Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Czarna Materia

Przemysław Pilarek

Rosalyn Waters miała bodajże kilkanaście lat w chwili kiedy straciła ojca. I matkę. I brata. Dokładniej braciszka. Tamtego dnia liczył sobie zaledwie cztery latka. Poeta mógłby powiedzieć: kolejne cztery kartki bezsensownie wyrwane z kalendarza życia, a nihilista, że to wszystko i tak jest gówno warte. Dla niej znaczyło to dokładnie cztery lata, ani chwili dłużej, lecz na poszarpanym skraju tamtego okresu chwil było pewnie aż w nadmiarze. Błąkających się bez sensu niczym zagubione dusze.
Choć różnica wieku pomiędzy nimi wynosiła jakieś dziesięć lat, to w końcu jednak pokochała tego rozwrzeszczanego dzieciaka, który wyrastał powoli na młodego mężczyznę, nowego pana domu; dzieciaka, który niejednokrotnie targał ją za włosy opryskując ściany owsianką. Z czasem zdała sobie sprawę, że tak na prawdę kochała go mocniej niż kogokolwiek innego. Z czasem uczucia niższego rzędu ewoluowały, przestała więc lubić, przestała też uwielbiać… zaczęła natomiast kochać. Ta prosta świadomość dodawała jej przemieszanej z bólem otuchy, za każdym razem kiedy zaczynała o tym myśleć. Wpierw nienawidziła Bobby’ego, z troski o pozycję jedynego dziecka w domu. Ale wraz dojrzewaniem przełknęła to strącenie z piedestału, tak jak przełykała jego noce awantury o karmienie i nieznośny charakter. Nawet ogromny przełom czasu, który wtedy wbił się w jej życie, rozdzielając na dwie części niczym ciało od kości, nie był w stanie tego wrażenia zatrzeć. Dwadzieścia lat, a ona wciąż jeszcze na tym ulotnym skraju jawy i snu, na chwilę przed przebudzeniem, ale dopiero za moment, widywała nastoletnią siebie patrzącą przez kuchenne okno na podwórko przed domem, gdzie zwykł bawić się miniaturowymi ciężarówkami, które ładował piaskiem i z pomrukiem przeciągał po chodniku. I w tych snach pachnących błękitem i świeżym praniem, zawsze był to słoneczny dzień.
Wszystkie dni wydawały się wtedy słoneczne, jakby wysnute wprost z krainy Oz, aż w końcu nastał ten jeden. I był to dzień, w którym zgasło słońce. Być może moment, jeden z pośród wielu, zupełnie czarny i lepki od brudu, był momentem, który stanął najdalej na skraju owej rozpadliny, pomiędzy życiem wtedy, a teraz. Nawet jeśli ‘teraz’ zaczęło się dokładnie ‘wtedy.’
Dwie minuty wcześniej zegar w kuchni, gdzie zazwyczaj wspólnie jadali obiady wybił pierwszą. Ale ten fakt wyparował jej z głowy niemal natychmiast i nawet po dwudziestu latach dalej nie było dane jej go sobie przypomnieć; wypchnięty faktami ważniejszymi – na przykład czemu mamusia jest taka
(bru-d-na)
brudna, albo - czego głowa mamusi szuka w zlewie?
Stało się to w czasie jednego z tych upalnych, lipcowych popołudni na ich farmie w środkowym Maine, gdzie słońce świeci nawet w nocy, a kukurydza jest najlepsza na świecie; tryskająca słodkim sokiem spomiędzy zaciskanych szczęk. Gdzie niebo jest tak niebieskie i tak piękne, że warto w nie spojrzeć i umrzeć jak w tej starej piosence.
Butch Waters grzebał pod maską swego starego pickupa od Dodge’a klnąc na czym świat stoi, przez te pieprzone silniki diesla i jeszcze bardziej pieprzone klucze nasadowe, które za nic w świecie nie pasowały do śrub, choć zapłacił za nie grubo ponad trzydzieści dolarów.
...stevens rzuca do andersona!.. bieg do bazy!.. red sox’i prowadzą jednym punktem podczas gdy!.. anderson rzuca!.. niesamowite proszę państwa, nigdy nie widziałem czegoś takiego!.. to wprost!..
Radio głęboko skryte w mroku jego warsztatu od kilku dnia charczało jakby nabawiło ostrej gruźlicy połączonej z przewlekłym zapaleniem gardła. Oczywiście wykluczone było, aby mogło się tego nabawić na drodze zakażenia innego niż wykonana po omacku próba przestrojenia stacji, co zaowocowało niemal ułamaniem mu antenki. Wprawdzie to nie musiało się tak skończyć, gdyby tylko Butch pozbył się tych paru desek, którymi pozabijał zeszłego lata okna w obawie, że jesienne burze wytłuką z nich szyby i zamienią jego warsztat w pieprzone pobojowisko. Oczywiście burz nie było, ani jednej nie licząc opadów deszczu na przełomie września i października, ale one mogły co najmniej zniszczyć okazy ozdobnego groszku jego żony. A deski pozostały nienaruszone tak ręką, jak i słowem przez kolejne siedem miesięcy. Przypomniał sobie o tym akurat w zeszłą środę, trzymając w dłoni wygiętą o siedemdziesiąt stopni antenkę radia, w którym audycja na temat tych pieprzonych komuchów natychmiast zeszła do poziomu niewyraźnych szumów i charkotów. A chciał po prostu dostroić stację. W drugiej ręce trzymał nasadową siódemkę przez chwilę zastanawiając się co z nią zrobić, czy może lepiej nie robić z nią niczego, czego będzie potem żałował, a którą opuścił w końcu na urządzenie wgniatając jego metalową obudowę do środka. Bynajmniej nie poprawiło to jakości odbioru, poprawiło natomiast jego humor.
W chwili gdy Sox’i zdobywali piątą bazę, czego on oczywiście nie słyszał, bo na tę chwilę audycja zniknęła pomiędzy pasmem zakłóceń, zdołał jedynie wygramolić się z pod maski samochodu, by rozciągnąć kości. Odszedł parę kroków w lewo i wkroczył w jasny promień światła wlewający się do środka przez szparę w przekrzywionych deskach. Spojrzał na zegarek. Była za trzy pierwsza i praktycznie powinien się teraz zwijać do domu na obiad o czym w kapitalny sposób informował go jego burczący brzuch. Jednakże nic nie mogło burczeć głośniej od Butcha Watersa we własnej osobie, którego zdaniem najpierw trzeba było sprawdzić tą pieprzoną pompę paliwową, a dopiero potem pozostałą w odłogu resztę świata, nawet jeśli ograniczała się ona tylko do klopsików jego żony.
Ruszył do kabiny pickupa podczas gdy pół jardu dalej Meryl Waters odsączała już kukurydzę od wrzątku w ich kuchni, którą osobiście wykładał ceramicznymi kafelkami od Johnsons’n Wesson po (‘pieprzone’) pięć dolarów sztuka. Kopał zużyte puszki po oleju silnikowym, które toczyły się po zapiaszczonej podłodze na wszystkie strony i przeklinał w duchu tą cholerną pompę i Wilsona, który niby wspaniałomyślnie opchnął mu ją w mechanicznym z trzydziestoprocentową zniżką. Pewnie zatkała się, ale do cholery pompa kupiona miesiąc temu zatykać się nie powinna! W poniedziałek pojedzie do tego starego capa i wetknie mu to ustrojstwo prosto w zadek, jeśli ten stwierdzi, że powinien sobie przeczyścić najlepiej cały układ paliwowy ze śmiecia.
…nasz korespondent donosi, iż… dlaczego… wojska radzieckie… służby dyplomatyczne… niewiadomo… to największy… od czasów kryzysu kubańskiego…
- Pieprzona polityka – mruknął ocierając zatłuszczone smarem ręce w roboczy fartuch, zdaniem Meryl – najtłustszy fartuch na świecie, choć co ona tam wiedziała. Tłusty, roboczy fartuch i samochód z zepsutą paliwową pompą to brzemię każdego, prawdziwego mężczyzny. Przystanął na chwilę wsłuchując się w słowa radiowego spikera rwane częstotliwością na strzępy. - I pieprzone radio.
Splunął na ziemię i powoli wgramolił do kabiny. Przekręcił kluczyk w stacyjce, a silnik zakaszlał. Przekręcił raz jeszcze. I jeszcze. Kiedy w końcu zaczął sobie zdawać sprawę, że prędzej rozwali przednią szybę czołem, niż cokolwiek się stanie nagle w układzie coś zaskoczyło, a z rury wydechowej trysnęły błękitne spaliny. Wcisnął gaz i stary diesel zawył. Uradowany klasnął w dłonie, a potem walnął mocno w kierownice; po klaksonie, który i tak nie działał. Wysiadł z samochodu i obszedł go z lewej. Była to stara półciężarówka Dodge’a z 58’ o lakierze koloru spłowiałej zieleni i wymienianych w zeszłym roku, brązowych błotnikach z przodu. Tylnie koła wisiały w powietrzu na wysokości przeszło trzydziestu centymetrów. Powinien wydawać się zdziwiony, ale się nie wydawał, bo oczywiście sam je tak ustawił; rusztowanie z cegieł i desek, na którego widok każdy inspektor pracy najprawdopodobniej złapałby się za głowę, wznosiło tył samochodu, na tyle aby koła nie buksowały w piachu kiedy wciskał gaz sprawdzając silnik (co tylko między innymi, miało go chronić przed wjechaniem tym żelastwem w tyłek własnej żony).
Butch Waters mruknął coś pod nosem, prawdopodobnie, że albo potem naprawi to pieprzone radio, albo już nikt go nigdy nie naprawi i wycofał się w kierunku silnika. Niewiele go to obchodziło, niewiele cokolwiek go teraz obchodziło, jeśli nie było bezpośrednio związane z jego obecną robotą.
Otarł wargi wierzchem dłoni i po namyśle schylił się w poszukiwaniu cegieł. Znalazł cztery, zebrał je pod ramię, i kolejno władował do kabiny Dodge’a sumiennie kładąc na pedale gazu, dociskając do podłogi. Ostatnia cegła załatwiła sprawę. Szum radia utonął w wirowym ryku silnika, być może samo radio w ogóle przestało grać, bo spaliny wydechu zwyczajnie zdmuchnęły je z krzesła.
Wyprostował się drapiąc po głowie. Po namyśle podszedł do trzęsącego się silnika, by znowu wleźć pod maskę. Zaburczało mu w brzuchu, ale skwarze buchającym z diesla nawet tego nie poczuł. To na pewno ta pieprzona pompa, był tego pewny. W poniedziałek nawet nie będzie kwestionował jej stanu u Wilsona, tylko zwyczajnie wepchnie mu ja do gardła, albo…
Oparzył się w rękę o jeden z syczących tłoków i z krzykiem poderwał do góry uderzając potylicą w klapę od wewnątrz. Nawet nie zdawał sobie sprawy, kiedy konstrukcja z cegieł i desek runęła, a wraz z nią koła jego auta, które zaryły głęboko w piachu sypiąc pióropusze pyłu.
- Bobby, przestań piszczeć.
Bobby radośnie zapiszczał znowu, wiercąc się na krzesełku.
- Hej Bobby? – spojrzała na braciszka wykręcając twarz w komicznej minie. – Hej Bobby, chcesz zobaczyć uśmiech kota?
Roześmiała się serdecznie, kiedy jej nie zrozumiał.
Niespełna czternastoletnia Rose siedziała właśnie przy nakrytym stole w kącie kuchni i czekała na tatę pałaszując stek. Krzyk ojca i hałas jakby walącego się domu rozmył zastygłą ciszę dusznego południa, niczym rozpuszczalnik farby olejnego obrazu. I choć świat kuchni nie zmienił się wcale, to coś niewidzialnego przesunęło się wewnątrz ich wszystkich zostawiając po sobie zasysającą próżnię. Bobby dotychczas babrzący się w marchewce z groszkiem poruszył się niespokojnie na swoim krzesełku po drugiej stronie stołu. Mama zabrała go z siedziska i podeszła do okna nad zlewem, jedną ręką rozgarniając firanki, drugą podtrzymując małego by nie spadł. Od rana chodziła podenerwowana, jakby nad tą rodziną zawisło coś ciemnego i gęstego, na podobieństwo burzowej chmury o krok od ulewy. Rose widziała to w jej oczach kiedy nakładała porcję puree na talerz ojca. Potem nie miała czasu aby rozpatrywać te zagadnienie swojej głowie,
(„jak się czujesz?”)
(„doskonale, skarbie”)
dojść do tego, że kobiety przed okresem czasami wyczuwają zmiany atmosfery w około osób bliskich. Sama była jeszcze pół roku, przed swoją pierwszą miesiączką. Na odkrycie, że matkę z córką łączy specyficzna więź emocjonalna, podświadome połączenie psychiczne niczym kabel telefoniczny, i że czasem po tym kablu przeskakuje iskra, miała kolejne trzy, albo i więcej lat. Jednakże wyczuła, czymkolwiek to było, bo niosło ze sobą pewne znaczenie i świadomość tego w mgnieniu oka odebrała jej cały apetyt na obiad.
Świat kuchni widziany z perspektywy stołu nie zmieniał się wcale. Potem rozedrgał wraz z basowym rykiem silnika, który zbliżał się i przybierał na sile, aż w końcu stał się całym tym światem. Właśnie wtedy na ułamek sekundy zgasło słońce, choć tak naprawdę to przysłoniła je mama, która z Bobbym na rekach odbiła od zlewu i rzuciła się biegiem w poprzek kuchni. Krzyczała. Być może.
Widelec z niewielkim kęsem steku zatrzymał się w połowie drogi do jej otwartych ust.
Świat pękł na dwoje, od lewej ściany do prawej, niczym mocno uderzona szyba i oba spękane obrazy zaszły na siebie, jakby nagle zawieszono je w próżni. Jednakże szczelina przebiegła na innej płaszczyźnie, skontaktowała Rose wiele lat później. Strzeliła w połowie kuchni. Pomiędzy nią, a biegnącą mamą zastygłą w bez ruchu stop klatki z jej braciszkiem na rekach. Świat fizyczny nie zmienił się wcale, choć był niczym kraina czarów obserwowana z perspektywy drugiej strony lustra.
Później zaczęli pojawiać się obcy ludzie. Pojawiali się i odchodzili. Jak gdyby całe jej życie stało się nagle karuzelą, do której każdy miał karnet i chciał się przejechać.
Jakiś policjant, który wyglądał na szeryfa, a już na pewno jak szeryf się zachowywał stwierdził, że był to bardzo nieszczęśliwy wypadek. Zapalił pall malla i zapytał któregoś z kolegów – ‘Co teraz pocznie ta mała, zupełnie sama na świecie?’ – Kolega nie odpowiedział. Patrzył na stertę gruzu i desek w miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się kuchnia i salon domu rodziny Watersów, teraz jeden wielki pokój, teraz kopiec z pogiętym bagażnikiem odrapanego Dodge’a z 58’ sterczącym w górę niczym jakiś groteskowy pomnik. Upił łyk kawy i poszedł. Potem odeszła cała reszta i została całkiem sama.
W dwadzieścia lat później dzień dziesiątego lipca także był słoneczny. Rosalyn Waters zmywała naczynia po późnym śniadaniu w swoim domu na przedmieściach Pleasant View w Vermont. Tak naprawdę nie nazywała się już Rosalyn Waters, a Rosalyn Horn. Roger siedział z tyłu przy stole i czytał The Vermont Tribune nieustannie marszcząc brwi.
Odstawiła ostatni talerz na suszarkę i zakręciła wodę. Obróciła się do niego akurat kiedy przewracał na stronę działu sportowego.
- Musimy porozmawiać – powiedziała zdejmując gumowe rękawiczki z dłoni i przewieszając je przez kran.
- Mhm? – mruknął nie odrywając wzroku od kartki.
Oparła ręce na biodrach w geście zrezygnowania. Była niewysoką blondynką o rumianych policzkach, po ostatniej zimie zaokrągloną w biodrach nieco bardziej niż kiedyś. Wyszczuplające rajtuzy i sukienki przestały zdawać rezultat już dwa lata temu, ale on nie zwrócił na to nawet uwagi. Typowy facet po łokcie urobiony w swojej pracy, jasne. Pytanie na dziś brzmiało, czy takie zachowanie było domeną wszystkich prawników, czy tylko jej męża?
Przewrócił na kolejną stronę.
- Czytam prognozę pogody.
Rosalyn w zadumie zmarszczyła czoło.
- Roger, trzeba wymienić okap nad kuchenką, cały ocieka brudem i nawet nie wyobrażam sobie co się stanie po zdjęciu wywietrzników – choć tak naprawdę wyobrażała sobie całkiem szczerze. Wystarczyło, że zamknęła oczy i już widziała te zwały tłustego osadu ściekające po jej palcach, kiedy próbuje zdjąć spodnią klapkę.
- Wyczyść go – odparł bez emocji. – Wiesz, jutro wieczorem będzie padać. Chyba nici z golfa z Maxem.
- Roger, ale ja nie znoszę brudu. Wiesz, że obrzydzenie mnie bierze na samą myśl…
Przerwał jej w pół zdania:
- A ja nie znoszę tracić czasu na duperele, podobnie jak pieniędzy na wciąż nowe okapy -opuścił gazetę i popatrzył rzeczowo na żonę. – Kochanie, masz trzydzieści cztery lata i brzydzisz się zdjąć okap.
Wrócił do lektury, więc usiadła naprzeciwko niego i sięgnęła po gazetę. Umknął przed jej palcami i czytał dalej.
- Ale ty jesteś moim mężem – ciągnęła dalej. - I powinieneś pomagać mi od czasu do czasu w domu. Popatrz na Waltera, on pomaga Megan we wszystkim – starała się ująć to jak najdelikatniej, ale Roger i tak ją wyśmiał.
- Dziwisz mu się? Jest bezrobotny, całymi dniami obija się po domu – parsknął. - Gdyby jej nie pomagał, to chyba padłby od nadmiaru piwa i telewizji. Jak ty w ogóle możesz mnie z nim porównywać, jego ze mną? Naprawdę sądzisz, że ja mam tyle czasu, aby marnować go na porządki? Ile razy, już ci o tym mówiłem? U nich Megan zarabia, on sprząta. Tutaj ja zarabiam, a sprzątasz ty. To chyba sprawiedliwy podział obowiązków, nieprawdaż?
Dziwiła się sobie, że w ogóle poruszyła ten temat. Powinna była wziąć pieniądze i zamówić na jutro fachowców, kiedy byłby w pracy. Znając jego spostrzegawczość, nie domyśliłby się tego nigdy, nawet jeśli przywaliłby w nowy okap głową.
Zagryzła wargi w geście niezdecydowania, które natychmiast zabarwiło się zgrozą na bordowo. Potem popatrzyła na niego i nagle dotarło do niej, że on już chyba się wypalił, że już jej nie kocha. Otwarta prawda uderzyła ją w serce niczym cios dłonią w twarz, ale nie otrzeźwiła. Rosalyn Horn, niespełna trzydziestoczteroletnia kobieta, od 8 lat małżonka, nie wiedziała co odpowiedzieć swojemu mężowi podczas gdy dzieliła ich zaledwie powierzchnia niewielkiego stołu. Chciała go ująć za dłoń, ale zrezygnowała. Zdawał się być teraz tak daleko od niej, jakby w innym świecie, że ciężko było określić, czy pokonanie blatu może zdać właściwy rezultat. Wiele razy próbowała o tym myśleć, być może nawet bardziej nie myśleć, niż myśleć. W tym tkwił problem? Obchodziła ten temat szerokim łukiem, podczas gdy Roger niezmiennie spał na swojej stronie łóżka, odwrócony do niej plecami, a pas pościeli pod którym niezliczoną ilość razy leżeli na sobie, teraz zupełnie beznamiętny, ciągnął się pomiędzy nimi niczym granica ziemi niczyjej. Znacznie głębsza niż blat tego kuchennego stołu. Może nawet głębsza niż cały Wielki Kanion. Ponieważ to było ich łóżko, nie jego i nie jej. Ich. Razem je kupowali, powinni razem na nim sypiać. Myśl o tym, że może Roger ma kochankę, kiedyś wydająca się tak abstrakcyjna, że w ogóle nie brała jej pod uwagę, teraz sprawiała wrażenie bardzo bliskiej. Przerażająco bliskiej. Czyżby miał swój własny świat, do którego nie przyznał jej kluczy? Raz, czy dwa znalazła ślady szminki na kołnierzu jego koszuli, owszem, ale to przecież niczego nie dowodzi. Może jakaś kobieta, nachyliła się nad nim zbyt mocno, spotkał przyjaciółkę z mężem. Mnóstwo możliwości.
Naprawdę w to wierzysz?
Nie chciała o tym myśleć, nie chciała bo takie myślenie bolało, jakby poszczególne jego wątki porastał kolczasty drut. Nie chciała nawet brać pod uwagę ewentualności zdrady, ani tego, że ich związek cuchnie, bo któregoś dnia zaczął po prostu gnić. Nie była w stanie. Patrzyła bez słowa na ślubną obrączkę, którą wkładał jej na palec pamiętnych osiem lat temu i łapała w nią rozbłyski popołudniowego słońca.
To, że ich małżeństwo przeżywa jakiś kryzys dotarło do niej już dawno. Jednak wpierw zrzuciła to na barki kryzysu wieku średniego, ale potem pojęła, że na to jeszcze za wcześnie. Sprawiał wrażenie człowieka idącego po linie bez zabezpieczeń. Zamknął się w sobie i wyciszył, ograniczając rozmowy do niezbędnego minimum, jakie narzucało małżeństwo. Cześć, cześć, kiedy obiad? Zauważyła, że zaczął pić więcej niż kiedykolwiek wcześniej, choć jeszcze ani razu nie przyłapała go pijanego, podczas gdy zapas w barku magicznie opróżniał się za jej plecami, pod jej nosem. Kiedy o to pytała, zaprzeczał. Potem przestali ze sobą sypiać. Wpierw wykręcał się zmęczeniem. Naciskała, więc kładł się spać wcześniej, albo zasypiał na kanapie w salonie, podczas gdy ona godzinami patrzyła w blady sufit sypialni nie umiejąc zrozumieć co się do cholery właśnie dzieje, czy dzieje w ogóle, ale pewnie nie dzieje się nic, dlatego śpij dziecino, a jutro wszystko będzie dobrze. Ale jutro następowało takie samo, jak i wczoraj. Budziła się sama, albo z kłodą Rogera odwróconego tyłem. Był taki sam, choć zarazem jakiś inny, czego nie potrafiła zrozumieć dotykając dłońmi jego pleców, bo wciąż czuła pod koszulką to samo ciało własnego męża. Być może ‘jutro’ nie następowało wcale i wciąż ciągnął się ten sam dzień. Setki, zamiast dwudziestu czterech godzin. Ciągle jeden długi poniedziałek.
- Kochanie… - odparła przełamując cisze. Usta wygięła w drżącą podkówkę. Nigdy nie potrafiła ukryć swojego rozczulenia, gdzieś wewnątrz wciąż była małą dziewczynką, która
(skończyła sobotni obiad i powoli wstała od stołu. A lodowata woda obmywała jej kostki, kiedy powoli szła do poskręcanego ciała swojej matki, na którym zaczęły zakwitać róże)
potrafi rozryczeć się o byle drobiazg pokroju ułamanego paznokcia, albo przypalonej pieczeni. Głęboko w jej głowie prawdziwa Rose, Waters nie Horn, miała nadal
(czternaście)
kilkanaście lat i włosy splecione gumkami w blond kucyki.
- Idę na spacer – nieoczekiwanie odezwał się Roger i wstał od stołu składając gazetę. Wyminął ją by wyjąć mleko z lodówki. Siorbiąc upił kilka łyków i odstawił karton na kredens. Patrzyła na niego z głęboką dezaprobatą. Co się stało Roger? Czemu zdrowo sobie nie bekniesz? Uczulała go, żeby tak nie robił. Nie siorbał i nie zostawiał napojów w całym domu, ale on dalej robił swoje. Jej słowa trafiały gdzieś obok, albo nie docierały do niego wcale. Siorbał, bekał i odchodził, a ona sprzątała po nim bałagan kiedy oglądał wiadomości z nogami wciągniętymi pod sam telewizor. Zagryzła wargi.
- Kiedy będziesz? Na kolację robię łososia na parze – odparła z trudem opanowując rozedrgany głos.
- Nie czekaj na mnie. Może zahaczę o Roberta i skoczymy na piwo – odburknął drapiąc się po głowie. – Łososia możesz zrobić jutro.
Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Poczuła jak zimna igła zatopiła się gdzieś pod jej sercem, a potem rozpaliła do czerwoności krzesząc złote iskry. Gorycz i ból były jak beczka trotylu, która niespodziewanie zajęła się ogniem.
Krew powoli cofnęła się z jej głowy, a potem wróciła z zadziwiającą siłą podrywając na nogi.
- Specjalnie na dzisiejszy wieczór kupiłam tego łososia, Rogerze Horn i jeżeli nie masz ochoty zjeść go ze mną, zjem go w takim razie sama! – rzuciła w jego stronę i tym razem trafiła, bo Roger znieruchomiał. Przez chwilę zdawało się jej, że szczęka męża sięgnie poziomu kolan niczym wilkowi w kreskówkach Warnera. Patrzył szeroko otwartymi oczyma, podczas gdy ona splotła ręce na piersiach i dodała:
- Może schowałbyś mleko z powrotem do lodówki, skoro już raczyłeś je z niej wyjąć?
Wraz twarzy Rogera świadczył, iż nie za bardzo wiedział jak teraz postąpić, albo czy postąpić w ogóle. Kłapnął tylko ustami i przełknął ślinę, zaskoczony jej niespodziewaną zaciekłością. Sprawiał wrażenie jakby niedosłyszał, a było to raczej wątpliwe po tym jak mocno podniosła swój głos, czego nie zrobiła nigdy od początku małżeństwa.
Pomyślała z satysfakcją, że nareszcie coś go zatkało i po raz pierwszy dzisiejszego dnia, być może po raz pierwszy od niewiadomo jak dawna, uśmiechnęła się do siebie zupełnie szczerze. Po raz pierwszy na niego nakrzyczała i boże, jej jaźń buzowała właśnie od koktajlu z pogranicza triumfu i skrajnej paniki, którego smaku nie zaznała nigdy wcześniej.
Roger zamrugał jakby przebudził się z bardzo długiego snu i machinalnie sięgnął w kierunku kartonu. Zawadził o niego nadgarstkiem i strącił z kredensu rozbryzgując mleko po podłodze. Cofnął się o krok, jakby upuścił co najmniej wiadro z kwasem, a potem odwrócił gwałtownie w jej stronę i przeszył oskarżycielskim wzrokiem.
- Widzisz co zrobiłaś? – krzyknął. – Wszystko przez ciebie! Nic tylko skrzeczysz! Podnieś, zamieć, posprzątaj, Roger trzeba wymienić ten okap bo brzydzę się go wyczyścić! Nic tylko siedzisz w domu, ścierasz kurze i tyjesz! A myślisz, że dzięki komu masz co i czym sprzątać? Dzięki mnie, do cholery, dzięki temu, że kupujesz za moje pieniądze te wszystkie ścierki i detergenty, zamiast zrobić sobie liposukcję tych tłustych bioder!
Później wrzeszczał nadal, ale ona już go nie słuchała. Szklany hełm szoku przykrył jej percepcję, wytłumiając wszystkie dźwięki do poziomu głuchych szumów, jakby wsadziła głowę do wielkiego basenu pełnego wody. Zrobiło jej się słabo. Nie mogła dalej rozpatrywać jego obelg, coś w niej pękło i rozeszło z suchym trzaskiem po całej jaźni. Postąpiła dwa kroki w przód i odruchowo wymierzyła mu policzek. Wtedy klosz szoku rozpadł się i usłyszała, jak płacze. Dźwięk uderzenia był suchy i krystalicznie czysty. Niczym lodowaty szpikulec przeszył jej uszy w poprzek mózgu. Roger był blady na twarzy, nie licząc odbitych pięciu palców jej dłoni.
- Ty podła świnio! – wrzasnęła oblewając się łzami. – Mężczyźni! Wszyscy tacy jesteście, podłe, podłe świnie!
Czuła, że zaraz zwymiotuje. Jej żołądek płonął. Wybiegła z kuchni zostawiając go samego obok kałuży mleka, ze wzrokiem wbitym w podłogę i czerwonym śladem na policzku. Przez przedpokój wbiegła do salonu potykając się o dywan. Złapała się meblościanki i przytrzymała. Potem puściła się schodami na piętro, do
(?swojej, jego?)
ich sypialni tak głośno trzaskając drzwiami, że aż zadygotały. Chciała usiąść na łóżku, ale nogi się pod nią ugięły i padła na kolana w połowie drogi. Pogramoliła się do materaca i przywarła do niego podczas gdy świat w około wirował w szaleńczym rytmie krwi pulsującej w jej skroniach. Widziała jak przez włączony mikser. Zebrało się jej na wymioty ale stłumiła je głębokimi haustami powietrza. Kolorowe mroczki wystąpiły na oczach mieszając wzrok, a kiedy wtuliła twarz w poduszkę ujrzała już tylko czerń.
Łkała cichutko, choć wnętrze jej czaszki rozbrzmiewało wciąż tym samym krzykiem. Był to krzyk dziecka, które jednego dnia zdało się zachować życie, tracąc jednocześnie wszystko pozostałe. Pod zaciśniętymi powiekami wytapetował się jej obraz dziewczynki szaleńczo sprzątającej pobojowisko wcześniej będące
(?moim?)
domem. Spękane ściany, gruz na podłodze, kobieta obrastająca kwiatami róży, to wszystko zlewające się w dziwaczny pokaz slajdów niczym na filmie z przełomu wieków.
Szalejesz, stwierdziła resztkami sił. Odbija ci, na boga opanuj się!
Ale nie była w stanie. Dzisiejszego dnia Roger zranił ją dotkliwie i choć fizycznie była zupełnie cała, to wewnątrz krwawiła najczystszymi emocjami. Nie potrafiła ich łapać, nie mogła nawet tego zatamować. Przelewały się pomiędzy jej palcami, niczym fragmenty żywej tkanki by rozbryznąć gdzieś poniżej, a tam już nie sięgała wzrokiem.
(mama zakwitająca różami)
Załkała. Wydarzenia ostatnich chwil wydawały się tak beznadziejnie żałosne. Tak brudne, niczym wyjęte z rynsztoka, a które następnie zbrukały czystość jej świata. Zadeptane kwiaty, połamane huśtawki, głowa siłą wpychana do lepkiej muszli klozetowej w obskurnej toalecie. Nie była w stanie postrzegać tego inaczej. W jej głowie z szaleńczym łoskotem rozbrzmiewały pytania. Gdzie podziały się te sieci rozplecione pomiędzy ich spojrzeniami? Dlaczego nie potrafiła się w żadną z nich już zaplątać? Jak delikatna jest ta granica pomiędzy szczęściem, a skrajną tragedią? Na wyciągnięcie reki, a siła potrzebna do jej przekroczenia naprawdę jest równa sile wypowiedzenia obelgi. Takie to proste? Wystarczy wykonać prosty krok i wyjść z krainy czarów w sposób nieporównywalnie łatwiejszy od wrócenia tam z powrotem? To zbyt banalne jak na małżeństwa, jak na związki ludzkich psychik. A jeśli nawet, to cóż w obliczu tego znaczy miłość, skoro można ją zniszczyć z siłą potrzebną do zdmuchnięcia świeczki?
Nie, to przecież nie miało sensu. Ona dalej go kochała. Znienawidziła tylko siebie. Nagle i bez przesadnego patetyzmu, jakby przewróciła końcową kartkę czytanej z przymusu książki. Dlaczego w ogóle poruszyła kwestię tego cholernego okapu? Idiotka. Czuła, że on miał rację i to była jej wina. Wszystko to była jej wina. Są w małżeństwach sprawy, których dotykać się mimo wszystko nie powinno, dla dobra miłości i pokoju na świecie. Bez orderów i defilad. Bez konfetti i szampana. Wszystko opierało się na dystansie. To była jej wina, bo pragnęła tym rządzić wedle własnych praw. Idiotka. Jej nadgorliwość wpierw zepsuła Rogera, teraz ich związek. Wiele razy starał się to jej uzmysłowić, ale dopiero dzisiaj do tego doszła, co zakrawało na absurd, niczym wyjęcie zawleczki z granatu i czekanie na eksplozję.
(mamusia nie ma głowy)
Mówił – To twoja wina, skarbie. Znowu przesadziłaś. Męczysz mnie. Nie rozumiesz. Mylisz się, nie wiesz, nie pojmujesz, jesteś wadliwa, ograniczasz mnie, jesteś beznadziejna. – A ona zawsze słuchała jego słów cierpliwie jak na żonę przystało, jednocześnie wymijała je gdzieś w połowie drogi skręcając objazdem, jaki nigdy nie miał prawa tam stanąć; odchodziła w kąt niczym skarcony pies, który za jakiś czas ugryzie znowu. Tymczasem Roger nadal kroczył po linie, bo sama go na tę linę wepchnęła. A teraz nie chciał już z niej zejść, woląc chwiać się nad przepaścią, niż znowu wrócić na tą smycz.
Nie kochasz mnie już, a mi jest tak bardzo wstyd, że nazwałam cię podłą świnią.
Odkleiła mokrą twarz od poduszki. Czarne smugi rozmytego tuszu do rzęs ciągnęły się na poszwie rozmazanymi pasami jej łez.
Ubrudziłaś poszewkę, głupia suko! Podła, podła świnio!
Cisnęła nią przez łóżko i po chwili przerwy rozpłakała znowu, kryjąc twarz w dłoniach. Wiedźma! Dziwka! Suka! Szmata! Podła…
- Rosalyn?
… podła świnia, oto czym jesteś!
- Kochanie? – głos Rogera dotarł do niej dopiero za drugim razem, i boże jak bardzo ten głos kochała, jak rozpaczliwie za nim tęskniła. Teraz zmęczony jeszcze bardziej niż zwykle, jakby zapadły do środka.
Zapukał.
- Odejdź stąd, nie chcesz mnie oglądać! – krzyknęła przełamując słowami płacz.
Oczywiście zrobił coś zupełnie przeciwnego. Usłyszała jak cicho zamyka za sobą drzwi i zrozumiała, że czasami jest równie delikatny co kiedyś i byłby taki ciągle gdyby go nie zepsuła. Nie czuła jego delikatności od bardzo dawna, od kiedy zniknęła za pasmem szorstkości.
Podszedł do niej i kucnął obok. Odsunęła się.
Dla czego od niego uciekasz? Nie widzisz, że chce ci pomóc? Jesteś wadliwa, nie oszukuj się. W tym związku nawalasz tylko ty. Boisz się, że zamarzniecie daleko od siebie, a jednocześnie odsuwasz jeszcze bardziej w bok. Taką politykę wyznajesz? Dziwisz mu się, że zamknął się w sobie, skoro sama mu w tym pomogłaś, ty popieprzona histeryczko?
Spojrzała na niego dopiero kiedy położył dłoń na jej ramieniu. Wiedziała, że wygląda teraz strasznie z rozczochranymi włosami i smugami tuszu spływającego po policzkach. Choć Roger milczał, to jego wzrok mówił miarowo – ‘znowu to zrobiłaś, znowu to zepsułaś’, a ona uśmiechnęła się mizernie na zgodę z tym stwierdzeniem, jakby czas cofnął się o pięć minut i nadal byli w kuchni.
- Nie chciałam, Roger – załkała. – Ja naprawdę nie chciałam.
- Wiem – wydawał się taki smutny w trosce nad jej osobą. Rozedrgana wyobraźnia podsunęła jej wizerunek ogromnej pustej katedry, w której była kompletnie sama, dopóki on nie podszedł do niej z latarką niczym wędrowiec pytający o drogę, choć tak naprawdę jej tę drogę wskazał.
Gładził ją po włosach, a ona wtuliła się w niego z siłą naznaczoną rozpaczą. Wstydziła się siebie, do tego stopnia, że nie potrafiła odezwać. Idiotka. Spójrz jak psujesz własne małżeństwo, uciekasz od męża, choć tak naprawdę to odchodzi on, po tym jak stale go odganiasz.
Tego nie musiał jej uświadamiać, a świadomość niedawnego odkrycia była tym bardziej szokująca. Jakim prawem w ogóle podniosła na niego rękę, kiedy mówił jej szczerą prawdę? Idiotka. Histeryczka. Masz rację, mała, jeśli siebie teraz nienawidzisz. I módl się, aby nie znienawidził cię równie mocno.
Na boga, jak mogła być tak ślepa?
- O Jezu, co ja zrobiłam – wypłakiwała się w jego pierś, raz po raz krztusząc łzami. – Jestem głupia i wadliwa, powinieneś mnie ukarać zamiast tulić. Obić pasem te, te… Tłuste biodra!
- Już dobrze – odparł spokojnie i ucałował w czoło. – Nikt nie będzie już więcej nikogo bił. Zrobiłaś źle, ale kocham cię dlatego nic się nie stało i nie rozmawiajmy już o tym. A teraz chodź i zrób mi coś do jedzenia, bo zgłodniałem.
- To nie tak, Roger. Ja znowu przesadziłam. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, a ja z każdym kolejnym dniem biję wcześniejsze rekordy. Nie poprawiam się, nie zmieniam, a ty ciągle przeze mnie cierpisz.
Westchnął i podniósł ją na łóżko. Usiedli razem, ona wczepiona w niego, on gładzący jej włosy, spływający dłońmi po karku na ramiona. Długo wpatrywała mu się w oczy, łapczywie spijając z nich jego troskę. Przy nim czuła się taka malutka, ale to dobrze bo i bezpieczna. Mały promyczek światła, niczym na końcu długiego tunelu, rozjaśnił jej myśli. Mały promyczek światła, niczym ogień zapalniczki jaśniejący w ciemności, niczym reflektor wystarczył aby nie straciła nadziei, że Roger dalej ją kocha. Dlaczego miałby teraz do niej przychodzić i pocieszać, jeśli nie z powodu miłości, którą ją darzył i troski?
- Muszę posprzątać – stwierdziła, choć chciała wspomnieć o czymś ważniejszym.
Zawsze sprzątała w chwilach głębokich rozterek
(Rosie myjąca mamusię)
i od zawsze traktowała to jako swą osobistą terapią rozluźniającą. – A potem ugotuję łososia dla nas kiedy już wrócisz od Roberta, okay? – uśmiechnęła się promiennie.
Powiedz, że go kochasz. No jazda, krzycz!
Ale nie potrafiła zdobyć się na te proste słowa. Jej gardło przypominało rurę zatkaną jesiennymi liśćmi.
- Dziś nie pójdę do Roberta. Po tym wszystkim, nie powinienem zostawiać ciebie samej. Najlepiej będzie jak zostanę i się zdrzemnę. Co ty, na to? Nie będę ci przeszkadzał w sprzątaniu, zanim w telewizji nie puszczą powtórki Dodgers’ów.
Jego starania głęboko ją wzruszyły. Spuściła wzrok, ale podniósł palcem jej brodę i spojrzał głęboko w oczy.
- Uderz mnie jeszcze raz i to będzie koniec – stwierdził rzeczowo. - A teraz kocham cię, królewno.
Uciął zanim zdążyła odpowiedzieć i pocałował ją w usta, mocno przytulając. Oddała uścisk tonąc w nim niczym rozbitek na sztormowym morzu. Po chwili puścił ją i rozłożył na łóżku wspierając o łokieć.
- Z salami.
- Słucham?
- Kanapki, najlepiej z salami – odparł i zamrugał.
- Dobrze – zgodziła się.
Uśmiechnął się rozbrajająco, a ona – blady cień samej siebie, wyszła cichutko zamykając za sobą drzwi sypialni jak po dokonaniu najgorszej zbrodni.
Ty idiotko, nawet teraz nie mogłaś mu tego powiedzieć. Od kiedy w normalnym małżeństwie ‘kocham’ mówi tylko facet? No?
W korytarzu zachwiała się nieco i oparła plecami o ścianę. I choć rozum podpowiadał, że wszystko jest w porządku, to serce wciąż biło niespokojnie w jej piersi. Wzięła kilka głębokich haustów powietrza dla rozluźnienia. Czuła jak powoli wraca do siebie, ale porzuciła ten spokój na rzecz rozterek.
(‘uderz mnie jeszcze raz i…’)
Mało brakowało, głupia. Mało brakowało, a znowu byś to popsuła. Dziś naprawdę niewiele brakowało, aby go popsuć. Bóg mi świadkiem, że ten mężczyzna to największy skarb twojego życia. Dbaj o niego, równie mocno jak on o ciebie.
Odeszła od ściany i ruszyła w kierunku schodów. Zatrzymała się przy balustradzie, chwytając poręczy, bo nogi znowu się pod nią ugięły. Spojrzała rozpaczliwie piętro w dół przewieszając przez barierkę.
Jazda, spadnij! Narób mu jeszcze większych kłopotów niż za życia, stwierdziła histerycznie.
Odczekała chwilę i uważnie zeszła po schodach ześlizgując barkiem po ścianie, niczym osoba ciężko ranna. Zastanawiała się, czy tak właśnie czują się ludzie, którzy cudem uszli z życiem z wielkiej katastrofy. Kiedy chciałoby się, aby po tym koszmarze świat był jak z waty i każdy upadek od teraz kończył się zawsze lądowaniem w puchu. Tyle, że świat jest okrutny w swoim biegu na przód, bo nie zasypia nigdy. Kiedy więc potrafi wstrzymać oddech? Terroryści wtargnęli do ambasady i wzięli zakładników, czterdzieści osób uwięzionych w płonącym hotelu, twa walka o życie poparzonego chłopca – nie, to nie tak. Zatrzymać ludzi w połowie drogi do rozbicia o skały, o granitową ścianę, o bandę za którą rozciąga się granatowa ciemność morza – tak brzmiała podstawowa kwestia. To zadziwiające, że ludzka świadomość w tej partii wciąż jest naiwna i nie zdaje sobie sprawy z wagi własnej potęgi. Po cóż głowić się nad moralnością wystrzelonego pocisku, zatrzymywać czas w połowie i obserwować mętne lśnienie kuli? Nie lepiej cofnąć się do momentu naciskania spustu i wymierzyć broń w powietrze, w swoją skroń jeśli już krzywdzić musimy, bo czemu zawsze niewinnych zamiast siebie? Dlaczego wściekła się na męża, zamiast wściec się na siebie? Skoro tak łatwo było jej skrzywdzić ukochanego, dlaczego więc nosi na palcu obrączkę ślubną? Idiotka. Cofając się w stronę początku wydarzeń powoli odkrywała, że choć ciągle ucieka od brudu świata zewnętrznego, jego zła i prymitywnego sadyzmu, kryształ jej świadomości posiadł skazę. Strzelała z armat do robaków, zamiast użyć gazety. Idiotka. Dlaczego zawsze czyścisz wszystko dookoła, zamiast zacząć od samej siebie? Jesteś taka jak wszyscy, zawsze płaczesz po wystrzale zamiast na chwilę przed.
Zobaczyła czternastoletnią dziewczynkę, wyjmującą kobiecą głowę z kuchennego zlewu.
Kiedy zebrało się jej na mdłości po raz drugi, już ich nie wstrzymywała. Rzuciła się pędem w kierunku łazienki na parterze. Szczelnie zamknęła za sobą drzwi. Potknęła się o kosz na pranie i niemal wpadła na umywalkę. Targana nudnościami namacała po ciemku klapę toalety. Przewiesiła głowę przez muszlę i czekała chlipiąc żałośnie. Długie nici śliny rozplotły się pomiędzy jej wargami, starła je i splunęła pełna odrazy do samej siebie. Oto rynsztok do którego należysz. Z niego biorą się takie podłe, podłe świnie. Jesteś cała
(kęsem mięsa)
lepka!
Kiedy poczuła jak torsje się cofają, brutalnie wetknęła sobie palce w gardło i zwymiotowała gorzkim strumieniem.
Obmyj się – odparła dziecięcym głosem pośrodku swej jaźni. – Dalej. Obmyj się w brudzie, jeśli na czystość jesteś zbyt nieczysta. Oto czym jesteś! Twoje miejsce jest głęboko pod taflą tej wody!
Skulona nad toaletą zwymiotowała znowu, tryskając cieczą przez palce i niezdarnie ślizgając na gładkiej posadzce łazienki szukając oparcia. Otwierała szeroko oczy, bez nadziei na jakikolwiek pocieszający widok światła. Dokoła niej ciemność zdawała się tętnić życiem. Przeplatać i kołysać w takt jej szlochania, jakby były jednym i tym samym organizmem. Dławić Rose i wpychać głęboko przez usta na groteskowe podobieństwo oralnego gwałtu. W tej schludnej ciemności, za którą lśniły białe kafle i chrom, wszystko wydawało się jednakowe, w takiej ciemności wszystko mogło być absolutnie wszystkim, niepomne na granice rzeczywistości. Jakby obraz realności zaklęty w jej głowie wylewał się ze sztywnych ram, cieknąc po ścianach jaźni brunatnymi pasmami. Czerń rozkołysała się gdzieś przed jej twarzą, jakby coś wypełzało właśnie z wody i zacisnęło lepkie pnącza na jej szyi wciągając w głąb. Ciemność wśliznęła się pomiędzy jej wargi, głęboko w gardło niczym pulsująca larwa. Zwymiotowała ponownie, z przeświadczeniem iż wymiotuje samą sobą, a gorycz nienawiści powoli przeszła w gorycz rozpaczy i Rose załkała żałośnie. W ciemności niej samej ruszało się wszystko.
Była daleko poza świadomą percepcją kiedy sięgnęła dłonią w głąb muszli, wybierając z niej śluz torsji i wpychając go sobie machinalnie do ust, przeżuwając i połykając na nowo, by po chwili zwymiotować znowu.
Posil się sobą – kwiliła gdzieś w jaźni, rąbiąc na kawałki pojęcia samokontroli i rzeczywistości.
Teraz nabierała łapczywie obiema rękami.
Posil się, bo oto czym jesteś!
(jesteś przetrawionym kęsem mięsa sprzed dwudziestu lat!)
Jesteś tym, co jesz!
W pewnym momencie wypluła wszystko i opadła beznadziejnie głową na ramię, a pod zamkniętymi powiekami rwany pokaz slajdów przedstawiał skuloną dziewczynkę szorującą bezgłowe ciało matki, szaleńczo nurzającą ręce w jej brudzie, aż nie zapienił się niczym mleko i nie trysnął gorzkim strumieniem prosto w jej twarz.
Cisza rozbrzmiewała głuchym kapaniem łez.
Dopiero potem zapaliła światło, by przyjrzeć się własnemu odbiciu w lustrze.
Tusz na policzkach zdążył zaschnąć w czarnych smugach, w około ust pieniły się resztki wymiocin, których jeszcze nie starła. Lewą rękę miała unurzaną do łokcia, prawą po nadgarstek. Przymkniętymi oczyma wpatrywała się we własny wizerunek
(‘i wtedy ja przeszłam na drugą stronę lustra’)
taksując go chłodnym wzrokiem. Nienawiść do samej siebie sięgnęła zenitu i wymierzyła sobie policzek. Dźwięk uderzenia ociekał wrażeniem brudu. Uderzyła ponownie, za Rogera i jeszcze raz i jeszcze. Jej dolna warga pękła w dwóch miejscach. Na widok krwi rozpłakała się ponownie. Co ona mu teraz powie, jak to będzie wyglądało przed sąsiadami? Czy w szczęśliwych małżeństwach kobiety chodzą z rozerwanymi wargami? Powiedzą, że to jego wina, że się znęca – hej, widziałaś jej usta? Musiał jej nieźle przyłożyć, pieprzony skurwiel.
Odkręciła wodę w umywalce i zaczęła szorować dłonie, aż poczerwieniały. Podniosła wzrok. Pochyliła się i zaczęła przemywać twarz. Namacała szczotkę do paznokci i zaczęła trzeć policzki i usta. Woda na dole zabarwiła się w różowy wir.
Dlaczego nie była szczęśliwa wiedząc, że z Rogerem już wszystko w porządku?
Dlatego, że jesteś torsjami samej siebie. Zwymiotowanymi resztkami człowieka.
Przepłukała usta i zakręciła wodę. W zaparowanym lustrze jej twarz wyglądała na wyjętą z sennego koszmaru, rozmytą wybudzaniem i powrotem świadomości. Starła skroploną parę, ale koszmar zamiast odejść, wyostrzył się bardziej.
(‘i wtedy ja…’)
Zza szklanej tafli spoglądała wiedźma o podkrążonych oczach i zassanej do środka twarzy.
(oto czym…)
Wybiegła z łazienki nie gasząc światła. W salonie przerażenie dodało jej bodźca. Spojrzała histerycznie w górę przeświadczona, że Roger stoi na podeście schodów w pełni świadomy tego, co się z nią dzieje. Ale w promieniach popołudniowego słońca podest wydawał się cichy i pusty. Podobnie kuchnia, do której zajrzała po chwili. Roger najwyraźniej sprzątnął mleko z podłogi zanim do niej zajrzał i teraz jaśniała tam tylko wilgotna smuga.
(‘kanapki, najlepiej z salami’)
(‘dobrze’)
Odbija ci, skontaktowała podchodząc do chlebaka. Za miesiąc będziesz się nadawała na lokatorkę domu bez klamek. Wyjęła pieczywo. Przyjrzała się nożom zwisającym z namagnesowanej tarczy. Zdjęła najdłuższy i najostrzejszy. Ukroiła kilka kromek. Ku swemu zmartwieniu w lodówce nie znalazła nawet odrobiny salami. Wzięła zwykłą szynkę i pokroiła w plastry, resztę zawinęła z powrotem w folię i schowała do lodówki. Miała tylko nadzieję, że Rogerowi będzie smakować. Wszystkie te czynności, tak nierozerwalnie związane z małżeńską stroną jej życia, zanim wdarły się w nie gorycz i mrok, działały teraz uspokajająco. Prawdę mówiąc, stęskniła się za traktowaniem ich w ten sposób. Kromki posmarowała masłem, przykryła szynką, udekorowała pietruszką. Z szafki nad kredensem wyjęła talerz i ułożyła na nim kanapki. Wychodząc z kuchni czuła w sobie spontaniczną radość nastolatki, która po pasmach niepowodzeń nareszcie zrobiła coś jak należy.
Roger stał w połowie wysokości schodów kiedy weszła do salonu. Zobaczyła go i jakby niebo nad jej umysłem nagle zakryły ciemne chmury.
Żachnął się z głęboką zmarszczką na czole.
- Czemu tak długo?
- Nie rozumiem – odparła zupełnie szczerze.
- Głodnieję już od półtorej godziny.
Wzruszył ramionami. Jak zwykle wyprzedzał ją w czynach i zanim cokolwiek odpowiedziała był już na dole i zabierał jej talerz.
- A gdzie salami?
- Zabrakło – stwierdziła cicho, uciekając od nuty wyrzutu w jego głosie.
- Potem pójdziesz do sklepu i kupisz porcję.
Przytaknęła.
Ugryzł kęs bez słowa i wszedł do kuchni. Usłyszała jak znowu otwiera lodówkę i siorbie z nowej butelki mleka.
Wzięła głęboki wdech i pokornie odsunęła się w kierunku łazienki. Światło paliło się nadal, klapa toalety była uniesiona, a wnętrze muszli zbryzgane w wyniku jej torsji. Patrzyła na pecynę z rosnącą konsternacją, aż w końcu ukłuta obrzydzeniem spuściła wodę. Twarz w pomazanym lustrze mówiła przepraszająco, że wszystko jest w porządku. Teraz jaśniejsza i żywsza niż wcześniej twierdziła, że nic się nie stało. Miałaś atak Rose, to minie, dziś jesteś w strasznym stanie. Ale to normalna rodzina, nie zapominaj o tym, więc to wszystko także mieści się w granicach normy. W zupełności normalna rodzina, to nie podlega dyskusji.
Jak długo byłaś nieprzytomna, leżąc w tych ciemnościach?
To nieistotne – ucięła.
Choć w głębi duszy sądziła coś zupełnie innego, ale posmak tej myśli miał w sobie coś nieprzyjemnego, coś z drażniącego oczy kwasu dlatego go porzuciła.
Smutnie przyjęła do wiadomości, że nawet nie zwrócił uwagi na jej wargę. Zaraz potem, zrewidowała ten pogląd, bo w obecnej sytuacji może to i lepiej, że wymiana zdań między nimi zakończyła się tak szybko i bez zbędnych podtekstów. Następnym razem mogła nie mieć tyle szczęścia i Roger z pewnością by się na nią wściekł. Sądziła, że najlepiej postąpi jeśli ukryje ranki pod podkładem i nigdy nie wspomni Rogerowi o tym, co zaszło. O ile zaszło w ogóle, bo przecież tylko mogło się jej wydawać. Na pewno mogło, zasłabła w konwulsjach i doznała złudzeń. To zdecydowanie bardziej prawidłowe.
Przez chwile zastanawiała się, jak rozegrać problem z rozerwaną wargą. Odrzucała pomysły ciągłego ukrywania ust, albo ich przygryzania. Roger może i był mało spostrzegawczy, ale nie aż na tyle, aby nie zastanowić się co też jego żona z tymi wargami wyprawia, skoro więcej ich nie widzi, niż widzi.
Zmarszczyła brwi dochodząc do jedynego w tych warunkach słusznego rozwiązania.
Z kosmetyczki pod lustrem wyjęła czerwoną szminkę i umalowała usta, starając się jak najstaranniej ukryć krew. Czuła się w tej roli nieswojo. Nie lubiła używać szminki, wydawała się jej nazbyt pretensjonalna. Jej ojciec zwykł mawiać swego czasu – przezorny, zawsze ubezpieczony, dla tego zawsze nosiła jedną sztukę w kosmetyczce, po części przez sentyment po części przez rzeczywistą wiarę w moc tych słów. Starała się myśleć jedynie o dzisiejszej kolacji, a im myślała o niej więcej, tym bicie jej serca wracało do spokojniejszej normy. Złe chwile coraz bardziej wydawały się zaledwie snem odchodzącym z myśli im mocniej parło się w nowy, słoneczny dzień.
Kiedy skończyła niespodziewanie naszło ją drążące żołądek pragnienie kąpieli. Zmycia z siebie nawarstwionego brudu, jakby teraz miało to jakiekolwiek znaczenie, jakby ból i troska mogły spłynąć z niej razem z wodą i zawirować w opływie przed zniknięciem w głębi rur. Miała nadzieję, że czysta będzie w stanie racjonalniej myśleć. Dlatego rozpięła bluzkę.
Schyliła się by zdjąć pantofle. Kropla czerni splamiła kafelki pomiędzy jej stopami. Kolejne dwie chlapnęły obok niczym atramentowe kleksy z pióra. Spojrzała w górę odruchowo szukając jakiegoś przecieku, co zrazu wydawało się pozbawione logiki, bo przecież rury biegną tylko w ścianach, a woda w nich prawie na pewno nie jest czarna. Przykucnęła i niepewnie dotknęła kropli. Coś zimnego leniwie wpłynęło jej do ust i wtedy z opóźnieniem zrozumiała. Niepewnie poderwała się do góry obracając głowę w kierunku lustra. Z lewej dziurki jej nosa matową smugą wypływała wodnista ciecz koloru kruczych piór i sączyła w kierunku brody.
W pierwszej chwili pomyślała: przywidzenie. Niestety ten widok przywidzeniem przestawał być z każdym kolejnym centymetrem jaki pokonała nachylając się ku własnemu odbiciu. Był prawdziwy, więcej – był nienormalny.
- Słodki Jezu – odparła głucho, choć jej słowom bliżej było do niewyraźnego szeptu człowieka na skraju apatii niż młodej kobiety w kwiecie wieku. Chciałaby wierzyć, że to krew, że dostała nagłego krwotoku ze zdenerwowania, jednakże ten płyn krwią nie był, nieważne jak bardzo tego pragnęła. Głównie dla tego, że był czarny jak smoła i miał obrzydliwie słodki smak.
Pochyliła się jeszcze bardziej, coraz szerzej otwierając oczy. Jej źrenice, wielkie niczym spodki, skurczyły się nagle do rozmiarów główki od szpilki. Patrzyła na nagle obcą jej Rosalyn Horn z niemym krzykiem na ustach, z trudem dławiąc w gardle krzyk prawdziwy. Ciecz popłynęła mocniej, załamując się na linii warg, dotarła na brodę z której pokapała plamiąc białą koronkę stanika.
Natychmiast pomyślała, że to brud.
Najprawdziwszy skondensowany brud sączy się teraz z twojego nosa. Przebrałaś miarkę Rosie, jesteś tak skażona, że twój organizm tego nie wytrzymał. W głowie pękła ci jakaś cysta pełna czarnej ropy.
Nie potrafiła tego dotknąć, jedynie z obrzydzeniem splunęła czarną śliną do umywalki.
Rozpaczliwie przebiegła wzrokiem po gładkich powierzchniach kafelek w poszukiwaniu czegoś czym mogłaby to zetrzeć. Dostrzegła swój różowy ręcznik i zdjęła go nieomal zrywając plastikowy haczyk, na którym wisiał. Mocno przycisnęła tkaninę do nosa. Trzymała tak przez chwilę nie mając szerszego pojęcia co się z nią dzieje. Na pewno nic normalnego i to było w tym wszystkim najbardziej przerażające. Mimo najszczerszych chęci, nie była sobie w stanie tego wytłumaczyć, a im dłużej o tym myślała, tym jej myśli zasnuwały się coraz gęstszą, brunatną mgłą. Nie pojmowała istoty tej matowej substancji, która nagle popłynęła jej z nosa, zwłaszcza tego, że smakowała jak guma do żucia. Tonąc w rozterkach zrozumiała, że to nie brud. On zbiera się pod paznokciami, na zębach, zbiera się w szarych smugach na szyi i ciele, ale nie wycieka z nosa.
To też zalicza się do dziennej rutyny w zwyczajnych rodzinach? – pisnęła w głębi serca.
To, że krwawisz czernią?
Odsunęła ręcznik dostrzegając na nim rosnącą, hebanową plamę. Ponownie spojrzała do lustra, na umazaną jakby smołą twarz.
Źrenica jej lewego oka niespodziewanie pękła i zawirowała niczym atrament w kałamarzu rozlewając się po gałce.
Pisnęła zakrywając dłońmi twarz. Odeszła krok wstecz czując jak czerń przeciekała przez jej palce sącząc się wzdłuż rąk, aż po łokcie. To plamiło ją. Coś nieopisanie ohydnego, obcego kalało teraz jej ciało i właśnie ona to coś z siebie wydała.
W pierwszej chwili nie zdała sobie sprawy, że dźwięki jakie do niej dochodziły, a które brała za irracjonalne sygnały z innego świata, być może świata jej jaźni, były w rzeczywistości dźwiękami kroków jej męża. Z tego zdała sobie jednak sprawę zbyt późno, wyrwana z ciasnej rzeczywistości rozmyślań stanęła jak wryta. Roger opuścił kuchnie w chwili kiedy jej lewe oko wypełniła czerń i szedł teraz do łazienki. Bynajmniej nie z powodu troski o żonę, która znowu zniknęła w toalecie i może, Jezu coś z nią nie tak? Zwyczajnie chciał się wysikać, tylko tyle.
Tego oczywiście nie wiedziała, bo i wiedzieć nie mogła. Lecz w chwili kiedy wyciągał dłoń ku klamce, instynkt samozachowawczy, który Rose zawsze stawiała niżej, pod zwykłą kulturą, odruchowo rzucił nią pod drzwi i nakazał rękom zatrzasnąć zasuwę. On nie miał prawa zobaczyć jej w takim stanie, to oznaczałoby koniec wszystkiego. Nie miał cholernego prawa! Bo, czy normalny prawnik, przedstawiciel typowej amerykańskiej klasy średniej będzie w stanie trwać w związku z kobietą taką jak ona? Jak będzie to wyglądało kiedy znowu zestawi ją z żonami swoich znajomych z pracy i partyjek golfa? Nigdy nie odnajdywał w niej cech zdecydowanie pozytywnych, poniosła żałosną na tym polu klapę, toteż musiała się ukrywać. Ukrywać swoje ułomności, aby nie przegrać zupełnie.
Klamka poniżej zaczęła szaleńczo podskakiwać.
Jego niespokojny głos:
- Rose, co ty wyprawiasz? – z perspektywy Rose, głos pełen nie (w żadnym wypadku!) oskarżycielstwa, lecz troski, wypełnił ją kolejną falą odrazy dla własnej osoby. Tym bardziej znienawidziła siebie za wplątanie go w te nienormalne podchody.
- Rose do cholery, muszę skorzystać z toalety! – warknął.
- Już wychodzę – starała się nadać słowom jak najspokojniejszy ton. Nie miała pojęcia, jak bardzo spieprzyła sprawę i czy spieprzyła w ogóle. Miała tylko nadzieję, że Roger niczego nie wyczuje.
Panicznie przywarła do chłodnej powierzchni drzwi szukając na śliskiej podłodze oparcia dla nóg, na wypadek gdyby spróbował sforsować je siłą.
- Otwórz drzwi! – zagrzmiał. – Rose, to nie są żarty! Zmieniłem zdanie i chcę wyskoczyć na chwilę do Roberta. Natychmiast skończ się wydurniać, bo pilnie muszę tam jechać, a nie mam zamiaru tego robić z cholerną plamą na spodniach!
Dopadła ją paranoja i jak dzikie zwierze zaczęła rozszarpywać na strzępy. Poczuła się beznadziejnie. Gorzej niż dotychczas, choć sądziła, że dotarła na sam skraj mentalnej wytrzymałości. Myliła się. Nigdy nie było tak źle, aby nie mogło być gorzej. Zawędrowała o krok od prawdziwej rozpaczy, którą dotychczas obchodziła szerokim łukiem jak najgorszego wroga. Niczym gówniara przyłapana przez ojca na seksie na tylnim siedzeniu jego auta, kiedy obserwowany świat staje się jakby wytłumiony, a wszystkie jego ostre krawędzie i nierówności nagle miękkie i delikatne. I choć zdarzenia pędzą wtedy szybko, człowiekowi zawsze wydaje się, że trwają ohydnie długo, dźwięki schodzą o parę tonów niżej, a cienie przestają być cieniami w normalnym rozumieniu tego słowa. Stają się rozlanymi skupiskami czerni, ciągnąc smugami za wzrokiem niczym blask neonów na Broadwayu. Jedyną czernią pozostającą czernią w tych ostrych ramach pojmowania, była czerń cieknąca teraz jej z nosa i po policzku, na podobieństwo łez. Czuła ją na sobie, plamiącą i upadlającą. Na boga, błagam Roger, przestań walić we drzwi…
Ale Roger nie przestawał. Był wściekły, co było słychać w jego głosie. Było słychać doskonale, bo przecież mówił bardzo głośno.
- Idź na górę! – krzyknęła, a na jej twarzy czerń zmieszała się ze łzami w mętne smugi.
- Nie! – wrzasnął. - Chcę tutaj i nie będziesz mi kobieto mówiła gdzie mam się załatwiać! Nie w moim domu! Otwórz te cholerne drzwi, albo stracę do tego cierpliwość! Mam je wyważyć, tego naprawdę chcesz?
Faktycznie byłby do tego zdolny. Znowu go wściekła. Jednym kopniakiem mógłby rozwalić zasuwę, ale wtedy zobaczyłby jaka jest wadliwa i zrozumiał, że ożenił się z żałosną podróbką zwyczajnej kobiety. Nie miała prawa do tego dopuścić. By odkrył z odrazą, że związał się z chodzącą anomalią. To przecież normalny świat i normalna rodzina. Czuła jak ten od zawsze ‘normalny’ świat wirował obecnie w koło jej głowy rozmazanymi pasami, pełen wytłumionych dźwięków i kwaśnego zapachu strachu. Świat zazwyczaj stojący w miejscu i prawidłowy, w którym jedyną drzazgą była ona, a wszelkie jej starania wobec męża polegały na tym aby się o tym nie dowiedział.
Zdobyła się na ostatnie resztki sił by nadać głosowi spokojny ton, pewna, że jeśli Roger nawrzeszczy na nią znowu to coś w niej trzaśnie, trzaśnie tak potężnie, że zacznie walić głową w drzwi, aby ten dźwięk zagłuszyć i nie przestanie do póki coś nie trzaśnie znowu. Drewno, albo jej czaszka.
- Zaraz wyjdę, skarbie – odparła ciepło, z bólem zatapiając wypielęgnowane paznokcie w lakierze drzwi. Jej dolna warga podskakiwała szaleńczo, niczym u człowieka będącego o krok od kompletnego załamania. O krok od tej mistycznej, głębokiej czeluści wielkiego miasta widzianego z perspektywy czterdziestego pietra wieżowca, na którego dachu musiał stanąć. Tak też rzeczywiście było, Rose znajdowała na krawędzi, za którą rozciągała się nieskończona beznadzieja. – Zaraz wyjdę. Wiesz, babskie sprawy, dostałam okresu i muszę zmienić podpaskę. Jeśli chcesz możesz mi pomóc, mam z tym prawdziwe urwanie głowy.
Po drugiej stronie nastąpiła cisza. Potem Roger znowu się ożywił, niespokojnie przestępując z nogi na nogę. Słuchała tego z przeraźliwym strachem, że jej słowa nie zdały rezultatu i on zaraz krzyknie znowu.
- No dobra – mruknął, niczym przywołane do porządku dziecko. – Jesteś niemożliwa – rzucił oskarżycielsko po chwili. - Zastanów się, która żona odstawiałby takie cyrki? Cynthia Rutheford? Marry Hauer? Nie, nie. Tylko ty zachowujesz się w ten sposób. Mogłaś od razu powiedzieć co robisz, zamiast zmuszać mnie do tkwienia pod tymi drzwiami jak kołek!
- Przepraszam – wychlipała żałośnie, przeciągle artykułując poszczególne sylaby.
- Skończ w kółko przepraszać! Weź się wreszcie w garść, albo od razu wyjdź i nigdy nie wracaj. Nie mam zamiaru być jedynym facetem w kancelarii mającym pod ręką żonę histeryczkę, rozumiesz? Connors się mylił, jesteś zupełnie popieprzona! Prozium to gówno, powinien ci przepisać Prozac!
- Przepraszam… - powtórzyła ześlizgując się po drzwiach na podłogę, ale on już jej nie słyszał; gniewnie poszedł do łazienki na piętrze mamrocząc coś pod nosem.
Zdała sobie sprawę, że wchodzi po schodach na górę, wreszcie ją zostawia pozwalając dogorywać w samotności. Wtedy nagły impuls, (wynurzył się z sadzawki tępego bólu niczym tygrys z ciemności i mgły nocy) wbił się głęboko w unerwioną strukturę jej myśli. Przez dłuższą chwilę skręcała się na podłodze znienacka pogrążona w ogromie dezorientacji. Potem powróciła pełna świadomość, z przeciągłym gwizdem jaki pojawia się po mijającym ogłuszeniu, wraz z nią przerażenie i ból, brutalnie uderzając prosto w skronie.
Przekręciła się na brzuch ciągle szlochając. Przed jej twarzą rozcieńczona łzami czerń kapała w nieregularnych odstępach. Szachownica z kafelek pod jej palcami zdawała się przeplatać i kołysać w pijanym rytmie. Ostrożnie podniosła się z posadzki wiedząc, że jeśli nogi znowu się pod nią załamią runie przed siebie na oślep. Jej dłonie ześlizgiwały się po ścianach kiedy szukała oparcia. Znalazła je w postaci umywalki. Chwyciła jej kraniec i z trudem podniosła.
Chwiejnie stanęła pośrodku łazienki, dysząc ciężko jakby właśnie stoczyła najzacieklejszą bitwę swojego życia.
Odpowiedź na pytanie jak mogło do tego wszystkiego dojść znajdowała się poza granicami jej pojmowania rzeczywistości. W innym świecie. Albo to ona znalazła się gdzie indziej, podczas gdy wszystko inne było na swoim miejscu. Porzuciła te rozmyślania natychmiast, bojąc się, że oszaleje przez nie do końca (o ile nie oszalała już), jakby tego dnia wszystkie siły sprzysięgły się przeciwko niej, ze zdrowym rozsądkiem na czele.
Widziany obraz białej łazienki spływał czernią niczym oblany atramentem obiektyw kamery. Chromowane kurki, perfumowane mydło na metalowych tackach, w końcu białe fugi, które każdej soboty szorowała w pocie czoła, brak zacieków na wannie… wszystko lśniło czystością. Wszystko poza nią samą, choć to właśnie ona powinna być tutaj najczystsza.
Miotana drgawkami zdecydowała się spojrzeć w lustro ponownie. Brzydziła się tego co miała w nim zobaczyć i świadomości, że oto wróciła do punktu wyjścia, że ta wiedźma zza szklanej tafli znów będzie patrzyła na nią z wyrzutem, perfekcyjnie kopiując wszystkie jej ruchy. Nienawidziła tych rozterek, ale wewnętrzna siła sprawcza była silniejsza, stanęła więc naprzeciw zwierciadła i w końcu podniosła wzrok.
Widok własnej, rozedrganej twarzy napełnił ją dziwacznym spokojem. Była przekonana, że nie pozna w sobie człowieka, ujrzy groteskowego potwora z bajki z czerwonymi krążkami zamiast oczu i burzą rozczochranych włosów. Jednakże poznała swój ludzki pierwiastek i widok ten był pocieszający… nawet w obliczu tego, że lewa połowa jej twarzy tonęła właśnie w płynnej czerni. I chciałoby się uznać, że to tylko rozmazany łzami tusz do rzęs. Bardzo dużo tuszu, w który Rose tak rozpaczliwie chciałaby uwierzyć.
Dotknęła policzka zostawiając wytartą, jasną smugę.
To nie był tusz i wiedziała to doskonale.
Jakie to uczucie, kiedy rozpadają się myśli? – zapytała w głębi samej siebie.
Odpowiedź nasunęła się sama. To żadne uczucie, bo wtedy człowiek zostaje wyssany i przestaje odczuwać cokolwiek.
Największą rysą na tym twierdzeniu było jednak to, że czerń nadal wylewała się z jej oka, ciekła z nosa niczym katar nieważne, jak bardzo pragnęłaby ją zatamować i to bolało. Wewnątrz jej ciała ból rozpalał się ciągle nowym, piekącym żarem; coś w niej tkwiło, niczym płynny ołów, jak więc mogłaby stwierdzić, że nie czuje nic?
Stojąc naprzeciwko własnego odbicia, tej w schludnej i czystej łazience, o którą zawsze dbała z wielkim namaszczeniem, patrzyła jak ocieka czernią, a bezsilność wobec zaistniałej sytuacji stawała się powoli nie do zniesienia. Wydała z siebie brud, którego nie zmyje z niej nigdy żaden detergent.
Jej żołądek wykonał całą serię salt. Poczuła jak w ustach słodycz czerni miesza się z goryczą trawiennych soków. Wnętrzności zakipiały skwaśniałą pianą wzdłuż przełyku i po raz drugi rzuciła się w kierunku toalety.
- J-ak się czu-jesz?
Powietrze poruszyło się jakby przecięte rozpalonym mieczem i wykręciło młynka zawijając za sobą szachownicę kafelek.
- Do-skonale, skar-bie.
Dobiegły ją poszarpane głosy, niczym ze starego gramofonu i natychmiast stanęła jak wryta. Zmysł równowagi zatańczył jej przed nosem, musiała wyrzucić ręce do tyłu aby nie upaść. Przylgnęła plecami do ściany niczym złodziej przyłapany na nocnym rabunku, umykający przed światłem policyjnej latarki. Raz po raz głośno wciągała powietrze, chcąc zdławić torsje.
- H-ej
(Bobby)
Chc-esz z-obaczyć uśm-iech k-ota?
Głos dobiegał z toalety. Słyszała jak z bulgotem wypływał na powierzchnię. Głos kogoś mieszkającego głęboko w krainie, do której prowadziły wszystkie te zatęchłe rury. Krainie z wilgoci i rdzy. Mówił do niej mieszając ścieki w ustach, leżąc na wznak pośrodku wielkiego łoża nakrytego poplamionym prześcieradłem w kratę, a ściany jego pokoju pełne były wystających zębatych kółek i odpływowych siatek. Leżał i mówił przykładając końcówkę rury do ust, szeptał głosem puszczonym z zepsutej płyty. Głosem, który już dawno temu postrzępił czas, zgrzytliwym i pełnym brudu, przyzywając imię jej brata głęboko pod powierzchnią jaźni.
Uniosła klapę.
Oczy miała szkliste, skórę wilgotną od potu. Mokre pasma włosów opadły jej na twarz kiedy niepewnie pochyliła się do przodu. Wybuchła krótkim, zdławionym śmiechem. W świetle jarzeniówek uśmiech ten rozbłysł szaleństwem i natychmiast zgasł.
Łazienka po obu jej bokach jakby się cofnęła, wykonała krok wstecz i ściany rozpłynęły się w zamazanych pasmach wyciągając daleko w tył niczym na filmowym kadrze. Ktoś szarpnął świat z tyłu za ogromny, irracjonalny łańcuch i przyciągnął do siebie. Być może to ona została popchnięta w przód, być może nie stało się nic, być może dokładnie wszystko i z głębi muszli eksplodowała głęboka czerń. Uderzyła ją w twarz wypychając oddech i świadomość jak przez dmuchaną słomkę. Rose zgięła się w pół, później osunęła niżej, w końcu runęła na kolana. Odruchowo zaparła się dłońmi o krańce muszli, paznokieć jej lewego kciuka eksplodował w krwawej mgiełce odrywając się od ciała, ale nie poczuła tego, bo przestała odczuwać w ogóle. Dłoń się jej omsknęła, potem cała ręka wpadła do środka. Spieniona czerń nakryła ją swoim płaszczem niczym kielich zamykającego się kwiatu. Jej popękane myśli rozpłynęły się i pociekły w dół jaźni. Słodka czerń przedarła się przez zaciśnięte szczęki do gardła i wypełniła jej ciało. Wtedy przestała myśleć w ogóle i upadła w pąk czarnej róży.
Rzeczywistość urwała się niczym filmowa taśma w projektorze. Świadomość stała się zepchniętym na podłogę wazonem, potłuczona i w kawałkach. Ciało było jak przetrawione i wyplute w ropnej mazi do rynsztoka. Chciałoby się zaśpiewać spojrzeć w niebo i umrzeć ale widok nieba nie był jej przeznaczony. Podobnie jak koniec i śmierć.
Otwiera oczy. Czerń.
Zamyka oczy. Czerń.
Upada, a potem zawiesza się mgliście w nicości.
Stoi teraz w jednym miejscu pośrodku niczego. Sama, jako każdy kim chciałaby być prócz samej siebie; jednocześnie jako nikt bo może być jedynie sobą. Stoi choć się porusza; to wiruje ciemność dookoła. Wiruje coraz szybciej podczas, gdy gdzieś nad jej głową jasnym blaskiem zapala się srebrna dziesięciocentówka światła. Sunie w przestrzeni - jasność sunie. Ciemność tymczasem obraca się ślisko, jakby dobrze naoliwiona, tak tłusta, że wszelakie ukryte w niej pokraczne mechanizmy rodem z krainy Mordoru działają bez zarzutu. Nagle zdaje sobie sprawę iż to nie ciemność się porusza. I nie światło, wielkie teraz i srebrzyste jak księżyc, który wcale nie jest srebrny, lecz niebieski. Porusza się Rose, w tym zastygłym wirze stopklatki, spirali mroku. Niczym pocisk wystrzelony z gwintowanej lufy karabinu, trafia w końcu do wyjścia, wypada na zewnątrz wprost w naginaną jak guma z procy czasoprzestrzeń, która wstrzeliwuje ją tam z powrotem… wpada więc tyłem, cofa z impetem wstecz. Szalony rollercoaster pędzący szynami spiralnej pajęczyny rozpiętej pomiędzy poszczególnymi gwiazdami mlecznej drogi. I galaktyka ta jest niczym innym, jak kosmosem jej własnej jaźni, pająkiem zaklętym w błękicie jej oczu. Zaczyna spadać, zapadać się… do przodu. I niebieska tarcza księżyca staje się nagle… niebieską taflą nieba, takiego jak to wiszące nad Maine, dnia dziesiątego lipca w południe.
Rosalyn Waters sięgnęła ręką w kierunku tego nieba, próbując je uchwycić niczym dzieciak mający nadzieję, że tym razem uda mu się złapać wstęgę płynącej z kranu wody, spojrzeć w niebo i umrzeć, ale natrafiła palcami na płynną materię błękitu. Rozpostarła dłoń szeroko, a niebo przeciekło przez jej palce… i niebo to nagle przestało istnieć, kiedy odnalazła ją świadomość i wszystko cofnęło się znowu, jak na przewijanym do tyłu filmie.
Jakby rozerwawszy cienkie warstwy gazy upadła w szare tumany dieslowskich spalin. Czerń zamknęła się nad jej głową gasząc jasność. Dym palił ją w oczy. Przez zmrużone powieki wpierw ujrzała kontury rzeczy. Dopiero potem, gdzieś z góry, spłynął na nie kolor i wypełnił je. Przeraził ją widok zielonego, ryczącego potwora jaki ujrzała. Dopiero po chwili pojęła, że to bagażnik starej ciężarówki z tylnimi kołami wzniesionymi na dziwacznym ceglanym rusztowaniu. Potężny ryk silnika uderzył ją w uszy, aż się skuliła. Zawadziła o coś barkiem strącając to brzdękiem na ziemię. Radio. Przestało grać. Stare jak na obecne czasy. Czy przypadkiem podobnego nie miał jej ojciec, zanim…
Przez chwilę niczym w delirium patrzyła na tylnią, poobijana klapę ciężarówki, a gdzieś pod powierzchnią czaszki odpaliła jej ognista kometa, po której została roziskrzona smuga. Niezdarnie zrozumiała jaki to model, choć przeczyło to wszelkim zasadom logiki, bo przecież niemożliwym jest, aby…
Jakaś od dawna napięta w niej struna pękła nagle i ucięła te myśli.
Pogrążona w cieniu niezdarnie wycofała się do tyłu. Dodge Pickup z 58’ roku. Nie musiała nawet sprawdzać czy ma wymienione, brązowe błotniki z przodu. Po prostu wiedziała. Ta irracjonalna pewność przerażała ją równie mocno co napawała fascynacją.
Ale skoro był tu samochód, to powinien być i…
Drzwi kabiny otworzyły się zgrzytliwie i z ciężarówki powoli wygramolił się Butch Waters. Poprawił zabrudzone smarem spodnie. Właśnie skończył układać cegły na pedale gazu.
- Tatku – jęknęła. Jakiś zatarty od lat mechanizm poruszył się w niej na nowo i Rose poczuła jakby ktoś wrzucił ją do starego albumu rodzinnych fotografii, zbiornika pełnego wody, na której unosiły się te wszystkie zatrzymane w bezruchu twarze Zakrztusiła się spalinami i w tej samej chwili jej ojciec odwrócił głowę w kierunku ciemnego kąta, w którym się skuliła. Zamarła nie mogąc wydusić z siebie słowa, choć w jej wnętrzu ktoś o głosie nastoletniej dziewczynki wrzeszczał oszalały. Butch Waters mruknął pod nosem coś pod adresem radia i ruszył kierunku silnika nie poświęcając temu najmniejszej uwagi.
Tutaj wszystko się zaczęło – skomlał dziewczęcy głos w jej głowie. – Wszystko zaczęło się tutaj, zaczęło się dokładnie za chwilę.
Ogarnęło ją desperackie poczucie tęsknoty za ojcem.
Stój! – wrzasnęła dziewczynka z jej głowy. – Nie waż się tego zrobić!
Niby czego? – zapytała w myślach podnosząc się z ziemi.
Nie waż się, go poczuć. Wcale tego nie chcesz, prawda?
Skąd możesz wiedzieć, czego pragnę?
Wcale tego nie chcesz. Wcale ich nie chcesz!
To kłamstwo!
- Jesteś tego pewna? – zachrypiała głosem, który ją przeraził. – Jesteś tego pewna, jak uśm-iechu k-ota?
Przed jej twarzą rozklekotany bagażnik dodge’a drżał w takt ryczącego diesla. Samochód jej ojca, mistyczny jak potwór zbudowany z zielonej blachy, którym często zabierał ją na przejażdżki do miasta albo na piknik. Garaż jej ojca, do którego czasem zakradała się dyskretnie, by obserwować jak naprawiał, skręcał i zbijał. A radio w kącie grało stare, rockowe kawałki w kółko i ktoś w środku śpiewał spojrzeć w niebo i umrzeć, być może sam Johnny Cash. Dwadzieścia lat wstecz, choć odniosła wrażenie, jakby ten garaż od łazienki w jej domu dzieliły zaledwie sekundy.
- To niemożliwe…
To nieuniknione.
Błędem byłoby stwierdzić, że jej oczy zrobiły się nagle mokre od łez; od początku takie były. Jednakże dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to płacze dorosła kobieta, którą była; nie dziecko z jej głowy, którym być przestała. Histerycznie zacisnęła pięści. Paznokcie wbiły się w ciało jej dłoni zostawiając po sobie krwawe półksiężyce. Spojrzała na nie z przerażeniem.
Zastanawiałaś się kiedykolwiek dla czego jesteś taka wadliwa, Rose? Nie okłamiesz mnie, wiem wszystko doskonale. Jestem dziewczynką z twojej buzi. To jak będzie, dobijemy targu? Zostało Ci ostatnie dziesięć sekund do końca świata.
Ale ja nie je-stem w-a-dliwa…
Oczywiście, że ty nie jesteś. – przerwał jej głosik. - Wadliwa jesteś TY i tylko TY. Sądzisz, że to z powodu ich śmierci, tak myślisz, prawda?
Jak potrafię być normalna, skoro ciągle się psuję – wyskamlała.
Wiesz czemu się psujesz?
Bo od zawsze by-łam brudna.
Mylisz się. Jesteś brudna, bo twój ojciec był brudny, i twoja matka. I twój braciszek także, chociaż ob-d-arzyłaś go uś-miechem k-ota. ‘Zawsze’ nie istniało dla ciebie nigdy, tylko jedno długie ‘teraz.’ Teraz jesteś brudna, Rose. Dalej tego nie pojmujesz? Oni brudni. Wszyscy, którzy splamili czernią ciebie! Brudni od zawsze, a teraz tylko TY. B-RU-DNI!
(!!!)
Drewniane drzwi garażu otworzyły się delikatnie jak za podmuchem letniego wiatru. Ciasna szczelina słonecznego światła oślepiła jej oczy. Jasność szyderczo rozpłynęła się smugami po zranionej jaźni niczym farba z płukanego w wodzie pędzla. Nie ujrzała tego. Nie patrzyła kiedy przysłonięte słońce konspiratorsko zgasło na moment, a w chwilę później drzwi ponownie się zamknęły niczym pchnięte identycznym wiatrem. Jakby na skraju koszmarnego snu zobaczyła jak w zwolnionym tempie wyrzuca lewą nogę w powietrze i trafia nią w zderzak ojcowskiego auta.
Jedna z cegieł w przechylanym rusztowaniu eksplodowała w podmuchu czerwonego pyłu. Gdzieś z przodu ojciec krzyknął od oparzenia się o tłok, ale jego krzyk utonął w ryku jaki wydobył się spod kół kiedy zaryły w piasku. Rose skuliła się w kącie zasłaniając dłońmi uszy. Tumany piasku uderzyły w jej ciało, kłując i rozcinając delikatną skórę. Krzyk, choć nie rozumiała, czy był to krzyk jej czy zranionego świata, którego była częścią, i któremu odbierano właśnie któreś z istnień.
Pickup wyrwał do przodu z hukiem przebijając się przez drewno i blachę. Blaszane ściany zadygotały w fasadach i wszystko jakby przesunęło się o kilkanaście cali za samochodem. Potłukły się okna ojcowskiego garażu, pospadały z brzękiem śrubokręty i francuskie klucze. Półka z nakrętkami pękła w połowie i trzasnęła o ziemię. Rose wciskała się w kąt, starając nie patrzeć na ciężarówkę z rykiem mknącą w kierunku, którego znać nie chciała, choć wydawał się on najbardziej oczywisty.
Szukając odrobiny cienia po omacku miotała rękoma bijąc ściany i okoliczne szafki. Uderzyła ręką o jakąś butelkę i stłukła ją głęboko rozcinając sobie nadgarstek. Ból pociekł wzdłuż jej ręki razem z ciepłem krwi. Jasność wdarła się do garażu przez potężną wyrwę w ścianie. Rose zakrztusiła się pyłem. Usta miała pełne piasku. Z ledwością otworzyła skatowane oczy, kiedy w oddali cichnący ryk samochodu przeistoczył się w potężne uderzenie pękających z hukiem desek. Wtedy jej świadomość przeskoczyła w nadprzestrzeń rozmyślań i ujrzała wszystko z zupełnie innej perspektywy.
Prasnęły ściany domu od strony tylniego wejścia. Długie drzazgi drewna pofrunęły w powietrzu ruchem wirowym wczepiając się w firankę, opryskując podłogę i meble. Implodowały kuchenne szyby krzesząc w powietrzu rozbłyski światła. Strzeliły rury, po jednej w każdym zlewie, fontanny kryształu trysnęły w powietrze, aż pod sufit. Samochód śmignął w wąskim paśmie jej percepcji podzielony na troje – przód, środek, tył, i zatopił się w przeciwległej ścianie, przebił ją, potem przez korytarz przedpokoju. Odgłos darcia był nieznośny. Jakby rozdzierano ogromny, płócienny worek. Trzask drewna, jazgot blachy. Kolejne uderzenie, to pękała wewnętrzna ściana domu. Następny huk, kiedy samochód uderzył w ścianę nośną salonu i na niej zatrzymał wymiatając dywan spod kół.
Czekała na trzask walącego się stropu, a w czekaniu tym sekundy upływały niczym godziny. Czekała z rozpaczą brodząc w modlitwie
(boże, niech to się już skończy, słodki Jezu, spraw bym miała to już za sobą, błagam cię na wszystkie świętości)
jak jeszcze nigdy wcześniej. Dźwięki były jak ogromna fala zalewająca z rykiem plażę, na której samotnie stała malutka ona.
Brudna.
Machinalnie powiodła wzrokiem wzdłuż ręki, ku rozerwanemu nadgarstkowi.
Gdzieś dalej, nowe pęknięcia pokryły ścianę kominka w salonie jej domu. Tynk posypał się na maskę i dach samochodu ojca. Strzeliła potężna wyrwa w suficie, deski z jękiem wygięły się ku dołowi pod własnym naporem. Strop pękł niczym płyta pilśniowa, zasypując auto meblami i gruzem. Komoda mamy, jej kanapa, dywan i poduszki, parę krzeseł; wszystkie spadały i tłukły się na dole.
B-ru-dna.
Niezdarnie skulona w kącie garażu uśmiechnęła się krzywo. Trzy wąskie odłamki barwionego szkła sterczały z jej ręki niczym połamane maszty, lecz to nie one ją rozśmieszyły. Gęsta czerń wyciekała z tej rany niczym ropa naftowa z pękniętego zbiornika tankowca. A to już było zabawne. Ha-ha-ha! Jak komedie Woody’ego Allena, kiedy na końcu bohater-milioner kończył bez spodni i z dolarem w portfelu. Świetny dowcip wart każdej ceny w sobotnim quizie na kanale piątym. Rose wzięła jeden, głęboki wdech.
Ostrożnie wyjęła palcami szkło i rzuciła gdzieś przed siebie, jeden kawałek po drugim. Nie czuła bólu, ta ciecz musiała działać kojąco niczym morfina. Czerń popłynęła mocniej. Czuła ją, jakby pod ciśnieniem wysysaną na zewnątrz. Chciała się wydostać z jej ciała. Rose nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Wyrywała się na wolność, niczym wymioty w czasie torsji.
Dreszcz.
Więc chodź. Są światy inne niż ten.
I Rose wstała, by ruszyć do wyjścia tropem śladów kół. Włosy miała w nieładzie, rozczochrane kosmki sterczały na różne strony oblepione mieszanką potu i brudu. Wargi opuchnięte, pogryzione na strzępy. Podkład z czerwonej szminki (świadomość, że zrobiła go zaledwie przed paroma minutami wydawała się zupełnie bajkowa) zniknął gdzieś pod warstwa cieczy, którą krwawiła. W mdłym świetle lipcowego słońca, jej uśmiech lśnił bielą poprzecinaną straszliwymi żyłami głębokiej czerni.
Wlokła się niczym poranione zwierze. Dyszała. Słońce raziło ją w oczy, więc je zmrużyła. Przekroczyła rozwaloną półkę z nakrętkami, krzywiąc się po nadepnięciu na niektóre z nich. Na stopach miała jedynie cienkie pantofle z gumowa podeszwą.
(jeśli to sen, to jakim cudem czuję?)
(może to wcale nie jest sen)
Zrobiła kolejne trzy kroki, kiedy radio na tyłach garażu odezwało się niespodziewanie rwanym pasmem zakłóceń.
… fragment zaprzysiężonego zeznania… Rosalyn Horn złożonego… Komisją Śledczą Stanu Maine… w związku z… miały miejsce… w… dziesiątego lipca… pięćdziesiątego ósmego... w Castle Hill, Maine…
- Pani Horn, czy mieszka pani na stałe w Pleasent View?
- Naz-y-wam się Waters.
Zatrzymała się i obróciła spłoszona. Kucnęła nasłuchując niepewnie. Głosy, które do niej dochodziły brzmiały znajomo. I słowa rwane częstotliwością na kawałki. Zatarte, jakby wyjęte ze starego filmu, innego wymiaru żyjącego pod kruchą tkanką tej rzeczywistości.
- Hej, Rose. To radio… Chc-esz z-obaczyć uśm-iech k-ota?
Wróciła w głąb garażu, w miejsce gdzie
(i wtedy ja przeszłam na drugą stronę lustra)
upadła,
(z nieba wysokiego na ziemię)
a wraz z nią runęły wszystkie bariery rzeczywistości, jedna po drugiej niczym kostki w reakcji domina. Stanęła ponad szumiącym radiem ojca. Leżało na boku, na wpół przysypane piaskiem. Przypomniało jej się jak kiedyś słuchała na nim Johnny‘ego Casha jedząc czereśnie z sadu. Matczynym gestem wzięła je w ręce i podniosła głośnik do ucha.
- … dziesiątego lipca… dlaczego… drucianą szczotką…
- … czarna materia...
- … miazgę…
- … jesteś-my… bru-d-ne…
Ponownie spojrzała na rozcięty w czerni nadgarstek. Konspiratorskie szepty z radia umilkły, jakby nigdy wcześniej ich tam nie było i pozostał jej tylko szum. Słuchała przez chwilę tego szumu z nadzieją, że głosy pojawią się znowu. Nie pojawiły się. Ostawiła radio i poczęła się ostrożnie wycofywać na zewnątrz. Do światła, do ciepła, czegokolwiek mogącego rozrzedzić jej splątane myśli, bez nadziei, że kiedykolwiek to się uda.
- Są światy inne niż ten – dobiegł ją dziewczęcy głosik zakończony chichotem. Tym razem nie z jej głowy, lecz radia, a potem umilkł wraz z zakłóceniami pośród ogłuszającej ciszy. I na tę chwilę jakby umilkło wszystko inne. Tylko gdzieś w oddali szczekał pies, być może nawet w drugim mieście. W upalne dni takie jak ten, dźwięki potrafiły nieść się równinami Maine przez długie kilometry. Niemal wyobrażała sobie złote połacie pól ciągnące się jak z bicza strzelił, aż po horyzont jak na zdjęciu rodem pocztówki, kiedy raptem niebo w tym obrazie zalało się ciernią. Zgasło słońce, a potem wielki czarny strumień wylał się z jego tarczy i runął na te złote pola zmiatając z nich wszystko spienioną falą.
Więc chodź.
Otworzyła powoli oczy.
Czarna materia. Tak się nazywała? Czuła ją, wypływającą z rany. Aha. Jej materia.
Odniosła wrażenie, jakby dotarło do niej coś niesamowicie dla obecnej sprawy ważnego. W zadumie zmarszczyła brwi, nie mogąc odkryć o, co chodziło i czy chodziło o cokolwiek. Jej skołatany mózg co chwilę podsuwał jej obrazy, których znaczenia rozszyfrować nie potrafiła. Połamane huśtawki, zadeptane kwiaty. Biały, drewniany płot, tak bardzo podobny do płotu przed jej rodzinnym domem, teraz leżący w kawałkach na trawniku. Dom w końcu.
Ostrożnie przekroczyła poszarpaną wyrwę w przedniej ścianie garażu. Blacha tutaj była powykręcana na zewnątrz niczym serpentyna. Stanęła niepewnie pośród nieruchomych tumanów pyłu. Sztylety światła przebijały spomiędzy jego zwałów niczym na obrazku ‘Bóg przemawiający do Abrahama’ w książce katechetycznej, którą jako dziecko przeglądała w szkole. Odetchnęła ciężko. Mrużąc oczy uśmiechała się szeroko w kierunku słońca, tak – chyba z tęsknotą za jego ciepłem na twarzy. Poczuła się odrobinę lepiej, ale tylko odrobinkę. Stanowczo za mało jak na uśmiech, więc przestała się uśmiechać.
Czarna materia skapywała po jej palcach na ziemię upadając w piach niczym gęsta smoła.
- Dom – szepnęła Rose suchym, ziarnistym głosem przechylając głowę w bok, aż nie strzeliły wszystkie kręgi w jej szyi.
Niepewnie ruszyła przed siebie. Szła tropem wyrytym kołami Dodge’a, znacząc swoją drogę tropem własnym. Łańcuszek czerni wyznaczał plamami jej kroki. Zniknęła pośród gęstych kłębów pyłu, zupełnie malutka i taka samotna. Rozcięta ręka zaczęła ją piec, więc jęczała.
Ryła w połamanym ostrokrzewie. Ojciec posadził go jeszcze przed jej narodzeniem, aby odgrodzić dom od warsztatu. Nigdy nie zbliżała się do niego przed osiągnięciem wieku ośmiu lat i jeszcze nigdy o niego nie skaleczyła. Teraz kolce poszarpały jej kolana i stopy. Zdarły z łydek strzępki skóry. Jakiś pęd odgiął się i uderzył ją w twarz. Uklękła, zrażona niespodziewanym atakiem. W podbicie jej stopy wbijało się naraz kilkanaście długich kolców. Jej niegdyś białe pantofle teraz przesiąknięte były do czernią do cna. Pod jej lewym okiem rozkwitła w ranie paleta mroku i spłynęła w dół twarzy. Zlizała tą słodycz językiem unosząc głowę. Podniosła się cała i ruszyła dalej, raz po raz wstrząsana drgawkami. Tuliła zranioną rękę do piersi kołysząc się na boki. Nie bolało. To wcale nie bolało. Tylko jaźń. Ona bolała bardzo. Zmasakrowana na czarną miazgę jak po obróbce miksera.
- Dom – powtórzyła z żalem, podążając tym pobojowiskiem. Już niedługo. Czuła jak tęsknota rosła w jej sercu im podchodziła bliżej. Już niedaleko. Tuż, tuż. Wyszła z tunelu w ostrokrzewie i przyspieszyła kroku. Tchnienie miała suche, niespokojne.
Pojawił się czereśniowy sad. Wynurzył spośród kłębów kurzu mistyczny i głęboki niczym zamglony las z powieści Lewisa Carolla. Nieco z lewej. Kilka pierwszych drzew i ozdobne wejście z kutego żelaza. W tym sadzie niegdyś grywała z Bobbym w berka. W dni słoneczne takie jak ten. Przypomniała sobie, jak kiedyś upadła w kosz czereśni i mama pomyślała, że to krew. Ale to było dawno i teraz nie miała już na sobie tamtej błękitnej sukienki w kwiatki, ani niczego z dawnych lat poza wspomnieniami. Uśmiechnęła się do tej myśli powłócząc w piasku poharatanymi nogami. Nie musiała nawet opuszczać wzroku, by wiedzieć, że tam w dole cała ociekała czernią.
Drewniana altanka. Ojciec zbił ją kiedyś z desek jakie zostały mu z remontu ganka. Miała wtedy cztery lata. Białe drewno wyglądało niczym połupane kości, rozrzucone niedbale na trawie. Tutaj, w soboty, siadali całą rodziną i pili mrożoną herbatę. Teraz krzesła zostały poprzewracane, a dębowy stół przełamany na połowy pośród kobierca drzazg. Na tym stole, na tym stole kochaj mnie. Czy to nie tę piosenkę mama nuciła czasem ojcu wieczorami? Być może właśnie tę. Być może nie musiała nucić wcale, by i tak wiedzieć, że ją kochał.
Rose zatrzymała się przy krzesłach. Je kupili później. Na wyprzedaży w mieście. Pamiętała ten dzień dobrze, bo wtedy ułamał się jej pierwszy, mleczny ząb. Później, o zmierzchu na jednym z tych krzeseł kuliła się płacząc, zanim nie przyszedł do niej ojciec i jej nie przytulił. A potem wziął ją na ręce i zaniósł do domu.
Ruszyła dalej zostawiając altankę za sobą, a wraz z nią tamte wspomnienia. Stąd słyszała już szum wody w kuchni. Dobiegał z opóźnieniem, pachnący soczystą przeszłością. Przyspieszyła kroku. Skatowane nogi pulsowały szaleńczym bólem. Sprawiały wrażenie odlanych ze szkła, które za chwilę imploduje w mgławicy drobniutkich odłamków. Ale myśli o domu odepchnęły te rozterki. Boże, jak bardzo za domem teraz tęskniła. Tęsknota dodawała jej bodźca, pchała w plecy niczym wiatr, i z każdą chwila mocniej. Złota dolarówka słońca rozbłysła gdzieś u góry niczym supernowa i fala światła padła na zdewastowane podwórko. Kurz się rozrzedził. Zobaczyła powyginaną huśtawkę brutalnie przewaloną na bok. Prezent na jej dziesiąte urodziny; metalowe ramiona biernie wskazywały niebo. Minęła je nie odwracając głowy. Płuca. O Jezu, jej płuca płonęły! Zabrakło jej tchu, lecz była stanowczo zbyt blisko, jednocześnie zbyt daleko od całej reszty, by móc teraz zaprzestać. Bliźniacze ślady kół ryły głęboko w trawniku rozkopując go na boki. Ojciec kosił ten trawnik w zeszły piątek. Było jej przykro, bo nie wybaczyłby sobie, gdyby wiedział co się z nim stało.
Połamane kwiaty. Ogród jej matki. Nasturcje, tulipany i róże. Ich wonny zapach uderzył w jej nozdrza wywołując wspomnienia poranków, które spędzała tutaj pośród rosy i słońca. Konfetti ich płatków okalało ziemię kolorowym dywanem. Deptała ozdobny groszek rozwleczony pod jej stopami. Kilka jego pędów zaplątało się jej w kostki. Schyliła się, by go zerwać i rzuciła dalej już biegiem ocierając łzy. Łkając dobiła do rozprutego płotu. Ujrzała deski połamane niczym wyszczerzone zęby. Przeskoczyła te resztki, jedna po drugiej i pędem puściła się przez wilgotny od rosy trawnik. Tutaj ślad zakręcał z rozmachem przewalając trawę na lewy bok. Powiodła za nim wzrokiem, a kiedy w końcu zobaczyła, jakby ziarnko piasku upadło w mechanizm jej biegu i nogi raptem odmówiły posłuszeństwa. Prześlizgnęła się po trawniku wymachując rękoma i runęła z jękiem do przodu. Świat zawirował niczym kalejdoskop zwinięty tubą wokół jej oczu. Świadomość urwała się nagle i brutalnie, jakby po ciosie policyjną pałką w splot słoneczny. Zanim powróciła, Rose zaryła barkiem w ziemię, bezwładnie sunąc przed siebie. Zatrzymała się. Rzężenie. Oddech… jej. Wbrew wszystkiemu był pocieszający. Uświadamiał jej, że jeszcze żyła i trwała, choć resztkami sił.
Jęknęła przeciągle z policzkiem przyklejonym do trawy. Z trudem przekręciła się na plecy i spojrzała w niebo. Niebieskie. Jak każdego lipcowego dnia w środku Maine, prawda? Spojrzeć w niebo i umrzeć, jak w tej starej piosence. Czy kiedykolwiek spojrzy w to niebo do końca? Kiedykolwiek, lecz jeszcze nie teraz. Spojrzeć w niebo, by zapomnieć. Nie, jeszcze nie.
Dom. Był tutaj. I ona też była. Podniosła się i ruszyła w stronę kuchni.
Gruz. Wszędzie. Przemieszany z kawałkami desek i szkłem. Do koła niej wyrastał kwiat nieopisanego chaosu naraz przykrywając swymi płatkami wszystko inne. Z rozpaczą deptała potłuczone strzępy pastelowego świata dzieciństwa, który upadł tutaj i już nigdy nie powstał. Gorycz i żal przelewały się w niej kipiącym roztworem, jednakże były niczym w porównaniu z uczuciem powrotu, jakiego doświadczyła. Czas cofnął się wstecz na zegarku, którego nie potrafiła objąć umysłem i oto znowu stanęła u rozerwanego progu własnego domu. Potężnej wyrwy w sercu tej rodziny, zminimalizowanej do miary jej serca i nieustannie krwawiącej. Stąpała pośród tego syczącego pobojowiska z szeroko otwartymi oczyma. Lecz zamiast szoku, była w nich pustka. Głęboka i czarna jak materia, którą krwawiła. Poczucie wewnętrznego wstrząsu nie miało racji bytu w sytuacji, której już kiedyś doświadczyła. Czuła się wyrwana z kontekstu, wycięta z innej fotografii i przeklejona do drugiej, lecz mimo to nie obco. W żadnym wypadku. Przecież już kiedyś tu była.
Przed jej mizerną postacią wyrastała kulista wyrwa średnicy kilkunastu stóp. W miejscu w którym w ścianę wbiła się ciężarówka ojca, domu nie było. To oczywiste, był w innym miejscu. W kawałkach i wszędzie dookoła. Była także dziura, która niesmacznie kojarzyła się z dziurą po postrzale w głowę. Jakiś żartowniś z Saturday Night Show mógłby stwierdzić, iż tutaj rodzina Watersów otrzymała wielką kulkę w łeb.
Nie bawił jej taki humor.
Przekroczyła to, co kiedyś było progiem jej domu, teraz tylko stertą drewna, z przeświadczeniem, że wchodzi do ostatniej krainy czarów. Odsuwając nogami połamane deski chwiejnie weszła do kuchni. Tam się zatrzymała.
Zza rogu wyłonił się nakryty do obiadu stół. Talerze, sztućce, po środku wciąż parująca miska z tłuczonymi ziemniakami, kompot z czereśni rozlany do czterech szklanek z matowego szkła. Ale poza tym stół był pusty. Trzy nakrycia i krzesełko braciszka rozbite na kawałki. Przez chwilę wydało jej się to oczywiste: przecież jak mogłaby być tam, skoro pojawiła się tutaj? Strach przed ujrzeniem samej siebie sprzed wejścia w głęboką strefę cienia stał się nagle bardzo miękki, aż w końcu rozpłynął w ogóle, jakby wcale nie był strachem tylko lodami pozostawionymi na słońcu.
Weszła jeszcze odrobinę. Widok ciała mamy i szczątków Bobby’ego w połamanych rękach rozerwał jej nerwy niczym pajęczyny. Poczuła się jak podczas szaleńczej jazdy kolejką górską, o krok od utraty przytomności i zmysłów. Zbyt brutalnie jak na obecne realia, zbyt brutalnie jak na cokolwiek co już widziała i teraz wydawało się jej to zaledwie rozmytym snem. Ale potem, z tyłu, z trzaskiem strzeliła deska i myśli o tym przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Odwróciła się powoli i ona szła do niej.
W pierwszej chwili pomyślała, że to jakiś ponury żart. Jej ciało było pokraczne, jakby zapadłe do środka, wyssane z emocji i życia irracjonalną strzykawką wbitą w jaźń. Potargane niczym małe monstrum nieudolnie wydarte z papieru. W szarych promieniach południowego słońca sprawiała wrażenie ofiary wypadku, zjawy zbiegłej z czyjegoś koszmaru. Włosy miała rozczochrane, a niebieską sukienkę w strzępach. Nogi po kolana zmasakrowane we krwi, jakby brodziła w potłuczonym szkle. Lepka od potu i cała brudna, z drugiej strony taka malutka i beznadziejnie pogrążona w tym chaosie sprawiała żałosne wrażenie kiepsko ucharakteryzowanej kukły. Jej oczy – pozbawione wyrazu, jak oczy wściekłego psa i lśniące mętnie, wyglądały niczym dwa bursztyny nieprzytomnie jarzące się z oczodołów. Człapała z trudem, a opuszczona głowa podskakiwała w rytm jej kroków. Płytka rana na policzku ociekała szkarłatem, znacząc delikatną linię jej szczęki. I linia ta przesunęła się w dół, kiedy mała uśmiechnęła się półgębkiem. Jedna ręka psotnie skryta za plecami, nadgarstek drugiej rozcięty głęboko ociekał krwią. Kiedy Rose ujrzała go i ten szkarłat miarowo kapiący na ziemię, szkarłat jak czerń, który jednak wcale czernią nie był, choć zdawał się płynąć z identycznej rany… skomląc wycofała się do tyłu, weszła głębiej do kuchni, pchana mieszanką strachu i niepewności. Tam nogi się pod nią zarwały jakby wpadła w bajoro i uklękła nie mogąc iść dalej.
Dziewczynka z groteskową zwinnością przekroczyła rozwaloną stertę gruzu, skacząc z deski na deskę i stanęła dokładnie na wprost niej. Przypominała tym strażnika więziennego, który przybył na inspekcję celi, kogoś kto znacznie lepiej wie co robiłaś wczorajszego dnia i ponieważ jesteś ścierwem, ma prawo uderzyć cię pałką.
Rose patrzyła na jej poranione, bose stopy. Mała wykonała kolejny krok i dźwięk ten był mokry jakby właśnie rozdeptywano soczysty owoc.
- Hej, Rose? - zawołało to dziecko wyłaniając drugą rączkę zza pleców - H-ej, Rose chc-esz z-obaczyć uśm-iech k-ota?
Przed jej twarzą zamigotał krótki, drewniany uchwyt. Mała rączka obróciła się ponownie, ukazując jej poskręcane druciki starej szczotki do zdzierania farby, którą ojciec trzymał w garażu.
- B-ru-dni, Rosie. Dlatego trzeba szorować i szorować na błysk.
Najbardziej na świecie Rose zapragnęła teraz wrzeszczeć. Ale krzyk nie potrafił przedostać się przez jej gardło, bowiem wpierw podeszło do niego serce, a teraz żołądek i reszta trzewi. Nie mogła także wstać, nogi miała jak wykute z lodu: zimne i bezwładne. Odwlokła się w tył niczym sparaliżowana, a potem jeszcze trochę. Ciężko jej było określić czy bardziej ze strachu, niż obrzydzenia. Być może z powodu obu, a im odsuwała się bardziej, tym mocniej czuła, że zewsząd umykał sens realności, a miejsce po nim wypełniał absurd w najczystszej postaci. Natrafiła palcami na wodę z popękanych rur. Wzdrygnęła się na jej zimno, ale nie zatrzymała. Nie wyobrażała sobie, aby móc się teraz zatrzymać. Te wulgarne w swej niewinności stworzenie człapało jej tropem znacząc podłogę krwawymi śladami stóp. Trzymająca szczotkę rączka chybotała się niczym wahadło w lewo i w prawo, rozbrzmiewając wyimaginowanym tik-tak, tik-tak. Człap-człap.
- Przed czym uciekasz? – zapytała dziewczynka i Rose zatrzymała się pośladkami na granicy wody. – To nie jest niemożliwe, tylko nieuniknione. Wiedziałaś o tym dwadzieścia lat temu, czemu nie wiesz tego teraz? I to ja jestem skażona?
Rose nie odpowiedziała. Podniosła za to głowę i spojrzała dziewczynce w lśniące oczy. Wstrząsnął nią ich blask, ale nie odrzucił. Patrzenie w nie przypominało próby dojrzenia twarzy człowieka przez światło latarki, którą trzymał. Stwierdziła nagle, że ten blask wcale nie jest tępy, tylko pełen nadziei. Nie tak świecą oczy wściekłego zwierzęcia, tylko latarnia morska wypatrywana w czasie nocnego sztormu.
- Myślisz, że niemożliwym jest bym miała twoje rany na ciele. Nonsens. Nieuniknionym jest, byś nie miała na sobie moich ran. Och, Rose. Jesteś taka skażona. B-ru-dna.
- Przepraszam – odruchowo odezwała się Rose spuszczając głowę. Podkuliła nogi, w których raptem odzyskała czucie. Mogłaby wstać i uciec jak pragnęła jeszcze przed chwilą, ale nie zrobiła tego. Zmasakrowane dziecko, które przed nią stało, niespodziewanie wydawało się teraz najbardziej upragnioną rzeczą tego świata. Rozwiewało wątpliwości, a to one właśnie leżały u podstaw jej problemów – ta ostatnia myśl tchnęła świeżością; nigdy nie myślała o tym w taki sposób. Zdecydowała się przy niej pozostać. I przy dziecku też.
- Nie ty powinnaś przepraszać, tylko oni – dziewczynka kucnęła obok i musnęła dłonią jej policzek. – Spójrz na mnie.
I Rose spojrzała. Linię ust wygięła w drżącą podkówkę, a potem nakryła je dłońmi. Poczuła jakby dane jej było spojrzeć w lustro cofające rzeczywistość wstecz. Ujrzała czternastoletnie, zakrwawione dziecko, w którego oczach jawił się nieprawdopodobny wręcz błękit i wiedziała, że są to także jej oczy. Coś głęboko pod ich szklistą powłoką, a co ona po prostu musiała wyłapać, szaleńczo płynęło z lodowatym strumieniem pośród błękitu źrenic. I czymkolwiek to było, Rose po prostu musiała do dostrzec. Nie umiała tego nazwać, ale było to znajome, bo jakby wyjęte wprost z lustrzanego odbicia.
- Nie bój się – odparła ciepło, ze zrozumieniem.
- Nie boję…
- Ależ boisz. Twój strach opiera się jedynie na wstydzie.
Rose nie odpowiedziała. Znowu spuściła wzrok wlepiając go w podłogę, jak zawsze kiedy traciła wątek. Pragnęła się odezwać, nie wiedziała jednak od czego zacząć. Milczała więc, licząc, że ona podejmie rozmowę pierwsza.
- Boisz się, że stracisz ich wszystkich kiedy zrozumieją, że wcale nie jesteś taka czysta jaką się wydajesz – podjęła, od razu przechodząc do rzeczy. - Ale mylisz się, ty nie należysz do nich, a oni nigdy nie należeli do ciebie. Są jak suche liście. Niczyi, a już na pewno nie twoi w swoim locie z wiatrem. Są skażeni w pierwszej kolejności, a potem skazili ciebie. I mnie. Stąd ta szczotka w moich rękach. Stąd samochód wbity w ścianę salonu. Przyszłaś tu nie z tęsknoty, ale ponieważ w głębi serca pragniesz się tego wyzbyć. Jesteś wyplutym strzępem steku sprzed dwudziestu lat, nie możesz być lepsza, więc nigdy nie będziesz. Musisz być inna. Bo ich czystość, to twoja skaza. Dla tego tutaj jesteś. Zauważ, że zaczynasz myśleć inaczej, kalkulować, stwierdzać. Dochodzić do wniosków, które cię przerażają, każą zadać pytanie jak mogłaś na to wpaść. Coraz częściej. Czy tak myślałaby Rosalyn Horn? Nie, w tej głowie tak może myśleć jedynie Rosie Waters! – nachyliła się nad nią, a strużki krwi pociekły jej po jej twarzy jak pot. - Czerń, którą krwawisz jest porządkiem reszty tego świata. To wadliwa czystość, wadliwa i zepsuta. Od dwudziestu lat uciekasz przed tą prawdą. Żyjesz w zawieszeniu pomiędzy rozpaczą, a głupim szczęściem, podczas gdy ludzie cię oszukują. Roger zdradza. Ile razy widziałaś ślady szminki na kołnierzu jego koszuli? Ile razy nie była to twoja szminka, bo przecież ty nigdy nie używasz szminek? Ile? Straciłaś już rachubę, no nie? Potem udajesz, że niczego nie dostrzegasz, by następnie winić za takie rozmyślania siebie.
Dziewczynka popatrzyła na nią z wyrzutem.
Rose nie mogła wydobyć z siebie słowa. Gdzieś w jej głowie zacięła się płyta, i to ją denerwowało bo nie miała pojęcia dlaczego coś takiego się dzieje. Chciałaby zapytać, jednakże nie miała takiej siły. Słuchała dziewczynki noszącej jej oczy, jej twarz sprzed lat, jej uśmiech i głos, coraz bardziej przekonana, że w rzeczywistości jest to ktoś zupełnie obcy.
Mimo wszystko wydawało się to dobre. Ku swojemu zaskoczeniu nie rozpatrywała tej kwestii w kategoriach prawdy czy fałszu, tylko przyjęła do wiadomości od razu lokując w miejscu, które od zawsze w niej było, choć dopiero teraz znalazła klucz do niego.
Mała odezwała się znowu:
- Dlatego mówię, nie bój się. Ten brud można zmyć pod warunkiem, że przestaniesz nazywać go brudem. Wtedy staniesz się czysta, a skazisz wszystko inne. Ale to wszystko tak naprawdę jest niczym, więc nie bój się, jeżeli to stracisz.
- Kim jesteś? – zapytała ochryple Rose czując, jak znowu wzbiera w niej gorycz i żal. – Czemu mi to mówisz?
- Jestem dziewczynką z twojej buzi, naturalnie.
- Nie jesteś mną – zaprzeczyła jej z rezerwą w głosie.
- Czy powiedziałam, że jestem? Ja nie jestem tobą, ale przede wszystkim ty nie jesteś mną. Nie teraz, jeszcze nie - zauważyło dziecko. - Tylko tyle, że jestem czysta i taką pozostanę.
- Gówno prawda! – zaatakowała Rose, a potem speszyła czując jak na jej policzki powoli wypływa czerwony rumieniec.
- Czyżby? – zapytała dziewczynka mocniej nachylając się ku jej twarzy. Jej oczy rozbłysły zaciekle. – Co stanowi o twojej czystości? Status rozhisteryzowanej blondynki bojącej się spojrzeć prawdzie w oczy?
Położyła krwawiącą rękę na jej kolanie. Była lodowata. Rose się wzdrygnęła, ale nie potrafiła cofnąć.
- Ja…
- Tak, ty! Jesteś-my ścierwem, wadliwym śmieciem pozbawionym perspektyw, wyplutym kęsem mięsa z obiadu sprzed dwudziestu lat! Wiesz o tym doskonale, ale dopiero kiedy sama to sobie powiesz zamiast słuchać innych. Rozpatrujesz to zagadnienie w niewłaściwych kategoriach i krzywdzisz samą siebie. – Dziewczynka zmrużyła oczy i uśmiechnęła się zakrwawionym półgębkiem. - Roger myśli o tobie dokładnie to samo: cóż za tępa, tłusta suka, a ty przynosisz mu śniadanie do łóżka i pytasz jak się czuje. Problem w tym, że winisz siebie za to jak cię nazywa, traktuje i jak pieprzy z własną asystentką po kątach kancelarii, zamiast rozwalić mu patelnią łeb. To on jest wadliwy. Zupełnie jak tatuś, mamusia i pocieszny Bobby ze swoimi roześmianymi twarzami wolnymi od trosk. Roger jest brudny i w dodatku durny. Ty pozostaniesz brudna do chwili, gdy nie zmienisz kategorii oceny samej siebie. Nie możesz żyć inaczej, bo rzecz już się dokonała. Naprawdę myślisz, że tego dnia wstałaś od stołu, kiedy to się stało? Naprawdę właśnie wtedy zgasło słońce?
- To niemożliwe – odparła Rose głucho, tak naprawdę mechanicznie. Sprawa, którą właśnie zaczęła pojmować zdawała się pęcznieć i rozrywać jej głowę od środka. Z początku pozbawiona sensu, nabierała teraz cech logicznych. Powróciły myśli o Rogerze, o jego nagich, chłodnych plecach lśniących od potu w bladym świetle poranka. Plecach bladych jak sufit, w który wpatrywała się przez setki bezsennych nocy, podczas gdy zimny blask księżyca malował na jej twarzy cienie żaluzji i drzew za oknem.
- To nieuniknione. Nic nie zmieni tego świata, ale nie możesz pozwolić, by świat zmienił ciebie. Wiesz o tym doskonale. Czekałam na ciebie tyle lat, w nieskończoność rozgrywając jedną i tą samą scenę, jak w kółko przewijanym filmie.
Rosalyn popatrzyła na nią rzeczowo, co w tych okolicznościach zdawało się wyczynem na miarę zatrzymania pociągu gołymi rękoma, a potem zapytała z wyrzutem:
- Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego pozwoliłaś mi żyć w nieświadomości przez tyle lat?
- Bo sama tego chciałaś. I wtedy i dziś.
- Jakie wtedy? – zapytała Rose czując w żołądku zasysającą nagle próżnię, wir jak po wyjęciu zatyczki z wanny pełnej wody.
- Dzień w którym zgasło słońce, pamiętasz, prawda?
Rose skinęła niepewnie głową, choć miała wrażenie, że daremnie zgadza się wciąż nie pojmując istoty tej sprawy. Podobnie bywało z pożyczkami w pięć minut, które trzeba było oddać z trójkrotną nawiązką. Nie podobało jej się to przeświadczenie, ani zgadzanie się w sprawach, tak bardzo zagmatwanych. Gdyby ta scena rozgrywała się gdzieś na skarpie na skraju morza, pierwsza warstwa ziemi właśnie by się osuwała spod jej stóp, a kolejne czekałyby na swoją kolej.
Mała ciągnęła dalej:
- Tyle, że zawsze chodziło o dwie różne rzeczy. Och, Rosie, świat jest taki inny kiedy nie patrzysz na niego przez zamknięte oczy. Chodzi ci po głowie, dlaczego tutaj jesteśmy? Sama tego nie wiem, to ty mnie wezwałaś i sądzę, że z podświadomym sygnałem pomocy. Czekałam na ciebie od dwudziestu lat. Jesteśmy tu, bo tego właśnie chciałaś. Otwórz oczy, a zobaczysz własną twarz odbitą w lustrze z łazienki, uśmiechnij się, a zobaczysz uśm-iech k-ota.
Zmasakrowana dziewczynka wyciągnęła ku niej rękę. Kropelki krwi rozpaczliwie zatańczyły na koniuszkach jej paluszków.
Więc chodź…
- Proszę – powiedziała błagalnie. – Nie pozwól nikomu więcej się skazić.
… są światy lepsze niż ten.
Rosalyn ważyła w głowie kolejny ruch i słowa, o ile w ogóle chciała by jakiekolwiek padły. Zrezygnowała z mówienia. Zamknęła oczy i zobaczyła Rogera, jak pieprzy się z Susan Norton na swoim mahoniowym biurku w kancelarii. Była to prosta, niczym nie upiększona wizja, mówiąc językiem księgowego – chłodna kalkulacja. Być może tak to właśnie wyglądało, nie mogła mieć pewności, nikt nigdy nie zrobił im zdjęcia. Być może, to wcale nie była Susan Norton, tylko jakaś płatna suka z agencji. Nieważne. Problem nie miał postaci żadnej z kobiet, które rżnął jej mąż po tym jak przed ośmioma laty włożył jej obrączkę ślubną na palec, a wszyscy goście bili brawo. Problemem były spodnie spuszczone do jego kostek. Majtki też. I jego owłosiony tyłek błyszczy się w świetle żyrandola. Widziała to, jak film z kasety wideo dobrej jakości. Stary, niezły pornos, proszę pani. Pięć dolarów sztuka.
Kiedy otworzyła oczy, ujrzała własną rękę machinalnie wyciąganą do przodu. Pył w powietrzu zamarł na chwilę i znieruchomiał jakby czas stanął w miejscu. Woda z tyłu ucichła, być może w ogóle przestała płynąć zatrzymana w stopklatce, teraz było to już nieważne. Bezwartościowe jak pieniądze po denominacji.
Z rozcięcia w jej nadgarstku pociekła tylko krew i boże, chociaż bolało jak diabli to ból ten był naprawdę wspaniały.
Ich palce zetknęły się już pośród ciemności, która runęła z góry niczym kurtyna po skończonym spektaklu. Zniknęło słońce, zgasło. Gruz i deski odeszły, odeszła krew, odeszły myśli, cierpienie i ból. Ostatni akt tej sztuki właśnie się zakończył. Goście wstają bijąc brawo. Jedna czerwona różna upada na scenę tuż pod jej zgrabne, wcale nie tłuste nogi.
Zostały tylko one dwie, jakby wyrzucone w próżnię kosmosu, trzymając się za ręce niczym rozbitkowie w czasie najcichszego sztormu w historii.
- Nie, już nikomu nigdy na to nie pozwolę – powiedziała Rosalyn głosem opanowanym i spokojnym, bez cienia histerii czy strachu, na wpół dziewczęcym i pełnym słodyczy. Odniosła wrażenie, że oto przestały istnieć jakiekolwiek rzeczy, które mogły ją skrzywdzić. Zostały zdmuchnięte, zupełnie jak świeczki na urodzinowym torcie, podczas wkraczania w nowy rok życia.
Życia… - powtórzyła Rose w myślach. Trochę zabawnie do brzmiało. Miała wrażenie jakby właśnie urodziła się na nowo. Brzmiało to nawet bardziej zabawnie, niż trochę. Być może w tym miejscu zawieszonym pomiędzy jawą, a snem uśmiech podobnie jak czas i rzeczywistość, nie miał już żadnego znaczenia, lecz mimo to się zdecydowała się uśmiechnąć. Tak. Do samej siebie, bo w końcu tylko ona sobie pozostała. Gdzieś wewnątrz jej jaźni rozbrzmiewała pewność, że to wcale nie był ostatni akt. Nonsens, bo to wcale nie była sztuka sceny, tylko sztuka życia. A w takiej zawsze pojawiają epilogi. I napisy końcowe.
Otwórz oczy.
Rozluźniła uścisk i mała dłoń tej dziewczynki o jej oczach, twarzy, jej ranach i krwi wysunęła się delikatnie z jej dłoni. Zawirowały pośrodku ciemności jakby były suchymi liśćmi targanymi wiatrem. Przestała myśleć i dała się unieść temu wiatrowi, przez ostatnią chwilę czując, że to okaleczone dziecko wcale nie odeszło tylko wpadło w jej ramiona, a ona je przytuliła i razem, jak matka z córką, zapadły się w ciemność.
Upadła znowu.
Brutalnie powróciło czucie. Oblepiło ją obrzydliwe wrażenie, że została zwymiotowana. Była to krótka świadomość, zbyt krótka aby mogła zdać sobie groteskową sprawę z rzeczywistej nieprzyjemności, jaką podczas niej przeżyła. Wpierw przeżuta i połknięta wpadła w sam środek żrącego piekła, w którym nieomal utonęła pośród setek innych rozkładających się ciał. Myślała, że umrze. Była tego pewna, jak pasażer samolotu, któremu właśnie wysiadły wszystkie silniki i nieważne, że obok, stewardessa w firmowym uniformie uspokajała, że wszystko będzie dobrze. Potem coś drgnęło ślisko i piekło zabulgotało skwaśniałą pianą, a ona popłynęła tym gorzkim strumieniem razem ze wszystkim innym. Na spotkanie jasnego światełka, które zawsze kończyło tego typu tunele. Wpadła na zewnątrz. Cicho, jakby szeptem. Niczym kropla. Lśniąca łza. Upadła na białą kafelkę, a obok niej dwie kolejne.
Rose, pochylona by ściągnąć pantofle, zamrugała teraz w niezrozumieniu. Poczucie wyrwania jakby ze śpiączki było nieokreślone i dziwaczne. Przede wszystkim jednak było obce, jak zimny kamień ciążąc w brzuchu; kostka lodu, której wcale nie połykała (albo nie pamiętała, że połknęła). Piekły ją oczy, zmrużyła je, ale to nie pomogło. Fakt, że była słaba, niewiarygodnie słaba, pozostawał dla niej jeszcze przez moment tajemnicą. Zrozumiała to w chwili kiedy się wyprostowała i zakręciło się jej w głowie. Opadła na ścianę z tyłu. Po niej osunęła na podłogę, przeplatając oddech raz płytki, raz głęboki. Szklista od potu, z twarzą wilgotną od
(krystalicznych)
(?)
kilku łez. Jak we śnie dotknęła swojego policzka, nie rozumiejąc czego powinna spodziewać się na własnych palcach kiedy w końcu podniesie je do oczu. To tylko łzy, zapewniła siebie w duchu i istotnie tylko nimi były, lśniąc mokro na opuszce jej kciuka.
Postanowiła dać sobie jeszcze kilka chwil na zebranie myśli. Dobra, pamiętała, że chciała wziąć prysznic dla rozluźnienia. Czemu? Bo czuła się brudna. To oczywiste, od rana harowała jak wół, podczas gdy Roger jak zwykle udawał, że niewiele go to obchodzi. Zresztą wcale nie musiał udawać. Brawo Rosie, właśnie odkryłaś podstawową prawdę twojego małżeństwa i być może wszystkich innych. Wszystko od zawsze sprowadzało się do tego, że żony harowały, a ich mężowie mieli to w dupie. Problem w tym, że to nie działało w drugą stronę i kiedy harowali mężowie, to żony zwykły wiele się tym martwić. Komfortowo. Był to chyba jedyny powód, przez który ich rasa zdołała przetrwać tyle setek lat pomimo wojen, zaraz i zawałów.
Nie zapytasz mnie co robiłam, kiedy wyszedłeś?
Nie.
A jak poszło Ci w pracy?
Czasem zbyt wiele pytań, za mało odpowiedzi. Na końcu i tak zawsze kazali im wynosić się z miotłami i ścierkami gdzie indziej. Aha. Małżeństwo to bardzo niebezpieczny zawód. Poza tym kompletnie nieopłacalny. Już lepiej pracować jako wtyczka w przestępczym półświatku, jak Don Johnson w Nash Bridgies. Aha.
Czując, jak zawroty głowy powoli mijają spróbowała się podnieść. Pierwsza próba była niezbyt udana i Rose przechyliła się niebezpiecznie w bok. Idiotka. Powinna była się tego spodziewać. Podtrzymała się ręką, aby nie upaść i wstała ponownie. Bardzo powoli, stale monitując własne nogi i to, czy przypadkiem znowu nie zbierze im się na zarwanie. Na szczęście nie zebrało.
Miała wrażenie, że jej świadomość to nieudolnie zmontowana taśma filmowa, źle sklejona w którymś miejscu, na skutek czego obraz skakał i zacinał się. Z chęcią urwałaby jaja kolesiowi odpowiedzialnemu za ten burdel w projektorze.
Oparła się o umywalkę i zajrzała do lustra. Kobieta w jego wnętrzu była blada i spocona. Jasne blond włosy opadły na jej twarz w tłustych strąkach przypominając pozlepiane ze sobą sznurki. Pomimo tego i rozerwanej wargi, poczuła się całkiem fajną kobietą, jak na swoje trzydzieści cztery lata i męża pasożyta. Prawdę mówiąc w ogóle dziwiła się, że jeszcze ma męża.
Usłyszała skrzypnięcie drzwi kuchni i jego kroki w salonie. Szedł do niej. Postanowiła nie robić nic i czekać na rozwój wypadków. W tej sytuacji czuła się po trochu jak szachista planujący kolejny ruch. Uśmiechnęła się do odbicia w lustrze i oczy jej zalśniły, kiedy Roger bez pukania otworzył drzwi i stanął ostentacyjnie w progu. Witaj, Rog, ty niewychowany chamie. Żałowała, że właśnie nie zmieniała podpasek; miałby teraz bardzo głupią minę. Pod warunkiem, że w ogóle by coś zauważył.
- Muszę się odlać – stwierdził drapiąc się po kroczu. Właśnie zrozumiała jak bardzo ją to irytowało. Drapał się tak jeszcze od kiedy ze sobą chodzili, czyli już jakieś dziewięć i pół roku temu. Cóż, ale wtedy był jeszcze przystojny i tyle nie pił, więc pozwalała temu umykać jej uwadze. Teraz było to obleśne. Gdyby Bóg był szczodry, podarowałby mu w tym miejscu kolejną rękę, i nie przeczyła, że umiałby z niej korzystać. Ale widać Bóg miał w dupie Rogera Horna składając go w całość, dlaczego więc nie mogłaby i ona?
- Aha? – spytała grzecznie. Spojrzała na niego odgarniając włosy za ucho i błysnęła zębami przesyłając uśmieszek, który powinien zakwalifikować w kategorii tak nigdy nie uśmiecha się moja żona.
Jego oczy rozbłysły na moment pytająco, ale natychmiast zgasły. Zawahał się chwilę, aż w końcu powiedział:
- Zmieniłem zdanie, chyba jednak wyskoczę do Roberta na piwo.
Skinęła głową na znak zrozumienia, a potem znowu zajrzała w lustro. Cieszył ją blask jej oczu. Pod ich szklistą powłoką, coś co potrafiła już nazwać, szaleńczo płynęło z lodowatym strumieniem pośród błękitu jej źrenic. To coś nazywało się PRAWDĄ. Ta PRAWDA w pewnej chwili przeplatała się z ODWAGĄ, dając…
(druciana szczotka)
- Rose, ja na prawdę nie mam czasu – odezwał się Roger nerwowo przestępując z nogi na nogę. Rose ku swemu zaskoczeniu stwierdziła, że naprawdę nie wiele potrzeba by zmiękczyć faceta. Wystarczy zablokować mu drogę do kibla.
Ta myśl bardzo ją rozbawiła. Bardziej być może niż nagłe wyobrażenie zaaferowanego Rogera z rosnącą, ciemną palmą na spodniach. Rose wybuchła perlistym śmiechem opluwając lustro łazienki drobniutkim maczkiem śliny. Odrzuciła głowę do tyłu i aż kucnęła z wrażenia. Sądziła, że zaraz się ze śmiechu popłacze, jednakże nic z tego. Jej oczy wydawały się z łez wysuszone. Mogłaby zastanawiać się nad tym zagadnieniem dłużej, gdyby nie wtrącił się ten kutas Rog ze swoim ostentacyjnym tonem:
- Znowu przesadziłaś z Prozium?
- Nie biorę tego świństwa od miesiąca, skarbie, w ogóle wyrzuciłam je z pamięci – rzuciła dławiąc się powietrzem. – Może to dla tego w końcu przestałam być taką rozkojarzoną suką – ostatnie słowo wypowiedziała z wyraźnym naciskiem. – Powinieneś być mi wdzięczny, bo w końcu przestałam tracić wątek podczas rozmów z żonami twoich kolesi z pracy.
- Uspokój się – nakazał jej krótko marszcząc brwi. Pomyślała, że jest żałosny, mówiąc do niej w ten sposób i jednocześnie krzywiąc się na swój pęcherz, niczym ośmiolatek w szkolnej ławce na pięć minut przed dzwonkiem. Bardzo żałosny. Nawet bardziej niż ‘bardzo’ -niewyobrażalnie, a jego nieświadomość tylko dopełniała tego marnego dzieła.
Podniosła się chwytając umywalki i popatrzyła na niego pozwalając by wszystkie emocje spłynęły z jej twarzy niczym ciepły, letni deszcz.
- Jasne – odparła unosząc brwi do góry.
- I ubierz się – dodał szybko.
- Jasne.
Zgarnęła z podłogi rzuconą niedbale bluzkę i ruszyła do wyjścia. Z początku chwiejnie, w krok później zupełnie prosto. Usunął jej się z drogi (jak wystraszony pies – rzekła w myślach) i weszła do salonu. Pomimo cienkich pantofli kontakt jej stóp z dywanem był miłym i przyjemnym uczuciem. Zupełnie innym, od stania na chłodnych kafelkach w łazience. Nie kupili nawet dywanika kąpielowego, bo Rog jak zwykle skąpił kasy. Rozkoszowała się tym uczuciem, niczym lampką doskonałego wina. Puchem dywanu i wściekłością na męża.
- Nie zapomnij zostawić uniesionej klapy sedesu – rzuciła w jego stronę nie odwracając głowy, ale jej nie odpowiedział, szkoda, tylko zniknął za drzwiami pospiesznie rozpinając spodnie. Cóż za szkoda, Rog, że chyba jednak się zsikasz, po tym jak nie uda ci się w porę odnaleźć małego, zważywszy jakie ma rozmiary. Być może stracisz nawet przytomność, kiedy zobaczysz, że on na końcu ma twoją główkę i mimo tego można by go nazwać największym kutasem.
Myślała, że zegnie ją w pół ze śmiechu. Nie zgięło, ale i tak wystarczyło by znowu zaczęła kaszleć. Po długiej chwili kaszlu stwierdziła, że krztusi się lepiej niż Doc Holliday w zaawansowanym stadium gruźlicy.
Śmiejąc się spojrzała na schody prowadzące na piętro. Urwała śmiech w połowie piątej sekundy i poprawiła włosy niczym żołnierz przed poranną musztrą. Wciągnęła na siebie bluzkę, która od razu przylgnęła do jej spoconego ciała, zapięła guziki jeden po drugim uważając by nie wpiąć żadnego do złej dziurki. W porządku.
Obrzuciła salon przelotnym spojrzeniem. Na tej kanapie wylała na siebie zimny koktajl kiedy oglądała Santa Barbara w telewizji, bo on zaszedł ją od tyłu i wystraszył jak dziecko. Potem kochali się do zmroku na podłodze i szklanym stoliku obok, który jakimś cudem pod nimi nie pękł. Ile to już lat, pięć? Chyba więcej. A mimo to, żywe wspomnienie tamtych chwil dalej odzywało się w niej niczym echo w komorze pogłosowej. Ciekawe czy kiedy on nocował tutaj, tą niezliczona ilość razy pozostawiając ją samą w sypialni do świtu, myślał o tym w podobny sposób, co ona teraz.
Potem Roger się popsuł, pękła w nim sprężyna, wypadła zębatka, zatarło się coś, czego gwarancja już nie obejmowała. Pierdolić go. Żadna gwarancja nie obejmuje tego typu spraw.
Ruszyła w kierunku schodów, powoli na piętro. Nic jej nie gnało. Nie musiała przeskakiwać po dwa stopnie na raz w pogoni za pragnieniami, które w końcu i tak zawsze okazywały się stertą brudnych szmat, męskich koszul ze śladami kobiecej szminki, która nie należała do niej.
W tym niknącym świetle dziesiątego dnia lipca, który powoli ustępował miejsca sztyletom nocy, wydawała się czymś bardziej ulotnym, niż rzeczywistym i tak szalenie zdeterminowanym, że wręcz ociekającym adrenaliną i potem. Nic z tych rzeczy. Tego dnia histeryczna Rosalyn Horn przestała istnieć, została zdezintegrowana do poziomu marnych resztek, rozbita na cząstki, rozpieprzona na miazgę, adieu!
Schodami kroczyła Rose Waters. A potem zniknęła na piętrze.
Dla pewności zadzwoniła z sypialni do Roberta Hanlona; tak było bezpieczniej i nie ryzykowała, że Roger cokolwiek usłyszy, gdyby zrobiła to z salonu. Zero-osiem-jeden-pięć-dwa-trzy-dwa-pięć, klik-klik-klik; stukot przycisków działał podejrzanie kojąco. Halo, Robert? Rose Horn, z tej strony. Tak, mi też miło. Aha. Słuchaj, mam ważną sprawę. Mógłbyś… Aha, no jasne, że mu powiem. Słuchaj, nie mógłbyś odwołać spotkania z Rogerem na dziś wieczór? Gotuję rybę na parze i chciałabym, aby… Jak to jakie spotkanie? On przecież wybiera się do ciebie na piwo. Nie mów, że… Och, jaka szkoda. Biedny Roger musiał się pomylić. Ostatnio pracuje coraz ciężej, chodzi przemęczony, zaspany. Nie, nie musisz dzwonić, sama mu to przekażę. Tak, oczywiście, nie ma sprawy. Na pewno nie zapomni. Aha. Ty też się trzymaj.
Pierdol się opalony na solarium kutasie.
Odłożyła słuchawkę na widełki białego Royala. Prawdę mówiąc – zastanawiała się. - Mogłaby przeczesać jego szafę w poszukiwaniu koszul ze śladami szminki, ale to bez sensu; swego czasu prała te koszule z tak histerycznym namaszczeniem, że ubrudzona nie ostała się raczej żadna. Cóż, widać wyniki twierdzenia, że wszystko jest w porządku niczym stary trup właśnie wypływały na powierzchnię. Aha. Poradzi sobie i bez tego. Wróciła do salonu, akurat kiedy Rog spuszczał wodę w muszli. Oj, Roger, całe dwie minuty. To chyba nie prostata?
Lekkim krokiem weszła do kuchni i usiadła za stołem, w tym samym miejscu w którym dziś siedział on, kiedy zmywała naczynia. Potem rozmawiała z nim, choć rozmową nie było to nawet w jednej ćwierci. Prędzej jej monologiem, poprzetykanym jego chrząknięciami, a potem to już wcale. Skarciła się w myślach, że dopiero teraz do tego wniosku doszła. Delikatny uśmiech. Dobrze, że przynajmniej dała mu wtedy w pysk.
Spojrzała na miejsce, gdzie rozlał mleko. Teraz zupełnie suche. Powyżej na kredensie stał niebezpiecznie wysunięty za krawędź talerz, na którym przyniosła mu kanapki. Dziwne, że jeszcze nie zleciał. Mężczyzna w kuchni, jak widać potrafi zadbać o wszystko.
Nie myślała już dalej o tym, co robiła kiedy wybiegła z kuchni i potem przyszedł do niej Rog. Te wspomnienia napawały ją obrzydzeniem, jak wspomnienia gwałtów, zbyt wyraźne i takie już pozostaną. Ze znużeniem obserwowała chyboczący się talerz, szacując ile jeszcze trzeba aby zleciał i rozpieprzył na kawałki. Czasem wystarczy jedno piórko. Słyszała, że rewolwery z odpowiednio spiłowanym bezpiecznikiem były w stanie wystrzelić po uderzeniu w stół, na którym leżały. Ile siły potrzeba, by zrzucić ten talerz? Talerz to krucha konstrukcja, zupełnie jak skóra i kości. Znajdź punkt przyłożenia, a poruszysz ziemią – mawiał kiedyś jej nauczyciel algebry w szkole w Boulder, do której odesłał ją dom dziecka. Niesamowite, zadumała się szczerze. Powiedzmy, że jedno piórko wystarczy, by ten talerz runął w dół. Skoro tak, to czego potrzeba, aby złamać ludzką piszczel?
Roger wszedł do kuchni z naciąganą gracją lorda, którym być nie mógł nie tylko ze względu na strój i otworzył lodówkę. Wyjął kolejne mleko. Rozerwał dzióbek i zaczął siorbać.
- Zaraz wychodzę – odparł przełykając zimny płyn. – Nie czekaj na mnie.
- A ryba? – zapytała wyblakłym głosem. – I kolacja?
- Nic z tego, Robert ma pilną sprawę do mnie, coś w związku z kancelarią.
- Z kancelarią – powtórzyła po nim znudzonym głosem. – Nie wątpię.
Przeniosła wzrok na niego. Stał prawie w samym kącie za lodówką z miną zmęczonego ciecia na nalanej twarzy. Wielką tajemnica było dla Rose, jak w ogóle mogła za kogoś takiego wyjść. To źle, jeśli po paru latach człowiek ze schludnego i szarmanckiego staje się własną karykaturą, z koszulą wyłażącą zza paska i zroszonym kartonem mleka w ręce, na którego czterech bokach uśmiechnięta krowa Molly zachęcała wszystkich do picia wspaniałego wyrobu z jej gruczołów.
- Może powinieneś zadzwonić do niego i upewnić się, że nic nikomu nie wypadnie – zauważyła.
Siorbnął łyk znacząc wargi białą kreską i odpowiedział:
- Już dzwoniłem. Wszystko załatwione – uśmiechnął się.
- Aha.
Przeniosła wzrok z jego żałosnej postaci na garnek stojący na lodowce. Trzymała w nim gulasz do zeszłego tygodnia i jeszcze nie zdążyła sprzątnąć. Wydawał się niesamowicie lśniący i zimny. Nie wiedzieć czemu bolała ją głowa… albo wiedzieć, do cholery, dziś miała tyle spraw do zrobienia! Jej mama, zanim zdechła pod kołami samochodu ojca, który zdechł pod nimi niewiele wcześniej, bardzo często robiła zimne okłady bokiem trzymanego w chłodnej wodzie noża. Tak. Przyłożyć metal do policzka i delektować się ujmującym zimnem. Przyłożyć… do głowy… w głowę.
- Na pewno wzięłaś Prozium? Connors mówił wyraźnie, żebyś nie przerywała kuracji. Ale jak dla mnie, to chyba połknęłaś dziś o jedną pastylkę za dużo.
- Tylko dla tego, że najpierw się pokłóciliśmy, a potem jestem jakaś nieobecna? – spojrzała na niego w taki sposób jakby czytała mu w myślach. – To jeszcze niczego nie dowodzi. Jako ludzie posiedliśmy w głowach zadziwiającą konstrukcję huśtawki nastrojów.
- Między innymi – wzruszył ramionami i znowu siorbnął. Wydawał się jakiś bardziej rzeczywisty kiedy na niego nie patrzyła; jego głos budził w niej skojarzenia z kurduplowatym księgowym w kiepskim garniturze i pogiętymi okularami w masywnej oprawie. Ale nie bladego upiora, którego plecy widywała przez większość poranków ostatnich trzech lat, i chyba wszystkie ostatniego półrocza. Pod takim kątem wydawało się to przyjemniejsze.
Leniwie przebiegła wzrokiem po drewnianej powierzchni kuchennej boazerii. Znowu garnki. Dla odmiany popatrzyła na zestaw patelni wiszących nad kuchenką. Przekrzywiła badawczo głowę. Osiem modeli, od tego do sadzonego jajka, po olbrzyma mieszczącego cztery, dużej wielkości steki. Mówiła Rogerowi, że są fantastyczne, nie steki – patelnie, choć tak naprawdę to były beznadziejne; od pół roku rynek i wszystkie supermarkety znały pojęcie teflonowej powierzchni smażenia. Wolała sobie nie wyobrażać nagłówków w gazetach z patelnią w roli głównej. Nawet teflonową za trzydzieści pięć dolarów i dwadzieścia centów.
Wetknęła lewą rękę pod głowę na znak zmęczenia. Westchnęła w leniwej ciszy tego poniedziałkowego wieczoru i po raz pierwszy zaczęła przypominać zadumaną. Za oknem jakiś samochód Forda przejechał z terkotem wzdłuż Weasel Street by potem, na skrzyżowaniu być może skręcić w lewo do miasta, albo ruszyć w druga stronę i po dwudziestu minutach dotrzeć do rozjazdu prowadzącego na szosę numer osiemdziesiąt coś-tam-jeszcze. A stamtąd już wszędzie, w poszukiwaniu krainy spojrzeć w niebo i umrzeć, do Montplier albo Portland w Maine przez Bradford. Takie myślenie posiada skazę – skontaktowała szybko Rose. – Równie dobrze za kierownicą mógł siedzieć stary pedofil trzymający w bagażniku skrępowanego ośmiolatka. Nic nie jest takie jak myślisz, do chwili gdy nie zajrzysz do bagażnika. Zupełnie nic.
Wiatr na zewnątrz zawył cichutko, jakby na znak, że wszystkie normalne, amerykańskie rodziny zasiadają właśnie do wspólnej kolacji, choć nie o to mu pewnie chodziło. Rozparcelowują między siebie steki i ziemniaki z sosem dyskutując wszystkie ważniejsze wydarzenia tego dnia, sprawy minione i przyszłe. Ich dzieci być może już śpią, a jeśli nie to zaraz pójdą, tylko wpierw obejrzą Ulicę Sezamkową i Przygody Człowieka Rakiety. Była siódma trzydzieści. Za pół godziny puszczali Lśnienie na kanale piątym.
Jej wzrok padł na chromowany korkociąg wiszący na drewnianej tablicy z lewej strony okna, tego nad zlewem. Za mały. Przepłynęła spojrzeniem przez wszystkie cztery szpikulce do lodu z drewnianymi rączkami w czterech różnych kolorach. Gdzieś w jej głowie niczym kolorowy neon z Vegas odpalił obraz Sharon Stone z Nagiego Instynktu i natychmiast zgasł. To filuterne ‘gdzieś’ wystarczyło, by powędrowała wzrokiem jeszcze dalej. Hop! Takie to proste! Hop! Otwieracze do puszek. Hop! Do wyboru do koloru. Hop! Nożyczki, w tym te z zabezpieczeniem przez urżnięciem sobie palców przy wycinaniu wigilijnych wzorków na święta. Hop! Czego dusza zapragnie! Magnesowana tarcza z nożami? Proszę bardzo! Jednego brakowało. Dwudziestocentymetrowego Sharpless Blade’a ale go przecież ściągnęła przy krojeniu kanapek; teraz powinien spokojnie leżeć w zlewie czekając na umycie. Ale noże od początku wydały się jej sztampowe, jak urodzinowe życzenia z kartki, czy coś. Hop! Nawet dziecko to potrafi! Ozdobny dziadek do orzechów w kształcie Ronalda Regana? Tłuczek do mięsa w dwóch wariantach kolorystycznych? Szpikulec do mięsa? Duża metalowa tarka z czterema rodzajami oczek? Może ubijaczka do jajek? Hop!
Jakiś logiczny mechanizm zaskoczył w głowie Rose ze zgrzytem niczym wajcha włączająca alarm w wojskowej bazie. Odnalazła w jaźni przycisk przewiń w tył i go wcisnęła. Ubijaczka - tarka - szpikulec - tłuczek… kurwa, do przodu, tłuczek - szpikulec - tarka, STOP!
B-ru-dni, Rosie, dlatego trzeba szorować i szorować na błysk.
Szerzej otworzyła oczy pochylając się nad stołem do przodu. Bezwiednie napięła mięśnie twarzy, a potem je rozluźniła.
- Hej, Roger? – zapytała zanim zdecydował się odstawić mleko na kredens i wyjść z kuchni. Jeszcze kontemplował zawartość brudu spod paznokci, potem tylko w myślach kiedy spojrzał na nią.
Zamrugała i uśmiechnęła się promiennie, pierwszy raz od niewiadomo jak dawna. Widząc blask w jej oczach uśmiechnął się także, nieco zmieszany. Patrzyła mu prosto w twarz, jednak kątem oka spozierała gdzie indziej, bardziej w bok, i jeszcze troszkę. Nie, nie na ten korkociąg.
- Chc-esz z-obaczyć uśm-iech k-ota? – odparła tonem towarzyskiej rozmowy.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -