Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Zmorzec

W. Schultz

W. obudził się w środku nocy, zamrugał w ciemności powiekami, mozolnie podniósł rozgrzane snem ciało i usiadł na brzegu łóżka. Pociągnięte fluorescencyjną farbą wskazówki budzika zatrzymały się 10 minut po drugiej. Pomarańczowe światło latarni osiedlowych kładło się grubymi pasami na suficie. W. spróbował zlokalizować sprzęty sypialniane w blasku słabej poświaty. Wstał i prawie natychmiast poczuł mdłości. Po omacku ruszył w stronę kuchni. Ocierając się o ściany i muskając palcami meble, dotarł do małego kuchennego aneksu. Oparł dłonie na blacie, odkręcił kurek i napełnił szklankę. Woda smakowała ohydnie. Żołądek ścisnął się boleśnie.

Mieszkanie było ciasne i duszne, a ciemność dodatkowo potęgowała smutne wrażenie. W. przypomniał sobie dzień, w którym wprowadził się do mieszkania. Było wczesnojesiennie i bardzo ciepło. M2 wydawało się przestronne i przytulne. Za dnia małe pomieszczenia wyglądają zdecydowanie lepiej. Wzrok

W. padł na naprzeciwległe okno balkonowe. Wolno podszedł, nacisnął zimną klamkę i otworzył je na oścież. Przyjemne orzeźwienie wpadło do mieszkania, płuca natychmiast wypełnił zapach wczesnej wiosny. Noc w pełni. Osiedle znajdowało się w niewielkiej kotlince otoczonej zewsząd gęstym liściastym lasem. Za drzewami migotały wesoło światła wielkiego miasta, a z nieokreślonej oddali dochodził szmer tramwajów. Rano chmary ptaków hałasowały nieznośnie, jednak okolica posiadała ten szczególny i nieodparty urok miejsca osłoniętego od męczącego gwaru miasta, pisku klaksonów i krzyków dzieci biegnących rano do szkoły. Białe bloki odcinały się ostro od ciemnej plątaniny gałęzi, które nachylały się nad zielonym, metalowym płotem okalający teren osiedla.

Cisza nocy, niezmącona pojedynczym przejazdem spóźnionego samochodu, czy krokami sąsiada spieszącego tu czy tam, wydała się W. prawie odświętna. Odstąpił od okna i sięgnął po spodnie oraz bluzę wiszące na oparciu krzesła. Schylił się, by zawiązać buty. Mdłości lekko nasiliły się. Odruchowo przełknął ślinę i poczuł lekkie drapanie w gardle. Mała runda wokół osiedla to dobry pomysł. Po omacku podszedł do szafki na obuwie i sięgnął po klucz leżący na blacie pod okrągłym lustrem. Nie zapalił światła.

Na klatce chrzęst zamka rozległ się głuchym klaśnięciem. Ciężki, metalowy brelok uderzał o drzwi. Cały korytarz oświetlony był światłem z zewnątrz. Metalowe cyfry oznaczające kondygnację połyskiwały na srebrno w pomarańczowej łunie osiedlowych latarni. W. rzucił okiem na piątkę oznaczającą numer piętra i ruszył ku schodom. Światło rzeczywiście okazało się zbędne. Winda, za dnia ani na chwilę nie zatrzymująca się w drodze pomiędzy piętrami, nie wydawała teraz pojedynczego dźwięku. Przytłumione kroki sportowego obuwia rozlegały się miarowo w przestrzeni pomiędzy kondygnacjami. Na trzecim piętrze W. usłyszał pojedyncze kliknięcie dobiegające z parteru i po chwili winda ruszyła w górę. Przystanął wpół kroku i nadstawił uszu. Damski głos obwieścił spokojnie i miękko „piętro piąte!”. I zaraz potem metalowe drzwi dźwigu zasunęły się.

Zapadła cisza. W. schodził już miarowym truchtem w dół. Nieco głębsza ciemność wylęgła się na samym parterze. Niżej już tylko schody do piwnic, na wprost pierwsze i drugie drzwi wejściowe. Wszystko przeszklone, wychodzące na chodnik okrążający blok. Jeszcze trzy schodki dzieliły W. od końca. Zatrzymał się na przedostatnim i wytężył wzrok w bezgranicznym zdumieniu.

W przedsionku klatki, na dużej gumowej wycieraczce, siedział pies. Siedział blisko szyby, wyraźnie zwrócony przodem ku wnętrzu. Mógł to być średniej wielkości kundel, ciemność skutecznie maskowała maść i pysk zwierzęcia. Bo niewątpliwie było to zwierzę. Pies. Sylwetka psa. A za nią chodnik, trawnik, osiedle i noc. W. zawahał się, a wahanie to trwało dłużej niż planował. Nieprzyjemna duchota nasiliła się. Żołądek ścisnął znów ostrzegawczo. Pies nie poruszał się. Może to tylko jakiś głupi żart? Kolejne trzy zdarzenia zlały się w jedno z zawrotną prędkością i uwolniły nieprawdopodobną ilość adrenaliny.

Pies wstał na cztery łapy i jeszcze bardziej nachylił się w stronę szyby, winda zaszurała i ruszyła w dół a po drugiej stronie przeszklonych drzwi, w ciemnym i prawie niewidocznym rogu poruszyło się coś wysokiego, wysunęło się naprzód i wydało z siebie pewien dźwięk, rodzaj dźwięku, jakiego W. nie słyszał nigdy przedtem. Coś pomiędzy klekotaniem, charczeniem i cichym jękiem. Brzydki, obcy dźwięk dobywał się z czegoś, co tam stało. Winda zbliżała się i W. wiedział, że drzwi zaraz się otworzą. Zza nich wyleje się światło, które zdemaskuje wszystko, co dzieje się przed nim, w odległości kilku kroków. W tym samym momencie zdecydował też, że nie chce tego oglądać. Zapragnął wrócić do mieszkania i zamknąć za sobą drzwi na cztery zamki, wyjść balkonem i uciec jak najdalej stąd, jak najdalej od tej tego ohydnego dźwięku i ciemnej mordy psa uwięzionego między dwoma szklanymi drzwiami.

Chwycił metalową balustradę i podciągnął ciało w górę schodów. Czarna, podługowata plama obiła się o ścianę tuż przy stopniach i zawyła. W. był już na pierwszym piętrze. Biegł w górę, pokonując kilka stopni na raz. Przez jeden krótki moment widział wspinające się po schodach nieforemne ciało. Coś jakby ciemna maź rozlało się tuż za widziadłem. Mokre, płaskie kroki zostały na moment w tyle. W. minął pędem 3 piętro i z morderczą prędkością pokonał dwa kolejne. Dopadł do drzwi i wsunął klucz w zamek. Od naporu na metalowy uchwyt rozbolały go palce, ale klucz nie drgnął nawet. W. uderzył w drzwi. Wybiegł na klatkę, gdzie kroki - rozlazłe człapanie, głośniejsze z każdą sekundą - rozlegały się wyraźniej w dusznym powietrzu wypełnionym pomarańczowym światłem. Rzucił okiem na cyfrę na ścianie. Trzy. Niemożliwe.

Przechylił się przez balustradę. Czarny szlam ściekał po schodach. W. odwrócił się i biegł. Biegł i krzyczał. Uderzał pięściami w przypadkowe drzwi. Bezużyteczny klucz dzwonił w spodniach, a cyfry kondygnacji migały przed oczami. Trzy, dwa, trzy, trzy. Nogi pierwsze odmówiły posłuszeństwa. Potknął się o schodek i upadł na ostatnim stopniu po raz kolejny trzeciego piętra. Rzucił prędko spojrzeniem za balustradę, tłusto lśniące ślady już tam były. Gdzieś za plecami cichy chrzęst uderzył w W. paroksyzmem lęku, jakiego nie doznał nigdy w życiu. Zacisnął oczy, skurczył się w pół i poczuł, jak gorąca fala wzbiera mu w ustach. Próbował skulić kark, gdy mokry szlam kapał na szyję, dostawał się pod bluzę i ściekał gęstą i zimną strużką po plecach. W ostatnim bezdechu torsji poczuł na brodzie palce sunące cierpliwie do otwartych szeroko ust.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -