Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Butoń

Jan Maszczyszyn

Nie wiem jak się znalazł pod moją świąteczną choinką.
Leżał obrzydliwie przewrócony do góry podeszwą. Półbut, najwyraźniej męski. Pozbawiony sznurówki, z wywieszonym obrzydliwie jęzorem stanowił gryzący oko dysonans. Pomyślałem, że w ostatni weekend któryś z odwiedzających mnie kolegów zrobił obrzydliwie głupi kawał, podrzucając mi tego głupiego śmiecia. Na dodatek już z odległości kilku kroków intensywnie cuchnął jakąś porzuconą skarpetą.
Wziąłem go do ręki tylko z wrodzonego zamiłowania do porządku. Niosąc w kierunku kosza zerkałem do środka. Nie widziałem pozostawionej skarpetki. Obejrzałem dokładniej, poszukując znaku marki.
I nic...
Podeszwa wyglądała na bardziej zjechaną z jednego boku, jakby nosiciel przez całe lata kulał na prawą nogę. Znam ludzi chodzących krzywo, ale właściciel tego półbuta zaliczał się do grona wyjątkowych niechluji.
Poza tym but jak but.
Cechy charakterystyczne?
Trudno było, tak na oko, odgadnąć prawidłową numerację. Raczej dziesiątka. Albo może europejskie czterdzieści trzy? Cholera wie? Nie wyglądał mi ani na prawy, ani, co gorsza na lewy. Był jakiś taki... środkowy.
Z budzącym się zainteresowaniem przesunąłem opuszkami palców po jego powierzchni. Zastanowił mnie dziwaczny deseń tuż przy zwieńczeniu.
Brodawki?
Cóż za głupie przypuszczenie?
Nie, ale może litery? Też nie.
Zbyt wiele musiał by się szewc w skórze nadłubać. Lata musiałby w pracowni spędzić. Chociaż głowy bym nie dał. Może sobie i podłubał? Co taki staruch może z nudy innego robić?
Wyrzuciłem śmiecia z rozmachem i zaraz o całej historii zapomniałem.
Rano odnalazłem na dywanie rozmazane ślady śmietany. Zeszłego popołudnia rozbiłem słoik i wyrzuciłem resztki dokładnie na nieszczęsnego trzewika.
Mając złe przeczucia pobiegłem do pokoju z choinką. No, tak..
But leżał przewrócony do góry spodem. Identycznie, jak znalazłem go wczoraj. Dzisiaj wydawał się być bardziej lśniący i dziwnie wytłuszczony. Myślę, że miał to po dokładnie wtartej śmietanie. Tylko, kto po raz kolejny pozwolił sobie na taki żart? Nasmarowany wytłuk pod choinkę? Co za bezczelność?!
Sięgnąłem po trzewik ze złością. No, chyba, że trzewik sam chodził. Przyznam, że miałem w nocy wrażenie czyjegoś upartego stąpania wokół łóżka. Niedorzeczna myśl. Oblał mnie zimny pot.
Energicznym krokiem pośpieszyłem do kuchni z zamiarem natychmiastowego pozbycia się śmiecia. Jeszcze nad koszem się zawahałem. Bijący zeń przyjemny zapach coś mi przypomniał. Dotknąłem palcem gąbczastego wkładu. Nie, nic z chińszczyzny. Perfekcyjnie wpasowany element mający więcej z biologicznej tkanki niż z taniego syntetyku. Włożyłem zakatarzony nos do wypełnionego miłym ciepłem środka. Zakiełkowała dziwna, niedorzeczna myśl. Przy lada nacisku czubkiem nosa ukazywały się na powierzchni gąbki kropelki pomarańczowej, słodkawej w smaku cieczy.
Czyżbym skosztował?
Naturalnie, że tak. Nie potrafiłem się oprzeć. Pokusa rozlała się po moim ciele niczym natręctwo ekshibicjonisty. Zlizywałem pojawiające się krople z prawdziwą rozkoszą. Miały posmak pierwszego pocałunku. Niosły ze sobą magię namiętnych nocy.
W kuchni położyłem GO ostrożnie na podłogę. Wydawał się być skrzywdzony moją poprzednią jakże niesprawiedliwą oceną. Stał -zrozpaczony? Owszem...
Był w jakiś sposób barbarzyńsko odpychający...ale jednocześnie niebiańsko pociągający.
Zdecydowałem w ułamku sekundy.
Pięknie spasował na prawą stopę. Natychmiast zrobiło mi się wściekle gorąco. Jęknąłem z rozkoszy. Wyściółka znała na wylot strefy erogenne mojej stopy. Cudownie wygięte sklepienie śródstopia? Wcale nie miałem wrażenia łaskotania....
Był to gorzko- cierpki przedsmak totalnego orgazmu. Zaledwie zapanowałem nad kolejnymi spazmami jęków. Czułem w piersiach piekące, miłe natężenie i skurcz za skurczem. Wciskałem stopę coraz głębiej i szybciej, szybciej!
I stało się...
Oparłem się całym ciężarem o kredens. Właśnie runął sens moich światów. Po cóż było się wspinać i kraść, i szczebiotać, i błagać o litość! - u kobiet podstępnych i złych? Po cóż było lamentować w dniach samotności?
Kiedy istnieją takie cuda…Zamrugałem oczyma.
Uśmiechnąłem się do swojej myśli. To mógł być wyłącznie Cameron. On znał asortyment sex shopów na wylot. Zapewne zrzucili się na prezent. Będę musiał zaprosić wszystkich na piwo, myślałem.
Tymczasem spróbowałem zdjąć buta. Zszedł dość łatwo. Może z powodu mokrej, rozerwanej skarpetki pachnącej rozsmarowanym miodem? Ze złością wyszarpałem resztki tkaniny z wnętrza buta. Materiał rozchodził się w palcach. Rzuciłem strzępy w stronę kuchennego kosza. Przez przypadek spojrzałem na zegar.
Minęła północ.
Jakoś niezauważalnie spędziłem pięć godzin na tym przymierzaniu.
Spoglądałem z niepokojem na moją bosą stopę. Raz po raz zaglądałem do środka trzewika, lśniącego ponętnie od wilgoci. Wnętrze tego czegoś pochłonęło mnie bez reszty. Nie mogłem opanować drżenia. Oszalałem! Wyraźnie nie radziłem sobie z własną lubieżnością! Zbliżyłem usta. Delikatnie wysunąłem język. Liznąłem sterczący, słodki języczek trzewika.
Półbut oddał mi to samo drżenie! Jak jakaś, nie przymierzając, rozbrojona portfelem dziwka. Kątem oka zerknąłem na nogę.
Przecież tak cudownie obnażona stopa zasługiwała na kolejny seans przyjemności. Wsunąłem najpierw palce. Widziałem jak skórzana powierzchnia buta marszczy się z rozkoszy, jak drży i migocze jej oślizłej wnętrze. Skarpetka tłumiła przedtem intensywność doznań. Teraz było o niebo lepiej. Co ja mówię? Bosko! Ciepła wilgoć i delikatny ruch wsuwania był nieporównywalny do wszystkich moich seksualnych uniesień razem wziętych na przestrzeni całego, smutnego i do niedawna samotnego życia.
Wyobrażacie sobie? Sam akt zakładania buta trwał pól godziny. Wszystko dlatego, że moja stopa stała się nagle- za bardzo płochliwa? Uciekała! Cofała się w chwili rozkoszy. Udawała cnotliwe zmieszanie, wrodzoną wstydliwość, niedoświadczenie, tępość seksualnego pociągu. Czy but mógł mnie podejrzewać...O dziewictwo? Mój Boże...
Musiałem wyglądać idiotycznie dla obserwatora z zewnątrz. A z punktu widzenia trzewika? Obrzydliwie. Znieruchomiały w przykurczu grubas, mocno pochylony, skoncentrowany na JEGO dziurkach od sznurówki.
Dobra! Dość tego!
Jedną ręką odrzuciłem górę z pidżamy. W ciągu ostatniego kwadransa stała się kompletnie mokra od potu. Dół zsunął się sam , nie wiedzieć czemu, podczas pamiętnego przejścia do kuchni. Nadal trwałem skupiony na zakładaniu buta jak ,za przeproszeniem, królowa na sraniu. Ponownie wyciągnąłem stopę. Postanowiłem się w pełni obnażyć!
Nie, nie odłożyłem drżącego trzewika ani na moment.
Pomogłem sobie drugą ręką. Stanąłem goluteńki na środku kuchni. Poprzez otwarty lufcik w oknie dolatywały strzępy latynoskiej muzyki z podwórka. Zakołysałem biodrami. Zatańczyłem z głupawym uśmiechem szczęścia. Raptem znieruchomiałem. Nie wiedzieć kiedy, spróbowałem zbyt agresywnie założyć obuwie. Wiem, tak się nie robi. Nawet wobec rzeczy należy zachować dystans i zrozumienie, wręcz dżentelmeńską delikatność. Przeprosiłem w myśli. Nadal szło dość opornie, ale to może z powodu mojego niecodziennego podniecenia. Wiedziałem, co mnie czeka. Niecierpliwiłem się do granic nieprzyzwoitości. Nazbyt się śpieszyłem, będąc szorstki i nieprzyjemny dla wysuwającego się coraz bardziej języczka.
Wreszcie stopa w pełni się wymieściła. BUT oddał się całkowicie. Odczułem satysfakcję jak nigdy dotąd.
Tym razem moment rozkoszy przedłużył mi się do rana. Słodko zmęczony zwaliłem się na zimne, kuchenne kafle i tak zasnąłem. Kiedy słońce przyczołgało się do mnie około ósmej piętnaście, uniosłem głowę próbując zorientować się w sytuacji. Moje spojrzenie natychmiast pobiegło w stronę drżącej jeszcze stopy. Wyglądała na zdrową. Może trochę wykręciłem ją przy upadku, bo wyglądała na nieproporcjonalną i dziwacznie pokręconą. Wstałem ostrożnie ...I wiecie co? Nawet przez sekundę nie pomyślałem o zdjęciu dziwnego obuwia. Najchętniej poszukałbym drugiego do pary. Wykręciłem głowę i przez otwarte drzwi zerknąłem ciekawie pod choinkę, czy aby się coś nie pojawi.
Nic. Choinkowe ozdoby zaszemrały jednak złowieszczo. Poważnie zaniepokoił mnie ten dźwięk.
Dziwnie kulejąc przywlokłem ciało do kuchennego kredensu. Jednym ruchem nastawiłem expres do kawy.
Ciekawe, że ani przez sekundę nie pomyślałem o pójściu do pracy albo przynajmniej telefonie do szefa z jakimś sensownym usprawiedliwieniem nieobecności. Świat przestał dla mnie istnieć. Liczył się tylko ON. BUT.
Pijąc z gorącej filiżanki wyjrzałem przez okno ciekawie. Było żółte od jakiegoś skórzanego nalotu. Skórzany pył? Z buta? Może zarodniki? Nie, nonsens.
Przetarłem szybę wierzchem dłoni. Szybkim ruchem odsłoniłem spojrzeniu spory kawał podwórka. W oddali widok ograniczał pokryty białym graffiti płot fabryki mebli Diffa Mayersa. Tuż obok spacerował z psem ślusarz Tom Furhermore. Facet mocno kulał na prawą nogę. Pamiętałem go biegającego. Krzepki gość. Zwykle przemierzał chodnik, a potem ulicę wyczerpującym sprintem. Dzisiaj wyglądał okropnie. Pokrwawione spodnie, potargane włosy i ta poszarpana, czy pogryziona bluza. Czuprynę pokrywały mu plamy jakiegoś błyszczącego żelu. Czyżby Tom pocił się... żelem? Czterdziestolatek? Przecież to był okaz zdrowia. Przy każdym koślawym kroku swego pana pies podskakiwał i szczekał zajadle.
Dużo bliżej, przy śmietnikach opróżniał kubły Vincent spod trójki. Jego prawa noga była niewidoczna, jakby schowana wewnątrz wiszącego w powietrzu ... Zaraz, zaraz...buta?
Wiedziony złym przeczuciem odsunąłem się na krok od krawędzi parapetu. Filiżanka wypadła mi z ręki hałaśliwie rozbijając się o podłogę.
Stałem jak wryty...na jednej nodze, otoczony bielą szklanych łusek. Prawa noga była aż po udo wciągnięta do kołyszącego się w powietrzu buta. Nieznośnie ciążyła ku ziemi, jakbym miał w nim załadowany stukilogramowy odważnik.
Czy się bałem? Już teraz?
Nie potrafię powiedzieć nic o strachu, bo za każdym razem lęk pochłaniało ogromne, niezdrowe podniecenie. Tak, nadal czułem euforię. Na nowo, falami rozlewała się po moim ciele niesamowita błogość.
Mimo to przyglądałem się dużo przytomniej pochłaniającemu mnie zjawisku. Wiem, że już od jakiegoś czasu nie potrafiłem wykrztusić słowa, jakby samo gardło ulegało postępującej, lawinowej deformacji, a głowa straszliwemu wykrzywieniu. Z trudnością koncentrowałem wzrok.
Ale, tak, nie mylicie się... Odczuwałem swoistą sado- masochistyczną przyjemność w obserwacji zatracenia się własnego ciała. Otóż kurczyło się, zmieniało w bezpostaciowe, albo raczej ślimacze , przylegające z jakimś dzikim oporem do podłoża, mlaskające mięso. Przywarłem do podłogi jak kawał rzuconego, niewyrobionego ciasta. Miałem GO już gdzieś na plecach. Wewnętrzna strona buta centymetr po centymetrze zasysała w siebie bezwładnie wpadający organizm. Zwijałem się niczym sflaczały balon. Ból? Nie czułem bólu tylko seksualny entuzjazm i ciekawość. Co mnie czeka? Co jeszcze? Jak bardzo dziwacznie się stara, aby urozmaicić doznania? Odrętwiałem z przejmującego lęku, bo nie był to , na Boga , entuzjazm, gdy dotarło do moich uszu przeraźliwe chlipanie. Szkielet ? Wymiękł i splątał się bez sensu. Odnalezienie na wysokości prawego uda pępka napełniło mnie krótkotrwałą zgrozą.
Ryknąłem w opustoszałą z mej osoby przestrzeń. Musiałem wyglądać jeszcze komiczniej. Gdzieś stale wsuwał się mój tułów , chociaż głowa dalej trzymała się w dość wypośrodkowanej pozycji i mógłbym przysiąc, że lewa stopa dalej ma na sobie naciągniętą dziurawą skarpetkę. Miałem wrażenie, że wykonuję dziwaczny szpagat bez udziału tułowia!
Spróbowałem poderwać prawą nogę ku sobie. Poddała się całkiem swobodnie. Gdzieś zapadło się ciało , zniknęła głowa i teraz miałem oczy prawie na wysokości podłogi. Spanikowałem. Gorączkowo szukałem palcami prawej stopy ciepłej oazy BUTA. Nie znalazłem!
Zrobiłem kilka dziwnych podciągnięć w kierunku pokoju i ciemnego z tego dystansu świątecznego drzewka. Upadłem? Turlałem się? Myślałem o Peggy i o tym, że ma zapasowy klucz do mieszkania i że będzie lada chwila się darła za zaświniony śmietaną i krwawą wybroczyną dywan.
Zatrzymaliśmy się pod drzewkiem.
Tak zdałem sobie sprawę z rzeczywistości.
Dom Butoni był na moim grzbiecie. Przywarł i zasysał. Zasysał i puszczał. Wtedy rozlewałem się bez formy na dywanie. Wyglądałem jak mały ślimak, z bezbronnym wytrzeszczem we własne odbicie w choinkowej ozdobie.

Mieliśmy jeszcze miejsce na kolejną osobę. I jeszcze…Ja i Butonie.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -