Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Z.

Jarosław Jakubowski

Z. obudził się z bólem. Nie wiadomo co dokładnie go bolało, niewykluczone, że cały był bólem. Zanim otworzył oczy, wydawało mu się, że śni, ale co, o czym – tego nie wiedział już z chwilą otwarcia powiek. Właściwie mógłby, nie wstając z łóżka, przewidzieć z grubsza, a może i co do joty, rozkład zaczynającego się dnia. Rozkład dnia zaczynał się już u tego dnia zarania, już od zarannych zórz.
Z. najchętniej w ogóle nie wstawałby z łóżka, w ogóle nie otwierałby oczu, byłby najszczęśliwszy, gdyby nie musiał nic. Ale dom powoli zaczął wypełniać się hałasami. Dziecko biegało po pokoju domagając się wciąż czegoś nowego: zabawy, telewizji, radia, nocnika. Żona Z. karmiła piersią drugie dziecko, które domagało się tylko mleka. Z. ogarnął całą sytuację jednym spojrzeniem. Wstał i rozsunął żaluzje; szyby były zaparowane, niebo było nijakie. Ale nawet deszcz nie padał, nie pointując tym samym, nie kontrapunktując nijakości.
Z. jako drobnomieszczanin z dziada pradziada kultywował kontestację drobnomieszczańskich nawyków. Z czasem jednak owa kontestacja przerodziła się w szereg nawyków. W porze bicia dzwonów, kiedy na ulicy ludzie idący do kościoła mijali się z ludźmi wracającymi z kościoła, rodzina Z. szykowała się do śniadania. Śniadanie w domu Z. było poddane prawu rozkładu tak jak wszystko inne. Z. robił sobie cos co jego żona nazywała „brejką”, a było mieszaniną twarogu, śmietanki, mleka, cukru i kakaa. Siadał z tym w kuchni i popijając kakaem w płynie oraz zagryzając chlebem z grubą warstwą masła, zjadał do gazety. Gazeta była archiwalna, przedwczorajsza albo jeszcze bardziej archiwalna, ale Z. pogrążał się w niej jak w liście od kochanki. Gazeta miała tę zaletę, że można się było choć trochę w niej schować. Mieszkanie Z. było zawalone gazetami. Były rozmieszczone tak, że gdziekolwiek siadał – w pokoju czy w ubikacji, w kuchni czy w jadalni – miał je w zasięgu ręki, miał to złudzenie azylu.
Dziecko Z. biegało i nie chciało jeść, drugie dziecko miało wszystko gdzieś, to znaczy miało pierś. Żona Z. jadła śniadanie przed telewizorem. Z. jadł śniadanie w kuchni udając, że telewizor mu przeszkadza.
W porze bicia dzwonów, kiedy na ulicy ludzie idący do kościoła mijali się z ludźmi wracającymi z kościoła, Z. udawał się do ubikacji, w ubikacji doczytywał to, czego nie doczytał przy śniadaniu albo nie doczytywał, tylko odkładał gazetę i wchodził pod prysznic. Widok własnego ciała w lustrze skłaniał go do mimowolnego robienia min i póz. Może był trochę blady, trochę niewyraźny, ale przecież czuł pod palcami kształt, w którym nadal rozpoznawał swoją twarz.
Po wyjściu z łazienki trzeba było się ubrać. A ubrany, Z. musiał stawić czoło całej reszcie dnia. W sukurs przyszła mu żona, która powiedziała, żeby „chociaż trochę zajął się domem”. W pierwszym odruchu Z. chciał schować się w gazecie, ale pomyślał, że równie dobrze może zniknąć w „zajmowaniu się domem”. Przystąpił do zmywania naczyń pozbawiając je nalotu zeschniętych płynów i substancji stałych. Zmywanie naczyń było zaiste czynnością stworzoną do znikania w niej. Myśli Z. wędrowały po wąskich, trudno dostępnych ścieżkach, krążyły, błądziły, aż nie mogąc znaleźć drogi powrotnej, skakały w przepaść i tyle było z nich pożytku.
Kiedy naczynia były już czyste („czyste” w terminologii Z., dla żony Z. myte przez niego naczynia nigdy nie były czyste), można było zająć się odpoczynkiem. Z. dotarł wprawdzie do swojego fotela, ale nie zdążył nań usiąść, ponieważ syn zaciągnął go do zabawy samochodzikami. Syn Z. miał niezliczoną ilość samochodzików. Z. musiał imitować ustami odgłosy silników, a rękami wprawiać samochodziki w ruch. Po pewnym czasie robił to całkiem bezmyślnie, „brrrprrrynnynżżżum” i inne takie wychodziły z niego jak z zepsutej maszyny grającej. W końcu zauważył spojrzenie syna, rozczarowanego bezwładnością ojca i zmusił się do wysiłku, ale wysilone próby aktywnej zabawy samochodzikami wyglądały jeszcze gorzej. Jednak nikt nie chciał wybawić Z. z tej udręki. Wreszcie przerwał tę nierówną walkę, nie zważając na apele syna o kontynuowanie zabawy zerwał się z dywanu i nadludzkim wysiłkiem woli usadowił się na fotelu vis a vis telewizora. Wytrwał na tej pozycji dzielnie jakieś pół godziny, zdążywszy przeczytać czy raczej przemleć wzrokiem jakiś sążnisty esej, po którego przeczytaniu czy też przemleniu uczuł coś w rodzaju mdłości, toteż zwolnił fotel i udał się do kuchni. W kuchni Z. zastał małżonkę, z którą poczuł się zobowiązany odbyć krótką, tak, koniecznie krótką i niezobowiązującą, rozmowę.
- Co robisz? – zagaił Z.
- To co widzisz – odparła małżonka Z.
- No tak – zgodził się Z.
Byłby gotów uznać rozmowę za odbytą, gdyby nie wrodzona ambicja każąca mu nie spoczywać na laurach. To ambicja kazała mu zaproponować:
- Może pójdziemy na spacer?
Zaproponować wbrew sobie, a nawet wbrew małżonce, albowiem małżonka Z. wiedziała, że Z. robi to wbrew sobie, wiedziała że Z. nienawidzi spacerów, a wiedząc o tym, nigdy – poza początkowym okresem nieświadomości – z nim o spacerach nie mówiła, a tym bardziej nie proponowała.
Może ta niedziela była wyjątkowa, a może zagrała tu złośliwość małżonki Z., która wiedząc, że nienawidzi on spacerów, odparła:
- Najpierw obiad.
Zagrała tu też pewnie niechęć małżonki Z. do jasnego określania się – w tym wypadku określania się „za” lub „przeciwko” spacerowi, choć (jednak!) ze wskazaniem na „za”. Z. pomyślał, że odpowiedź małżonki daje mu może i jakąś tam nadzieję, że skoro „najpierw obiad”, to „potem” cokolwiek, niekoniecznie spacer. Pełny tej nadziei, a raczej niepełny tej nadziei czy też pół- albo i ćwierć-nadziei, Z. przemieścił się ku oknu kuchennemu, skąd rozciągał się iście chocholi widok na ogród.
Niedzielny obiad był, próbował być, bezsilnie próbował być jedynym punktem programu dnia, kiedy Z. i jego rodzina zasiadali razem przy stole. Wyglądało to tak, że Z. zajął swoje miejsce, rozłożył gazetę, nieco z prawej strony, żeby sobie nie przeszkadzać w jedzeniu, i zaczął jeść. Kiedy przerwał lekturę czy może żucie obiadu z czcionką, ze zdumieniem stwierdził, że przy stole siedzi sam. W pierwszym odruchu Z., a Z. nigdy nie lekceważył pierwszych odruchów, w pierwszym odruchu Z. udał się na fotel. Fotel był stary, tak jak i większość mebli w mieszkaniu Z., ale jary, wytarty, ale wygodny, skrzypiący, ale krzepiący, ach, był to fotel życia.
Z. po cichu liczył, że dzieci pozasypiają, żona gdzieś się zaszyje i w ten sposób sprawa spaceru rozmyje się. Nic z tego. Żona Z. nie zaszyła się, dzieci harcowały, każde na miarę swoich możliwości, a sprawa spaceru nabrzmiewała jak wrzód. Chwila, kiedy zrezygnowany i poirytowany ubierze się, a także ubierze dzieci i zabierze żonę i przekręci klucz w zamku i wyjdzie na ulicę – chwila ta dopadła wreszcie Z. z całą swoją dojmującą realnością. Wyszedł więc z dziećmi i żoną na ulicę, która jak na złość rozsłoneczniła się po dość długim okresie zachmurzenia. Bicie dzwonów umilkło, trwała natomiast pora podzwaniania sztućców o talerze i talerzy o talerze, dźwięki te dolatywały z niemal wszystkich okien, pod którymi przechodził Z. z rodziną. Z półotwartych okien dolatywały też zapachy, w których zawierał się cały ciężar niedzielnych, solidnych, wypoconych nad garami obiadów. Z. pomyślał, że prawdziwie współczesne requia powinny zawierać partie wygrywane przez naczynia kuchenne. Lub chociażby organy trawienne.
Z. i jego rodzina nie byli jedyni i nie byli pierwsi. Ani też ostatni. Tak się składało, że byli jednymi z wielu drobnomieszczan, którzy tego wczesnego i niespodziewanie słonecznego popołudnia wybrali opcję przechadzki. Przechadzka urastała w niedzielne, wczesne, niespodziewanie słoneczne popołudnie do rangi świętego obowiązku, więc jest pewna przesada w słowie „wybrali”, ale dajmy pokój tym niuansom.
Posuwali się niespiesznie, bo i szybciej nie mogli. Syn Z. zatrzymywał się przy każdym zaparkowanym samochodzie i nie pozwalał na żadne odstępstwo od dawno ustalonej marszruty. Mijali więc kolejne posesje szczerzące do ulicy swoje druciane, pręciane i drewniane ogrodzenia, mijali okna przystrojone firankami szczelnie przysłaniającymi wnętrza, minęli sklep z lodami, zamknięty już na kłódkę i solidną kratę, minęli sklep z plastikowymi oknami tudzież drzwiami i roletami zapewniającymi szczelność zamknięcia, minęli także – nie bez komplikacji, bo mały Z. koniecznie chciał batona czy też lizaka, co wobec braku gotówki u Z. i jego małżonki musiało rodzić pewne komplikacje – minęli więc sklep z artykułami wybitnie spożywczymi, z których najpocześniejsze miejsce zajmowały kurczaki pieczone, dostojnie obracające się na piętrowych rusztach i nabierających smakowitych rumieńców na swych wypiętych jak do orderów piersiach i rozstawionych buńczucznie nogach. Minęli więc zapach pieczystego i szli dalej, mijając po prawej zakład poprawczy dla dziewcząt, po lewej zaś zakład kamieniarski dla wszystkich, których stać na pomnik. Potem minęli skład artykułów budowlanych opatrzony licznymi szyldami z cyklu „Wkręt-Met”, „Tech-Młot” czy „Bud-Piec”. To po lewej, zaś po prawej wyrosła przed nimi czteropiętrowa, czterdziestoletnia tysiąclatka, w której przed laty dwudziestoma ze sporym okładem Z. rozpoczął swoją przygodę z edukacją i w której zostawił niemało śliny spływającej z czwartego piętra po balustradach schodów, aż na parter, gdzie dołączała do ślinowych kleksów, którymi upstrzone było szare lastryko. Lastryko przypominało stary salceson i zimą zamieniało się w błoto. Tak było prawie aż do wakacji. Mały Z. rezolutnie stwierdził, że też tu będzie chodził i Z. w pierwszym odruchu chciał głośno zaprotestować, ale zaprotestował po swojemu, to jest po cichu, wszystkie bowiem znaki na niebie, a zwłaszcza na ziemi wskazywały na to, że syn Z. pójdzie w ślady Z. i jego przygoda z edukacją zacznie się w czteropiętrowej, czterdziestoletniej tysiąclatce.
Minęli szkołę i na wyraźne życzenie małego Z. musieli wejść do tunelu pod wiaduktem kolejowym, gdzie było najlepsze echo w całej okolicy. Skręcili następnie w dość ustronną, brukowana aleję, wzdłuż której z jednej strony ciągnął się nasyp kolejowy obsadzony czymś w rodzaju ostrokrzewu, z drugiej zaś rząd brudnożółtych domków kolejowych z wielkimi ogrodami. Jeszcze chwila i Z. , jego żona, syn i mała Z. śpiąca w wózku znaleźli się na bogatym w kałuże, rozległym placu, na którym przed laty organizowano zawody latawcowe. Teraz plac był częściowo zabudowany blaszanymi garażami i szeregami schludnych domków nie bez powodu zwanych szeregowcami.
Nie opodal znajdowała się składnica węgla z ulubionymi przez małego Z. koparkami, ciągnikami i ciężarówkami. Stróż nawet nie wyszedł z kontenera-stróżówki, kiedy Z. i jego rodzina zaczęli panoszyć się na czarnym, tłustym placyku.
Tu był mniej więcej półmetek i dalej droga prowadziła lekko w dół. Po obu stronach stały ciche, jakby zupełnie opuszczone domki jednorodzinne. W pewnym momencie z jednej z bocznych uliczek wyłoniła się rodzina całkiem podobna do rodziny Z. W człowieku wyglądającym na rodziny tej głowę Z. rozpoznał z trudem przyjaciela z lat dziecinnych, z którym dzielił niejedną radość, niejedną też zgryzotę. Czego tamten tu chciał? Przecież wyprowadził się dawno temu. A teraz szedł, po drugiej stronie niezbyt szerokiej ulicy i najwyraźniej nie zamierzał skinąć Z. na powitanie. Z. tez się zaparł i nie skinął. Ale czego tamten chciał? Po co tu szedł z rodzina jak ze zdobyczą, którą chwali się, idąc? Z. mruczał pod nosem, mhmmm. A potem kolega przeszedł i nareszcie zniknął i nareszcie Z. nie musiał ustosunkowywać się do jego obecności. Ale czego on tu chciał? Po co przyjechał? Pokazać coś, udowodnić. Prawda, Z. zakończył ich znajomość oświadczeniem, że już nigdy się do tamtego nie odezwie. Dotrzymał słowa. A potem tamten wyjechał. Z. zakończył ich znajomość po jakiejś kłótni, ale nie pamiętał już jej powodu. Może jednak poszło o dziewczynę mieszkającą w sąsiednim baraku. Baraki to były. Osiedle baraków, na które Z. teraz rzadko się zapuszczał. Wspomnienia.
Teraz Z. i oraz bliscy znaleźli się na wietrznym majdanie, na którym co czwartek i sobota odbywały się jarmarki. W niedzielę panował tu tylko wiatr. Zimno było. Nagle Z. niezmiernie zdziwiony spostrzegł, że w czasie ich spaceru nadeszła zima. Psy biegające po majdanie zdawały się biegać w wielkim usztywnieniu. Biegały bez celu, raz po raz wpadając na słupy i na siebie wzajem. Z. cierpliwie tłumaczył to dziwne zjawisko małemu Z., ale sam wątpił w swoje tłumaczenia. Czuł się jak tłumacz z języka obcego na co najmniej równie obcy.
Spacerowicze skierowali się ku placowi zabaw, umieszczonemu pośrodku wietrznego czworoboku utworzonego przez niewysokie i nieładne bloki. Plac zabaw był najsmutniejszym miejscem w tej smutnej mieścinie. Śnieg, płatki śniegu fruwały w powietrzu, opadały na metalowe rurki huśtawek, karuzeli i na blachę zjeżdżalni, żeby się od nich odbić i znowu fruwać, nie ustawać. Śnieg zachowywał się tak, jakby nie chciał leżeć i nie leżał. Oczy Z. i wszystkich innych wypełniły się śniegiem, były białe i senne. Mały Z. bujał się, kręcił i zjeżdżał, a potem chciał iść do domu, więc poszli. Przez białość, w senności, nie zamieniając z sobą słowa. Poza jednym, bo kiedy mijali śmietnik zbudowany z białych cegieł, Z. rzekł:
- Miś.
Zaiste, przy śmietniku, w zagłębieniu asfaltu niby w zagłębieniu czarnej pierzyny, leżał miś. Jego gardło było poderżnięte i wypadała z niego rozkruszona gąbka koloru ropy z oka. Miś był wzdęty, musiał być strasznie ciężki, napity wody i czegoś tam jeszcze. Jego rozwarte łapki jakby wciąż jeszcze obejmowały kogoś, może jakieś śpiące dziecko, więc te ręce lekko unosiły się nad asfaltem, nad asfaltową pierzyną. Nogi też były rozwarte, nieco lubieżnie i bezwstydnie, zamoknięty słomkowego koloru plusz błyszczał jak żywa sierść, mogło się nawet wydawać, że brzuszek misia unosi się nieznacznie i opada. Ale oczy, czarne, wypukłe, szklane oczy misia niewątpliwie były martwe. Błysk, jaki można było w nich dostrzec, był mylący i pochodził od latarni, która niedawno zaczęła swą mroczną pracę. Mały Z., widząc że ojciec przygląda się misiowi, podszedł do leżącego pluszaka i nadepnął mu na pyszczek. Pyszczek cicho zabulgotał i wklęsnął się. Był teraz całkiem podobny do fantazyjnej wycieraczki.
Śnieg nareszcie ustąpił sile ciążenia i kiedy znaleźli się na kolejnym majdanie, powstałym po likwidacji lokomotywowni kolejki wąskotorowej, zaspy sięgały już kolan małego Z. Nagle jedna z zasp przy ogrodzeniu placu manewrowego gieesu poruszyła się, uniosła, zachwiała, po czym spod opadłej czapy śniegu spacerowiczom ukazał się jegomość w zetlałym drelichu roboczym i czarnych, rozczłapanych butach bez sznurówek. Jegomość wstrząsnął się z zimna, okrył kusą kurteczką i udał się do niewielkiego, pozbawionego okien i drzwi budynku dawnej świetlicy, stanowiącego obecnie nieoficjalny lokal gastronomiczny dla miejscowych jegomościów.
- Kto to był? – zapytał zaciekawiony mały Z.
- Jeti – odparł Z. i zarechotał.
Tymczasem żona Z. razem z wózkiem gdzieś się zawieruszyła, pewnikiem była już w domu, bo ziąb zrobił się taki, że psy zaczęły pękać w co bardziej wyszczerbionych miejscach.
Mały i duży Z. znaleźli się pod szczytową ścianą parterowego, dwuspadzistego budynku. Na samej górze ściany był otwór po dawnym zegarze stacyjnym. Tam, gdzie kiedyś mała leniwa wskazówka i duża, bardziej ruchliwa, spotykały się i oddalały jak para z problemami emocjonalnymi, gdzie kiedyś czas odmierzany był równymi porcjami, równymi dla każdego bez wyjątku – tam teraz zionęła czernią dziura, która połknęła czas i jak mikser zmieliła wszystkie jego odcinki, wskazówki wpadły w wir i już nie zdołały się z niego wydostać, tak jak pociągi, które stąd odjechały donikąd. W takim, dość nawet sentymentalnym nastroju znalazł się Z. z małym Z. z powrotem na swojej, nieswojej ulicy. Ulica nazywała się Dworcowa, być może na pamiątkę dworca, a być może dlatego, że w każdej mieścinie zwykła być ulica Dworcowa.
Mimo obfitych opadów, w stałym miejscu stacjonowania stacjonowały uliczne wyrostki. Przysypane białym puchem, siedzące na murku, przypominały trochę starych Indian albo przerośnięte stalaktyty, patrzące na przechodzących mimo Z. i małego Z. ze stałym, wyrazem znudzenia zmieszanego z nieufnością, którą to mieszanka częstowali wszystkich bez wyjątku przechodniów. Teraz ich oczy były bardziej białe, jakieś takie bezbronne, że prawie dostrzegało się przez nie dzieci, którymi bardzo już nie chciały być uliczne wyrostki.
Niebo obniżyło się znacznie, a słońce niezauważone przez nikogo, zaszło bez widocznego znaku. Drogi były nieprzejezdne, więc nic nimi nie przejeżdżało. Z. i mały Z. z ledwością dotarli do drzwi domu i otworzyli je, odgarniając przy tym pokaźną zaspę śniegu.
Zrobiło się ciemno; Z. zapalił światło, włączył telewizor. Gdyby jeszcze... co „gdyby jeszcze”? Nieważne. Na przykład gdyby jeszcze po niedzieli nie było poniedziałku. Z. patrzył w telewizor, podjadał chleb z kiełbasą, popijał herbatą. Cynamonową herbatą, którą żona wynalazła, a raczej odkryła w sklepie. Dobra była ta herbata. Z. lubił ją popijać. Lubił siedzieć w swoim fotelu, patrzeć w telewizor, podjadać chleb z kiełbasą i popijać herbatą cynamonową. To było przyjemne, było dobre. Żona Z. zmywała naczynia, potem przewijała małą Z., mały Z. bawił się samochodzikami. Jeszcze trochę i Z. będzie musiał wstać z fotela, zanieść naczynia do kuchni i puścić wodę w łazience, przygotować kąpiel małemu. Potem wytrze małego, założy mu piżamkę i napuści wodę do wanienki, przygotuje kąpiel małej. Potem rozłoży łóżka, najpierw łóżko małego, potem swoje, żony i małej, rozłoży łóżka i znowu będzie mógł, a nie, jeszcze nie, wcześniej będzie jeszcze musiał zagotować mleko dla małego, wlać do butelki i ostudzić. No i dać mu to mleko w butli. Przegotowane i ostudzone. I dopiero potem będzie mógł spokojnie, w spokoju opaść na swój fotel, naprzeciwko telewizora.
I kiedy nadeszła ta chwila, bo nadeszła, doczekał się, że nadeszła, że wszyscy już spali i słychać było tylko telewizor, wtedy Z. tak jak to sobie zamyślił, opadł na swój fotel. Ale patrzenie w telewizor jakoś mu dzisiaj nie wystarczało, więc wstał z fotela i wyłączył pudło. Rozchylił żaluzję, żeby zobaczyć czy śnieg ciągle pada. Ciągle padał. Ciągle padał! Musiało już być go tyle, że ciężko będzie rano otworzyć drzwi, jeśli w ogóle będzie to możliwe. Wszystkie okna w zasięgu wzroku były ciemne. Panowała niesamowita, nawet jak na tę porę, cisza. Piękna noc, zadumał się Z. i włączył swoją ulubioną płytę. W uśpionym pokoju rozległy się ciche, krystalicznie czyste dźwięki „Wariacji Goldbergowskich”.
Kiedy Z. już leżał w łóżku, pomyślał, że w taką noc można umrzeć bez żalu. I zamknął oczy.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -