Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Bezimienna wolność

Sandra Gatt Osińska

Zabytkowy zegar wybił donośnym echem dwanaście uderzeń. Powoli, dokładnie odmierzał czas do końca nocy, która trwała stanowczo za krótko dla małej Devin. Dziewczynce wydawało się, że wszystko drży, ziemia trzęsie się pod wpływem głośnego dzwonu zegara. Z każdym dźwiękiem jej serce przyspieszało rytmu, jakby zaraz miało wyskoczyć z klatki piersiowej i już nigdy do niej nie powrócić.
Dziewczynka leżała skulona w mokrej od potu pościeli, trąc czerwone i opuchnięte od płaczu oczy. Usta przyciśnięte do poduszki wydawały z siebie cichuteńkie jęki, ból rozchodził się po całym podbrzuszu. Devin nie wiedziała nawet, czym było zranione miejsce, delikatne plamy krwi świadczyły jednak o powadze otarć. Zbyt mała, by pojąć grzech ojczyma, zbyt drobna, by ochronić swoją niewinność – jedynie noc, gdy domownicy spali, była jej chwilą wolności.
Sapała ciężko mając trudności z oddychaniem, odgarnęła dziecięcą dłonią mokrą, pokręconą grzywkę z twarzyczki. Bała się zasnąć, ten potwór mógł w każdej chwili wejść do jej pokoiku. Nie miała własnego azylu, gniła wciąż w tych czterech, znienawidzonych ścianach. Pokrywająca je pomarańczowa farba zbrzydła dziewczynce, straciła swój dawny, piękny blask. Promienie księżyca padały wprost na odrażającego klauna, siedzącego w rogu pokoju, naprzeciwko łóżka. Jego nieszczery uśmiech, oczy, z których bił obłęd oraz łysiejąca głowa za bardzo przypominały ojczyma Devin. Szybko odwróciła wzrok i zakryła się kołdrą, łzy potoczyły się po policzkach.
Ogarniał ją obłęd, z dnia na dzień czuła się coraz gorzej. Jak zaszczute zwierzę musiała ukrywać prawdę w tym domu. Nie mogła liczyć nawet na własną matkę, która leżała całymi dniami nieprzytomna w towarzystwie szklanych butelek po alkoholu. Czym on tak naprawdę był? Dlaczego mama go tak nadużywała zapominając o własnych obowiązkach, o swoim najdroższym i jedynym dziecku? Obiecywała poprawę po odejściu Taty, ojczym miał jej w tym pomóc. Staczała się z dnia na dzień, a ból Devin zwiększał się. Może i ona powinna spróbować alkoholu jako ucieczki? Lecz on nie mógł dać wolności, tylko ją pozorował.
Każdy odwracał się od patologicznej rodziny, nikt nie chciał dojrzeć tragedii rozgrywającej się w tym domu. Wzrok unikał siniaków na ciele dziewczynki, ciągłe potłuczenia czy inne kontuzje nie były niczym nadzwyczajnym mimo swej częstości. Brak przedniego zęba? Przecież to nie jest dramat – nawet jeśli został on wyrwany cęgami w przydomowym garażu. Osamotnienie, jakie czuła dziewczynka dusiło wątłe gardło, krzyk zanikał wraz z oddechem.
Devin słysząc ciche pukanie, zadrżała spazmatycznie. Intuicyjnie schowała się pod kołdrę, lecz odgłos powtórzył się. Ktoś stukał do jej okna, lecz kto mógł odwiedzić ją o tej porze? Dziewczynka wynurzyła nosek spod kołdry, poczuła ogarniające ją zdumienie. Czym była ta dziwna, złota postać za oknem?
Malutkie skrzydełka łopotały z werwą, milknąc jedynie przy każdorazowym przystanięciu na szybie. Jedno z owadzich odnóżek pukało w szkło, a wielkie oczy przypatrywały się dziewczynce. Stworzonko płonęło pięknym złotym kolorem, każdy jego ruch powodował rozsypywanie się złotego pyłu. Widok wprost z bajki, potworek przypominał magiczne wróżki z odległych, wyimaginowanych krain dziecięcych snów.
Dziewczynka szybko wyślizgnęła się spod kołdry i ostrożnie postawiła bose stópki na zimnej podłodze. Poczuła ogromny ból, zgięła się wpół z cichym stęknięciem. Pukanie było jednak niekończące się, stworzenie pragnęło zwrócić na siebie uwagę. Z zaciśniętymi zębami Devin ruszyła w stronę okna, każdy krok stawiała najdelikatniej, jak potrafiła. Potworek zaczął radośnie fruwać przy szybie, odbijał się od niej i zataczał koła.
Dłoń dziecka dotknęła szyby, a stworzonko podfrunęło bliżej. Jego nieproporcjonalnie duża główka dotknęła szyby w miejscu, gdzie była wewnętrzna części dłoni Devin, jakby zwierzątko chciało zostać pogłaskane. Zaśmiała się cicho, starła parę wodną, która osiadła na szkle.
- Kim jesteś? – wyszeptała Devin.
Przyjrzała się stworzeniu z fascynacją, było niczym odzwierciedlenie marzeń. Czyste, niewinne, bezcenne… Bezimienne. Przypominało coś, o czym Devin marzyła od bardzo dawna. Lecz co to mogło być? Nie wiedziała sama, szukała tego. Pragnienie uczucia bezpieczeństwa, niezależności i beztroski… Jak nazwać to zjawisko, gdy ciężkie kajdany opadają na ziemię, a zęby gryzą bat kata?
Okno otworzyło się na całą szerokość za pomocą dziecięcej dłoni. Stworek zbliżył się do dziewczynki, zataczał niesamowite figury w powietrzu, jakby bawił się nim. Ulotność, jaka mu towarzyszyła była czymś namacalnym, stawali się jednością. Wszędzie rozsypywał się pył, jego strużka opadła na podłogę, gdy potworek wleciał do środka. Drobne ciałko unosiło się, niczym chmura, fruwało radośnie po całym pokoju. Devin zaśmiała się, pierwszy raz od dawna wydała z siebie ten charakterystyczny dla dziecka dźwięk. Szczery, wysoki odgłos nie tylko z gardła, ale z samego serca rozniósł się rezonansowym echem.
Nogi dziewczynki zaczęły krążyć powoli za stworzonkiem, układały się na podłodze, jak przy nauce tanecznych kroków. Tak, to było to, taniec i pogoń za czymś nieosiągalnym. Chód nabrał tempa, stał się rytmiczny i lekki. Ręce rozpaczliwie próbowały chwycić stworzonka, nogi plątały się w cichym tańcu, a wszystko to przy akompaniamencie donośnego śmiechu, zagłuszającego odgłosy kroków.
Krawędź, gwałtowne pukanie do drzwi. Oczarowana złotą istotą dziewczynka stanęła niezdarnie na parapecie. Nie zważała na groźby i krzyki, chciała jak najdłużej móc patrzeć na potworka. Ten wyleciał przez okno i zawisnął nad ogrodem, patrząc wyczekująco w stronę Devin. Uśmiech nie znikał z dziecięcej twarzyczki, mimo przejmującego zimna dziewczynka stanęła na granicy pomiędzy… Czym? Nie był to zwyczajny kraniec, dzielił coś więcej niż dziecięcy pokój z otchłanią ciągnącą się w dół rozmiarów dwunastu pięter. Granica między prawdziwym, szarym światem, gdzie ojczym gwałcił swoją pasierbicę, a ucieczką do kolorowego świata złotego, bezimiennego stworzenia.
W drzwiach puścił zamek, na wspomnienie bólu i upokorzenia, jakimi Devin została obarczona, nie zawahała się. Ręka wyciągnięta w stronę istoty, decydujący krok w stronę przepaści – a wszystko zakończone lotem, w akompaniamencie krzyku zrozpaczonej rodzicielki.
Dziewczynka zdążyła jedynie odwrócić się z uśmiechem w stronę matki, gdy nogi ześlizgnęły się i ciało spadło bezwładnie w dół. Złoty stworek ściśnięty był w drobnej dłoni, leciał wraz z Devin ku swemu przeznaczeniu. Spadając, nie było już tego szarego świata, żaden dźwięk nie docierał do zagłuszonych ucieczką uszu. Na koniec był jedynie cichy szept, Devin wiedziała już, czego tak bardzo pragnęła. Ostatnim słowem zostało nowe imię bezimiennego stworzonka.
Wolność.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -