Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Bobreckie Samhain

Dariusz Łowczynowski

"Bo spotkało mnie, czegom się lękał, bałem się, a jednak to przyszło."
Job3,25


- Cholerne VG, cholerna pogoda – złorzeczył w duchu Arek.
Od samego rana wszystko szło nie tak, a perspektywa spędzenia nocy w dyżurce fabryki opakowań odbierała mu resztki dobrego samopoczucia. Ojciec wyjechał nad morze by w Święto Zmarłych na rodzinnej nekropolii „spotkać” raz jeszcze nieżyjących krewnych i przyjaciół. Matka musiała zostać za granicą, a brat z rodzinką wyjechał do teściów. Został sam i to właśnie dziś w wigilię Wszystkich Świętych. Trwające od kilku dni ulewne deszcze pogłębiły tylko jego podły nastrój i chandrę. Tego wieczora najchętniej zostałby w domu oglądając jakąś przygłupawą komedię i pijąc piwo.

- Służba nie drużba – przypomniał sobie odpowiedź komendanta, gdy prosił o kilka dni wolnego by wyjechać do rodziny razem z ojcem. – Ojczyzna wzywa Arku, nie ma że boli...
- Nie pytaj co Kombinat może zrobić dla ciebie, zapytaj co ty możesz zrobić dla niego– gorzko spuentował wpatrując się w krajobraz zza szyby autobusu.

Właśnie przejeżdżał obok popadającego w ruinę pałacu Sapiehów. Ten przykry widok przywołał z pamięci fragment opowieści pewnego archeologa, który ubiegłego lata prowadził badania w Bobrku – miejscowości, w której Arek przyszedł na świat i przeżył 24 lata. Na pagórku, na którym teraz stoi pałac niegdyś znajdowała się zbójecka warownia, lecz to nie koniec jego historii, okazało się, iż owe wzniesienie w swym wnętrzu kryje jeszcze jedną tajemnicę. Ów badacz odkrył mianowicie, że pagórek jest niczym innym jak kurhanem celtyckim. Zabawne, że przypomniałem sobie o tym właśnie dziś – pomyślał – w noc celtyckiego święta Samhain, kiedy to otwierają się wrota między światem realnym a nadprzyrodzonym. Tej nocy szczególne zagrożenie czyhało na samotnych. Ich znękane dusze przyzywały istoty z zaświatów. To właśnie dziś, w noc pełną magii i dziwów nie z tej ziemi, walijski bóg Arwan ma wyruszyć na swe łowy w towarzystwie sfory upiornych białych chartów.

- Taa – żachnął się. – Jeśli istnieje jakaś magia, jakakolwiek Moc to tylko ta wewnątrz nas samych. No nic, czas wysiadać.

Autobus zatrzymał się tuż obok kościoła i przyległego doń cmentarza. Arek spojrzał w stronę cmentarnego muru, próbując dojrzeć blask płonących na grobach zniczy. Nigdy nie mógł zrozumieć, jaki sens ma palenie ich przez cały rok, a już w szczególności pod koniec października. W głowie zabrzmiał mu głos nieżyjącego już proboszcza, który kwitował te praktyki jednym zdaniem: „Zmarłym ich światełka gówno pomogą, lepiej byłoby przeznaczyć te pieniądze na chleb dla głodnego dziecka.”. Jakkolwiek żadnej łuny dziś nie zobaczył, bowiem skutecznie przeszkodziła mu w tym gęsta niczym zupa mleczna mgła.
- Z dwojga złego wolę mgłę niż deszcz – skwitował.

Po drugiej stronie ulicy znajdowała się stacja benzynowa gdzie zwykle zaopatrywał się w prowiant do pracy.
- Cześć Mario – przywitał się ze sprzedawcą.
- Witaj – odpowiedział. – Nocka?
- Cholerne VG – odparł ziewając. – Niezbędnik nocnej straży proszę.
- Fajki i gorzka czekolada – uśmiechnął się cierpko – Stary rzuciłbyś to w diabły, szanuj się.
- Tak, tak, to ostatnia paczka, słowo – roześmiał się w głos chowając zakupy do plecaka.
- Ech... – sprzedawca machnął ręką głęboko wzdychając. – W taką noc jak dziś za żadne skarby nie wszedłbym do lasu.
- Fakt, nie wygląda to za ciekawie, nawet jednej gwiazdy nie uświadczysz, a mgła spowija wszystko niczym śmiertelny całun trupa. Do tego nawalił mi rower, a akurat nie ma nikogo w domu, kto mógłby mnie podrzucić samochodem i muszę przejść pieszo przez las. No nic, na mnie już czas, muszę zdążyć na dwudziestą drugą – pożegnał się.
- Uważaj na siebie, wiesz jak jest – w głosie sprzedawcy zabrzmiał nutka niepokoju.
- Ale nie wiadomo jak będzie – dokończył Arek – Ten las znam jak własną kieszeń, a poza tym złego diabli nie biorą – zaśmiał się i uniósł dłoń w pożegnalnym geście, po czym ruszył w stronę lasu. Chwilę potem zniknął we mgle.
Minął „Zajazd Magda” i skręcił w polną dróżkę. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Czterdzieści pięć minut zajmie mi droga przez las, dziesięć minut przez miasto, powinienem zdążyć – skalkulował. Gdy z głośnym pluskiem wdepnął w kałużę, zaczął żałować, że nie zabrał latarki. Z trudem widział kontury dróżki, a nie dotarł jeszcze do lasu.
Ostrożnie poruszał się krok po kroku, czubkiem buta sprawdzając grunt przed sobą.
– Czarno to widzę, ba w ogóle nic nie widzę – zreflektował się. – Jestem ślepy niczym kret. Równie dobrze mógłbym zamknąć oczy i wyostrzyć pozostałe zmysły.
Gdy „pozbawił się” zmysłu wzroku do jego nozdrzy dotarł przykry odór gnijących odpadków. Dotarł już do wysypiska śmieci.
– Jeszcze kilkadziesiąt metrów i wkroczę na teren Mrocznej Puszczy – rozpoczął igraszki ze swoją wybujałą wyobraźnią. – A potem „porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”.
Oczyma wyobraźni widział już olbrzymie pająki czyhające w koronach drzew na takich jak on zbłąkanych wędrowców.

Leśna droga mierzyła około trzech metrów wszerz. O tym, że zbliża się do jednej z krawędzi informowały go wysokie trawy lub nisko opadające gałęzie, o które zaczepiał rękoma. Po dziesięciu minutach marszu potrafił już trzymać się jej środka. Zaprzestał lawirowania między kałużami, lokalizowanie i omijanie ich zajmowało zbyt wiele czasu. Oddychał w równym tempie delektując się przyjemnym zapachem wilgotnej leśnej ściółki. Starał się myśleć o rzeczach przyjemnych lub przynajmniej praktycznych, byle tylko nie podsycać swej wyobraźni. Na próżno. Co rusz wydobywał z pamięci różne niesamowite opowieści snute niegdyś przez jego dziadka. Wtedy to obaj siedzieli w cieplutkiej kuchni, tuż obok pieca węglowego i nie straszne im były żadne stwory mroku. W tej chwili nie czuł tamtego komfortu. Zwłaszcza teraz poczuł się niepewnie, gdy przypomniał sobie jedną z opowieści dziadka - tę o strzygoniach, które w taka noc jak ta wałęsają się po lasach. Owe niebierzmowane paskudy potrafiły dość okrutnie obchodzić się ze swoimi ofiarami, mawiano również, że mają swoiste makabryczne poczucie humoru. Razu pewnego przekonał się o tym pewien chłop z jednej z pobliskich wiosek. – Frania mu było – przypomniał sobie. Chłop nie wrócił na noc z lasu, gdzie w ciągu dnia rąbał drzewo. Następnego ranka znaleziono go nieopodal „Białych Brzegów”, a właściwie to co z Frani zostało. Ludzie powiadali, że rozszarpały go wilki, tylko kto widział wilki chodzące po drzewach? Jego szczątki znaleziono rozwleczone na gałęziach, a z jelit oprawca zrobił krwawe girlandy, które w kilku miejscach przecinały leśną drogę. – Niczym Floriańska w okresie bożonarodzeniowym – zaśmiał się Arek. Lecz nie był to śmiech szczery i spontaniczny.

- Jezuuu! – krzyknął czując nagłe uderzenie i piekący ból na prawym policzku. Błyskawicznie odskoczył w tył nieszczęśliwie lądując lewą stopą po kostki w kałuży. Zimna woda wdzierająca się do jego buta przywróciła mu jasność myśli.
- Durniu, to nie żaden strzygoń tylko cholerna gałąź – zganił się w myślach. – Zbliżyłeś się znowu do prawej krawędzi drogi.
Ścieżka wchodziła w delikatny łuk, co oznaczało, że zbliżał się już do pierwszego rozwidlenia.
Przystanął na moment oddychając głęboko. Przyłapał się na tym, że rozgląda się wokół, próbując uchwycić w tej głuchej ciszy jakikolwiek szmer.
- Wrzuć na luz – uspokajał sam siebie. Lecz jego tłukące się w piersi serce ani myślało zastosować się do tej rady.
- 10, 9, 8... – rozpoczął odliczanie nabierając powietrza w płuca.
- 7, 6, 5, 4...
- 3, 2, 1 – poczuł fale rozluźniającego ciepła rozchodzące się po całym ciele. Kursy medytacji i samokontroli nie poszły na marne, a wchodzenie w stan alfa zawsze przychodziło mu bez większego trudu. W jednej chwili pozostawił za sobą mroczny las i przeniósł się do swojego wymarzonego miejsca – Bezpiecznej Przystani. Otworzył wewnętrzne oczy i zobaczył, że znajduje się na drewnianym pomoście. Za sobą miał spokojną morską toń, na wprost niego biegła polna ścieżka wijąca się wzdłuż łąk i pół z łanami złocistych zbóż. Śmiało ruszył do przodu nucąc wesoło: „Iść ciągle iść w stronę słońca”.

Słońce, no właśnie, gdzie jest słońce? – zdziwił się rozglądając się wokół. Krajobraz w jego Przystani nagle zachwiał się i uległ przeobrażeniu – na złote pola wdarła się mgła, a horyzont zaczął pędzić w jego stronę. Najpierw dostrzegł czubki drzew, chwilę potem zauważył jak z koron zeskakują wielkie kosmate pająki. Jednocześnie usłyszał gdzieś za sobą stukot i chrzęst chitynowych odnóży.

- Przystań! – warknął zirytowany na powrót przywołując poprzednią wizję. Wróciła zaledwie na moment, by po chwili zlać się w smugi kleistej mgły. Mgła przesłoniła mu całkowicie widok, lecz wcale nie potrzebował teraz oczu, doskonale słyszał – stukot pajęczych nóg ciągłe narastał. Poczuł jak strach chwyta go za gardło i ogarnia panika.
- Stop! – krzyknął wyłączając swój wewnętrzny projektor. – Człowieku nie daj się zwariować, to tylko zwidy twej chorej imaginacji. Uspokój się!

Otworzył oczy próbując dostrzec cokolwiek w otaczającym go mroku. Gdy wyostrzył wzrok niemal do granicy bólu, dostrzegł z jednej i drugiej strony drogi majaczące za zasłona mgły kontury drzew. Poczuł się znacznie lepiej, po czym zdecydowanym krokiem ruszył naprzód.
Droga pięła się teraz do góry. – Jeszcze dwa wzniesienia i powinienem wyjść z tego diabelskiego lasu – przebiegło mu przez myśl. – A skoro już o diabłach mowa.... – mimowolnie przypomniał sobie jedno z bałkańskich podań.

W środku puszczy na niewielkiej polanie stał olbrzymi wiekowy dąb. Jego korzenie rozchodziły się po polanie a nawet sięgały daleko w głąb lasu. Sprawiało to niesamowite wrażenie, jak gdyby drzewo chciało panować nad całą puszczą. – Taki bałkański Wielki Brat – zaśmiał się. W jego pniu znajdowała się pokaźnych rozmiarów wyrwa ziejąca mrokiem. Otwór ów był bramą łączącą nasz świat z królestwem ciemności. W każdy wieczór czarci urządzali wokół dębu sabat, a gdy wybiła godzina dwunasta każdy z nich musiał złożyć raport ze swych szatańskich poczynań przed diabelskim hersztem. Temu, który danego dnia nie wyrządził żadnego zła spuszczano nie lada łomot. Biada śmiertelnikowi, który przypadkiem trafił na taki sabat. Czarci rozdzierali go na sztuki.

Nagle przystanął jak wryty – gdzieś z głębi lasu dobiegały go dźwięki muzyki. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, a na skroniach zaszkliły się krople potu. Serce ponownie zabiło mu jak młot. Gdy wsłuchał się intensywniej w melodię, zdołał wyłuskać jakieś pojedyncze chrapliwe frazy. Coś jak: ”...ury...ury...ury...hej ho...” przy akompaniamencie instrumentu przypominającego akordeon. Od razu wydobył z pamięci historię swego sąsiada, którego od samobójczej śmierci uratowała matka. Chłopak usiłował się powiesić na strychu. Później opowiadał, że gdy stał na taborecie z pętlą na szyi, demony radośnie tańczyły wokół w takt skocznej muzyki.
- Boże Wszechmogący – wyrwało się z ateistycznej piersi Arka. – Chroń mnie! –zrobił nieporadny znak krzyża. Muzyka jednak nie ustała, a porwane szczątki słów piosenki stawały się coraz wyraźniejsze. Nagle zrozumiał ich sens i roześmiał się w głos.

„Hej z góry z góry jadą mazury, jedzie, jedzie mazureczek, wiezie, wiezie mi wianeczek roz...(hej ho) rozmarynowy” – oto i jego czarci song. Zupełnie zapomniał, że w tej części lasu, po prawej stronie znajduje się Jednostka Wojskowa.
- No to mi wojacy napędzili stracha, a ja głupi sądziłem ehh – żachnął się. – Gdy dotrę na miejsce, będę boki zrywał ze śmiechu opowiadając pracownikom jak mnie to diabli przez las przegonili.
Teraz pragnął już tylko opuścić to miejsce. Nadszarpnięte nerwy mocno dały mu się we znaki – czuł potworne zmęczenie. Gdy wspinał się na kolejne wzniesienie z wielką ulgą dostrzegł, że oto zostawił mgłę za sobą. Jak na dłoni widział przed sobą palące się światła w oknach leśniczówki na szczycie. Na niebie nadal nie było widać żadnej gwiazdy, ale to nie przeszkadzało mu zupełnie. Czuł bliskość ludzi. Spojrzał na zegarek i przyspieszył kroku. Gdy dotarł do leśniczówki zobaczył daleko przed sobą, na następnym wzniesieniu niewielki płomyk - światło latarni na obrzeżach miasta. Ten niewielki świetlny punkcik napełnił go dodatkową otuchą. Teraz pozostało mu tylko ponownie zagłębić się w opary mgły, gdyż droga znowu opadała w dół. Nie lubił tego odcinka, tutaj droga się zwężała a zazębiające się z przeciwnych stron korony drzew sprawiały, że czuł się przytłoczony niczym w tunelu głęboko po ziemią.
- Miejmy już to za sobą – ponaglił się, a mgła ochoczo przyjęła go w swoje ramiona.
Wzdrygnął się, gdy poczuł, że wkradła się za kołnierz jego kurtki. Nasączone wilgocią ubranie przykleiło się do ciała. – żebym tylko tego potem nie odchorował – zmartwił się nie na żarty, gdyż w jego harmonogramie nie było miejsca na chorobę. Praca, studia, dodatkowa praca oraz inne równie ważne obowiązki i gdzie tu wykroić chwilkę czasu na kuracje? Snucie przyziemnych rozważań nagle przerwało mu zawodzące wycie gdzieś z dali. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyż nieopodal po lewej stronie rozpoczynał się ciąg działek, na których ludzie trzymają psy, jednak owo wycie zmroziło mu krew w żyłach. Obudziło w nim głęboko skrywane lęki z dzieciństwa. Był święcie przekonany, że ów jęk nie pochodził z gardzieli zwykłego psa, a był na pół zwierzęcy na pół ludzki. Po chwili wycie rozległo się znacznie bliżej. Poczuł, że włosy jeżą mu się na głowie. Przyśpieszył kroku. Całe dzieciństwo wilkołaki prześladowały go w sennych koszmarach. Czatowały na niego na polnej drodze tuż za domem, za zasłoną w sypialni, w korytarzu, na schodach. Były obecne niemal na każdym kroku. Tym razem usłyszał jakiś szmer z zarośli po lewej stronie drogi. Niemal upadł zahaczając nogą o wystający kamień. Ledwo utrzymał równowagę balansując rękoma niczym cyrkowy akrobata. Po chwili znowu usłyszał szelest w zaroślach – tym razem po prawej stronie. Przed oczami zobaczył scenę na wrzosowiskach z „Amerykańskiego wilkołaka”. Nie potrzebował dalszych bodźców - puścił się biegiem w stronę najbliższych domostw. Po kilkudziesięciometrowym sprincie wyczuł pod stopami twardą nawierzchnie asfaltu, a tuż przed nim zamajaczyło światło latarni. Przekroczył granicę lasu. Ostatnie metry niemal przefrunął, tak uskrzydlił go strach, ale gdy dopadł do latarni mało nie wypluł płuc, czuł wewnątrz płynny ogień. Zatrzymał się, ciężko dysząc. Ciągle nasłuchiwał odgłosów pogoni. Usłyszał jedynie warkot silnika przejeżdżającej w pobliżu ciężarówki.

- Wygrałem! – ucieszył się. – Wilkołaki, pfff chyba na łeb upadłem – śmiał się sam z siebie. – Mało brakowało, a przegrałbym z własnym strachem i imaginacją. Pewnie padłbym zemdlony niczym Kordian w komnacie cara.

Całe napięcie, które narastało w nim podczas leśnej przeprawy, odpłynęło w jednej chwili. Arek śmiał się w głos ze swego strachu i wybujałej wyobraźni.
- Muszę chwilę odpocząć, a przede wszystkim dać wytchnienie płucom. Nic tak nie odpręża jak mały dymek – z radością przypomniał sobie o paczce papierosów w plecaku. Szybko wydobył je z kieszeni. – Strzygi, pająki, czarci sabat hehehe, aż w końcu zapchlone wilkołaki... – kpił łapczywie zaciągając się dymem. – Wszystko to bujdy na resorach i wierzenia starych głupich bab. Rak, o tego sukinsyna boję się najbardziej – spojrzał z wyrzutem na tlącego się papierosa.

Nagle poczuł potworny ból w klatce piersiowej. Rak uderzył znienacka niczym skrytobójca, Arek nie zdążył nawet krzyknąć. Błyskawicznie rozwijający się nowotwór zaatakował jego płuca, krtań i sięgnął jeszcze wyżej wprost do mózgu. Chłopak, siny na twarzy i z opuchniętą szyją spazmatycznie charczał plując krwią. Rozbryzgana posoka pokryła całą jego twarz i ubranie. Nie mogąc złapać oddechu upadł na jezdnie. Jego gasnąca świadomość zarejestrował dwie rzeczy: dobiegający zewsząd diabelski chichot i obecność dwóch upiornych ogarów pochylających się nad jego martwym już ciałem.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -