Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




D zmienia nawyki

Michał Galczak

Gdy zobaczyłem D. na początku zeszłego miesiąca, pomyślałem, że mam do czynienia z duchem. Nie widzieliśmy się od dobrych trzech, czy czterech miesięcy, w ciągu których mój przyjaciel schudł niemiłosiernie i stracił na wadze co najmniej piętnaście kilogramów. Wyglądał jak śmierć na chorągwi. Jak poszarzała kartka marnej jakości papieru. Zapadnięte oczy, wysuszone policzki. Pod luźną koszulą rysowały się wystające żebra; przy każdym silniejszym podmuchu wiatru zawiewało chłopakiem na boki, a przylegający do jego ciała materiał opinał kości, które wyglądały, jakby ktoś żywcem wyjął je z rzeźni, tuż po okrojeniu z mięsa. Jego wygląd zaskoczył mnie, bo do tej pory mój przyjaciel wyglądał raczej okazale i nigdy nie mógł narzekać na deficyt kilogramów. D. uśmiechnął się do mnie niepewnie, z lekko nieobecnym wzrokiem. W ostatniej chwili powstrzymałem się od żartobliwego komentarza i porównań z Oświęcimiem.
- Witaj, psubracie! - Zawołałem i raźno ruszyłem w jego stronę.
- Cześć. - Stęknął niemal szeptem.
Chciałem uścisnąć jego dłoń, lecz dosłownie przepłynęła mi między palcami. Zbył to wymijającym uśmiechem. Stał przede mną, kołysząc się na wietrze.
- Dawno się nie widzieliśmy. - Stwierdziłem trywialnie.
- Ostatnio u Cichego na urodzinach. - Przytaknął D.
- Skoczymy gdzieś? - Pomyślałem, że środek chodnika nie jest najlepszym miejscem na rozmowę.
Ruszyliśmy w stronę Agrykoli.
- Kiepsko wyglądasz, bracie... - Stwierdziłem odkrywczo. - Nic ci nie jest?
D. wzruszył ramionami.
- Chyba nie...
- Może jesteś chory? Wyglądasz, jakbyś był...
D. pokręcił głową.
- Nie jestem. Byłem u lekarza. Poza niedożywieniem nic mi nie jest.
- Nie jesz? - Spytałem naiwnie.
- Jakoś nic mi nie smakuje. - Burknął D.
- A pijesz jeszcze? Skoczylibyśmy do "Pszczółki" na kielicha...
D. uśmiechnął się szeroko. Ten wyszczerzony grymas od razu zrozumiałem. Przemknęło przeze mnie uczucie ulgi. Jednak pomimo nowej powierzchowności D. nie zmienił się specjalnie. Odpowiedziałem mu równie szerokim uśmiechem.
- To co, bujniemy się na kebaba, a potem do baru? - Zaproponowałem.
D. pokręcił głową.
- Chodźmy od razu do "Pszczółki". - Zakomenderował.

Wieczór w "Pszczółce" skończył się tak, jak za każdym razem. Minęła trzecia po północy i barman podziękował wszystkim, którzy wytrwali na swych posterunkach przy stolikach, po czym zamknął bar. Wyszliśmy z D. wprost na rześkie, nocne powietrze. Pijani w sztok, ruszyliśmy Puławską w stronę centrum. Pożegnaliśmy się na Centralnym, po czym każdy z nas ruszył w swoją stronę. Przed piątą nad ranem byłem już u siebie w domu.
Spotkaliśmy się z D. następnego dnia. Przyszedł do mnie koło południa. Stanął w przedpokoju i westchnął ciężko. Wyglądał jeszcze gorzej, niż poprzedniego wieczora. Poza zwykłą bladością, związaną z bezlitosnym kacem, jego twarz usiana była czerwonymi smugami. Podłużne strupki przecinały policzki D., jego czoło i szyję. Wyglądał jakby stoczył walkę z krzewami dzikiej róży, a zaraz potem przebiegł się alejką wśród gęsto rosnących akacji.
Zaśmiałem się życzliwie na widok pokiereszowanego przyjaciela.
- Śmiej się, śmiej... - Pokiwał głową D. Przyłożył dłoń do szyi i syknął. - Kurwa, to boli!
Podszedłem do niego i spojrzałem na miejsce, którego dotknął. Rany na jego karku były o wiele głębsze od tych na twarzy. Wyglądały już na poważne zadrapania, a niektóre niemal jak ugryzienia.
- Człowieku, gdzieś ty się włóczył? - Spytałem kręcąc głową.
- Myślisz, że pamiętam? - Wzruszył ramionami.
Zapaliliśmy po papierosie. Gęsty dym wypełnił kuchnię. D. uśmiechnął się do mnie zerkając znad stołu.
- Ostatnio taki poturbowany byłem po urodzinach Cichego. - Zaśmiał się i na powrót zaciągnął dymem.
Z jego strony rozległ się dźwięk przypominający burczenie.
- Wiesz co? Będę chyba już leciał... - D. zagasił papierosa w popielniczce i skierował się w stronę drzwi. - Zrobiłem się chyba... trochę głodny...
- Leć, leć... - Westchnąłem.
- Zdzwonimy się! - Zdążył jeszcze zawołać D., zanim zniknął za drzwiami.

Przez następne dni D. zaczynał odzyskiwać apetyt. Za każdym razem coś wcinał, kiedy bym go nie spotkał. Po tygodniu zniknęły mu sińce pod oczami, a po dwóch tygodniach nie straszne mu już były podmuchy wiatru. Zaczął zmieniać kategorie wagowe w imponującym tempie, w ciągu dwóch tygodni przeskoczył z wagi papierowej niemal od razu do piórkowej. W tydzień później ważył już blisko siedemdziesiąt kilogramów, a gdy nadszedł kolejny weekend pochwalił mi się, że jego kłopoty niedożywieniem skończyły się definitywnie.
- Teraz wyglądasz nawet odrobinę zbyt dobrze. - Stwierdziłem za którymś razem.
- Dziewięćdziesiąt pięć kilo. - Oznajmił z uśmiechem, przez który przebijała woń pochłanianego hotdoga.
Pokręciłem głową.
- Jak tak dalej pójdzie, to łatwiej cię będzie przeskoczyć, niż obejść... - Zażartowałem.
- Odwal się... - Zarechotał D. Oblizał się i wytarł ręce w serwetkę. Rozejrzał się dookoła i mlasnął. - Idziemy na jakieś żarcie?

Następnego dnia rozległ się dzwonek telefonu.
- Cześć, to ja. Możesz mi coś powiedzieć? - Usłyszałem głos D. Musiał coś właśnie jeść, bo z słuchawki dobiegały odgłosy ciamkania i mlaskania.
- No, mów.
Usłyszałem głośne przełknięcie, a w chwilę potem czkawkę.
- Pardon. - Skwitował D. na wdechu. - Słuchaj, robiłem sobie wczoraj obiad i... - Zawiesił głos.
Wyczekałem chwilę w nadziei, że mój przyjaciel się jednak przemoże i dokończy. Zamiast tego usłyszałem po drugiej stronie słuchawki chrupnięcie, a po nim odgłosy przeżuwania. Postanowiłem znieść to z cierpliwością.
- Chodzi mi o to... - Odezwał się ponownie D. przełykając kolejną porcję. - ... że zasmakowało mi mięso indycze...
Naprawdę nie wiedziałem, co mógłbym mu odpowiedzieć. Rozłożyłem ramiona w geście bezradności. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że przecież D. mnie nie widział.
- Cieszę się bardzo. - Stwierdziłem niepewnie, nie wiedząc do końca jaka powinna być moja reakcja. - Ale po kiego grzyba mi o tym mówisz?
- Bo surowe jadłem... - W głosie D. wyczułem odrobinę wstydu.
- No i?
- Sam nie wiem... Nie uważasz, że to może być niebezpieczne?
- Owszem, nawet bardzo! - Odparłem. - Możesz po tym dostać porządnej sraki!
D. burknął coś pod nosem. Zaraz potem znów usłyszałem odgłosy jedzenia.
- Chodzi mi o to, czy to nie jest... chore? Jedzenie surowego mięsa...
- Stary! Ja przepadam za tatarem, a to przecież też surowe mięso. Ludzie na całym świecie jedzą surowiznę.
Odpowiedziało mi stłumione beknięcie. Żołądek D. zaakceptował kolejny posiłek.
- Na zdrowie... - Rzuciłem od niechcenia.
- Dzięki. - Odparł. - Wiesz, uspokoiłeś mnie z tym mięsem. Już zaczynałem się zastanawiać, czy przypadkiem mi nie odbiło...

Dwa dni później spotkaliśmy się około południa. Chciałem wyciągnąć przyjaciela do jakiejś knajpy i zalać razem z nim pałę. D. przygryzł dolną wargę i przymrużył powieki. Coś mu najwidoczniej nie pasowało.
- Może wieczorem wpadnę do ciebie? Zrobimy flaszkę...
Wzruszyłem ramionami. Było mi wszystko jedno, mogliśmy pić i u mnie.
D. porozumiewawczo poruszył brwiami.
- Po południu jestem umówiony się z pewną damą. - Uśmiechnął się szeroko.
- Trzeba było od razu tak mówić! - Poklepałem go po plecach.
Oczy mojego przyjaciela zaiskrzyły się, a przez jego oblicze przemknęła fala entuzjazmu.
- Koleżanka z pracy. Zaprosiła mnie na kolację. - Nieznaczny rumieniec pojawił się na policzkach D., ale zaraz ustąpił miejsca zapałowi. - Zapowiada się niezła uczta!

Czekałem na D. od godziny. Obiecujące spotkanko musiało się trochę przeciągnąć, albo zakończyć w nieprzewidziany sposób w mieszkaniu jednego z nich. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Postanowiłem dać przyjacielowi jeszcze pół godziny. Później zamierzałem sam zmęczyć butelkę chłodzącą się w lodówce. Gdy minęły dwa kwadranse - udałem się do kuchni. Wstawiłem na ogień kolację, którą przygotowałem wcześniej, jako akompaniament do czarodziejki-gorzałki. Dokładnie w tym samym momencie odezwał się dzwonek do drzwi.
- No, w końcu... - Wymamrotałem pod nosem i ruszyłem do wyjścia.
Przeszedłem przez ciemny korytarz i przekręciłem klucz w zamku. Otworzyłem drzwi i cofnąłem się.
- Sorry za poślizg. - D. otarł usta rękawem i wszedł do środka.
Pociągnął mocno nosem i mruknął z zaciekawieniem:
- Hej... Coś tu ładnie pachnie!
Do mnie również dotarł zapach ciepłego posiłku.
- Makaron ze szpinakiem. - Oznajmiłem krótko i ruszyłem w kierunku kuchni. - Masz ochotę?
D. stęknął coś w odpowiedzi, ale nie dosłyszałem tego, co powiedział.
- Zamknij drzwi i wchodź! – Zawołałem. - Chyba, że mam przynieść flaszkę do przedpokoju...
Mój przyjaciel wolnym krokiem wtoczył się do kuchni. Stanął tuż za jej progiem i wciąż wąchał powietrze. Stałem pochylony nad kuchenką. Jedną ręką otworzyłem lodówkę i wyciągnąłem z niej oszronioną butelkę.
- I jak randka? - Spytałem przez ramię.
D. odpowiedział mlaśnięciem.
- Coś tu naprawdę dobrze pachnie... - Mruknął z podnieceniem.
Odwróciłem się do niego, chcąc powtórzyć pytanie. Widok, jaki ujrzałem zupełnie zbił mnie z tropu. Zobaczyłem D. zgrabionego, z szyją wyciągniętą w moją stronę. Twarz miał umazaną ciemnoczerwoną cieczą, a z kącika ust spływała mu na brodę ślina.
- Mówiłem ci... że... zrobiłem... kolację... - Wydukałem opierając się plecami o blat stołu.
Na twarzy D. pojawił się diaboliczny uśmiech. Wolno poruszył głową w prawo, a następnie w lewo.
- Nie, nie... To nie to... - Sapnął i ruszył w moją stronę.
Omiótł całą kuchnię wzrokiem, a następnie węchem. Na koniec zatrzymał się na mnie.
- Ej, kurwa, nie wygłupiaj się... - Poczułem, jak moja twarz czerwienieje i zamienia się w rozdygotaną maskę przerażenia. Nie miałem się już gdzie wycofać. Przesunąłem dłonią po blacie w poszukiwaniu noża. Jak na złość jedyną rzeczą w zasięgu mojej ręki była mokra ścierka.
D. oblizał usta i wyciągnął ramiona w moją stronę. Obydwa ociekały substancją, która od razu przyniosła mi na myśl skojarzenie z krwią. Pod paznokciami przyjaciela dostrzegłem fragmenty mięsa i strzępki skóry i włosów.
- Ty tak pachniesz... - Wycharczał D., przymykając oczy. Jego twarz nieznacznie się wydłużyła, natomiast głowa zapadła się w potężnych mięśniach karku. Obnażył zaślinione zęby i warknął na mnie.
Nogi ugięły się pode mną i upadłem na podłogę, boleśnie obijając sobie przy tym głowę o metalowe uchwyty szuflad. Odepchnąłem się nogami, lecz za mną były już tylko szafki. D. stanął nade mną i zakasał rękawy. Kilka kropel jego śliny skapnęło mi na nogawki spodni. Cisnąłem w niego ścierką, którą porwałem z blatu.
D. wziął potężny zamach i opuścił rozcapierzone palce na moje ramię. Jednym uderzeniem wyrwał z niego pokaźny kawałek mięsa. Zawyłem z bólu. W ustach poczułem metaliczny posmak, a w głowie rzeczywistość zaczynała wirować, wciąż przyspieszając. Co się, do cholery stało z D.? Nie wiedziałem. Pewien byłem jedynie tego, że to nie były wygłupy. Moje poranione ramię było tego najlepszym przykładem. Przycisnąłem dłoń do rany i mocno ścisnąłem.
D. podsunął sobie pod nos fragment mięsa wyrwanego z mojego ramienia. Wciągnął zapach nozdrzami i odetchnął uszczęśliwiony.
- Aaaaaahhhhh! - Stęknął z rozkoszy i przyjrzał mi się z wdzięcznością. - Wiedziałem, że jesteś najlepszym... przyjacielem...
- Spierdalaj! - Tylko to jedno słowo przyszło mi do głowy.
D. zaśmiał się głośno, a następnie wgryzł w jeszcze ciepły kawałek mojego ciała. Z kącików jego ust spłynęła moja krew.
- Mówiłem ci już... - Spytał, przerywając co chwilę mlaskaniem. - ...że ostatnio... zaczęło mi... smakować... surowe... ludzkie... mięso?



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -