Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Będę Twoim Bogiem

Magda Manuszak

I
Jęknął i wyciągnął się wygodniej. Rozchybotany stelaż łóżka zatrzeszczał ostrzegawczo, ale nie zwracał na to uwagi. Przymknął oczy. Słuchał.
Muzyka trafiała prosto w serce. Tony zdawały się materializować w powietrzu, tworząc osobliwą sieć mocy. Krzyżujące się pasma melodii tkały obraz, którego urokowi nie był w stanie się oprzeć. Zajęczał jeszcze raz. Muzyka sprawiała mu fizyczną rozkosz.
Pierwszy raz słuchał jej w nocy. Przeszukiwał zakres radia, dziwiąc się, jak wszystko stało mu się obce. Słowa lektorów, głosy dziewczyn z miasta, wołających, że chcą się zabawić... jeden bełkot. Zdegustowany, chciał już przekręcić gałkę, gdy usłyszał to.
Proste, prymitywne dźwięki... swoim niezmiennym rytmem przywodziły na myśl muzyka odległych plemion. Splatające się odgłosy wiatru, jękliwe tony skrzypiec, chrapliwy głos mężczyzny, recytującego monotonnie litania win i - od czasu do czasu – rozdzierający krzyk kogoś, kto cierpi ponad wszelkie wyobrażenie, osłuchany w melodia, która dotykała jego nagiej duszy, zastanawiał się, czy wrzask nie został sfingowany. Doszedł do wniosku, że jednak nie. Brzmiało to zbyt prawdziwie. Znał się na tym.
Długo trwało, nim zdobył tą płytę. Wykonawca o pseudonimie Sagan był zupełnie nie znany. W końcu ją jednak kupił, a gdy słuchał jej jeszcze raz, czuł to samo - zachwyt, że komuś obcemu udało się tak dokładnie poznać jego wnętrze. Te dźwięki były wolnością.
Utwór dobiegł końca. Przez chwilę walczył z pragnieniem, by usłyszeć go znowu, ale po chwili zrezygnował. Nie robił nic innego przez ostatnie dwa... trzy dni? Teraz musiał dać sobie spokój. Był koszmarnie głodny, chciało mu się pić, najważniejsze jednak, że czuł, iż nadszedł już czas. wiedział, że właśnie dzisiaj ma dopełnić ostatnią część planu.
Wstał niechętnie, przeczesując palcami włosy. Koc, którym był okryty, spadł na podłogę. Sztywny od krwi materiał wylądował na rojowisku much. Owady w panice wystrzeliły w górę. Krążyły przez chwilę, nim wybrały sobie nowe stanowiska. Kartonowe pudełka z resztkami pizzy, kubki, opakowania baloników, rozgniecione tabliczki czekolady, pozostałości spaghetti na papierowych talerzach - wszystko to zalegało na podłodze, wabiąc nieodpartym urokiem. Te, które miały dość żerowania na odpadkach, kusiło inne miejsce. Przez stłuczone okienko pakamery zlatywały w przestrzeń ogromnej hali. Pociemniałe, rdzawe rozbryzgi na ścianach były dobrymi rejonami odpoczynku, podobnie jak poskręcane kształty pośrodku.
Nie dane im jednak było przebywać tam zbyt długo. Mężczyzna ruszył ciężkim krokiem. Przekroczył próg, zamknął sztaba i przekręcił klucz w kłódce. Magazyn mieścił się na nabrzeżu, w starej dzielnicy portowej. Niegdyś wykorzystywano go zgodnie z przeznaczeniem - do składowania towarów. Teraz opuszczone i zrujnowane hale zarząd portu wynajmował każdemu, kto miał czym zapłacić. Opuszczone nabrzeże stało się siedliskiem bezdomnych. Zazwyczaj nie byli agresywni, ale zdarzały się włamania i kradzieże. Dlatego zawsze zamykał ogromne, rozsuwane na boki wrota hali. Bał się, że ktoś zniweczy wszystko, co z takim trudem przygotował.
Wsiadł do samochodu i pojechał do starego mieszkania. Nie znosił tu wracać, widok tego miejsca przyprawiał go o dreszcze, był jednak świadom, że w obecnym stanie nie powinien pokazywać się publicznie.
Przekroczył próg i z miejsca go zemdliło. To porządne wnętrze, z dywanem na podłodze i obrusem na stole, sielankowymi pejzażami, napawało go strachem. Przypominało o przeszłości, o wszystkim tym, co zostawił za sobą.
Umył się i przebrał w rekordowym tempie. Skorzystał z wanny tylko dlatego, że musiał to zrobić. Przesuwając wieszaki w garderobie zdziwił się, jak udało mu się kiedyś zgromadzić aż tyle śmieci. Potem wypadł na dwór, głębokimi haustami wciągając powietrze. Miał wrażenie, że się udusi, jeśli pobędzie tam choć chwilę dłużej,
Zapadał zmrok. Miał ochotę jeszcze przez chwilę nacieszyć wzrok przybliżającą się ciemnością, nie pozwolono mu jednak na to. Usłyszał zew i odpowiedział nań. Prawie pobiegł do samochodu.


II
Patrzyła na niego, odkąd przyszedł - jakiś kwadrans temu, torując sobie drogę poprzez tłum. Nie, żeby się jakoś specjalnie wyróżniał - był ubrany na czarno, odwrócony pentagram kołysał się na łańcuszku. Gdyby wyglądał inaczej, nie wpuszczono by go tutaj, lecz nawet w zunifikowanej grupie zwracał na siebie uwagę. Rozluźniony i spokojny, lustrował otoczenie zimnym spojrzeniem. Nie miał w sobie nic ze zgrywy, z pozowania na Księcia Ciemności - a wszyscy tu zdawali się grać tylko tę rolę.
Klub "Hell is Heaven", w którym oboje przebywali, mieścił się w starej piwnicy. Prowadziły doń chwiejne, metalowe schody - pierwszy element strategii trzymającej na dystans nieproszonych gości. Tego lokalu nie przeznaczono dla przypadkowych przechodniów. Miała tu przebywać ściśle określona ludzka menażeria - wielbiciele horrorów i filmów grozy, tego co niepojęte i przerażające. To było miejsce dla wtajemniczonych,
Właścicielem był nie kto inny, jak sam Howard Adde – gwiazda niezliczonych filmów grozy, przeważnie zresztą klasy B, Grywał wampiry i wilkołaki, szalonych naukowców, opętanych czarnoksiężników, potwory wynurzające się z bagien. Z czasem został współproducentem swoich filmów i zgromadził spory majątek. Kiedy tłu- my wielbicieli przestały forsować kina, a od szefów wytwórni usłyszał, że jest staroświecki i że nikt nie chce oglądać jego naiwnych filmików - rozgoryczony wycofał się z branży. Był dość bogaty, żeby plunąć na wszystko, wkrótce jednak zaczęło mu brakować atmosfery, którą żył przez tyle lat. Samotny w ogromnym domu, oglądając kolekcję niesamowitych rekwizytów poczuł, że nie potrafi tak zupełnie odciąć się od przeszłości. Szukał miejsca, w którym mógłby ją ocalić. Wybawieniem stał się właśnie ten klub, noszący nazwę największego z jego kinowych przebojów. Tu wreszcie mógł brylować wśród tłumu zachwyconych neofitów.
Biorąc pod uwagę profesja właściciela, wystrój wnętrza nie powinien był dziwić, wszystko tu przypominało stare filmy wytwórni Hammer - było tandetne, obliczone na efekt, pozbawione gustu, a przecież w jakiś przewrotny sposób fascynujące. Na ścianach widniały freski, przedstawiające oniryczne wizje kobiet gwałconych przez demony, na stolikach stały czaszki, barman przebrany za Draculę podawał drinki o tak wdzięcznych nazwach, jak krew dziewicy czy diabelski pocałunek. Tanie sztuczki...
Działały, aż miło.
Najważniejsza była jednak muzyka. Posępna i ciężka - stanowiła tło dla zmęczonego głosu, opowiadającego o swej tęsknocie za mrokiem. Złem. Śmiercią. Urywany ni to szept, ni krzyk wznosił się i opadał w hipnotycznym rytmie. Mężczyzna, na którego patrzyła, przymknął oczy i zasłuchany dotknął lekko językiem warg, jakby wspominając jakiś zapomniany smak.
Wygładził bluzkę. Kształt piersi wyraźniej zarysował się pod napiętym materiałem. Ruszyła w jego kierunku, zręcznie wymijając przytulone pary, kołyszące się niemal niedostrzegalnie w zniewalającym rytmie.
Słał przy barze, groteskowej parodii ołtarza. Za biegnącym sierpem kontuarem wznosił się tryptyk. Na dwóch łukowatych skrzydłach mieniły się butelki, przestrzeń wewnątrz wypełniał witraż, przedstawiający człowieka splecionego z monstrum. Patrząc na wizerunek, trudno się było zorientować, czy na twarzy ofiary widnieje rozkosz, czy ból. Zmrużone oczy, szeroko otwarte usta mogły sugerować jedno i drugie.
Podeszła prowokacyjnie rozkołysanym krokiem. Każdy ruch nóg napinał już i tak opiętą spódniczkę. Dotknęła jego ramienia. Wzdrygnął się jak ktoś obudzony ze snu.
Usiedli przy barze. Zamówił dla siebie i dla niej "Pajęczy napar" - jak się okazało, zjadliwie zielony trunek o smaku płynu do naczyń. Pozwoliła mu wybierać. Była tutaj dopiero drugi raz, nie do końca poznała obowiązujące reguły, a on wyglądał na kogoś, kto nie tylko je znał, ale sam wymyślił.
- Podoba ci się tu? - spytała, omiatając wzrokiem otoczenie. Wzruszył ramionami.
- Jestem tu... służbowo.
- Gliniarz? Facet od koncesji? A może ktoś z konkurencji?
Pokręcił głową.
- Więc co tu robisz?
- Szukam kogoś, kogo mógłbym złożyć w ofierze. Rozumiesz, muszę dokończyć pewien rytuał, a to wymaga ofiar. Ludzkich.
Roześmiała się głośno, ściągając na siebie zaciekawione spojrzenia. Mówił to z takim namaszczeniem... Pomyślała, że ma szczęście, trafiając na kogoś z podobnym poczuciem humoru. Niedługo zmieniła zdanie.


III
Hala magazynu była ogromna. Każdy krok tego mężczyzny wzbudzał echo. A chodził bezustannie, zataczając wokół niej kręgi i mówiąc. Na swoim terenie czuł się pewniej. Gestykulował urywanymi ruchami, drżąc z podniecenia. Przepełniało go uczucie tryumfu, którym musiał się z kimś podzielić.
Tłumaczył jej, że to nie jej wina. Nie powinna czuć się źle, że ją wybrał - to czysty przypadek. Potrzebował kogoś, a ona nadawała się idealnie - cóż prostszego? Naprawdę, nie ma w tym jej winy.
I nie powinna się też bać. To nie tak straszne, jak wszyscy mówią, jeśli już, to raczej... - zawahał się - ...przyjemne. To może być najważniejsza rzecz w jej życiu. Właściwie - powinna być wdzięczna.
Nie przestał mówić nawet wtedy, gdy zabrał się do szykowania narzędzi. Połyskujące błękitem skalpele, noże, piły, haki leżały na stoliku wyłożonym gazą. Budziły grozę. Na myśl o tym, jak zostaną użyte, chciało się jej wyć. Modliła się, by nie musieć na nie patrzeć. Nadaremnie. Nie mogła zamknąć oczu. Miała odcięte powieki.
Ze stopami przybitymi płasko do ściany, na podkurczonych nogach wisiała w powietrzu. Od góry podtrzymywały ją stalowe liny, przeciągnięte przez ramiona i nadgarstki, Z głową opadającą na pierś i szeroko rozpostartymi rękoma przypominała pikującego ptaka.
Przestała krzyczeć. Gdy tylko odzyskała przytomność zawodziła, wrzeszczała, wzywała pomocy, błagała o litość. Słuchał ze zdziwioną miną, jakby nie wierzył jej cierpieniom. To przerażało ją bardziej niż wszystko, co do tej pory zrobił. Nigdy nie zetknęła się z kimś tak odmiennym. Funkcjonował inaczej niż otaczający ją ludzie, jego umysł bytował na płaszczyznach, których istnienia nie podejrzewała w najgorszych koszmarach. Zdawał się nie rozumieć, że zadaje jej ból. Każdy, choćby najbardziej zdeprawowany człowiek bez trudu zdołałby to pojąć. Przez głowę przelatywały jej strzępy myśli, w których było też coś na kształt rozważań. Zastanawiała się, czy on jest człowiekiem.
Wisiała na wysokości ośmiu metrów, pod samym sufitem. Czuła, jak pod jej ciężarem gwoździe wbijają się coraz głębiej w stopy, a lina rwie ciało, jęczała ochryple, nie zdając sobie z tego sprawy. Miała tak zdarte gardło, że jęk nie był głośniejszy od szeptu.
To cholerne syczenie przeszkadzało mu w pracy. Nie potrafił się skoncentrować. Wrzasnął więc;
- Zamilknij, Powietrze.
Zrobiło się cicho. Uśmiechnął się. Rozbawiło go, że potrafi rozkazywać żywiołom.
Od kiedy ją zobaczył w tamtym klubie wiedział, że jest Powietrzem. Szła tak lekko, bez wysiłku podnosił ją w tańcu. Spytał, czy podobnie jak ptaki ma kości puste w środku. Zaśmiała się i potrząsnęła głową, mówiąc coś o poczuciu humoru. Wykręciła się od odpowiedzi. Nieważne. Jeśli będzie mu się chciało, sam się przekona.
Była chyba czwartym z kolei Powietrzem, jakie spotkał, równie głupim, co pozostałe. Powiedział, czego od niej chce i spodziewał się, że zrozumiała. Kiedy jednak przyprowadził ją tutaj, zaczęła krzyczeć. Musiał ją parę razy uderzyć, a każdy cios bolał go bardziej, niż ją. Bał się, że zdeformuje swój żywioł, ale gdy złapał ją za włosy i uderzył o ścianę, straciła przytomność. Tak było o wiele lepiej.
Przygotował się wcześniej. Inne materiały nie wymagały tyle zachodu, ale ona była Powietrzem Zamykającym Krąg i musiała zginąć w powietrzu. Jak ptak trafiony strzałą.
Odciął powieki, bo wciąż pamiętał okrągłe, szeroko otwarte oczy orłów. Zrobił zastrzyk ze środka uspokajającego - na wypadek, gdy- by przedwcześnie się ocknęła i zaczęła szarpać, psując wszystko. Obwiązał w pasie liną, przeciągniętą przez sufitową belkę. Reszta liny nawinięta była na olbrzymich rozmiarów kołowrót. Zaczął kręcić korbą bębna. Naprawdę była lekka, nie trwało to długo.
Gdy już zawisła wysoko, chybocząc się razem ze ściskającą ją pętlą wahadłowym ruchem, przyszykował drabinę.
Wynajął ją razem z magazynem. Archaiczna, zardzewiała konstrukcja rozsuwała się z trudem. Zabezpieczył podstawę kamieniami i kawałkami betonu, żeby pod jego ciężarem nie zsunęła się po ścia- nie i wszedł na chwiejne szczeble.
Rozsunął szerzej nogi, zapierając się kolanami o boki drabiny. wyciągnął ręce i przytrzymał jej ciało. Z twarzą wtuloną w brzuch, manewrował na oślep dłońmi, starając się dosięgnąć jej stóp i ułożyć je odpowiednio. By mu się powiodło, musiał zejść dwa stopnie niżej.
Podobnie jak drabina, gwoździe też były raczej zabytkowe. Kupił je pod wpływem impulsu na jakimś festynie, gdzie oferowano przedmioty dawnego rzemiosła, a potem rzucił w kąt zagraconego mieszkania. Nie pojmował, do czego mogłyby być mu przydatne. Dopiero przy Powietrzu uświadomił sobie, że był to pierwszy krok na drodze do Zjednoczenia. Kiedyś, zaślepiony głupiec, nie dostrzegł tego.
Młotek też miał swoją wagę. Od pierwszego uderzenia gwóźdź wszedł w ciało jak w masło. Chwycił za wystający koniec, poprawił pozycja stopy i przytwierdził ją do ściany.
Z drugą stępą poszło łatwiej, chociaż krępowało go, że nadając nogom Powietrza wymarzony kształt, zagląda między jej uda, na włosy łonowe, rysujące się przez cienki materiał fig. Zakazał sobie patrzeć w górę, nie robił tego przecież dla zaspokojenia zwierzęcych żądz, ale by przygotować swoją duszę. Otworzyć się na przyjęcie JEGO. Musiał pozostać czysty.
Ręce w ogolę nie stanowiły problemu. Wystarczyło wkręcić haki i przymocować do nich stalowe linki. Posłużył się wiertarką, żeby przygotować otwory w suficie, jej ramionach i nadgarstkach. Przez rany przeciągnął liny, które następnie połączył klamrami.
Zszedł na dół nieprzytomny ze zmęczenia. Operacja zajęła dobre dwie godziny, musiał kilka ryzy schodzić po narzędzia i wdrapywać się z powrotem, a stercząc na górze nie opuszczała go świadomość, że jeżeli spadnie, wszystkie nadzieje obrócą się wniwecz. Jednocześnie sam siebie poganiał, by jak najszybciej skończyć.
Usiadł na chwilę na cementowej posadzce, by dać wypocząć drżącym z wysiłku nogom. Zadarł głowę do góry.
Piękno tego obrazu poraziło go jak grom. Szeroko rozłożone skrzydła-dłonie, orle oczy, głowa zwieszona w dół. Powietrze - pomyślał ze ściśniętym gardłem. Moje zachwycające Powietrze.
Teraz, po tylu godzinach, prawie zdołał się oswoić z budzącą uwielbienie siłą Zamykającego Krąg. Nadal unikał jednak patrzenia w górę. Obawiał się, że pochłonięty kontemplacją, zapomni o swoim zadaniu.
Podszedł do środka sali i zaczął ściągać folię z elementów. Planety tworzyły koło opisane na gwieździe, trzy żywioły wewnątrz zajmowały swoją pozycję, brakowało tylko czwartego.
Obszedł układ, sprawdzając kolejny raz, czy wszystko jest takie, jak powinno. Było. Zajął więc miejsce w kręgu, wyciągnął się w centrum i zamknął oczy.
Teraz, gdy ostatni element prawie już uległ transformacji, Brama Przywołania zaczęła delikatnie fosforyzować. W brudnej jasności świtu było to prawie niewidoczne, lecz wiedział, że z nadejściem nocy znaki będą płonąć zimnym, obcym ogniem. System zaczął funkcjonować - a to oznaczało, że wszystkie rytuały przeprowadził we właściwy sposób. Poprawił położenie ciała czując przenikające go łaskotanie, jakby dotykał nagiego przewodu, przez który płynie prąd. Otworzył usta i krzyknął z radości.
Hałas wyrwał ją z majaków. Spojrzała nieprzytomnie. We śnie
szła przez wypaloną ziemię, potykając się o gruzy, w spustoszonej okolicy rozpoznała z drżeniem ponury krajobraz Szeolu.
Przez wąskie szczeliny okien, umieszczonych w rzędzie pod sufitem, wpadało dzienne światło. Dopiero teraz miała możność dokładniej przyjrzeć się temu miejscu. .Nocą dwie zwisające na kablach żarówki nie zdołały rozjaśnić mroku,
Spojrzała w dół, na niego. Leżał na podłodze, otoczony czymś, co przypominało połamane manekiny. Kiedy zrozumiała, co to jest naprawdę, z jej zniszczonego gardła wydobył się krzyk tak przerażający, że zdołał się przedrzeć przez ściany i w skulonym nieopodal włóczędze wzbudzić przekonanie o nadchodzącym końcu świata,
Podłoga pokryta była gęstwą znaków, w których ludzie zajmujący się podobnymi zagadnieniami z pewnością rozpoznaliby najpotężniejsze istniejące okultystyczne symbole. Zewy enochijskie, Drzewo Życia, pentagramy - wszystko tu było, lecz w swej właściwej, niezniekształconej przez czas postaci. Ścieżki sefirot biegły inaczej, niż sądzą kabaliści, kolory pentagramów zmieniły kolejność i nasycenie. Oprócz nich, na podłodze widniały też inne znaki. Niepokojące. Niezwykłe. Wydawało się, że nie
pochodzą z Ziemi, bo ludzki umysł z trudem ogarniał ich kształt i znaczenie. Symbole żyły i pulsowały - ich twórca wiele pracy włożył w to, by zostały nakreślone we właściwy sposób. Niektóre linie narysowano krwią, inne węglem, kredą lub usypano z kolorowego piasku. W dziewięciu rogach zewnętrznej gwiazdy i trzech znaj- dującego się w środku kwadratu magicznego spoczywały ciała. Ludzkie ciała, choć trudno to było stwierdzić na pierwszy rzut oka.
W samym centrum tkwił on. Był częścią okręgu - od razu to zrozumiała. Częścią najważniejszą. Odrażający, brudu (jak w ogóle mogła go uznać za atrakcyjnego?!), budzący obrzydzenie – wśród groteskowych rekwizytów wydawał się dziwnie odmieniony. Promieniujący niebezpieczną siłą.
Jej krzyk umilkł jak ucięty nożem. Krtań odmówiła posłuszeństwa. Gardło miała suche i pełne tłuczonego szkła. Chciała coś powiedzieć - o coś zapytać? - ale nie potrafiła wydrzeć z siebie szeptu. Nawet jęczeć już nie mogła.


IV
Leżał przez cały czas w tej samej pozycji, jakby nic nie było w stanie go poruszyć. Z przymkniętymi oczyma przypominał plażowicza, błogo rozciągnięte o na nagrzanym słońcem piasku. Zupełnie odprężony zaczął mówić:
- Gdy jeszcze byłem człowiekiem, wszystko w moim życiu było nie tak. Po prostu nie tak - jeśli wiesz, o co mi chodzi. Niby miałem pracę, mieszkanie, kobiety... Miałem wszystko, ale wciąż było coś, co nie pozwalało mi spać w nocy. Rozglądałem się dookoła i mówiłem: więc to jest moje życie? Tak wygląda? Chryste! Ratunku!
W weekendy włóczyłem się po nocnych klubach, ćpałem i chlałem do zgonu. Robiłem to, bo właśnie tak postępował każdy, kogo znałem. W ciągu tygodnia natomiast starałem się nie dać wygryźć żadnemu z tych młodych, cholernie ambitnych mądrali po studiach, którzy tylko ostrzyli sobie zęby na
moje stanowisko... Szambo. Zwykłe szambo.
Czułem się rozpaczliwie pusty, jakby ktoś rozdarł mnie na dwoje i zabrał ze środka wszystko, co ma znaczenie. Czegoś mi brakowało i nie miałem, kurwa, zielonego pojęcia, co by to mogło być. Przecież miałem wszystko.
Zrozumiałem to dopiero wtedy, gdy Johnson pokazał mi ten budynek.
Chris Johnson, siostrzeniec szefa. Jego pozycja w firmie była niezachwiana, choć na projektowaniu znał się jak pięciolatek na fizyce atomowej. Pełen entuzjazmu, co jakiś czas zjawiał się z propozycjami, które doprowadziłyby nas na skraj bankructwa. Do mnie należało, między innymi, delikatne wybijanie mu ich z głowy - żeby się, broń Boże, nie poczuł urażony. Ostatnio chciał zbudować centrum handlowe na terenach ochronnych płomykówki. Na szczęście, łatwo go przekonałem, że oszalali obrońcy środowiska rozerwą nas na strzępy, a ochłapami mięsa nakarmią wszystkie zagrożone wyginięciem ptaki w okolicy.
Teraz zapalił się do następnego projektu. Nie chciał powiedzieć nic konkretnego, zaciągnął mnie do samochodu powtarzając, że oszaleję, kiedy to zobaczę.
Miał rację.
„To" było budynkiem w najpodlejszej dzielnicy. Duży, stary dom w otoczeniu ruin i wraków samochodów sprawiał wrażenie przeniesionego żywcem z siedemnastowiecznego Londynu.
Do wnętrza prowadziły schody z rzeźbami chimer po obu stronach. Drzwi, zdobione wzorem dębowych rombów i główkami nitów, opatrzone były zaśniedziałą kołatką. Co dziwne, mimo iż wszystko wokół albo rozpadało się ze starości, albo było udekorowane parszywym graffiti, z kolorowymi nazwami gangów i natchnionymi wizjami narządów płciowych, dom pozostał nieskalany. Czysty, nietknięty przez niewydarzonych artystów. Pogłębiało to kontrast między nim a otoczeniem.
Postaliśmy przez chwila przed frontową ścianą. Johnson zerkał na mnie, niepewny reakcji, ja przyglądałem się okolicy. Zwały śmieci na chodnikach, w oknie domu obok kobieta z twarzą wysmarowaną jakimś mazidłem tłukła dziecko, niedaleko leżał zardzewiały rower i głowa lalki - jeszcze jeden nierealny projekt mojego towarzysza w całej okazałości.
Wreszcie Chris wyciągnął klucze i weszliśmy do środka.
Podświadomie oczekiwałem, że powita nas zgięty w pół lokaj o imieniu John, który z przesadnie brytyjskim akcentem zaproponuje, że weźmie nasze okrycia. Nic z tego, wewnątrz było ciemno i cicho.
Dom sprawiał niepokojące wrażenie. Dziwiło mnie to narastające uczucie zagrożenia, w wielu ludziach puste, ogołocone z mebli wnętrza wzbudzają nieokreślony dyskomfort /choć niewielu się do tego przyznaje/, ale ja przecież byłem profesjonalistą i widziałem setki gołych ścian. Przykre odczucia jednak nie ustępowały, aż zrozumiałem, co je wywołuje.
Skala. Wszystko wokół zdawało się być przesadnie duże, powiększone w jakiś monstrualny sposób. Przypomniała mi się świątynia w Luksorze i słowa przewodnika - że budowle poświęcone bogom wznoszono, dostosowując do ich rozmiarów - niewiarygodnych, nieludzkich. Chodziła mi po głowie absurdalna myśl, że od środka budynek jest większy, niż na zewnątrz. Nie rozumiałem, dzięki jakim architektonicznym sztuczkom udało się osiągnąć podobny efekt.
Zastanawiałem się nad tym, słuchając jednym uchem Chrisa.
Opowiadał historię domu„ Zdążył ją dokładnie sprawdzić, odwiedził kilka razy bibliotekę, był też w archiwum. A choć każda przytoczona informacja miała pokrycie w faktach, i tak brzmiała niewiarygodnie.
Dom zbudował w 1695 roku Walter Emmerson, który przybył tu,
uciekając przed obłędem polowań na czarownice w swojej rodzinnej miejscowości, Salem. Nikt nie rozumiał, czemu wybrał sobie akurat takie miejsce, już wtedy otoczone najgorszą sławą, by w nim zamieszkać, ale widocznie miał swoje powody. Być może najważniejszym z nich była chęć trzymania się na uboczu, z dala od szacownych mieszczan. Nikogo tutaj nie interesowały jego poczynania, a jeśli nawet ktoś taki się znalazł, Emmerson potrafił go szybko zniechęcić. Nie niepokojony przez wścibskich sąsiadów,
mógł się oddawać swym pasjom. Nie wiadomo dokładnie, co go właściwie tak bardzo zajmowało, ale wkrótce nawet tutaj, w dzielnicy wyrzutków, zaczęło się robić o nim głośno. Powtarzano plotki o niezwykłych światłach, połyskujących jaskrawię zza szyb, tajemniczych odgłosach, dziwnych gościach, którzy wślizgiwali się przez drzwi domu na Hibiscus Street po zapadnięciu ciemności... Plotki stawały się coraz bardziej fantastyczne. Nie dano by im wiary, gdyby nie to, że wkrótce zaczęli ginąć ludzie.
Znikali w podejrzanych okolicznościach, a choć morderstwa nie były tu niczym obcym, najdziwniejszy był fakt, że nigdy nie zna- leziono ciał zaginionych. Pogłoski łączyły te wydarzenia z osobą Emmersona.
To było coś poważniejszego, niż niesamowite opowiastki. Plotki dotarły do uszu policji, a ponieważ wśród zaginionych były też dwie osoby ze śmietanki towarzyskiej miasta, Emmerson nie cieszył się już taką swobodą. Obserwowano go pilnie dzień i noc. Nie został o nic oskarżony, bo poza pogłoskami nie dysponowano żadnymi dowodami, czy choćby cieniami dowodów. Były tylko plotki – coraz straszliwsze. Zaginało już dziesięć osób, a wśród nich popularna śpiewaczka operowa i znany bankier, Emmerson - jeśli to był on - działał jednak niezwykle przebiegle. Oficjalną drogą nic mu nie można było zrobić,
Pozostawały nieoficjalne metody. Krewni zaginionych zebrali się razem w przekonaniu, że ich bliscy znajdują się w przeklętym budynku. Mieli zamiar zorganizować najazd na dom i odbicie uwięzionych.
Syn bankiera, pan Theveroux, zadeklarował się poświecić sporą sumę, by zebrać odpowiednią liczba gotowych na wszystko mężczyzn -
- głównie byłych żołnierzy, umiejących obchodzić się z bronią.
Narzeczony panny Hermiony zgromadził informacje na temat Emmersona.
W Salem posądzany był o czary i tylko szybka ucieczka uratowała go przed niechybną śmiercią.
Ustalono termin ostatniego spotkania - 22 lipca. Tego dnia mieli sit, zebrać w domu Theveroux, a pod osłoną ciemności, w towarzystwie wynajętych ludzi zaatakować siedziba Emmersona.
Chris zamilkł. Słuchałem niezbyt pilnie, w ciąż rozglądając się dookoła, ale opowiastka wciągnęła mnie na tyle, że chciałem poznać zakończenie.
Spytałem o nie. Odparł, że nie jest pewien. Jeden z uczestników najazdu prowadził dziennik /do wglądu w Towarzystwie Historycznym/, z którego zaczerpnął wszystkie te szczegóły, ale zapiski kończą się dwudziestego pierwszego lipca. Próbował ustalić, co się wydarzyło dalej. Wie tylko, że niemal wszyscy uczestnicy tych wydarzeń zginęli - widział ich nekrologi w starych gazetach. Przyczyna zgonu ta sama - atak serca. Nigdzie ani wzmianki o nocnym najeździe. Ci, którym udało się przeżyć, zadbali o to, by informacje o Emmersonie wymazać z wszelkich dokumentów. Tylko pamiętnik ocalał, bo odnaleziono go w pół wieku po owych wydarzeniach. Wzruszyłem ramionami. Trudno.
Obeszliśmy cały parter, piętro, odwiedziliśmy strych, a teraz mieliśmy zejść do piwnicy. Cały czas narastało we mnie to nieuchwytne wrażenie obcości. Rozglądałem się na boki, jakbym się Bóg jeden wie czego spodziewał, Wciąż przyspieszałem kroku. Chciałem nawet zaproponować Chrisowi, żeby sam dokończył oglądanie, ale przecież przywiózł mnie tutaj właśnie po to, bym zobaczył wszystko na własne oczy. Spojrzałem na niego.
Szedł zupełnie odprężony, swobodnym krokiem. Wyśmiałby mnie, gdybym powiedział, co się ze mną dzieje. Zacisnąłem zęby i ruszyłem, czując, że mam nogi z kamienia, walczyłem z pragnieniem, by wybiec na dwór.
Schody w dół były tak samo strome, jak te w górnej części budynku. Za niewielkimi drzwiami ciągnął się krótki korytarz, z parą drzwi naprzeciwko siebie i jednymi na wprost nas.
Klucz zazgrzytał w zamku. Przekroczyłem próg przekonany, że chwyta mnie paraliż - mięśnie były tak sztywne, że każdy ruch musiałem rozłożyć na etapy i wykonywać kolejno. Byłem na granicy wytrzymałości. Chciałem stamtąd uciec.
Chciałem uciec... do chwili, gdy znalazłem się w tamtym pokoju. Normalne na pozór pomieszczenie z cegły. Olbrzymie i całkowicie puste, jeśli nie liczyć żarówki na suficie.
Pstryknął przełącznik.
Zamrugałem powiekami i już wiedziałem, wiedziałem, co się tu taj stało. Dlaczego tylko dwoje ludzi przeżyło nocny atak, i czemu Jeden resztę życia spędził w zakładzie dla obłąkanych, a drugi obsesyjnie usuwał wszelkie wzmianki o właścicielu domu. Dla ja- kich przyczyn Emmerson, nim w końcu padł, narysował swoją krwią na ścianie dziwny symbol - mogłem dokładnie określić, jaki, choć krew zmyto przed wiekami. Znałem powód osobliwych plotek, krążących dawno temu. Ale to wszystko nie miało znaczenia.
Wiedziałem, czego chciał dokonać Emmerson. I jakim celom służył ten pokój.
Upadłem na kolana. Zamknąłem oczy. Czułem na ramieniu szarpnięcie zaniepokojonego Chrisa, ale nie potrafiłbym go przekonać, że wszystko ze mną jest 0. K., nawet gdybym chciał. A nie chciałem.
Jak potężna czasza ośrodka Arecibo, odbierająca z kosmosu najszerszy możliwy zakres fal radiowych w poszukiwaniu inteligentnych form życia, tak ja, rozdarty na pół i otwarty na wszystko, co mnie otacza, odbierałem informacje, emocje, wydarzenia, emanacje poprzez czas każdym zmysłem, każdą komórką skóry. Przeniosłem się w przeszłość - widziałem Emmersona zabierającego się do pracy, ściany spływające krwią, usta ofiar wciąż otwarte, ale nie umiejące już wydać krzyku - ogrom cierpienia, sadyzmu, perwersji. I mocy. Mocy...
Byłem przy każdym jego ruchu, wiedziałem, czemu jednych rozpołowił nożem, innych spalił żywcem, kolejnych utopił. Rozumiałem, czemu to musiał być bankier, śpiewaczka, rybak, robotnik z fabryki stali. Asystowałem przy każdej śmierci, a następna była potworniejsza i bardziej wyrafinowana od poprzedniej. I bez końca, pijany potęgą, chciałem więcej, więcej, więcej! Drżałem w ekstazie. Żadna kobieta nie dała mi takiej rozkoszy, jak ten żyjący dawno temu prorok. Marzyciel.
Cykl zbliżał się do końca. Jeszcze trzy osoby, jeszcze dwie... Została tylko jedna. Nie zdążył. Wyobrażasz sobie?! Możesz to w ogóle pojąć?! Dopadli go w przeddzień finału. Ostatni akt nie dobiegł końca. Czy oni mieli pojecie, co robią?! Na kogo się porywają? Ścierwa!
Cała się skurczyła, słuchając jego nienawistnego wrzasku. Dotąd mówił kojącym, pełnym ciepła głosem - jakby opowiadał bajkę choremu dziecku.
Długi okres ciszy przerywało tylko bzyczenie owadów, osiadały
na rękach, nogach, spacerowały po twarzy, wchodziły do nosa i uszu. szarpała głową na boki, żeby je odegnać. Odlatywały na chwilę, wracałyby wplątywać się w opadające pasma włosów, wciskać pod ubranie, penetrować rany. Wkrótce przestała się ruszać. insekty i tak nie przejmowały się odganianiem, a każde poruszenie ciała sprawiało, że liny, które przez nią przeciągnięto, zaczynały drgać, dodatkowo szarpiąc mięśnie. Żałowała, że odzyskała przytomność. Wolałaby spać, być daleko od tego wszystkiego.
Dziwiło ją, czemu organizm się. nie poddał i nadal funkcjonuje.
Czuła głód, pragnienie, zawroty głowy, wczoraj błagała, by jej
nie zabijał. Teraz chętnie poprosiłaby o śmierć, gdyby zdołała wykrztusić z siebie słowa.
- To, z czym miał kontakt Emmerson, nie było złymi mocami - podjął opowieść już spokojny - gdyż istniało poza dobrem i złem. Przedludzka potęga, jeden z władców tej planety... Przyczynił się do naszego powstania... i jak MU odpłaciliśmy? My, ludzie? Jak? Swoją parszywą, totemową magią wygnaliśmy Go precz, zamknęliśmy w więzieniu bez granic, poza czasem i przestrzenią. Emmerson znalazł sposób, by GO sprowadzić z powrotem, jemu się to nie powiodło, ale mnie mogło się udać. Byłem pewien!
Chłonąłem zawartość pokoju jak gąbka chłonie wodę. Ceremonia się, nie skończyła, rytuał nie dobiegł końca, lecz ściany tego pomieszczenia i tak naładowane były Mocą, która koncentrowała się w miejscu, gdzie przed laty narysowano symbol. Zdołałem się tam do czołga ć. Przyłożyłem dłoń.
Wydawało mi się, że to, co przeżyłem dotychczas, zmiażdży mnie Jak skorupkę jajka. Bałem się, że umrę. Ale dopiero teraz miałem powody do strachu.
Nigdy nic mnie tak nie bolało. Nigdy. Nic. Miałem raczej skromne doświadczenia w tej dziedzinie, ale gdybym nawet był bity, torturowany, gdyby się nade mną znęcali - nie sądzę, by jakiekolwiek cierpienie mogło temu dorównać. To coś rozbiło mnie na atomy. Sprawiło, że zatraciłem świadomość własnego istnienia. Nie wiedziałem, kim jestem. Na chwilę jakbym... się roztopił. Rozpaczliwie broniłem się przed tym, chciałem ocalić swoje "ja", tożsamość, lecz to, co mnie pochłonęło, działało tak przemożnie, że równie dobrze mógłbym starać się powstrzymać grawitację,
Wróciłem przemieniony. By stać się tym, kim jestem. Johnson wpatrywał się we mnie z mieszaniną współczucia i strachu. S ł y s z a ł e m jego myśli. Był przekonany, że zmógł mnie stres i teraz na jego oczach miałem swój pierwszy atak serca.
Otworzył usta, żeby zaproponować wezwanie pogotowia, ale nic nie zdążył powiedzieć. Lewą ręką chwyciłem go za szyję i podniosłem do góry. Kopał, próbował się wyrywać, starał się rozgiąć moje palce, ale trzymałem go mocno i pewnie. Ja, facet o przeciętnej budowie, który ledwo parę razy zahaczył o siłownię, dzierżyłem mężczyznę większego i silniejszego od siebie z taką łatwością, jakby to była szmaciana lalka.
Poszarzał na twarzy. Żyły nabrzmiały, wybałuszone oczy wgapiły się we mnie. Charczał.
Wzmocniłem uścisk, aż usłyszałem trzask pękającego karku. Głowa opadła. Zmiażdżona szyja nie mogła w żaden sposób jej utrzymać i kiedy go puściłem, czołem niemal dotykał klatki piersiowej,
Zamilkł, Jedyne, czego teraz pragnęła, to zamknąć oczy, by choć w ten sposób odgrodzić się od jego szalonego świata. Gdyby mogła, zatkałaby też uszy. Gdyby mogła.., próbowała się roześmiać. Oto, jak zwęziły się granice jej pragnień. Przecież tak niedawno myślała tylko o ucieczce,
- To była pierwsza śmierć, jaką zadałem dla przyjemności. Nic mi nie dała - i to mnie złościło. Moc, przejęta z symbolu Emmersona, nie starczyła na długo. Wciąż miałem ludzkie wspomnienia, wiedziałem więc, że wkrótce zaczną nas szukać - Chrisa i mnie. Poświęciłem ją, żeby wymazać informacje o sobie z pamięci każdego, kto mnie znał, z dokumentów i baz danych. Wychodząc stamtąd pomyślałem, że przypominam ducha. Bardzo mi się to spodobało,
Gdy przekraczałem próg tamtego budynku, byłem zagubiony jak każdy człowiek. Kiedy go opuszczałem, ta wielka rana, której codziennie przyglądałem się w lustrze, nazywając "sobą" - zagoiła się, nie pozostawiając śladu. Nareszcie wiedziałem, kim jestem. Byłem szczęśliwy.


V
Z fascynację wpatrywała się w krąg. Tkwił tam, jak pająk pośrodku pajęczyny. Jeszcze szerzej rozłożył ramiona. I nagle, w migoczącym snopie iskier, uniósł się w powietrze.
Wpadła w panikę. Starała się przekonać, że to zwykła sztuczka. Ale to nie była sztuczka. Wiedziała o tym, lecz zaakceptowanie tego faktu równałoby się przyznaniu, że może jednak we wszystkim,
co mówił, kryło się coś bardziej przerażającego, niż obłęd.
Lewitował przez moment nad okręgiem. Poprzez zasłonę włosów nie widziała zbyt wyraźnie, ale zdawało się jej, że ze znaków na podłodze wysunęły się ku niemu cienkie, rozedrgane nitki światła, podtrzymując w powietrzu.
Zamknął oczy i wyszeptał coś chrapliwie, w nieznanym jej języku. wzniósł się wyżej, zmieniając położenie ciała. Stał teraz pionowo, tak spokojnie, jakby dotykał stopami ziemi, a nie wisiał pięć metrów nad nią,
Obrócił się w jej kierunku. Z rozłożonymi szeroko rękoma i włosami rozwianymi ruchem powietrza, bardziej niż ona przypominał drapieżnego ptaka.
Uśmiechnął się, rad z wywołanego wrażenia i powoli spłynął na dół. wyszedł z kręgu, a oplatające go pasma zdawały się pękać i wycofywać, by zastygnąć w bezruchu na podłodze.
Wyciągnął dłoń, Między ręką a symbolami przeskoczyła potężna iskra, która nim zachwiała. Znowu się uśmiechnął.
Powietrze jeszcze nie do końca stało się Powietrzem, ale jego udział w transformacji dobiegł końca. Teraz mógł już tylko czekać.
Miał nadzieja, że wszystko niezadługo dobiegnie kresu. Niecierpliwił się, w snach często widział siebie już połączonego z TAMTYM. Miał do spełnienia - musiał otworzyć pułapkę poza czasem, daleko za przestrzenią. Odkąd w domu przy Hibiscus Street zrozumiał, jak przytłaczająca i ciężka będzie jego praca, czasami miewał chwile wahań, siedział, że bidzie musiał poświecić wszystko. Także samego siebie, bo w jakiż inny sposób TEN (jego imienia nie ośmielał się, wymawiać nawet w myślach) mógłby się tu dostać? Otwierał Krąg Przywołania, to prawda, ale rzeczywistą Bramę stanowił on sam. ON mógł się pojawić na świecie tylko w takiej formie, która nie zburzyłaby kruchej równowagi realności, siatki wzajemnie wpływających na siebie elementów. Dlatego musiał złożyć w ofierze umysł i ciało. Nowy umysł i nowe ciało, otrzymane w darze tam, w piwnicy, Tak cudowny prezent zostanie mu odebrany tuż po wręczeniu... Oczywiście to, co dostanie w zamian, będzie jeszcze cenniejsze. Zleje się z NIM, będą stanowić jedno. Razem zawładną światem niewdzięcznych istot, które skazały jego pana
na wygnanie, ale... jeśli miałby jakikolwiek wybór... czasem myślał, że najchętniej sam by władał.
Chciał, żeby to się wreszcie skończyło. Ostatnio coraz częściej zastanawiał się nad celem swoich działali. Niedawno, może ze trzy dni temu, miał sen, który na długi czas pozbawił go tchu. śniłeś mu się, że jest człowiekiem.
Popatrzył na krąg. Brama Przywołania, ten akumulator, zbiornik mocy, napełniany przezeń troskliwie dzień po dniu, w oczekiwania na właściwy moment, funkcjonowała doskonale. Niecierpliwie wyczekiwał chwili, gdy zaklęta w znakach i ułożeniu ciał potęga eksploduje w tym jednym, jedynym celu.
VI
Spojrzał w górę. Tkwiła tam, zwiodła jak wiecheć kwiatów wygrzebany ze śmietnika. Otoczona brzęczącym, połyskującym niebieskawo obłokiem, jeszcze dobitniej uosabiała Powietrze, domyślał – owady wiedzą, co czynią.
Znużonym krokiem podszedł do kręgu i zajął miejsce w centrum. Poczuł, jak ogarniające go zmęczenie rozmywa się w gęstwie znaków. Nitki światła otoczyły go kokonem.
Zaczął mówić. Zawsze tłumaczył tworzywu, czemu je wybrał i do czego Jest mu potrzebne. Wiedział, że rytuał tego nie wymaga, Miał nadzieję, że choć w ten sposób otworzy oczy istocie zaślepionej ludzka filozofią. Przecież każdy materiał brał udział w najdonioślejszym wydarzeniu od... nie mógł sobie przypomnieć niczego dostatecznie ważnego... powstania gatunku homo sapiens, powinien więc zdać sobie z tego sprawę. - Reszta jest właściwie banalna. Znalazłem to wspaniałe, odosobnione miejsce i zacząłem poszukiwania. Może nie powinienem aż tak starać się pozostawać na uboczu, w dzisiejszych czasach ktoś, kto robi to co ja, staje się bohaterem mediów i kręcą o nim filmy, ale cóż... Zawsze byłem staromodny.
Jego głos falował, zdawał się odpływać. Ten dźwięk był jedynym, co Ją jeszcze łączyło z życiem. Balansowała na granicy ciemności, wsłuchana w spowiedź mordercy i powtarzała sobie, że nie umrze, póki on nie skończy. Przysypiała i budziła się, gwałtownie podnosząc głowę, tylko po to, by ją zaraz opuścić. Docierały do niej fragmenty, ale nawet one dawały wyobrażenie o piekle, jakie przeszły jego ofiary.
- Merkury - posłaniec. Cóż bardziej oczywistego, jak wziąć listonosza? Mię, nie zadowoliłem się łatwizną. Merkury odpowiada za porozumiewanie się, wybrałem więc koordynatora sieci komórkowych, Facet całe życie zajmował się łącznością, a kiedy po niego przyszedłem, nie mógł z siebie wykrztusić nic poza: "Proszę, nie" - i to w dodatku koszmarnie się jąkając. Metalem Merkurego jest rtęć, zginął więc od oparów rtęci. Umierał okrutnie długo...
- ... Wenus. Prostytutka, kto inny by się nadawał? Rozprułem ją od warg sromowych po mostek. Serce, wydobyte gdy jeszcze żyła, włożyłem w zamierające dłonie. Widziałaś kiedy obrazy z Chrystusem w katolickich kościołach? On też ma zawsze serce na dłoni...
- ...Ziemia. Trudny wybór. Zdecydowałem się na tłustą flądrę
z ósemką potomstwa, archetyp matki. Zakopałem żywcem.
- ...Mars. Wojownik, prawda? Powinienem był zdecydować się, na żołnierza albo przynajmniej policjanta, ale byłem mądrzejszy. Gdzie dzisiaj toczą się najważniejsze bitwy? Nie w dżungli, na bagnach czy w głębi terytorium wroga, bo okryci błotem bohaterowie, zdobywający w pojedynka gniazda karabinów maszynowych już dawno wyszli z mody. Nie, jedyne liczące się, batalie to te rozgrywane na sali sądowej, dlatego Marsem był Mc Samara, prawnik korporacji Vitrum. Pewnie o nim słyszałaś? Jego klienci spowodowali dziesiątki przypadków białaczki, produkując materiały budowlane z domieszką azbestu, widziałem w telewizji jak tryumfalnie wychodzi z budynku sądu i wdzięcząc się do kamer, komentuje wyrok uniewinniający. Me zdążył nacieszyć się sukcesem...
- ...Jowisz - przywódca. Straszny rozrabiaka. Musiałem go zabić, nim przystąpiłem do pracy. Co tam szło dalej? - wyliczył planety - Saturn, tak, Saturn władający czasem i Uran. To już było prostsze.
Zdawało się jej, że mętna woda wsącza się w usta, że podnosi
się coraz wyżej, że pochłania ją całą, lecz choć rozpoznawała w tym uczuciu kojący odpoczynek śmierci, z zawziętością, która zdumiewała ją samą, coś w niej wcale nie pragnęło umierać.
- Prawdziwe problemy zaczęły się, gdy się zabrałem za żywioły - mówił dalej, lecz czy naprawdę słyszała jego głos? - Tu już nie można było uciekać się do tanich analogii. Musiałem długo szukać. Zmęczyło mnie to szukanie. Na szczęście, ty jesteś ostatnia. Razem z tobą wszystko się skończy.
Popatrzył spod przymkniętych powiek. Nie ruszała się. Otoczony połyskliwymi językami światła, ruszył ku niej przez powietrze. Zbadał puls, przyłożył ucho do serca. Była martwa.
Wisiał przez chwilę przy niej, jakby nie potrafiąc uwierzyć, że to się jednak stało. Potem chory z niecierpliwości wyszarpnął palcami gwoździe, rozerwał stalowe liny i zniósł jej ciało w dół, na miejsce, które tak długo czekało na swój żywioł.


VII
Inskrypcje na podłodze nabrały blasku i głębi. Z każdej linii rosła w górę cienka ściana światła, odwzorowując kształt liter wysoko nad ziemią. Linie jasności przechodziły przez niego na wy- lot, otaczając blaskiem. Podziurawiony światłem, zamarł w oczekiwaniu.
Świetlane litery rosły, ich rysunek jednak zaczął się rozmywać i tracić kontury. Jasność zawisła nad podłogą, przybierając formę kuli. Jej spękaną, chropowatą powierzchnię stanowiła warstwa rozżarzonej substancji podobnej do magmy, która wbrew wyglądowi zionęła lodem. Wewnątrz coś zdawało się poruszać, kotłować, powodując powstawanie wybrzuszeń, które po chwili znikały, by pojawić się gdzie indziej. Powłoka wyginała się, kurczyła, odkształcała i wracała do poprzedniego stanu.
Ustawił się dokładnie w centrum, mając pod stopami Czarny Znak, a nad głową biegun. Zaintonował słowa, których nie znał, lecz wcale nie musiał ich znać - same pojawiały się w umyśle i spływały z warg. Nie były podobne do żadnego języka, ludzka krtań wzbraniała się, przed ich wypowiadaniem, krztusił się więc i charczał, lecz mówił nieprzerwanie.
Kula płonęła coraz intensywniej, zalewając halę widmowym blaskiem. Ciała na podłodze zaczęły wstawać.
Każdy przypadkowy świadek wolałby uwierzyć, że to halucynacja, a nie rzeczywistość. Groteskowo powoli, nienaturalnie sztywno, jak marionetki - zmarli podnosili z ziemi. Zdawali się składać z niedopasowanych elementów, bo jedna noga działała niezależnie od drugiej, tułowia zakreślały łuki biodrami, starając się zachować równowaga, a ręce tłukły bezradnie dookoła - jakby nie tyle zostali wskrzeszeni, co wydarci śmierci kawałek po kawałku, przytrzymując wyrwane wnętrzności, plując zatęchłą wodą, wybierając z włosów grudy ziemi - unosili się po kolei. Ostatnie wstało powietrze.
W upiornym blasku kuli wyglądała zwyczajnie, i może dlatego była potworniejsza, niż otaczające ją maszkary. Zajmowała miejsce w wewnętrznym kręgu, blisko, na wyciągnięcie dłoni.
Przyspieszył tempo mówienia, prawie połykając sylaby. Rozłożył ramiona. Trupia świta wzleciała w górę, otaczając kulę podwójnym kręgiem mocy.
Ściany i sufit magazynu rozpadły się w pył. Pod wrześniowym niebem czuł, że jego 'wołanie nie pozostaje bez odpowiedzi. Gwiazdy... gwiazda zaczęły zmieniać położenie, układając się. w doskonałe znany mu symbol. Purpurowe światło kuli nasycało ich blask krwawą poświatą,
Ziemia zadrżała. W jednej chwili zerwał się. huragan, atakując wszystko na swej drodze. Wokół latały skrzynki, beczki, drzwi wyrwane z zawiasów, samochody - ale tam, gdzie on przebywał, było spokojnie i cicho, Żaden podmuch nie musnął włosów.
Rozszalałe morze wystąpiło z brzegów. Wysokie na dwanaście
metrów fale pędziły przed siebie, jakby chciały sprowadzić następny potop. Sąsiednie magazyny, które oparły się wichurze, ustąpiły przed potęgą morza, uderzenie fal zmyło je do wody, pozostawiając czysty teren. Wreszcie, od nie wiedzieć kiedy, było tu czysto.
Morze srożyło się coraz bardziej, jemu jednak nie zagroziło. Otoczony z trzech stron ścianą wody, kontynuował ceremonię, drżąc z niecierpliwości. I nagle umilkł, słowa się skończyły. Zdał sobie sprawa, że pierwsza część rytuału dobiegła końca. Wypowiedział formuły przywołania, teraz trzeba było tylko nadać im siłę, potrzebną do działania,
Uniósł się, dołączając do lewitujących okręgów. Mógł to zrobić,
bo kula w czasie inkantacji wystrzeliła jak fajerwerk na Nowy Rok
i znacznie powiększyła swe rozmiary. Miał dość miejsca.
Planety jedna po drugiej wyłamywały się z kręgu, by ulecieć w górę i wniknąć do wnętrza sfery, która z każdym nowym darem nabierała ciemniejszej barwy.
Zewnętrzny pierścień już nie istniał. Z wewnętrznego oderwał się Ogień, zrzucając podczas lotu poczerniałe strzępy skóry. Kula była już tak ciemna, że prawie czarna. Siatka pęknięć stawała się coraz głębsza. Przez szczeliny przeświecało płomieniście czerwone światło, a ponieważ w mroku ciemna barwa powierzchni nie była widoczna, zdawało się, że w powietrzu wisi tylko ognista sieć w kształcie kuli.
Nadszedł czas na wodę, Z wzdętym brzuchem i wodorostami we włosach zniknęła bezgłośnie w środku, przyciągana przez siłę, której nawet po śmierci nie zdołała się oprzeć.
Fale oblały cypel, na którym mieścił się magazyn, ze wszystkich stron, zamieniając go w wyspę. Sina woda wznosiła się wokół na wysokość wieżowca. Pionowe ściany morza stworzyły krąg, jakby chcąc naśladować ten na posadzce; przez ich powierzchnia przechodziło drżenie i rytmiczny ruch fal - cofały się i napierały, próbując przekroczyć wyznaczone granice.
Ziemią, tym razem reprezentującą żywioł, był wielki, otyły mężczyzna, który nawet wzlatując sprawiał wrażenie ociężałego. Sunął jak góra mięsa, a gdy zbliżył się do kuli, nie tyle w nią wniknął, co został zawleczony do środka.
Wygląd sfery zmienił się jeszcze bardziej. Znów się rozrosła i teraz była tak ogromna, że zajmowała ćwierć nieba. Jej szkarłatne światło widać było z odległości wielu kilometrów – złowieszczy blask nocnego niebie, który jak w apokaliptycznej wizji zwiastował koniec znanego świata, wszystko, skąpane w widmowej poświacie, było jednocześnie większe i bardziej głębokie. Jakby światło wydobywało na wierzch ukryte dziedziny rzeczywistości - tą część, którą zawsze przeczuwamy, budząc się zlani potem po nocnym koszmarze.
Wiatr i woda połączyły siły. Wirujące bicze wyrastały z morza,
rozcinając ziemi. Głębokie szczeliny były pierwszym frontem zjednoczonej armii; lale wdzierały się przezeń w głąb lądu. Miasto za nimi przestało istnieć. Stopniowo gasły dalekie światła okien i ulicznych latarni, aż pozostała tylko ciemność, wichura i morze - - tryumfujące, niepokonane.
Powietrze obróciło się wokół osi. Strzępy spódnicy zafurkotały, wydymając się, by opaść w długim, gładkim locie. Otwarte oczy lśniły purpurowo, gdy odbijał się w nich blask sfery. Im bliżej była, tym bardziej zdawała się płonąć od wewnątrz, jakby za źrenicami szalała pożoga, z wolna trawiąca ciało.
Wniknęła do środka kuli z cichym szelestem ubrania. I nagle zrobiło się cicho.
Huragan ustał w jednej chwili. Ściana wody wokół nich runęła, odsłaniając widok na ruiny. Morze zaczęło się cofać chyłkiem, jak zwierzę przed blaskiem pochodni. Bicze znieruchomiały, zakręciły się w drugą stronę i znikły, pozostawiając tylko pianę na powierzchni lal.
Kula rozszerzała się i kurczyła rytmicznie. Patrzyła w zachwyceniu, bo każdy spazm odrywał fragment czarnej skorupy, która eksplodowała w uderzeniu o ziemię. Starannie dobrany orszak nadal tańczył w korowodzie, widział ich poprzez szkarłat. Zataczali kręgi wokół kogoś ledwo przeczuwanego, wymarzonego, -ukazującego się w najpotworniejszych snach.
To by ON - nie miał wątpliwości. Przez bijący z ciała blask nie potrafił dostrzec wyraźnie JEGO postaci, ale z drżeniem serca rozpoznawał znajome kształty rozpostartych skrzydeł i wyraz drapieżnej satysfakcji na czymś, co z wahaniem określił jako twarz. Oczy płonęły nienasyconym głodem.
Niemal niezauważalnie wzniósł się wyżej. Opuściły go wszelkie wątpliwości. Wpatrzony w obliczę TEGO, któremu oddawał cześć, mógł
myśleć tylko o tym, by połączyć się z NIM jak najszybciej. Prze- czuwał już ten cudowny, przerażający ból, słodkie uczucie konania, gdy jego misja się wypełni i wreszcie będzie mógł odpocząć.
Dygotał cały, z uszu pociekła krew. Potrzeba zjednoczenia stała się zatrważająco fizycznym doznaniem - jak człowiek umierający z pragnienia, tak on wiedział, że za chwilę skona, jeśli nie zdoła wniknąć do środka. Szczękając zębami, niemal odgryzł sobie język.
Gdy wyczuł, że otrzymał pozwolenie, całym ciałem rzucił się wewnątrz.
Czuł to już raz, w domu przy Hibiscus Street. Uczucie rozmywania się, utraty tożsamości. Tym razem jednak wszystko przebiegało inaczej. Był świadom, co się z nim dzieje i pozwalał na to. ON go powoli zjadał, wchłaniał, trawił - czując ból rozrywanych ścięgien i miażdżonych kości błagał, żeby to się nigdy nie skończyło.
Błagał nadaremnie. Zjednoczenie się dokonało.
ON zaryczał, głosząc swe zwycięstwo, wyprostował zakończone pazurem skrzydło. Na ten znak planety i żywioły ponownie ustawiły się w okrąg. To była już niemal ostatnia rzecz, jakiej miał od nich zażądać.
Poznał kształt ludzkiej powłoki i sięgając w głąb siebie, zaczął ją formować na nowo, przekształcając swoje ciało w ciało tamtego siebie. Z mozołem rozpinał na szkielecie włókna mięśni, przeplatając je naczyniami krwionośnymi i pakami nerwów. Gdy głębsze warstwy były gotowe, przystąpił do odtworzenia skóry.
Kula z wolna traciła blask, kurczyła się i opadała, im bliższy był całkowitej przemiany, tym ona stawała się mniejsza. Wiedział, że nim skończy, swobodnie przekroczy jej granice.
Poruszył się na próbę, dopasowując postać jak ubranie, przeczesał palcami włosy i nie zważając na to, że w dłoni zostały długie pasma, uśmiechnął się., bo wiedział, jak się to robi.
Wyciągnął rękę.
Martwy orszak poruszył się; posłusznie, tworząc znak bliźniaczy temu wypisanemu przez gwiazdy. noc tańczyła iskrami w kurczącej się powierzchni Kuli. Zaczerpnął, ile tylko zdołał wchłonąć, i wyszedł na zewnątrz. To znaczy, zamierzał wyjść. Wyprzedziło go Powietrze.
Patrzył ze zgrozą. Jak Zamykająca Krąg łamie linie symbolu. W tym samym momencie poczuł, że wypełniającą go siłę coś wysysa na zewnątrz.
Wyprostowała się i zamrugała zregenerowanymi powiekami. Rany na rękach i nogach zagoiły się błyskawicznie. Zrozumiał nagle, że wciąż jeszcze żyła, gdy Ją zanosił do kręgu.
Pierwszy raz od tysięcy lat poczuł to zapomniane uczucie - strach, Na myśl o tym, że cały tak starannie przygotowany plan obróciła w niwecz niedoszła ofiara, którą z niecierpliwości i przez przypadek pozostawił żywą, zaskowytał. z bólu i rzucił się naprzód.
Ściany wiezienia, odtwarzające się tak szybko, jak przedtem znikały, powstrzymały go skutecznie. Nim zdążyły całkowicie odciąć go od świata, którego pożądał całą mocą swej nieludzkiej natury, bezmiernie zdziwiony zapytał:
- Dlaczego nie chciałaś, bym był twoim Bogiem?



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -