Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Ballada o Autostopowiczu

Kamil Skolimowski

Samochody ze świstem mijały stojącego na poboczu osobnika, zostawiając w tyle jedynie kłęby kurzu i dymu. Autostopowicz odkaszlnął gwałtownie, kiedy pyły po raz kolejny dostały się do jego ust i osiadły na podniebieniu. Słońce chyliło się już ku zachodowi, dzień powoli zaczął ustępować zmrokowi.
Gdzieś, w oddali, z drzew stojących tu i ówdzie na łące, zerwały się ptaki, zupełnie jakby chciały uciec przed nocą otulającą powoli peryferia wsi.
Kciuk, co raz wystawiany w nadziei przez autostopowicza, był wciąż nagminnie ignorowany. Jedyne, co mieli do zaoferowania kierowcy, to kolejne kłęby kurzu, ewentualnie wystawienie innego palca w odpowiedzi na kciuk autostopowicza. Myszon zaklął siarczyście, kiedy minęły go kolejne samochody, w których dojrzał drwiące grymasy na twarzach kierowców. Wiedział już, że na pewno nie zdąży na pierwszy wieczór festiwalu. Utknął na tym zadupiu, mniej więcej w połowie planowanej drogi i nic nie zapowiadało, że sytuacja się zmieni.
Myszon zaczął się rozglądać po pobliskich łąkach, kontemplując, gdzie mógłby rozbić namiot. Jasne, do wsi miał parę kroków, ale po poprzedniej nocy, kiedy chciał skorzystać z gościnności mieszkańców innej wioski i został w odpowiedzi poszczuty dwoma rottweilerami (zadrapanie na łydce wciąż piekło) - wolał nie ryzykować.
Spojrzał na siebie. Brudny t-shirt, zakurzone sprane dżinsy, popękane trampki.
"Autostopowicz pełną gębą", pomyślał gorzko. Zerknął na zegarek. Dochodziła 20. Czyli za mniej więcej dwie, trzy minuty w Rewalu (nadmorskim miasteczku, gdzie zmierzał) rozpocznie się festiwal folk-rockowy, do którego niemalże odliczał godziny od kilku dobrych miesięcy.
Myszon westchnął i, oparłszy się o przydrożne drzewo, spojrzał na krwawą, niesamowitą łunę podążającą za szkarłatnym słońcem.
No tak - wyjazd wyszedł bardziej spontaniczny niż się spodziewał. Pokłócony z kumplami, którzy nie chcieli jechać, pożarty z rodzicami, którzy na wyjazd nie wyrazili zgody - postanowił pojechać sam. Po prostu dwa dni temu wyszedł z domu, wściekle trzaskając drzwiami, żegnany płaczem matki i przekleństwami ojca, wśród których zdanie "Możesz nie wracać, gówniarzu!" należało do najdelikatniejszych.
Myszon uśmiechnął się gorzko do tych żałosnych wspomnień sprzed kilku dni. Sięgnął do plecaka po niezawodną butelkę mineralnej. Nawilżył zakurzone gardło i odruchowo zerknął w bok. Zakrztusił się, gdy zaskoczony zobaczył, że parę metrów obok niego stoi czarny fiat.
Pogrążony w swoich ponurych myślach widocznie nie zauważył, że jakiegoś kierowcę zaintrygował los samotnie stojącego na poboczu drogi dziewiętnastolatka.
Myszon pospiesznie zakręcił butelkę z wodą, wsunął ją do plecaka i, porwawszy torbę z namiotem i swój nieodłączny plecak-kostkę, podbiegł do samochodu. Auto wciąż było na drodze. Chłopak otworzył przednie drzwi.
- W stronę Kołobrzegu? – zawołał z nadzieją. Z tej perspektywy widział tylko kolana kierowcy, kiedy więc nie otrzymał odpowiedzi, zajrzał do środka.
Ubrany w wytarty, stary garnitur jegomość uparcie notował coś na kartce papieru na drewnianej podkładce opartej o kierownicę. Zupełnie zignorował Myszona.
- Jedzie pan w stronę Kołobrzegu? – zawołał chłopak raz jeszcze. Kiedy po raz kolejny odpowiedziała mu pełna ignorancji cisza, zmarszczył czoło i uważniej przyjrzał się milczącemu kierowcy. Szczupły, na oko 40-latek, nieogolony, z piórem wetkniętym za ucho. Myszon wycofał głowę z wnętrza auta i rozejrzał się.
„Nigdzie ni żywej duszy. Nie zanosi się na mrowie samochodów, zaraz zapadnie zmrok, fajnie byłoby dojechać przynajmniej do jakiegoś większego miasta”, pomyślał, drapiąc się z tyłu głowy.
„Tylko co to za czubek? W sumie nie wygląda groźnie, więc...”. Myszon pokręcił głową i ponownie zajrzał do auta.
Kierowca patrzył teraz na wprost niego. Myszon trochę się tym spłoszył, zaraz jednak odzyskał rezon.
- Kołobrzeg. Jedzie pan w tamtą stronę?
Kierowca sztywno patrzył na Myszona, tak jakby w nim szukał weny do dalszego pisania.
I rzeczywiście, nagle gwałtownie odwrócił wzrok i przeniósł go na swoje notatki, kontynuując. Myszon zmarszczył czoło, mocno już zniecierpliwiony.
Już, już miał się całkowicie wycofać, kiedy nagle kierowca pokazał mu kartkę. Widniała na niej podwójnie podkreślona wiadomość:

>>PRZEPRASZAM, NIE MÓWIĘ. JASNE – WSIADAJ.<<

Myszon uniósł brwi, nieco zdezorientowany, ale po chwili posłusznie wsiadł. Zgrabnie przerzucił torbę z namiotem i plecak na tylne siedzenie i krzywo uśmiechnął się do kierowcy-niemowy.
Ten jednak nie był zainteresowany uśmiechami Myszona, zaraz powrócił do swoich notatek.
Chłopak zamknął drzwi i zaczął wyczekiwać na bieg wydarzeń. Zerknął na prawo.
Od wschodu śmiało nadciągała noc, powoli częstując niebo gwiazdami.
Po chwili Myszon przeniósł wzrok na kierowcę. Ten przestał pisać i odłożył podkładkę z przyczepionym doń plikiem kartek na bok. Spojrzał w lewo, na krwawiący coraz słabiej horyzont. Zabębnił palcami o brzeg kierownicy.
- To co? Jedziemy? – podsunął niepewnie Myszon. Ekscentryczność kierowcy zaczęła mu już działać na nerwy. Przejechał otwartą dłonią po twarzy i westchnął. Ponownie zerknął na nadciągającą noc.
Po chwili do jego uszu ponownie dobiegł dźwięk skrobania długopisem po kartce.
„Kurwa”, pomyślał. Myszon. Miał ochotę także wyrzec to na głos, ale się wstrzymał. Spojrzał na kierowcę. Ten w tym samym momencie skończył pisać i podał Myszonowi kolejną kartkę. Chłopak mimowolnie zmroził kierowcę wzrokiem. Przeniósł jednak wzrok na kartkę i, może trochę za gwałtownie, przejął ją. Przeczytał.

>>TO TWÓJ PIERWSZY STOP, PRAWDA?<<

Myszon uniósł brwi. Spojrzał na kierowcę. Teraz to on się uśmiechał.
- M-możemy już jechać? – poprosił z mieszaniną strachu i irytacji Myszon. Poczuł jak małe dreszczyki strachu przebiegają mu po plecach. Wzdrygnął się lekko.
Kierowca przestał się uśmiechać i zaczął pisać dalej.
- Kurwa... – szepnął do siebie Myszon. Czuł, że następnym razem to wykrzyczy. Sekundę później do jego rąk trafiła kolejna kartka z kolejną wiadomością.

>>WSIADAJĄC DO OBCEGO SAMOCHODU NA MIEJSCE OBOK KIEROWCY, NIE WRZUCA SIĘ BAGAŻY DO TYŁU.<<

- Ej, dobra, panie! Albo jedziemy albo wysiadam! Bez pierdolenia!!! – wywrzeszczał Myszon.
Kierowca uśmiechnął się i odłożył swój kajecik. Myszon był już mocno poirytowany i, mimo woli, przestraszony. Mimo, że kierowca szykował się już do ruszenia, chłopak postanowił zrezygnować ze wspólnej podróży. Wysiadł z samochodu i skierował się do tylnich drzwi, żeby zabrać swoje rzeczy. Drzwi okazały się zamknięte.
Myszon z wściekłością zajrzał do auta przez przednie drzwiczki. Próbował wymacać malutką wajchę, by otworzyć drzwi od zewnątrz, ręce mu jednak tak drżały, że nie udało mu się to.
- Chcę swoje rzeczy! – warknął do kierowcy. Ten wciąż pisał.
Myszon z wściekłością wyrwał kierowcy kajecik i wyrzucił go na zewnątrz.
- CHCĘ SWOJE RZECZY!!! – chwycił niemowę za klapy marynarki i potrząsnął.
Kierowca otworzył usta, obnażając resztki zębów i zaklejone ropą pozostałości odciętego języka. Zaczął charczeć i świszczeć – to zapewne był jego śmiech.
Myszon puścił kierowcę i przecisnął się szybko przez małą przerwę między przednimi siedzeniami. Złapał plecak i namiot i wyszarpnął je z tylnych foteli, przy okazji zdzielając nimi wciąż charczącego kierowcę.
Z sercem walącym jak młot Myszon wypadł z auta i zaczął uciekać. Nie przebiegł paru kroków, kiedy nagle potknął się o drewnianą podstawkę od notatek kierowcy. Jak długi wyłożył się na jezdni.
Tuż za nim ruszył samochód. W przeciwną stronę.
Fiat odjechał, koszmarny śmiech kierowcy ucichł, pozostały jedynie kłęby dymu i cmentarna cisza. Myszon zaczął ciężko oddychać. Podniósł się do pozycji siedzącej.
Zerknął z lękiem na leżącą tuż przy nim podstawkę z pomiętymi kartkami. Sięgnął po nią, mimo wszystko ciekaw, co jako ostatnie miał mu do przekazania kierowca, zanim Myszon dostał ataku szału. Wyprostował pomięty papier i przeczytał.

>>W BAGAŻNIKU TRZYMAM OKRWAWIONĄ DZIEWCZYNKĘ. CHCESZ JĄ URATOW...<<

- tu wiadomość urwała się. Myszon wyrwał wtedy notatki kierowcy.
Teraz chłopak odrzucił podkładkę, ukrył twarz w dłoniach i zaczął się obłąkańczo chichotać.

Zniknęło słońce, ptaki zniknęły z drzew, nawet kłęby kurzu zniknęły.
W mroku nocy trwał już tylko śmiech Myszona.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -