Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Bloody Christmas Eve

Natalia Lewandowska

Znowu mam ten sam sen, biegnę przez las pokryty śnieżną pierzynką, jest ciemno, a drogę rozświetla mi tylko blask księżyca. Przystaję na chwilę, by złapać oddech. To był błąd, one się zbliżają, już słyszę za plecami jak ciągną nogi po śniegu, sapią, zgrzytają zębami, chyba są bardzo głodne. Ich pragnące krwi oczy wręcz świecą w ciemności. Chcę biec dalej, ale coś trzyma mnie za nogi i nie pozwala się ruszyć. Szarpię się i wiję na śniegu jak wąż złapany za ogon. To nie ma sensu, one już tu są, leżę na plecach i patrzę jednemu prosto w twarz. Ślina kapie mu z ust, a ja zamiast się bać, myślę tylko o tym, że to obleśne i niehigieniczne... Pstryk, otwieram oczy. Patrzę złowieszczym wzrokiem w stronę budzika, który krzyczy do mnie: wstawaj, już 5-ta! No nie wierzę, że też muszę wstawać o tak szatańskiej godzinie.
Dziś Wigilia, oj chyba nie byłam grzeczna w tym roku, whatever. Idę do łazienki umyć twarz zimną wodą. Po drodze oczywiście liczę swoje kroki, musi być parzyście, jak jest nieparzyście to jest do bani, na pewno nie wróży to nic dobrego. Stoję półśpiąca w łazience myjąc zęby i mimowili liczę kafelki na ścianie. Zrzucam pidżamkę, choć pragnę z całych sił zrobić to chaotycznie i na opak, nie mogę. Najpierw ubieram skarpetki, zaczynam od prawej, bo zawsze lepiej od prawej, zupełnie inaczej niż w wojsku... nie myślcie sobie, że jestem wariatką. To nie
boli, ale trzeba się nachodzić. Lekarze nazywają to w jak zwykle poetycki sposób – nerwica natręctw. Ale dość o moich fobiach. Chciałabym, aby jedną z nich była punktualność, ale oczywiście nie, jak się nie ma co się lubi, to się spóźnia notorycznie do pracy. O ironio...
No więc idę, jest ciemno, zimno, na szczęście do pracy blisko. Mijam niewyraźne
i wkurzone twarze, polska mentalność jest widoczna nawet na porannym olsztyńskim chodniku. Wspominałam już, że nie nawidzę swojej pracy? Tak, nie cierpię jej z całego serca. W dodatku chyba zostałam emo, no nie, za stara na to jestem. Wchodzę o 6:05, niezły wynik. Od samych drzwi powiew zimnego powietrza daje mi plaskacza w twarz. Staję, rozglądam się, poprawiam 5 razy kurtkę, nic nie rozumiem. Ludzie siedzą przy swoich komputerach w płaszczach i szalikach trzęsąc się z zimna.
– Siema byku!
Cios w plecy prostuje mnie lepiej, niż "pajączek". To Michał, kolega, który chyba zapomnina czasami, że jestem kobietą.
– Witaj, z wyrazu Twojej twarzy wnioskuję, że masz dla mnie dobrą wiadomość.
– No jacha! Jest awaria ogrzewania, pękła rura i pół osiedla zostało w czarnej duuu na Święta. Zimno tu jak w kostnicy!
– I to ma być ta dobra wadomość? – odparłam ze swoją popisową skrzywioną miną.
– Ale Ciebie to przecież nie dotyczy, możesz już jechać do domu. Wesołych Świąt! –
krzyknął, aż zadudniły mi bębenki w uszach i pobiegł dalej nieść dobrą nowinę.
– Świetnie – burknęłam pod nosem. I po co do cholery wstawałam tak wcześnie?!
Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do domu. Jakieś 5 godzin później byłam już spakowana. Gdy stałam ubrana z torbą na ramieniu zdałam sobie sprawę, że spóźniłam się na kolejny autobus
na dworzec, fuck. Nie ma sensu już wychodzić, pojadę następnym.
Kilka autobusów później znalazłam się wreszcie na dworcu. Och, cóż za wspaniała atmosfera panowała w kolejce do kasy, ludzie mówili miłe słowa np: "Ty pi...ękna ch...oinko!", albo "Oby Cię Bozia po...błogosławiła". Śpiewali również kolędy: "Gdy śliczna Panna syna kołysała, ta stara baba w kolejkę się wepchała"... przynajmniej tak mi się wydawało czytając z ruchu warg. Siedziałam ze słuchawkami na uszach dzierżąc bilet w ręku i nie mogłam się nadziwić, jak tam pięknie i świątecznie. Wtem oczom mym ukazał się mój sąsiad i przesłonił mi cały widok. Wyglądał jakoś niewyraźnie, miał czerwone oczy, był blady i ewidentnie wyglądał na chorego. Gdy już miałam się z nim przywitać, nagle odwrócił się w drugą stronę i kichnął z takim impetem, że hala na Dworcu Głównym zadrżała w posadach. Ludzie stojący w kolejce umilkli na chwilę
i spojrzeli w stronę Pana Romana zakrywając twarze. Przez moment czułam się jakby ktoś włączył tryb slow motion i z otwartą buzią patrzyłam jak kropelki mazistej wydzieliny pełnej zarazków rozbryzgiwały się dookoła. Sprawca zamieszania chyba poczuł na sobie wściekłe spojrzenia pasażerów i rumieniąc się okrutnie uciekł do tunelu. Odgarnęłam loczek z twarzy i po raz pierwszy sprawdziłam, czy w mojej torebce wszystko jest na miejscu. Przy okazji strąciłam wyimaginowane paproszki z dżinsów. Było bardzo chłodno, postanowiłam udać się więc do ciepłego pociągu, który już powinien na mnie czekać. Spojrzałam na zegarek, była punkt 16-ta, niebo szarzało coraz bardziej, aby już za chwilę całkowicie pogrążyć się w mroku. Pociąg był jeszcze zamknięty, więc udałam się na koniec peronu w celu zapalenia papierosa. Jakże palacze mają zimną przechlapane, pomyślałam. Zaraz za tą myślą podążyła kolejna o konieczności rzucenia tego nałogu w cholerę. Może niech to będzie moje noworoczne postanowienie...
– Przepraszam Panią bardzo, poczęstowałaby mnie Pani papierosem? – rzucił mężczyzna zza moich pleców, a ja podskoczyłam prawie pod sam dach.
– Tak, proszę bardzo – odpowiedziałam i wyciągnęłam paczkę w stronę młodego człowieka
z plecakiem.
Szczerze nie wyglądał do końca na dorosłego, ale nie miałam zamiaru w tym momencie nikogo moralizować.
– Dzięki! – odparł chłopak pociągając soczyście nosem.
On również nie wyglądał na zdrowego i miał podobne objawy do Pana Romana. Chcąc uniknąć strzału z zarazków na wszelki wypadek zakryłam twarz kominem od mamy, zgasiłam papieroska
i odeszłam na bezpieczną odległość.
Ludzie gromadzili się już na peronie startowym i czekali niecierpliwie, aż drzwi się otworzą. Wreszcie 3,2,1... start! Ruszyli, kto pierwszy zajmie miejscówkę przy oknie i będzie mógł wptrywać się w czarną otchłań i we własne odbicie w szybie, oł jeah. Nie miałam zamiaru uczestniczyć w tym procederze, więc zaczekałam spokojnie na swoją kolej. Na szczęście było jeszcze sporo czasu do odjazdu, więc bez problemu zajęłam miejsce siedzące. Wiem, że to szokujące, ale na prawdę siedziałam w pociągu 30 minut przed czasem. Sprawdziłam, czy mam wszystko w torebce po raz drugi i rozpięłam kurtkę. Napisałam smsa do mamy, żeby się nie martwiła i rozsiadłam się wygodnie. Wełniany golf gryzł mnie w szyję niemiłosiernie, więc postanowiłam zająć się czymś przyjemniejszym i odwrócić myśli od tego wstrętnego uczucia. Zaczęłam więc liczyć pasażerów w wagonie i zajrzałam do torebki po raz trzeci. Wszystko było na swoim miejscu. Zrobiło mi się tak ciepło i błogo, zamknęłam na chwilę oczy. Widziałam mamę krzątającą się w kuchni i tatę walczącego z lampkami choinkowymi. Lubiłam Święta, bo wtedy mogłam posiedzieć z rodzicami na kanapie oglądając w tv standardowy świąteczny repertuar
i opychać się pysznościami bez żadnych wyrzutów sumienia. Na co dzień nie miałam zbyt wielu okazji, aby tak po prostu z nimi posiedzieć. Od dawna nie mieszkałam już
w domu i takie okoliczności sprawiały mi wielką radość. Piaskowy dziadek sypnął mi z nienacka pyłkiem po oczach i zaczęłam odpływać. Zrobiło się błogo... mama stała w kuchni odwrócona do mnie plecami, zapach karpia unosił się w powietrzu. Nie wiedziałam gdzie jest tata. Szukałam go wzrokiem po pokoju, ale zobaczyłam tam tylko gołą choinkę. Nagle poczułam rękę na ramieniu, odwróciłam się i to był on, miał oczy czerwone jak ogień i patrzył na mnie mętnym wzrokiem. Bałam się, a ze strachu nie mogłam się ruszyć. Wibracja w telefonie wyrwała mnie z chwilowej mary. Dzwonił mój chłopak, był już w domu i objadał się makowcem czekając na kolację.
– Jak tam bejbe? Na jakim etapie jesteś?
– Eee – spojrzałam na zegarek – za kilka minut ruszam. Będę na miejscu ok 17-tej.
– W porządku, ja zaraz idę postrzelić karpia z wiatrówki. Takie humanitarne zabijanie, pyk
i po sprawie.
– Jesteś okropny!
– Wcale nie, poza tym żartowałem. Karp już od dawna nie żyje. Nie opowiem Ci co się z nim stało.
– I dobrze, bo nie chcę wiedzieć. Mam słabą baterię, zdzwonimy się wieczorem i ustawimy na pasterkę. Buziaki paaa.
Męczyło mnie to poranne wstawanie. Pobudka o 5:00 piąty dzień z rzędu, coż za ironia losu. Na przeciwko mnie usiadła dziewczyna, z twarzy podobna zupełnie do nikogo, jednak miałam wrażenie, że skądś ją znam. Tak, to Anka, koleżanka ze szkoły podstawowej. Raczej nie pałałam do niej wielką sympatią, więc miałam nadzieję, że mnie nie pozna i nie zacznie rozmowy
o niczym. W sumie nie wyglądała na chętną do rozmów. Miała na sobie puchową, czerwoną kurtkę, jej oczy miały podobny kolor i wyglądały jakby ciekła z nich krew. Przeraziłam się. Spojrzała na mnie ze wściekłością, w jej ślepiach widziałam nienawiść. Poczułam się nieswojo i odwróciłam wzrok, jednak ona nadal patrzyła w moją stronę. Może coś jej kiedyś zrobiłam, albo powiedziałam. Raczej nie byłam konfliktowa, ale w sumie różnie bywało. Postanowiłam nie kusić ciosu w twarz, więc po prostu zabrałam torbę i udałam, że idę do WC. Kolejka była wprost niesamowita, przede mną stało z 10 osób. W przejściu było bardzo tłoczno, więc nie przepychałam się dalej. Było mi smutno, że straciłam miejsce siedzące, ale te 30 minut stania nie stanowiło dla mnie problemu. Oparłam głowę o ścianę i obserwowałam pasażerów. Starsza Pani z kilkoma siatkami wypełnionymi zakupami przepychała się łokciami w stronę przedziału. Stanęła nad chłopakiem od papierosa i patrzyła tak wymownie, że w końcu nie wytrzymał i wstał. Staruszka usiadła, a jedna
z jej toreb przewróciła się. O dziwo wypadł z niej... zestaw noży. Cóż za oryginalny prezent. Zaraz za nimi jakaś lalka, turecki sweter i skarpety. Uśmiechnęłam się pod nosem. Chłopak stał chwilę bez ruchu, po czym kichnął sobie od serca. W wagonie podniósł się wrzask, coś w stylu: "Co robisz głąbie?! Zakrywaj usta!". Chłopak stał dalej, jakby nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Usłyszałam gwizdek konduktora i drzwi się zamknęły. Pociąg ruszył powoli ze stacji.
Po wpakowaniu się kolejnej masy ludzi na Dworcu Zachodnim ruszyliśmy w stronę domu. Kolejka przede mną wreszcie się zmniejszyła i do upragnionej toalety zostały już tylko 3 osoby. Spojrzałam ponownie w stronę przedziału ze staruszką. Kobiecina chyba ucięła sobie małą drzemkę, bo jej głowa majtała się wraz z ruchami pociągu. Jej torba ponownie się przewróciła, jednak tym razem starsza Pani nie zareagowała. Rzeczone noże leżały ponownie na podłodze. Chłopak wpatrywał się w nie tępym wzrokiem, jego twarz była blada jak ściana i na prawdę nie wyglądał dobrze.
W pewnym momencie schylił się by je sięgnąć. Nie widziałam co stało się dalej, ponieważ kobieta stojąca za mną popukała mnie w ramię i chrząknęła znacząco, że nastała moja kolej. Podniosłam więc torbę i weszłam do toalety. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje odbicie w lustrze, po czym zaczęłam poprawiać włosy. Były roztrzepane przez wiatr i za nic nie chciały znaleźć się na swoim miejscu. Po kilku zamaszytych ruchach ręką fryzura wyglądała w sposób zadowalający. Zajrzałam do torebki po raz czwarty. Portfel, klucze, chusteczki – zaczęłam wyliczać w myślach, zaraz zaraz,
a gdzie jest mój Ipod... przemyślenia przerwał krzyk dobiegający zza drzwi. Przeraźliwy pisk kobiety, która brzmiała, jakby ją ktoś zarzynał nożem.
– Co tam się dzieje? – pomyślałam głośno przerażona.
Zaraz po tym krzyczała już nie tylko kobieta. Słyszałam głosy damskie, męskie, jakieś dziecko strasznie płakało i wołało mamę. Zdębiałam, nie wiedziałam co mam zrobić. Bałam się wyjść, przyłożyłam więc ucho do drzwi. W tym samym momencie odskoczyłam, gdyż ktoś uderzył w nie z takim impetem, że mało nie wpadł do środka.
– Otwierać! – krzyczał mężczyzna i walił z całej siły w drzwi, aż zamek wreszcie puścił.
Wparował do środka mało nie taranując mnie po drodze i czym prędzej zamknął je za sobą, dodatkowo zastawiając je plecami.
– Co tam się dzieje?! – krzyknęłam zdezorientowana.
– Tam, tam... – powtarzał nie mogąc złapać oddechu. Tam się dzieje jakaś masakra! Chłopak złapał nóż i dźgnął staruszkę kilkukrotnie. Potem rzucił się na jakiegoś mężczyznę, zapanował chaos. Ludzie zaczęli uciekać w popłochu taranując się nawzajem. W innych przedziałach nie było lepiej. Dziewczyna w czerwonej kurtce dusiła jakiegoś chłopaka, a mężczyzna tłukł swojego towarzysza półką zerwaną ze ściany. I te ich wściekłe oczy! Jakby sam szatan w nich wstąpił. Teraz panuje tam taki chaos, że już nie wiadomo kto kogo bije. Na pewno napastników jest więcej...
Pisk hamulca awaryjnego ogłuszył mnie na chwilę, a postawny męzczyzna stojący na przeciwko oderwał się od ziemi i przygniótł mnie do ściany. Chyba straciłam na chwilę przytomność. Ocknęłam się po paru sekundach, a w głowie dzwoniło mi jak w Kościele Mariackim.
– Nic Ci nie jest?! – krzyknął przypadkowy napastnik.
– Chyba nie, ale uderzyłam się mocno w głowę.
Dotknęłam dłonią potylicy, zobaczyłam na niej krew. Zakręciło mi się w głowie.
– Musimy uciekać! Pociąg się zatrzymał, więc to nasza jedyna okazja!
Pociągnął mnie za rękę i w jednej chwili znalazłam się znowu na nogach. Stłukł lustro ręką, odłamał 2 ostre kawałki, owinął je w swoją koszulę i podał mi jeden z nich. Podszedł do drzwi
i otworzył je nieśmiało. Napotkał na opór, zapewno było to czyjeś ciało leżące pod drzwiami. Pchnął więc mocniej i wypadł z impetem na korytarz. Na podłodze leżały zakrwawione ciała, jakaś kobieta siedziała pod ścianą i płakała. Byłam w takim szoku, że przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Stałam i rozglądałam się dookoła, krzyki ucichły i w mojej głowie zapanowała zupełna cisza. Mój towarzysz próbował otworzyć drzwi, ale chyba się zaklinowały.
– Uważaj! – krzynął nagle z przerażonym wzrokiem.
Odwróciłam się, Anka z czerwonymi kurwikami w oczach biegła prosto na mnie. Jej ręce były zakrwawione. Stałam jak słup soli. Na szczęście mój wybawiciel czuwał i w ostatniej chwili odepchnął dziewczynę na ścianę tak mocno, że straciła przytomność.
– Biegniemy, już!
Jak w jakimś amoku ruszyłam za nim przez wagon. Byliśmy na samym końcu pociągu,
a cała krwawa jatka przeniosła się na jego czoło. W oddali migały mi jedynie obrazy jak z moich ukochanych horrorów. Krew, flaki, ludzka czaszka roztrzskana o szybę, koszmar. Zamknęłam na chwilę oczy w nadziei, że zaraz się obudzę. John Rambo przede mną oczyszczał drogę zadając jeden cios za drugim. Ja sama ściskałam kawałek lustra tak mocno, że dłoń zaczęła krwawić, ale nie czułam bólu. Dotarliśmy do kolejnych drzwi, mężczyzna zerwał gaśnicę wiszącą na ścianie i zaczął z całej siły w nie uderzać. W tej właśnie chwili w pociągu zapanowała ciemność. Spotęgowało to jeszcze większy krzyk. Mały chłopiec podbiegł do mnie i wtulił się mocno. Drzwi wreszcie puściły. Staliśmy gdzieś w polu, nieopodal była latarnia, która oświetlała okolicę. Facet wyskoczył bez zastanowinia i już po chwili stał po kolana w śniegu i wyciągał ręce w moją stronę. W jednej sekundzie otrzeźwiałam. Podniosłam chłopca i podałam go dalej. John, bo tak go w myślach nazywałam, przejął go i postawił obok siebie.
– Skacz! Musimy biec!
Rozejrzałam się. Ze strony czoła pociągu biegły do nas 3 osoby, nie wyglądali przyjaźnie. Trzymali ostre przedmioty w rękach, z ich ust toczyła się piana i wydobywali z siebie przeraźliwe dźwięki. Ktoś pociągnął mnie za rękę, odwróciłam się. Był to konduktor cały we krwi, leżący na podłodze. Nie wiem skąd wziął się mój napastnik, ale sekundę później leciałam do tyłu w stronę gleby. Pan Roman trzymał mnie za ramiona i wyglądał tak, jakby próbował mnie ugryźć. To wszystko trwało chwilę, ale dla mnie to było jak wieczność. Ścisnęłam odłamek lustra i spoglądając w dzikie oczy oprawcy upadliśmy na zaśnieżone podłoże. Roman zamarł i zrobił się sztywny, John ściągnął go ze mnie. Leżał nieruchomo, a kawałek szkła tkwił w jego sercu. Nie wiem jak tego dokonałam, ale udało się. Zaczęliśmy biec na przełaj ile sił w nogach, potykaliśmy się i przewracaliśmy w zaspy. Śnieg zaczął padać tak mocno, że prawie nie widzieliśmy drogi przed sobą. Wtem oślepiły nas światła, były to samochody, które zaczęły gwałtownie hamować. Droga nie była zbyt często uczęszczana, na szczęście była Wigilia i ludzie wracali tłumnie do domów. Jedno z aut się zatrzymało i wybiegła z niego młoda kobieta.
– Co się stało?! Mój Boże, jesteście cali we krwi! – wydukała przerażona kobieta.
– Musimy stąd uciekać, już! – krzyknęłam, a Ona bez słowa zabrała nas do auta.
Gdy już siedziałam bezpiecznie w samochodzie, emocje zeszły ze mnie jak powietrze uchodzi z materaca. Przytuliłam chłopca mocno do siebie. Miał blond czuprynę potarganą przez wiatr i skostniałe z zimna dłonie. Nie wiedziałam co stało się z jego matką, ale miałam raczej złe przeczucia w tej kwestii. Zapięłam pasy, bo nawet w takiej sytuacji nie można o tym zapomnieć. Spojrzałam na swoje ręce, były we krwi, zakręciło mi się w głowie. Pomyślałam, że muszę być twarda, zerknęłam na kurtkę, o matko. Przecież ja w życiu tego nie odpiorę. Muszę jak najszybciej przebrać się w czyste ciuchy, bo zwariuję. Skierowałam wzrok na kierowniczkę, jechała powoli przed siebie, gdyż śnieg znacznie ograniczał jej widoczność. Następnie spojrzałam na zegarek, była 17:02. Pomyślałam, że zadzwonie do rodziców, którzy na pewno odchodzą już od zmysłów, lecz nie mogłam znaleźć komórki. Pewnie gdzieś mi wypadła, pomyślałam i poczułam na sobie wzrok kobiety w lusterku wstecznym.
– Jestem Sylwia i mieszkam w pobliskiej wiosce. Dobrze się czujesz?
– Tak, chyba tak. Mam na imię Nadia, dziękuję, że nas zabrałaś.
– Nie ma za co, to niebezpieczne tak stać na środku drogi, mógł was potrącić samochód –powiedziała i zaczęła spowrotem wpatrywać się w jezdnię.
Cóż za stoicki spokój w tak niewiarygodnej sytuacji. W dodatku ów kobietę o szczupłej, pociągłej twarzy i wielkich oczach nieproporcjonalych do reszty, nie zainteresowało najwżniejsze: co się nam właściwie przydarzyło. John siedział bez słowa na przednim siedzeniu i patrzył w nicość. W tamtej chwili nie wydawał mi się już tak wielki jak wcześniej, w dodatku do moich nozdrzy dotarł właśnie okropny swąd męskiego potu, ble. Wnet zrobiło mi się niedobrze, zapach potu, krwi i waniliowego odświeżacza powietrza to było jak dla mnie za dużo. Poczułam się jakby mój żołądek dostał nóżek
i chciał zobaczyć co słychać u kolegów migdałków. W dodatku wtulony we mnie chłopiec zaciskał dłoń na mojej coraz mocniej.
– Jak masz na imię mały? Wszystko w porządku?
– Gdzie jest moja mama? – zapytał nie podnosząc wzroku.
– Nie wiem, pewnie została w pociągu...
– Ona nie żyje, prawda?
Chciałam odpowiedzieć jakimś małym kłamstewkiem, ale mój brzuch postanowił właśnie zatańczyć breakdance'a. Stwierdziłam, że jeśli zaraz się nie zatrzymamy, to Sylwia będzie miała nowy wystrój auta, który zdecydowanie jej się nie spodoba.
– Możemy się zatrzymać? Źle się czuję, muszę się przewietrzyć.
Nie usłyszałam odpowiedzi, a wręcz zostałam olana po całości, chłopiec scisnął moją dłoń tak mocno, że aż podskoczyłam.
– To boli! Ej mały strongmanie, zluzj trochę uścisk – próbowałam rzucić żartem w tej małośmiesznej sytuacji. Sylwio, mogłabyś się zatrzymać? Dokąd my właściwie jedziemy, wydaje mi się, że mijamy ten dom już po raz drugi. Słyszysz co mówię? Ludzie, co się
z wami dzieje?!
– Nie krzycz, już prawie jesteśmy.
– Ale gdzie? Gdzie my jedziemy?! – poziom mojej frustracji sięgał zenitu. Zobacz która godzina, rodzice na pewno się o mnie martwią. Muszę się z nimi skontaktować.
– Jest jeszcze wcześnie. Zobacz, dopiero 16:30.
– Słucham?! – zegarek na desce rozdzielczej na prawdę wskazywał rzeczoną godzinę. Chyba
Ci się zegarek zatrzymał, o tej godzinie wyjeżdżaliśmy z Olsztyna.
Zamiast odpowiedzi otrzymałam krótkie spojrzenie w lusterku. Jej wielkie zielone oczy błyszczały, jakby usłyszała jakąś niesamowicie radosną nowinę, a na twarzy pojawił się lekki, ledwo widoczny uśmiech. Tego już było za wiele, po najgorszym dniu w moim życiu trafiłam do auta jakiejś wariatki, mój wybawca nie odezwał się słowem od kilku minut, a ten mały ściskał moją rękę tak mocno, jakbym wygrała ją na loterii. Jeszcze będzie mi mówić, że mam się uspokoić, nastaw sobie zegarek panno "jestem super wyluzowana w każdej sytuacji". No więc która to godzina, patrzę na mój zegarek po raz drugi, noż kurdę nie wierzę: 16:30! Co tu jest grane...
– Ałaaaa! Czego nie rozumiesz w stwierdzeniu to boli?! – nakrzyczałam na chłopca i w tym samym momencie zrobiło mi się głupio z tego powodu, takie małe wewnętrzne rozdarcie emocjonalne.
– To Ty ją zabiłaś! – wykrzyknął wielbiciel mojej dłoni, a ja wyszarpałam ją z jego objęć czym prędzej.
– Co Ty mówisz? Przecież ja też przed nimi uciekałam.
– Tak było. To Twoja wina – odparł bez emocji w głosie John.
– Czy was do reszty poebało? Małego, przestraszonego chłopca jeszcze zrozumiem, ale Ty? Przecież to dzięki Tobie żyję i siedzę tu teraz.
– Widzisz Nadio, nie wszystko jest tym, czym się wydaje, że jest – rzekła błyskotliwie Sylwia.
Patrzyłam zszokowana i zaczęłam się zastanawiać, jak szybko ulotnić się z tego freakmobilu. Sylwia chyba chciała mi to ułatwić, bo nacisnęła na hamulec tak gwałtownie, że znowu poczułam się jak w pociągu, tylko tym razem pasy powstrzymały mnie przed odlotem. Nawet mój biedny żołądek wrócił na swoje miejsce. Staliśmy gdzieś po środku niczego, było ciemno, a wszystkie światła aut zniknęły, po prostu wyparowały jak kamfora.
– Próbujesz w ogóle to ogarnąć? Dociera do Ciebie sens zaistniałej sytuacji? – Sylwia mówiła zupełnie jak mój ojciec, gdy wracałam podpita do domu. Otwórz swój umysł Nadio...
John zacisnął pięść i uderzył z całej siły w plastik przed sobą. Odwrócił się, a wtedy zamarłam. Przypomniał mi się wzrok Pana Romana tuż przed jego śmiercią. Chłopiec zaczął sapać i ugryzł mnie w rękę, jakby była jego kanapką. Aaaaaaa! Ratunkuuuuu...
– Halo? Obudź się! Co Ty wyprawiasz?!
Otwieram oczy, znowu jestem w pociągu. Wszystko wygląda normalnie, stoimy na stacji
w Olsztynie, a zszokowani pasażerowie patrzą w moją stronę i szepczą coś między sobą uśmiechając się przy tym szyderczo. Chłopak siedzący obok spogląda na mnie przerażonym wzrokiem i próbuje wyciągnąć moje paznokcie ze swojej dłoni. Na przeciwko siedzi starszy mężczyzna spocony tak, że aż kapie mu z czoła, ochyda. Na lewo od spoconego zimową porą siedziała oczywiście Anka w swojej gustownej czerwonej kurtce i uśmiechała się pisząc smsa, nie patrząc nawet w moją stronę. Puściłam nieszczęśnika siedzącego obok i poczułam się nieswojo. Zaczęłam grzebać w torebce, o dziwo wszystko było na miejscu. Wyjęłam komórkę, która wskazywała 16:30. Zaraz ruszamy, telefon wibruje, odbieram.
– Jak tam bejbe? Na jakim etapie jesteś?
– Co? Przecież rozmawialiśmy już dziś na ten temat.
– Eeee, nie wydaje mi się. Ale nie ważne, zaraz idę postrzelić karpia z wiatrówki, takie...
– Humaitarne zabijanie? – przerwałam wypowiedź Franka.
– Wow, dobra jesteś. Normalnie czytasz mi w myślach! Jednak opłacało się czytać tę książkę o telepatii.
– No widzisz, a mówiłeś, że nie wierzysz w takie rzeczy. Zadzwonię do Ciebie później, jak już będę na miejscu. Paaa – zakończyłam rozmowę w dość niewybredny sposób.
Włożyłam telefon do torebki i rozpięłam do końca kurtkę. W przedziale było strasznie gorąco, po części zrozumiałam Pana z naprzeciwka. Sprawdziłam włosy, były okropnie potargane. To dziwne, jeszcze przed paronastoma minutami poprawiałam je w łazience, a przynajmniej tak mi się wydawało. To był najdziwniejszy sen w moim życiu, tak realistyczny, że nadal czuję zapach odświeżacza powietrza z samochodu Sylwii. Na szczęście moje ubrania były czyste, uff. Mężczyzna wytarł twarz chusteczką, zgniótł ją, po czym wstał i wyszedł z przedziału. Anka przesunęła się na jego miejsce pod oknem nieodrywając oczu od komórki. Pewnie pisała smsy do koleżanek, coś w stylu "Jadę pociągiem z jakąś wariatką, co krzyczy przez sen i ściska obcego kolesia, haha". Pociąg ruszył, a ja miałam złe przeczucia co do dalszej podróży. Poczułam się jak bohaterka filmu "Oszukać przeznaczenie" i zastanawiałam się, czy nie wysiąść na następnej stacji. Ale zaraz, Anka wyglądała normalnie. Może nie była ubrana zbyt stylowo, ale kurwiki zniknęły
z jej oczu. Kilka siedzeń dalej dostrzegłam Pana Romana, był ewidentnie przeziębiony, ale nic poza tym. Czyli to był tylko zły sen, pomyślałam i podbudowałam się wewnętrznie. W tej właśnie chwili na puste miejsce obok Anki usiadł on, John Rambo we własnej osobie. Otworzyłam szeroko oczy
i przyjrzałam mu się dokładnie. Nie znałam go wcześniej, więc skąd do cholery wziął się w moim śnie?! Chyba poczuł na sobie moje spojrzenie i odwzajemnił je na krótką chwilę. Miał ciemne, przerzedzone włosy, ok 180 cm wzrostu i w sumie był nieźle zbudowany. Jego wzrok był równie obojętny, jak wtedy w aucie, więc przestałam się gapić. Spojrzałam za okno, pociąg powoli zatrzymywał się na stacji Olsztyn Zachodni. Mijały mnie szare twarze zniecierpliwionych ludzi, aż tu nagle bach, aż zerwałam się z miejsca. Na peronie stała ona, Sylwia trzymająca za rękę chłopca, który jeszcze przed chwilą przytulał mnie w jej aucie. Z twarzy była podobna do Anji Rubik,
w dodatku tak samo chuda i wysoka. Śledziłam ją wzrokiem, aż do momentu ich wejścia do pociągu. Rozglądałam się nerwowo, żeby ją wypatrzeć, ale tłum ludzi w przejściu mi to uniemożliwiał. Chłopak siedzący obok chyba do końca zwątpił w moją normalność i schował się za książką. Luknęłam na okładkę, był to znany mi tytuł "Tajemnice ludzkiego umysłu", książka
o której wspominał Franek. Zebrałam rzeczy, wstałam i ruszyłam w stronę przejścia. Spotkałam tam pokaźną kolejkę do WC, czekałam tylko na kobietę z zestawem noży. Oczywiście była na swoim miejscu, a tuż obok niej stał chłopak od papierosa odwrócony do mnie plecami. Stanęłam trochę na palcach, by zobaczyć, co dzieje się za nim. Ujrzałam zielony płaszcz Sylwii, nie zastanawiając się długo ruszyłam w jej stronę. Przeszłam przez przedział obijając się o tłoczących się ludzi, weszłam do ostatniego wagonu, gdzie było równie ciasno. Zdążyłam tylko przyuważyć, jak Sylwia znika za drzwiami. Weszła do ostatniego przedziału bagażowego, w którym było zupełnie ciemno, dziwne. Otworzyłam nieśmiało wrota, gdy byłam dzieckiem bardzo bałam się ciemności, lecz w tym momencie chęć wejścia w mrok była silniejsza od moich fobii. Zrobiłam krok do przodu, wszechogarniająca ciemność przyprawiła mnie o ciarki na całym ciele.
– Wejdź proszę i zamknij za sobą drzwi – powiedział znajomy damski głos.
No więc weszłam, sama nie wiem czemu, ale to zrobiłam. Gdy już moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyłam postać siedzącą na siedzeniu przy oknie.
– Nie bój się, usiądź.
Widziałam tylko zarys postaci, ale gest ręki wskazujący miejsce obok był bardzo wyraźny. Nabrałam powietrza w płuca i usiadłam. Znowu poczułam zapach wanilii, spojrzałam na Sylwię, jej chuda twarz pojawiała się i znikała wraz z przemieszczaniem się pociągu. Za to nigdzie nie mogłam dostrzec chłopca. Po krótkich oględzinach postanowiłam wreszcie zagaić rozmowę.
– Może zechciałabyś, droga koleżanko, rozjaśnić mi odrobinkę zaistniałą sytuację? – starałam się być grzeczna i opanowana i chyba nieźle mi wyszło.
– Cóż – odpowiedziała i podpaliła papierosa. Myślę, że już zaczynasz się domyślać. Jeśli nie,
to znaczy, że bardzo się pomyliłam co do Ciebie, a to mi się raczej nie zdarza.
– Wiem na pewno, że miałam sen. Straszny sen o ataku wściekłych ludzio-zombie.
– No, pierwszy krok za nami. Jak myślisz Nadio, gdzie się teraz znajdujesz?
– Czy to jest podchwytliwe pytanie? Bo gdzie obecnie siedzimy chyba nie ulega wątpliwości.
– I tu się mylisz kochana – odrzekła wypuszczając chmurę dymu. Może zapytam inaczej, co ostatnie pamiętasz z wczorajszego dnia, a konkretnie wieczora?
– Hmm, piłam herbatę i oglądałam wiadomości. Potem weszłam na stronę openyourmind.eu
i rozmawiałam chwilę na forum z zaprzyjaźnioną grupą. Postanowiłam poczytać przed snem i... dalej nie pamiętam. Dziwne, jakaś czarna dziura w mojej pamięci.
– Potem zapewne poszłaś spać Nadio. Lubisz horrory, prawda? Muszę przyznać, że masz
na prawdę bujną wyobraźnię. Jak na pierwszy raz było całkiem nieźle.
– Aleee...
– No, ale może tak dla odmiany zamknij teraz oczy i wyobraź sobie coś miłego, jakieś ciepłe
i przyjemne miejsce.
Głos Sylwii brzmiał tak hipnotyzująco, że bezwiednie zamknęłam oczy i znalazłam się na plaży
w Unieściu. Żar lał się z nieba, morskie fale uderzały o brzeg, leżałam na kocyku i czułam się wspaniale. Spostrzegłam, że z wody wybiega chłopiec o blond czuprynie, biegnie w moją stronę, uśmiecha się i macha ręką. Patrzę w prawo, nikt nie reaguje. Patrzę w lewo, a tu Franek. Woda ściekała z niego ciurkiem, ale dzierżył już w ręku ręcznik. Ponownie spojrzałam przed siebie, ale chłopiec zniknął.
– Ehh dziewczyno, słabo Ci wychodzą sielankowe sceny. Musisz nad tym popracować.
Bo pamiętaj, że możliwości i granice naszego umysłu są...
– ...wyznaczane przez nas samych i tylko ćwicząc i medytując możemy je w pełni poznać
i wykorzystywać – dokończyłam bez zastanowienia zdanie Sylwii.
– No właśnie! Pojętna uczennica – dodała gasząc papierosa na podłodze.
– To jest ostatnie zdanie, jakie pamiętam z wczorajszego wieczora i to bardzo dokładnie. Napisała to "QueenSybilla" na moim forum.
Zaczęłam kojarzyć fakty. Jakby nagle ktoś nacisnął start w mojej głowie i przetoczyły się przez nią tysiące myśli, obrazów i dźwięków. Złapałam się za czaszkę, gdyż w danej chwili ciężko było mi to ogarnąć. Powoli, dajcie mi pomyśleć, stop! Krzyknęłam wewnętrznie i otworzyłam oczy. Ciemny przedział zniknął, siedziałyśmy teraz przy stole w dużym, jasnym pomieszczeniu, jakby
w jakimś pokoju przesłuchań. Sylwia siedziała chwilę bez słowa uśmiechając się tajemniczo.
– Czyli to wszystko moja wyobraźnia, tak? To znaczy mój sen?
– Tak Nadio, wreszcie dotarłyśmy do sedna. Ty jesteś tu architektem i to właśnie Ty tworzysz obecną senną rzeczywistość – powiedziała i wstała z krzesła.
– No dobrze, lubię horrory, więc sen o ataku niby zombie w pociągu rozumiem. Zresztą często miewam podobny sen, tylko dzieje się w lesie.
– Sny to przeważnie odzwierciedlenie rzezywistości, tego, co działo się w ciągu dnia. Myślałaś o podróży pociągiem do domu, stąd miejsce i niezbyt lubiany przez Ciebie sąsiad. W sytuacji zagrożenia potrzebowałaś obrońcy, więc się zjawił. Koleżanka ze szkoły, hehe. Już nie pamiętasz jak rzuciła się na Ciebie podczas jednej z przerw w szkole i chciała Cię pobić? Chłopak od papierosa chciał Ci kiedyś ukraść telefon na ulicy, więc podświadomie zapamiętałaś jego twarz. A chłopiec? Sama mi powiedz – odparła i wskazała palcem w kąt pokoju.
Siedział tam i bawił się klockami, jego blond loczki sterczały radośnie, a on sam rzucił mi wesołe spojrzenie.
– Ale jak to możliwe, że się nie zorientowałam?
–Jeszcze długa droga przed Tobą, z czasem nauczysz się to kontrolować. A teraz Nadio, udowodnij mi, że nie śnisz.
Jej ostatnie zdanie dudniło mi w głowie jak echo w górach. Spojrzałam na siebie, byłam ubrana
w to samo, co wcześniej. Zajrzałam do torebki, wszystko było na miejscu. Zegarek, tak to jest to! Jest godzina 17:02, powinniśmy już być na miejscu. Sylwia stała obok przypartując się każdemu mojemu ruchowi i odpaliła kolejnego papierosa. Spojrzałam na zegarek po raz drugi, była... 16:30!
– Godzina się nie zgadza, a to znaczy, że śnię! – wykrzyknęłam radośnie.
– Brawo kochana – odparła i stanęła za moimi plecami patrząc na swój zegarek. Właściwie, to już prawie 5-ta, pora wstawać! – krzyknęła kopiąc w nogę mojego krzesła tak mocno, że straciłam równowagę i zaczęłam lecieć do tyłu.
Pstryk, otwieram oczy. Patrzę złowieszczym wzrokiem w stronę budzika, który krzyczy do mnie: wstawaj, już 5-ta! No nie wierzę, że też muszę wstawać o tak szatańskiej godzinie. Dlaczego o tym pomyślałam, przecież to już było! Siedziałam na łożku przerażona z oczami wielkimi jak podstawek od filiżanki. A jeśli to nadal sen?! Patrzę ponownie na zegarek, jest 5:02. Wstaję, za oknem zima, padający śnieg przyprawił mnie o dreszcz. Spoglądam nieśmiało na komórkę, jest 5:03, uff, wreszcie się obudziłam. Poszłam do łazienki licząc kroki i zastanawiając się, co przyniesie mi dzisiejszy wigilijny dzień. Bloody Christmas, ho ho ho.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -