stoję na piaszczystej drodze biegnącej serpentyną wśród rzadkich zarośli i niewysokich drzew. Za mną jest mroczny sen pełen symboli. Nigdy się nie wydarzył.

Otaczająca mnie zieleń aż kłuje w oczy swą soczystością, trawa migocze pokryta kroplami wody, która sączy się także z delikatnym szmerem z przemoczonych liści, połyskując wszystkimi odcieniami tęczy. Ziemia paruje z cudownym aromatem, a w plamach słońca wirują złote drobinki owadów.

Nagle dostrzegam swoje odbicie w kałuży u stóp i ogarnia mnie prosty zachwyt nad własną urodą. Poznaję tę smukłą sylwetkę, jest moja - aż do bólu.Wyciągam przed siebie ręce podziwiając na nowo smukłe dłonie pianistki. Z radością przesuwam palcami lewej dłoni od czoła i w dół, poznając na nowo rysy własnej twarzy, pieszcząc delikatnie powieki i usta, miękki łuk szyi i wypukłość piersi, przy których kołyszą się dwa ciężkie, złotobrązowe warkocze… Tak…

A w prawej dłoni - trzymam klucz. Klucz jest wszystkim. Przyczyną i skutkiem, skutkiem i przyczyną, ciągłym cyklem. Jest zamkniętym w mojej dłoni niepokojem, czymś nieokreślonym… co musi się wydarzyć. Moje przeznaczenie zbliża się do mnie, a ja jestem tu dla niego, podobnie jak ono jest dla mnie. Spotkam je więc z radością!

Ruszam naprzód z lekkim uśmiechem, delektując się dotykiem piasku pod bosymi stopami. Wiem, że moje spojrzenie jest czyste i pełne światła, krok pewny, a umysł jasny.

…Idę po ciebie… - szepcę cicho. Nie wiem jeszcze, do kogo to mówię… Ale na granicy świadomości znam go aż za dobrze. Jest piętnem wyrytym we mnie na zawsze. Jego obecność mogę wyczuć zanim powiedzą mi o niej moje zmysły. Więc…

…Idę po ciebie.

Widzę, jak wynurza się zza drzew za zakrętem ścieżki. Na razie jest tylko kształtem, zgarbioną sylwetką. A potem widzę go w całości… i wstrząsa mną do głębi ten widok. Nie wiem, czy pierwszo zauważam obdarte ubranie, czy dociera do mnie zapach przetrawionego alkoholu i jeszcze czegoś zepsutego. Uderza mnie to, jak niezgrabnie i chwiejnie się porusza. Spod niechlujnego zarostu ledwo rozpoznaję tak dobrze znane kiedyś rysy twarzy. Tylko oczy są niemal takie same, duże i błękitne… tyle że nie ma w nich już światła. Są martwe i obojętne w swym wyrazie.

Ból przeszywa mnie jak strzała, bo wiem już, co się wydarzy. Tak, po to tu przyszłam i przyszłam z radością. Ale teraz nie mam już siły… Patrzeć na to i być tu znowu. Nie tak powinno być…

…Jeszcze mnie nie spostrzegł i wciąż nieświadomy, zatacza się wprost w moją stronę.

Boję się. Tak, boję się go bardziej, niż umiem to opisać, lecz ta siła, która prowadziła mnie od początku, każe mi iść dalej.

Nasze spojrzenia spotykają się. Poznaje mnie na pewno. Nie wiem, czy naprawdę na jego twarzy pojawia się coś na kształt zdziwienia. A powinno. …Po prostu ordynarnie szczerzy do mnie poczerniałe zęby w krzywym uśmiechu.

- Jesssszcz-cze ci mało, szmato? – bełkocze.

Strach znika, gniew rozpala się we mnie w nienawiść. W kilku skokach znajduję się tuż przy nim i spoglądam prosto w te jego puste oczy. Na ich dnie pełga iskra życia i tylko dla niej gotowa bym była odejść i nie wracać, lecz nie po to tu przyszłam. Konsekwencja.Ta iskra już nigdy nie będzie prawdziwym światłem.

- Pamiętasz? – mój głos, najpierw niepewny…– pamiętasz?! – …a potem pełen pasji - Spójrz na mnie! Popatrz!!!

Patrzy drwiąco i wpółprzytomnie. Zaczyna się śmiać, a śmiech wykrzywia jego twarz w maskę.

Odsuwam się o krok, blada i rozedrgana. Niech już przestanie… Płonie mój umysł i serce, i dłoń w której ściskam złoty klucz.

- To dla ciebie! – i wyciągam go w jego stronę z obrzydzeniem i rozpaczliwą determinacją. Słońce odbija się od wypolerowanej powierzchni. Serce na dłoni. Ha-ha.

Wyrywa mi to serce z metalu brudnym łapskiem i zaciska na nim palce. Niespodziewanie zwinnie zbliża się i łapie mnie za włosy, zmuszając do spojrzenia w pokrytą brudem i strupami twarz. Smród wręcz mnie odrzuca, ale mimo wszystko…. To jest on.

- Kurwa… Zawsze do mnie wracasz – dyszy mi w twarz – Nie możesz… hehe… żyć beze mnie!

Odpycha mnie, a ja ledwo utrzymuję równowagę. Ma rację. Ale ma ją po raz ostatni! Przyszłam i wezmę to, co mi się należy.

…Wciąż jednak jakąś cząstką siebie nie mogę się z tym pogodzić. Widzę pierwszą strużkę krwi spływającą mu z nosa i chcę to wszystko cofnąć. I pragnę jednocześnie, by cierpiał jak nigdy…!

- Teraz ty mnie posłuchasz – mówię dobitnie, pewnie. Taaak, mam w sobie jeszcze tę siłę, choćby tylko na pokaz.

- Tak, wracałam - brak mi niemal oddechu lecz chcę mu to wykrzyczeć w twarz… - aż pociąłeś… moją twarz… o tak! – rysuję palcami niewidzialne linie wzdłuż i wszerz - …aż pociąłeś mnie… tak…! - i przesuwam ręką od piersi w dół, aż do łona. Dyszę ciężko, histerycznie, jak po długim biegu. Ale to jeszcze nie koniec…

Patrzy na mnie drwiąco, nieprzytomnie, mamrocząc coś pod nosem. Z nosa wypływa mu druga strużka krwi. Chcę mu teraz to powiedzieć. Chcę, żeby ZROZUMIAŁ!

- …wyciągnąłeś moje wnętrzności… i pokroiłeś… mnie… na kawałki… gdy jeszcze żyłam…. – kończę pełnym bólu szeptem. Nie tak powinno być.

Teraz widzę już krew wypływającą mu z uszu i oczu, a on jeszcze próbuje się śmiać. Spomiędzy zębów kapie mu krew zmieszana ze śliną, gdy osuwa się na kolana.

- Przyszłam po ciebie!!! – całą pasję zawarłam w tych trzech słowach… I po raz pierwszy ślad zrozumienia pojawia się w jego oczach. Podnosi niepewnym ruchem dłoń do twarzy i z niedowierzaniem wpatruje w pokrywającą ją krew. Całe jego ubranie barwi się plamami czerwieni.

Wpatruje się we mnie, jakby nagle doznawał objawienia, szeroko otwartymi błękitnymi oczami, z których płyną dwa krwawe strumyki i próbuje coś powiedzieć, lecz słychać tylko bulgot. Nagle jego kolana nie znajdują już oparcia na dnie kałuży i zaczyna się pogrążać coraz bardziej… i bardziej, barwiąc jednocześnie wodę na rdzawy kolor. Jego ruchy są tak nieporadne i nieskoordynowane, napędzane zwierzęcym przerażeniem. Rozpaczliwie chce utrzymać się na powierzchni, gdy… jednocześnie się rozpada… gdy odpadają drapiące ziemię paznokcie…

Nie mogę oderwać od tego wzroku, pełna obrzydzenia i fascynacji jednocześnie.

- To jestem ja. To są moje decyzje i konsekwencje – szepcę do siebie i słyszę gdzieś wewnątrz ironiczny śmiech, odbijający się echem od pustych podziemnych korytarzy.

…groteskowy jest widok jego głowy zalanej krwią i miotających się rozpaczliwie nad powierzchnią wzburzonej kałużydwu karykatur rąk. Czuję ból. Ból duszy. Jego usta, zalewane już przez wodę, rozpaczliwie łapią powietrze. Patrzę w te niebieskie, przerażone oczy i po policzku spływa mi jedna, jedyna łza. Woda dosięga w końcu i ich, a w końcu pochłania go całego… Już tylko na powierzchni burzy się od pęcherzyków powietrza, faluje delikatnie… jeszcze kilka podrygów… i się uspokaja.

Jest tak pusto i spokojnie. Krople wody wciąż z cichym szmerem ściekają z liści, a słońce błyszczy w nich tysiącem tęcz, lecz nie zachwyca mnie już ten widok.

Dokonało się.

Czuję ból, który towarzyszyć mi będzie już zawsze. Zrobiłam to, co zawsze miałam zrobić. Coś, o co prosiłam i coś, czego nie chciałam. Na dnie kałuży leży złoty klucz. Biorę go do ręki i zanurzam się wraz z nim pod powierzchnię.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -