Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Czerwony Pokój

Jakub Zieliński

Zezwierzęcenie i dzikość... Chore zachowania ludzi odciętych od reszty świata, pozostawionych samym sobie, własnym lękom i zwyrodnieniom. Kreujących nowe mikrostruktury, oparte na walce o przetrwanie i spotęgowanych mrocznych cech charakteru... Takie „eksperymenty” miały miejsce w rzeczywistości, w czasach nam współczesnych. To właśnie jest najbardziej przerażające.
Ale poniższa opowieść jest całkowicie fikcyjną. Zrodziła się w mojej głowie w środku upalnego lata 2005 roku, gdy zmęczony upałem tkwiłem na tylnym siedzeniu podmiejskiego autobusu, kierującego się do leżącego 30 kilometrów od Częstochowy Janowa. Mimo jasnego, słonecznego dnia, w mojej wyobraźni znów rozprzestrzenił się mrok...

Częstochowa, styczeń 2007

Autobus wlókł się nieprawdopodobnie wolno. Zdenerwowani pasażerowie, dodatkowo jeszcze zalewani falami ciepłego powietrza z zewnątrz, co chwila ocierali pot z czoła za pomocą czy to rękawów, czy też chusteczek. Także i kierowca nerwowo wypatrywał zielonego sygnału do przejazdu, jakby każda chwila stagnacji w tym miejscu przybliżała go nieuchronnie ku grobowej desce.
Przez moment, w jego ospałym i zmęczonym umyśle, pojawiła się mała czerwona lampka ostrzeżenia: nadjeżdżający z boku pociąg poruszał się odrobinę zbyt szybko, w dodatku ciągnąc za sobą dziwną chmurę, stworzoną jakby z mieszaniny pary i kurzu. Jego uwagę odwróciła teraz szarpanina w tyle autobusu: jeden ze starszych pasażerów, wyraźnie cierpiący z powodu hałasu wydobywającego się z kolumn przenośnego boom-boxa dwóch skate’ów, obudził w sobie ostudzone po II wojnie światowej zapędy i energicznym wywijaniem drewnianą laską nad głowami młodzieńców, starał się zmusić ich do ściszenia muzyki. Obaj łysielcy byli jednak pewni siebie, co z kolei zmusiło kierowcę pojazdu do interwencji.
Nie zdążył jednak przejść nawet połowy drogi na tył autobusu, kiedy pociąg z ogromnym impetem staranował popularnego „wsiobusa”. Niektórzy pasażerowie w ostatniej chwili swej bytności zdążyli jeszcze zobaczyć przerażoną twarz konduktora pociągu, nie będącego kompletnie w stanie zapanować nad prowadzoną przez siebie maszyną. Po kilku zaledwie sekundach, powietrze przepełniło się zapachem krwi i spalenizny. Nad miazgą powstała ze zderzenia dość szybko pojawiło się kilka stad wścibskich much…
Jedynym który w następnych minutach nie brał udziału w pomocy ofiarom wypadku (lub chociaż wzrokowym szacowaniu zaistniałej w wyniku katastrofy sytuacji) był chudy, ciemnowłosy więzień nazwiskiem Fred Gumby. Jechał tym pociągiem do miejsca swej potencjalnej śmierci, jednak w wyniku zderzenia zginęli zarówno mający prowadzić jego sprawę prokurator (korzystający chwilę przed zderzeniem z jedynego wolnego kibla, tuż przed lokomotywą) oraz cała dokumentacja, płonąca teraz w plamie oleju.
Wciąż w kajdankach, cieszył się już jednak odzyskaną wolnością. Uciekał ile miał sił w nogach, goniony przez głosy w swej głowie, wspomnienia przeszłości i hałas ujadających w wiejskich zagrodach psów.
Policja na miejscu zjawiła się po 20 minutach. Przesłuchania świadków, pomoc ofiarom, ustalanie przyczyn tragedii – to właśnie było teraz priorytetem służb mundurowych. Dopiero wieczorem, kiedy zmęczeni i skołowani wracali już do swych domów (lub na komisariaty), jeden z poruczników przypomniał sobie nareszcie o najbardziej niebezpiecznym z pasażerów pociągu numer 47. Ten jednak był już niemal nieuchwytnym dla ludzi pragnących wymierzyć mu sprawiedliwość…

Trafił do małej wioski w samym środku lasu. Przedzierał się przez gęste krzaki i kłujące gałęzie, niekiedy usilnie chronił przed deszczem w najbardziej osłoniętych od nieba miejscach. Jadł jagody i poziomki, raz zadowolił się też złapaną w promieniach słońca nieco ospałą jaszczurką. Niemal instynktownie kulił się i szukał schronienia tylko wtedy, gdy w oddali słyszał głosy ludzkie – najczęściej należące do pracujących przy wycince lasu drwali.
Czwartego dnia dotarł nareszcie do miejsca, o którym słyszał masę opowieści i legend. Odcięte od cywilizacji, dziwnym i niedorzecznym dekretem poprzedniego prezydenta wyjęte spod krajowej jurysdykcji, stało się w krótkim czasie oazą dla wszelkiej maści oszustów, złodziei i morderców. Przybywali tutaj, aby zerwać ze swymi dotychczasowymi procederami i zacząć nowe życie, z dala od ludzkiej pogardy i dociekliwych pytań. Sami także nie wypytywali się wzajemnie o przeszłość – wystarczyły im same obserwacje. Ale Fred był zaniepokojony tym, co usłyszał trzy miesiące wcześniej od znajomego recydywisty: ludzie przestali przybywać do tego miejsca, a co dziwniejsze, niektórzy ze stałych mieszkańców także zaginęli.
Tuż przed granicą zderzenia lasu i cywilizacji wpadł w sporą kałużę błota. Pachniało nie tylko stęchlizną i wilgotną ziemią, ale jeszcze czymś bliżej dla niego nieokreślonym. Mogła to być ludzka krew, pot, może jeszcze jakaś inna ciecz… Nie czuł strachu przed tym miejscem. Na pozór wydawało się puste, jakby sennie umarło w nocy, teraz jedynie trwając w ponurym milczeniu. Ale nieco zaskoczył go brak hałasu, nieobecne ludzkie krzyki czy słowa. Dopiero gdy wyszedł na małą polanę, dobrze oświetloną sunącym już ku zachodowi słońcem, był w stanie wyodrębnić pojedyncze szepty, dochodzące z najbliżej położonej drewnianej chaty, wymalowanej w jaskrawoczerwone barwy.
Nie przynosiły one jednak słów ulgi czy zachęty. Nie stanowiły zaproszenia do wejścia w ten obcy, nieco sztucznie stworzony świat. Dotyczyły jakichś niezwykłych, chorych wydarzeń, jakie mają miejsce w tej wiosce w nocy. Gumby postanowił jednak zrobić im na przekór i postawił pierwsze zabłocone kroki w granicach osady.

Przyjęto go dobrze, jakby był synem marnotrawnym, po latach tułaczki wracającym na należne mu miejsce. Wśród mieszkańców rozpoznał kilka znajomych sobie twarzy: ludzie z wieloletnimi wyrokami, nawróceni na stronę przestępstwa byli policjanci i adwokaci, wyrafinowani fałszerze i naciągacze, wreszcie… Jakieś zaniepokojenie, kilkoro ludzi wyraźnie unikających jego spojrzeń, oraz dziewczyna o przeraźliwie ciemnych włosach, na sam widok wkraczającego do osady Gumby’ego chowająca się za położoną w pewnym dystansie chatą. Początkowo chciał ją dogonić i na przekór jej strachowi porozmawiać, ale poczuł zmęczenie ciągłą ucieczką i bieganiną.
Ulokowano go dość szybko w małej chatce po przeciwnej stronie wioski. Miał co prawda ochotę zadać masę pytań na samym wstępie, jakby chcąc rozwiać swe pierwsze obawy dotyczące pobytu w tym azylu, jednak zmęczenie wzięło górę nad wolą. Zasnął na siennej poduszce, wciąż jednak jeszcze czując w nozdrzach zapach spalenizny i rozgrzanej stali.
Śnił koszmarnie. To najwłaściwsze określenie na to, co spotkało go pod powiekami tej nocy. Widział pochód ukrytych w kapturach postaci, z których każda dzierżyła w dłoni zapaloną świeczkę. Zauważył miejsce, do którego zdążali – była to mała chatka obok studni, z której część mieszkańców osady czerpała wodę. Teraz jednak w chatce nie było spokoju: na łóżku szarpała się i wiła czarnowłosa dziewczyna o bladej cerze, starająca się wyrwać z objęć dwóch czy trzech postawnych drabów. Gumby chciał pobiec i jej pomóc, jednak ze zgrozą zauważył u siebie brak dolnych kończyn – wyglądały na odcięte za pomocą jakiegoś ostrego narzędzia, może piły lub brzeszczota… Wściekły i bezsilny, mógł tylko patrzeć, jak najwyższy z zakapturzonych ludzi siłą wyrywa dziewczynie język…
Ale było w tym śnie jeszcze coś, co wprawiło go nawet na jawie w stan zupełnego zdumienia. Mały, błękitnooki chłopczyk, wskazujący palcem na znaki i słowa zapisane na jesionowej tablicy nieopodal studni. Fred wytężył wzrok i starał się odczytać jakiekolwiek symbole z drewnianej powierzchni, jednak nie udało mu się to w zupełności. Zrezygnowany, uderzył w płacz, objaw bezsilności jakiego nigdy nie ukazywał w swoim realnym życiu. Sen powoli odpływał w zapomnienie…
Obudził się niemal w samo południe, gdy słońce paliło już od dawna bezlitośnie ziemię na placu przed jego nowym domem. Czuł się zupełnie wycieńczony, jakby nocna mara była wysysającym z niego siłę i soki witalne wampirem. Wciąż bił się z myślami, niepewny tego, co czeka go w nowej rzeczywistości. Najbardziej bał się Sprzedawców, ludzi zdolnych do wydania własnej matki za kilka zabytkowych przedmiotów czy żetony do gry. Ich uzależnienie od zbieractwa i hazardu przesłaniało bowiem zdrowy rozsądek i strach przed konsekwencjami takiego czynu.
Szybko – w ciągu niecałego tygodnia – znalazł swoją przestrzeń w tym świecie. Była ona ulokowana w centrum budynku, który zobaczył jako pierwszy, wychodząc z lasu. Urządził się tam całkiem wygodnie. Pierwsze wrażenie odwiedzających to miejsce było zawsze bardzo dobre – cenili schludność i skromność wyglądu lokum Gumby’ego.
Nie dostrzegali jednak tego, co najważniejsze – tak jak wielu przed nimi. Czarnej kotary, kryjącej drzwi prowadzące do dodatkowego pokoju. Zaszywał się w nim późną nocą, a niekiedy także i o wschodzie słońca. Jakimś niezwykłym trafem i zbiegiem okoliczności ( w które jednakowoż nie wierzył, aż do tej chwili) odnalazł w osadzie złodzieja, który kilka miesięcy wcześniej pozbawił go w zuchwały sposób kilku wartościowych przedmiotów: znajdował się wśród nich między innymi poszarzały nieco od promieni słonecznych album ze zdjęciami. Zdjęciami, wycinkami z gazet, własnymi notatkami… Część z nich niestety zaginęła, ale resztę udało się Fredowi wykupić od nader chciwego „handlarza”. Nie podał kostycznemu chudzielcowi swej prawdziwej tożsamości, nie chcąc pakować się w niepotrzebne przepychanki i tarapaty. Wiedział jednak, że któregoś dnia dokona sprawiedliwości – a taka musiała przecież istnieć, nawet w miejscu tak odległym od wszelkich norm i kodeksów kryminalnych i sądowych.
Teraz za sprawą swoich wspomnień dekorował czarno-białymi skrawkami ściany pomieszczenia. Początkowo powstający w ten sposób wizerunek przypadł mu do gustu, jednak z czasem poczuł, że musi dodać wszystkiemu brakującego akcentu. W burzliwą noc, gdy mieszkańcy obradowali nad wyborem nowego przywódcy, Fred wściekle zrywał zdjęcia ze ścian i puste miejsca chlapał krwistoczerwoną farbą.
Kiedy wreszcie rozwiesił i przykleił je wszystkie, poczuł przez chwilę spokój. To było teraz naprawdę JEGO miejsce. Mógł tu siedzieć godzinami, medytować, szukać sił i inspiracji do kolejnych działań.
Podjął pracę przy wyrębie drzew. Codziennie rano wyruszał pieszo w głąb lasu, wraz z grupą mu podobnych desperatów, pragnących utrzymać w tym gnieździe chaosu pozory normalności i zwyczajnej ludzkiej pracy. Byli jednak wobec niego trochę nieufni: początkowo wypominali mu nieobecność na zebraniu rady mieszkańców (wyłgał się z tego grypą), a potem starali się usilnie dociec przyczyn trafienia Gumby’ego do osady. Nie dawał im wskazówek, nie czuł się w kompetencji do wyjaśniania im krętych meandrów swojej przeszłości. Po prostu szedł do lasu, brał w rękę siekierę i rąbał. W takich prostych czynnościach czuł się najlepiej.
Ale ani one, ani coraz częstsze przebywanie w Czerwonym Pokoju nie były w stanie zagłuszyć głosów i szeptów, jakie słyszał w samotności w swojej głowie. Budził się w środku nocy na dźwięk ujadania psów, czuł cierpienia ludzi płonących w zamkniętym samochodzie, gdy zbyt długo wystawiał jakąś część swego ciała na działanie promieni słonecznych. A co najważniejsze, czuł głód spotkania z ciemnowłosą nieznajomą.
I tu spotkał go największy zawód i rozczarowanie, jakiego doświadczył od początku trafienia do osady. Żaden z jego kompanów nie słyszał o niej, nie widział jej, nie czuł potrzeby wyjaśnienia zagadki fenomenu zobaczenia jej przez Freda pierwszego dnia pobytu. Nie wierzył w ich słowa, czuł, że jest za tym coś poważniejszego… coś, co oni wszyscy zaciekle ukrywają.
Któregoś dnia, podczas wykonywania rutynowej ocioski ogromnego drzewa (która miała stanowić podstawę do pracy większego zespołu ludzi) przypadkowo siekiera omsknęła się w rękach Gumby’ego. Pech chciał, że trafiła prosto w aortę szyjną stojącego tuż obok Marka, najbardziej zrzędliwego i wścibskiego z robotników.
Ten widok przeraził go. Ale tylko przez moment, gdyż chwilę potem zastąpiła go myśl o tym, aby jak najsprawniej ukryć ciało. Wiedział jednak, że coś w azylu, jakim była do tej pory dla niego osada, pękło. Nawet jeśli ukryje zwłoki, to przecież prędzej czy później ktoś je znajdzie? Chyba że…
Pomysł był diaboliczny, ale zdecydował się jednak wcielić go w życie. Na długo przed fajrantem, nerwowo rozglądając się po okolicy czy aby nie jest przez kogoś dociekliwego obserwowany, ruszył z wielkim czarnym workiem w stronę domu. Był piekielnie zmęczony: w końcu nawet jeśli od dłuższego czasu wprawiał się w pracy siekierą, to jednak do tej pory nie używał jej w celu porąbania na drobne kawałeczki człowieka. Jeśli zabijał, to w bardziej wyrafinowany sposób.
Teraz do jego codziennego menu doszło danie mięsne. Ciągle wymyślał nowe sposoby przyrządzania potraw, sporo eksperymentował z własnym podniebieniem i żołądkiem – po pierwszej fali odrazy i oporów, przychodziło jednak jakże potrzebne i zbawienne nasycenie. Zanim zjadł wszystko, zdążył jeszcze zrobić kilka zdjęć, które następnie skwapliwie umieścił w kolekcji.
Czuł jednak nadal głód. Chciał więcej, do tego jeszcze nie był w stanie zapanować nad tą swoją niezaspokojoną potrzebą. Próbował ją czymś zastąpić, pod osłoną nocy wymykając się do lasu i rozprawiając z kolejnymi czworonogami: bezpańskimi kotami, psami… Za każdym razem jednak w ostateczności odczuwał, że jedynie oszukuje sam siebie.
Teraz też każdą wolną chwilę od pracy spędzał w Czerwonym Pokoju, wyładowując tam swoją bezsilność i wściekłość. Chciał uciekać od dręczących go latami głosów, jednak one i tak odnalazły drogę do jego głowy, niczym wierny pies powracający do wypróbowanego i oswojonego domu. Jednocześnie przed oczyma przebiegały mu twarze i słowa, należące do ludzi mieszkających w osadzie.
Siła zła okazała się większa od poczucia przekraczania pewnych ogólnie ustalonych granic – Fred Gumby ponownie wyruszył na łowy, aby kogoś zabić.
Noc okazała mu swą przychylność, oświetlając drogę do niezbyt odległej chatki. Mieszkała w niej siostra ciemnowłosej piękności, jaką Gumby ujrzał zaraz po przybyciu do osady. Nie miał skrupułów, aby wyciągnąć wrzeszczącą wniebogłosy i kopiącą go po rękach dziewczynę najpierw na korytarz domu, a następnie – po złamaniu jej szczęki jednym silnym ciosem – wywleczeniu do magazynku z narzędziami, jaki znajdował się za domem. Obchodził się z nią ze sprawnością godną najlepszych rzeźników, znakomicie wykorzystując siły wychodzące z głębi swoich mięśni. W świetle nocy zabił, pociął na kawałki i wrzucił do worka – zupełnie niewidoczny, nieukarany, wręcz bezkarny. I choć po kręgosłupie raz po raz spływała mu fala zimnego potu, gdy nareszcie dotarł do domu poczuł się niczym Bóg. W tym miejscu, tak jak wcześniej w swoim środowisku, decydował o życiu i śmierci.
Nagle usłyszał pukanie do drzwi. Pośpiesznie zamknął Czerwony Pokój i zasunął kotarę zdobiącą ścianę. Otworzył wejście, mając jednak w pewien sposób duszę na ramieniu. Na progu stanęła teraz ciemnowłosa nieznajoma, uśmiechająca się jednak do niego przyjaźnie.
- Cześć. Jesteś tu już tyle czasu, a jeszcze nie mieliśmy okazji porozmawiać. Nie czujesz się tu czasem nieco samotny?
Fred poczuł teraz, że dziewczyna przyszła do niego z sercem na dłoni – i sercem tym otworzyła drogę do środka jego własnego świata, zamkniętego gdzieś w głębi Czerwonego Pokoju. Nie czuł strachu z powodu tego spotkania, czy dociekania gdzie podziała się siostra lub Marek, wciąż dociekliwie szukany przez mieszkańców osady.
- Napijesz się może wina? Czy tradycyjnej herbaty? Mam jeszcze trochę zapasów z ostatniej wizyty w mieście.
- W zasadzie może być. Ja nie pijam tylko… wina – zaśmiała się z własnego dowcipu, którego Gumby najwyraźniej nie skojarzył ze starym filmem.
Był podekscytowany, do momentu kiedy rozmowa nie zeszł a na tory jego przeszłości. Czasu, który pamiętał bardzo dobrze i wspominał z pewnym rozrzewnieniem, jakże nieprzystojącym człowiekowi o jego mentalności i ambicjach.
- Dlaczego tu się znalazłaś? O ile możesz mi wyjawić tę rzecz?
- Powiedzmy, że jestem tutaj nieprzypadkowo i pełnię rolę przeznaczenia. A czasem też ostatniej przestrogi. To bardzo dobra rola, ale to miejsce nie jest najlepszym pod słońcem. Chciałabym kiedyś zacząć robić coś innego…
- Opowiem Ci o moim bracie. Od maleńkości był zamknięty w sobie i zahukany, miał taki swój mały świat. I marzył o tym, aby pracować w miejscu, gdzie nie będzie miał kontaktu z ludźmi. Długo nad tym myślał – przyznaję, że trochę mu w tym pomagałem – ale w końcu wybrał pracę w prosektorium. Śmiał się, że petenci mu nie narzekają, nawet jak ich trochę poobija…
- Dlaczego mówisz o nim w czasie przeszłym?
- Pewnego dnia skaleczył się w palec. Przeszedł na niego jad trupi, rękę trzeba było amputować najpóźniej godzinę po zakażeniu. On zauważył to dopiero po skończonym dyżurze, 8 godzin od zdarzenia. Był cały siny i spocony, ale dopiero na łożu śmierci opowiedział mi, co było tego przyczyną… - w oczach Freda pojawiły się dwie perliste łzy, a nieznajoma przysunęła się nieco bliżej, aby posłuchać dramatycznego zakończenia historii.
- Zaciął się w palec, bo zadrżała mu ręka. Ręka, którą miał właśnie pokroić jedyną dziewczynę, jaką w życiu kochał… Pokłócili się dwie noce wcześniej, ona przedawkowała leki. Jego współpracownicy nie wiedzieli o ich znajomości, toteż wtoczyli mu do sali przykryte ciało. A dwa tygodnie później miał zamiar przenieść się do innej roboty…
Gumby ukrył teraz twarz w ramionach dziewczyny, przytulającej go w geście współczucia. Dość szybko od obejmowania przyszli do pocałunków, zdejmujących z nich nie tylko poczucie wstydu i dziwności, ale i ubrania.
Znaleźli wspólny język także w seksie, wydobywającym z nich płomienie namiętności, które jednak nie paliły wnętrza domu. Gumby czuł wreszcie, że jego wielki apetyt został zaspokojony. Około godziny trzeciej w nocy obudził się na chwilę, i ostrożnie, nie budząc ciemnowłosej, wyszedł przed swoją chatę. Powietrze pachniało ciepłem, ziołami i tajemniczością nocy. Fred obdarzył łaskawością swych oczu powierzchnię odległego o wiele tysięcy kilometrów Księżyca – będącego przewodnikiem jego nocnych wędrówek, ratującego go swym światłem z opresji, a najbardziej chyba świadka niegodziwości, jakich Gumby dopuszczał się pod jego majestatem.
Teraz odpowiedział mu czerwoną poświatą, całunem boga wojny Marsa. Morderca poczuł, że może nieprzypadkowo.
Zasnął jeszcze raz i śnił o spokojnym miejscu, w którym przebywał wraz ze swoją nową wybranką. Sielankę spokoju zburzyło jedynie przybycie zniszczonego samochodu, dymiącego jeszcze po trawiącym jego blachę pożarze. Fred na moment zajrzał do środka – wszyscy pasażerowie byli na miejscach, jednak albo nie mieli już oczu albo też pozbawiono ich głów. Muchy tańczyły nad ich karkami i ramionami śmiertelnego menueta, niepomne obecności żywego krewniaka zmarłych.

Obudził się z zimnym potem na czole i ten stan miał już go nie opuścić. Nieznajoma zniknęła, a drzwi do Czerwonego Pokoju były szeroko otwarte. Zerwał się na nogi i wbiegł do środka, starając zlokalizować zaginione elementy makabrycznej układanki, jaką w środku stworzył. Nie znalazł żadnego, był jednak święcie przekonany, że za dokonane i odkryte zbrodnie czeka go teraz surowa kara. Był wprawdzie w miejscu zesłania i ucieczki wielu przestępców, jednak istniało przecież niepisane prawo, nakazujące nienaruszanie porządku i stabilności tego społeczeństwa.
Z ogromną bojaźnią wyszedł przed budynek.
Tak, to nie był sen. Czekali już tam na niego wszyscy, na czele z człowiekiem w czarnej masce kata. Średniowieczny, inkwizycyjny osąd w środku świata rozumu i techniki, szczycącego się być ucywilizowanym.
I śmiejąca się wniebogłosy dziewczyna, wskazująca palcem na pocącego się i dygoczącego Gumby’ego:
- Trzeba było posłuchać swoich snów, głupcze. Myślisz, że twój pierwszy sen na tym miejscu był przypadkowy??
Trzeba było umrzeć w tym pociągu, pomyślał Fred. Po chwili nie myślał już nic, jedynie ryczał z bólu jak zarzynana owca.

Częstochowa, 06.08. 2005 r.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -