Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Jak za dawnych czasów

Łukasz Radecki

Pociąg ruszył leniwie z miejsca. Michał zakołysał się zgodnie z rytmem wagonów. Poprawił kurtkę, wyciągnął z uszu słuchawki i ruszył na poszukiwanie wolnego miejsca. Zwykle o tej porze w pociągu nie było zbyt wiele osób, ale dziś dziesiątki, jeśli nie setki długowłosych, odzianych w czerń indywiduów okupowało każdy wagon. Powodem był koncert w katowickim Spodku, na którym zresztą miał szczęście być. Teraz bolało go nieco zdarte od śpiewania gardło i czuł ogólne wyczerpanie, jednak serce wypełniała radość, a w uszach brzmiały słowa wokalisty – „Into the night I go and you can follow me”. Wyminął grupkę wyrostków palących na korytarzu papierosy i zaczął zaglądać kolejno do przedziałów. Towarzyszyły mu przy tym spojrzenia mówiące – „Jasne, frajerze... Myślisz, że stalibyśmy tutaj, gdyby było coś wolnego?” I rzeczywiście. Michał z irytacją stwierdził, że każdy przedział jest zajęty, co gorsza, czasem przez dwóch, trzech osobników, którzy rozwalili się bezczelnie zajmując całą powierzchnię siedzeń. Perspektywa stania cztery i pół godziny na korytarzu nie była zbyt zachęcająca, uparcie więc szukał dalej, stwierdziwszy, że wepchnie się gdziekolwiek mu się uda. Dotarł bliżej czoła pociągu i poczuł, że jego trud zostanie wkrótce wynagrodzony. Korytarz był pusty. Otworzył drzwi najbliższego przedziału. Sześciu śpiących metalowców. Otworzył kolejne. Tym razem ośmiu. Następne. Pięciu długowłosych i zszokowana zakonnica. Michał uśmiechnął się mimowolnie. Czasem życie pisze najlepsze anegdoty. Szarpnął kolejne drzwi. W mroku przedziału ujrzał ściskającą się parę, ale poza nią nie było nikogo. Postanowił zaryzykować.
- Wolne? – zapytał cicho.
Mężczyzna odwrócił się. Przez chwilę w świetle padającym z korytarza Michał dostrzegł dziwne cienie przebiegające przez twarz nieznajomego, ale przypisał je własnemu zmęczeniu.
- Oczywiście – odparł zapytany niskim, spokojnym głosem – Siadaj proszę – dodał wykonując zachęcający gest. Michał zdjął plecak i wrzucił go na półkę, następnie zajął miejsce w przeciwległym rogu przedziału. Już chciał włożyć słuchawki, gdy nieznajomy odezwał się ponownie.
- Zechciałbyś zapalić światło? Po ciemku mógłbym zasnąć, jak moja przyjaciółka – wskazał na opartą głową o ścianę dziewczynę – A nie chciałbym przegapić mojej stacji...
- Nie ma sprawy – odparł Michał i wstał włączyć oświetlenie. Jarzeniówka zamigotała i za chwilę pomieszczenie wypełniło się mdłym światłem. Chłopak mógł się teraz spokojnie przyjrzeć nieznajomemu. Był to mężczyzna mniej więcej w jego wieku, czyli tuż przed trzydziestką. Nosił długie, ciemne choć siwiejące lekko na skroniach, kręcone włosy, spięte w kitkę. Ubrany był w pierwszorzędny garnitur. Całości dopełniała staromodna kozia bródka. O dziewczynie Michał nie mógł powiedzieć zbyt wiele, gdyż niemal w całości otulona była czarnym płaszczem. Jedno było pewne - była blondynką
- Podobał ci się koncert? – spytał nieznajomy. Michał uniósł zdziwiony brwi. Nosił krótkie włosy, jego strój również nie należał do szczególnie wyróżniających, poza tym, że był czarny. Obcy wskazał na T-shirt wystający spod kurtki. Michał uśmiechnął się rozluźniony.
- Bardzo – odparł szczerze.
- Nie wątpię – uśmiechnął się nieznajomy – Choć muszę przyznać, że Mistrz posunął się nieco w latach, co słychać szczególnie po jego głosie.
- Pewnie tak – powiedział Michał, bardziej by nie wydać się niegrzecznym, niż żeby podtrzymać rozmowę – Nie miałem okazji wcześniej go słyszeć na żywo.
- Och, pierwszy raz... – rozmarzył się nieznajomy. Cóż, pamiętam też mój pierwszy koncert Mistrza, ale to było już lata temu... I niejedno potem zobaczyłem...
- Super – burknął Michał. Zaczynał już żałować wyboru przedziału. Ten nadmiernie uprzejmy chwalipięta na pewno zagada go przez całą drogę, podczas gdy on marzył tylko o tym by zdrzemnąć się choć na chwilę.
- Wybacz, jeśli cię zanudzam – rzekła mężczyzna, jakby czytał w myślach chłopaka – Ale nie znoszę podróżować samotnie. Moja... towarzyszka zasnęła, więc cóż... – dodał ukazując przy tym szereg śnieżnobiałych zębów w czymś co mogło uchodzić za parodię uśmiechu – Zresztą, coś czuję, że niedługo będziemy mieć więcej towarzystwa.
- Możliwe – rzekł Michał – Wcześniejsze wagony są nieźle zapchane...
- Nie o takim towarzystwie myślę – odparł zagadkowo nieznajomy – Och, gdzież są moje maniery! Nie przedstawiłem się! Mam na imię Albert – dodał wyciągając do Michała wypielęgnowaną i zadbaną dłoń. Ten uścisnął ją i odwzajemnił autoprezentację.
- Można wiedzieć dokąd jedziesz? – spytał Albert.
- Warszawa – Michał porzucił całkowicie nadzieję na spokojną podróż. Albert zapatrzył się na ciemność za oknem.
- W sumie ja też, ale to się jeszcze okaże... – powiedział bardziej do siebie – Ostatnio zbyt wiele podróżuję... – dodał ze smutkiem – Ech, znów zaczynam marudzić... Czym się zajmujesz, jeśli mogę spytać?
- Jestem geologiem – odparł Michał.
- Cóż za zbieg okoliczności – ucieszył się Albert – Ja jestem archeologiem... No, dobra... To nie to samo, ale zawsze bliżej jak dalej, prawda?
- Niby tak – niechętnie zgodził się warszawianin.
- O! – Albert przekrzywił głowę i spojrzał na drzwi – Oto i spodziewany gość...
Michał odruchowo spojrzał na zasłonięte kotarą wejście. Przez chwilę ujrzał za nią masywną sylwetkę, sekundę później drzwi otworzyły i stanął w nich najdziwniejszy mężczyzna jakiego dotąd widział. Przynajmniej na własne oczy. Był potężny. To pierwsze co Michałowi przyszło do głowy. Głową niemal sięgał sufitu. Szerokie bary i pierś opinał wytworny garnitur. Najdziwniejsza jednak była twarz. Mężczyzna mógł mieć zarówno dwadzieścia parę, jak i czterdzieści parę lat. Identyfikację utrudniały długie do pasa, rozpuszczone, białe jak mleko włosy i gęsta, tego samego koloru broda. Wyglądał jak zbiegły z nordyckiej mitologii bóg, gdyby nie fakt, że na wąsach zarysował się wyraźny ślad nikotyny. Gdy osobnik zmierzył warszawiaka wzrokiem, ten dostrzegł, że olbrzym ma tylko jedno, lodowobłękitne oko. Drugie zaszło bielmem, a przecinała je stara, paskudna blizna. Michałowi znów do głowy przyszło porównanie z Odynem.
- Witaj przyjacielu... – Albert uśmiechnął się blado – Trochę to trwało...
- Rzeczywiście... Kopę lat – zadudnił olbrzym – To twój nowy przydupas?- spytał wskazując Michała. W każdej innej sytuacji młody geolog zbuntowałby się przeciwko takiemu traktowaniu, teraz jednak, w obliczu takiego rozmówcy, nie odnajdywał w obcesowym zachowaniu tylu minusów co zwykle.
- Och, Tangerweldzie... – Albert pokręcił smutno głową – Zawsze byłeś gwałtowny... On tu jest przypadkiem. Dopiero go poznałem.
- Nigdy nie lubiłeś samotności – stwierdził Tangerweld i usiadł naprzeciw Michała. Zatrzasnął drzwi przedziału, nie zabierając potężnej dłoni z klamki.
- A ty mi to zawsze utrudniałeś... – westchnął Albert.
- Dawne czasy... – mruknął olbrzym nie spuszczając Michała z oka.
- Czyżbyś zapomniał o urazach?
- Wiesz, że nigdy niczego nie zapominam. Piłeś! – zwrócił się nagle do Michała. Geolog rozszerzył oczy z przerażenia. Ta sytuacja stawała się coraz dziwniejsza, a on nie zamierzał uczestniczyć w jej dalszym ciągu.
- Niewiele, ale wystarczyło – dodał Tangerweld wciąż świdrując warszawianina wzrokiem – Dlatego żyjesz.
- Tangerweld, proszę... – jęknął teatralnie Albert.
- Dwa piwa... – Michał ze zdumieniem usłyszał swój tłumaczący głos.
- On nie znosi piwa – mruknął olbrzym kiwając głową w stronę Alberta. Michał jedyne co mógł zrobić, to uśmiechnąć się głupkowato.
- Wiesz, Albert... – olbrzym zwrócił się do towarzysza – Zaskoczyłeś mnie. Spodziewałem się motocykla, limuzyny, a tu? Pociąg? Pośpieszny?
- Cóż... – Albert wbił wzrok w ziemię, jak uczniak przyłapany na gorącym uczynku – Tylko tu mogę przekąsić coś w czasie podróży...
- Nocny pociąg z mięsem... – uśmiechnął się ponuro Tangerweld. Pociąg gwałtownie zwolnił dojeżdżając do jakiejś stacji. Wagony zakołysały się, śpiąca pod ścianą dziewczyna runęła z hukiem na podłogę. Nikt się nie podniósł. Głównie dlatego, że dziewczyna była martwa. Michał z przerażeniem wpatrywał się w jej matowe oczy wbite w sufit, Albert i Tangerweld jakby nic się nie wydarzyło kontynuowali rozmowę.
- Serce czy prochy? – spytał olbrzym wskazując od niechcenia zwłoki palcem.
- Przećpana była. A serce wysiadło w trakcie – westchnął zapytany – Nie chciałem...
- Żadnych kobiet i dzieci – zaczął Tangerweld, a Albert dokończył wraz z nim.
- Wiesz, jak tak teraz rozmawiamy, to jakby nic się nie zmieniło...
Michał poczuł, że zaraz zwariuje i zacznie wrzeszczeć. Spoglądał to na bladą twarz dziewczyny, to na potężną dłoń na klamce. Sytuacja była tak nienormalna, że aż nierzeczywista. Stali obecnie na jakiejś stacji, on wracał nocnym pociągiem z wymarzonego koncertu, ale z nim w przedziale znajdowała się martwa dziewczyna i dwóch totalnie niebezpiecznych gości. Już chciał krzyknąć, ale pociąg ruszył, a ryzyko, że ta wielka pięść zaciśnie się na jego gardle była zbyt duża.
- Ile to już lat? – spytał Albert patrząc na zwłoki na podłodze.
- Od kiedy? – spytał Tangerweld.
- Od naszego ostatniego spotkania...
- Pięćset? Sześćset? Coś koło tego...
- Taaa – westchnął Albert – A wydaje się jakby to było wczoraj...
- Miałeś nigdy nie wrócić na stary kontynent – Tangerweld spojrzał prosto na rozmówcę – Ale ciągnie wilka do lasu, co? – dodał ze złośliwym uśmiechem.
- Porównanie jak najbardziej nie na miejscu – mężczyzna żachnął się – Zresztą, obecnie w Ameryce nie jest już tak jak kiedyś... Ludzie za bardzo się rozpanoszyli...
- To samo tutaj – pokiwał głową olbrzym – Chodzi mi o to, że nikt już nie dba o dawne obyczaje, starą wiarę... Nie ma już honoru...
- A ty Michał? Co o tym myślisz? – Albert zwrócił się nagle do warszawianina.
- O czym? – Michał był tak zaskoczony wyrywającym go z otępienia pytaniem, że nie bardzo wiedział o co chodzi.
- O honorze, dawnej wierze – podpowiedział Tangerweld.
- Nie rozumiem – Michał myślał tylko o wydostaniu się z przedziału.
- O tym właśnie mówię! - olbrzym wzniósł ręce do nieba – Nie rozumieją!
Michał wykorzystał natychmiast sytuację, poderwał się i rzucił do drzwi. Szarpnął nimi i już chciał wyskoczyć na korytarz, gdy przejście przesłonił mu... Albert. Uśmiechnął się ukazując kły. Oczy błysnęły czerwienią.
- Siadaj, Michał – powiedział spokojnie, lecz jego ton sugerował, że nie zniesie odmowy – Naprawdę lepiej dla nas wszystkich będzie, jeśli jeszcze jakiś czas pobędziemy razem. Nie obawiaj się. Tangerweld ma rację. Nic ci z mojej strony nie grozi. Po pierwsze nie lubię piwa, które masz we krwi, po drugie, już jadłem. Nawet za dużo – dodał a Michał mimowolnie spojrzał na leżącą na ziemi dziewczynę. Opadł na siedzenie.
- Nie wykonuj, proszę, więcej gwałtownych ruchów – powiedział cicho Tangerweld – Odruchowo mógłbym cię złapać...
Michał pokiwał powoli głową. Sytuacja już dawno przekroczyła poziom niesamowitości i grozy. Teraz stawała się kuriozalna. Poczuł, ze jeśli nie zacznie krzyczeć, oszaleje, jeśli krzyknie, zginie. Ten idiotyczny impas doprowadził go do rozwinięcia cechy o jaką dotąd siebie nie podejrzewał. Heroicznej głupoty.
- O co tu, kurwa, chodzi? – spytał ostro.
Albert zamarł zdziwiony, twarz Tangerwelda stężała.
- Po co ta wulgarność? – zadał pytanie olbrzym.
- A po co ta cała sytuacja? – Michał podniósł głos – Ja chcę tylko wrócić do domu. Nikomu nie przeszkadzam. Nie mam zamiaru tkwić w tym przedziale z martwą dziewczyną, pseudo-wampirem i jakimś Conanem Barbarzyńcą. Wychodzę – powiedział wstając – I spróbujcie mnie zatrzymać!
Tangerweld spróbował. Bez większego wysiłku i bez żadnej agresji. Nawet nie wstając z miejsca. Odwaga Michała znikła. Poprawił pomiętą kurtkę. Poruszył kilka razy ramieniem, by upewnić się, że nie jest złamane.
- Cenię odwagę – rzekł spokojnie olbrzym – Może nawet bardziej, niż cokolwiek innego. Ale nie znoszę nieposłuszeństwa. A prosiłem, żebyś nie wykonywał zbyt gwałtownych ruchów.
- I nie nazywaj mnie pseudo-wampirem – mruknął nadąsany Albert – A już zaczynałem cię lubić...
- Więc naprawdę jesteś wampirem? – Michał sam nie wierzył, że wypowiada to pytanie.
- Myślałem, że już się tego domyśliłeś – Albert ukazał ponownie kły. Tangerweld wymownie przewrócił okiem.
- Owszem – spokój Michała powracał stopniowo i jego poprzedni brak można było wyczuć tylko w drżeniu głosu – Ale nie wydaje ci się to nieco naiwne? Wampir w pociągu wraca ze mną z koncertu Kinga Diamonda. I jeszcze zaprasza do rozmowy. Co to jest? Wywiad z wampirem na żywo?
- Możesz to tak postrzegać – odparł Albert z uśmiechem - Zresztą, cieszę się, że odkryłeś moje wpływy. Pani Rice napisała swoje książki dzięki moim sugestiom. A muzykę tego typu również zawdzięczasz istotom mojego gatunku.
- Zawsze lubiłeś się chwalić – westchnął Tangerweld.
- Nie, no znakomicie! – roześmiał się histerycznie Michał – Spotkałem kiedyś karła, który chciał mi opchnąć piaskowiec i nawet obrzygał mi buty, ale że rozmawiam z wampirem, który dyktował książki Annie Rice... Bez przesady!
- Piaskowiec? – spytał Tangerweld – A nie chciał ci może sprzedać knupfelglanca do skał?
- Chciał... – stwierdził niepewnie zapytany.
- Boreyen – uśmiechnął się Albert – Stary, poczciwy gnom. Nigdy nie straci okazji do interesu...
- Przestańcie! – Michał złapał się za głowę – Kiedy widziałem tego gnoma to byłem pijany! Tak, na pewno! – złapał się kurczowo tej myśli – Przecież piłem wtedy z Rzepą! Teraz też jestem pijany i zmęczony, prawda?
- A często rozmawiasz z halucynacjami? – spytał z uśmiechem Tangerweld.
- Zawsze! – odparł mężczyzna przez zaciśnięte zęby.
- Dobry jest – olbrzym uśmiechnął się do wampira – Nie dziwię się, że go wybrałeś.
- Słucham? – warszawianin znów podniósł głos.
- Cóż, Albert jest sprytny – odparł Tangerweld rozpierając się na siedzeniach – Zawsze był. Dlatego cię tu wpuścił. Jako dodatkowe zabezpieczenie.
- Zabezpieczenie?
Olbrzym westchnął.
- Dokąd jedziesz?
- Do Warszawy – jednocześnie odparli Albert i Michał.
- Dobra, mamy więc dużo czasu. Albert, posadź dziewczynę na miejsce. Wiesz, że nie lubię braku szacunku wobec zmarłych.
- Jasne. Pamiętam szczególnie te pale po bitwie pod... – wampir przerwał napotykając spojrzenie olbrzyma – Dobra, już, już – schwycił dziewczynę jedną ręką i posadził na siedzeniu. Oparł jej głowę o ścianę i nakrył zwłoki płaszczem – Lepiej? – spytał.
- Znacznie – Tangerweld pokiwał z uznaniem głową. Pogrzebał w kieszeni marynarki i wyciągnął papierośnicę – Zapalisz, Michale?
- Rzuciłem, dziękuję.
- To się chwali. Dawno?
- Jakieś pięć lat temu.
- To nie tak dawno, ale niech ci będzie. W końcu tobie to szkodzi. Albert, ty nigdy nie odmawiałeś...
Wampir bez słowa wziął papierosa, wygrzebał z kieszeni zapalniczkę, odpalił najpierw olbrzymowi, potem sobie. Obaj z błogością wydmuchnęli dym.
- Rzeczywiście, jak za dawnych lat – westchnął Tangerweld – Tylko zbyt dużo krwi i zbyt wiele wody upłynęło, by to wszystko naprawić...
- Obaj się zmieniliśmy... – zaczął pojednawczo Albert.
- Przestań! – warknął olbrzym – Nie zmieniam zdania co do zdrajców. Właśnie! – zwrócił się do Michała, a geologowi serce znów uciekło do gardła – Pytałeś o zabezpieczenie, o co tu chodzi... Mamy dużo czasu, więc co nieco ci wyjaśnię.
Michał kiwnął uczynnie głową, bowiem żaden lepszy pomysł mu do niej nie przyszedł. „To się nie dzieje naprawdę” – pomyślał – „Pieprzony wywiad z wampirami na żywo! Na pewno śnię!”
- Nie śnisz mój drogi – uśmiechnął się paskudnie Albert – Nic tu nie jest i nie będzie pieprzone. I nigdy nie mów głośno, że Tangerweld jest według ciebie wampirem.
Michał wciągnął ze strachem powietrze, olbrzym spojrzał z dezaprobatą najpierw na wampira, potem na geologa.
- Albert, znów się bawisz w czytanie w myślach w mojej obecności... A ty, Michale, naprawdę mnie bierzesz za wampira?
- Ja...
Tangerweld ze smutkiem spuścił głowę. Albert postanowił ratować sytuację.
- Michale, pozwól, że ci przedstawię. Oto Tangerweld von Tsarimon, były król, cesarz, arcykapłan. Dziś już tylko, i aż, najstarszy i największy wilkołak Starej Krwi. Potwór dla niewiernych, ojciec dla poddanych. Noszący przydomki Miłomściwy, Krwawy, Groźny. Jeśli słyszałeś takie na lekcjach historii, to zawsze był on.
- Nieprawda! – przerwał były cesarz – Z Iwanem nie miałem nic wspólnego.
- Fakt, przepraszam – przytaknął wampir.
- To gwoli ścisłości – Tangerweld zgasił niedopałek w popielniczce – To jest Albert von Sydow, mój były wasal, książę zwany Szalonym i Lubieżnym. Jeden z ostatnich wampirów Dawnych Dni. Mój najdawniejszy przyjaciel i odwieczny wróg – dodał. Albert ukłonił się.
- Czuję się zaszczycony – Michał odwzajemnił ukłon – Tylko po co mi to mówicie? Czego wy ode mnie chcecie?
- Ależ nic – odparł wampir – Jeśli o mnie chodzi, to tylko okazuję wdzięczność.
- Wdzięczność?
- Możliwe, że uratowałeś mnie, może Tangerwelda, niewątpliwie cały pociąg. Jest wielce prawdopodobne, że ocaliłeś dziś kilkaset istnień.
- Nie rozumiem – przyznał Michał.
- Może ja to wyjaśnię – wtrącił wilkołak – Albert jest jednym z moich najdawniejszych towarzyszy. Lata temu tworzyliśmy wspólnie imperia, obalaliśmy papieży, mordowaliśmy królów. Pewnego smutnego dnia Albert dopuścił się zdrady, niewielkiej, ale tym boleśniejszej, że popełnionej przez byłego wasala. Próbował się później zrehabilitować i teoretycznie mu się to udało, ale problem w tym, że ja jako władca nie rzucałem słów na wiatr. Wydałem na niego wyrok i musiał być wykonany. W swojej łaskawości, przez wzgląd na dawną przyjaźń, skruchę i rehabilitację, zmieniłem wyrok na banicję. Albert został wygnany ze Starego Kontynentu. Gdyby powrócił, cóż, wyrok śmierci jest dalej prawomocny.
- I powróciłem – rzekł Albert – Po sześciuset latach. Skutecznie ukrywałem się przed jego wzrokiem przez kilka miesięcy. Deptał mi po piętach, ale zawsze udawało mi się wymknąć. I teraz... Przypadek. Ja nie mogłem się powstrzymać, by nie pójść na koncert Mistrza na mojej ojczystej ziemi. Pech chciał, że od razu wyczułem jego obecność – wskazał na Tangerwelda.
- Pewnie cię dziwi, czemu nie zaatakował mnie tam – kontynuował – Zasady, mój drogi Michale, zasady. On dba o ludzi, ja zresztą też nie lubię bez potrzeby przelewać krwi. A gdybyśmy tam zaczęli walkę...
- Nieśmiertelność i długowieczność uczą bowiem cierpliwości – rzekł wilkołak – I obaj spokojnie, wraz z innymi czerpaliśmy radość z koncertu. Po nim dotarcie do dworca dla Alberta stanowiło sekundy, których ja nie mogłem zyskać nie zmieniając kształtu. Na dworcu, wśród setek podróżnych, znów był bezpieczny. Bez problemu wsiadł do pociągu i wszystko by się udało, gdybym nie podążył za nim.
- Ale jaka moja rola w tym wszystkim? – dopytywał się Michał.
- Tangerweld jest porywczy i gdybym siedział tu sam, mógłby się na mnie rzucić. Ty sprawiłeś, że się zastanowił, ale jak widzisz, wystarczyło abyśmy po prostu usiedli i zaczęli rozmawiać.
- No dobra – Michał pogładził się bezwiednie po brodzie – Ale dalej nie rozumiem, jak to się ma do ratowania pociągu...
- Są zasady, których wy, śmiertelnicy nie znacie – odparł wilkołak – Pociągi nie są bezpiecznymi miejscami dla istot takich jak my. Oczywiście, możemy z nich korzystać jak wszyscy, ale na pewnych zasadach. Nie wolno nam używać tu naszych mocy, żadnej magii.
- Magii? – geolog uniósł brwi.
- Jakby nie patrzeć – rzekł Tangerweld – Przemiana w wilka czy moce wampira, nacechowane są magią. Przy naszej potędze, i nie odbierz tego jako przechwałki, lecz stwierdzenie faktu... – wtrącił - ...moglibyśmy zachwiać równowagę tego miejsca i doprowadzić do katastrofy, może nawet wojny.
- Wojny?
- Naprawdę, mało wiesz – westchnął wilkołak – Nasz potęga i siła, mówię tu o moim gatunku, pochodzi od pradawnych sił natury, z czasów, gdy ludzie i zwierzęta żyli wspólnie. Moc gatunku Alberta wywodzi się z mroku i śmierci, ale również jej korzenie sięgają czasów bardzo odległych. Pociąg jest wynalazkiem stosunkowo nowym, ale jak wszystko, ma swojego ducha. Problem w tym, że demony kolei dość szybko rozwinęły się w niebezpieczne istoty, które niepodzielnie królują na swoim terytorium. I układ jest prosty. One nie wchodzą w drogę nam, my im. W przeciwnym wypadku...
- Wojna – dokończył Albert wyrzucając niedopałek za okno.
- Nie myśl jednak, że unikam wojny – rzekł Tangerweld – Tylko nie ma powodu przelewać niewinnej krwi w konflikcie, który was, śmiertelników nie dotyczy.
- To o co wam tak naprawdę chodzi? – spytał Michał – Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć, ale czego wy chcecie ode mnie?
- Nie słuchasz dość uważnie – odparł Albert – Teoretycznie nic. Formalnie jednak jesteś naszą kartą przetargową. Trafił na ciebie los.
- Co? – geolog nie zrozumiał żadnego ze słów z przemówienia wampira.
- Prawda jest taka, że od setek lat prowadzę z Tangerweldem wojnę partyzancką. Naprawdę myślisz, że te wszystkie gotyckie powieści, horrory o dzieciach nocy, czy nawet wampiryczne zespoły wzięły się znikąd?
- To również świadczy o tym gatunku – wtrącił wilkołak – Lubi rozgłos, pyszni się elokwencją. Te wszystkie gotyckie zespoły... Powstały tylko po to, by pijawki mogły swobodnie posiedzieć w barach nie budząc podejrzeń bladą cerą... Wszędzie ich pełno. Widziałeś, lub czytałeś coś dobrego o wilkołakach? Nie. A dlaczego? Bo ja nie chcę by ludzie mnie kochali, nie chcę by znali moje słabe punkty. Nie pragnę współczucia. Nie dla mnie wywiady, rozgłos i uwielbienie. Wolę by oceniano mnie jaki jestem, a nie czym jestem. A jestem istotą żywą i dumną ze swego istnienia – zaznaczył patrząc wymownie na Alberta – A wszelkie cyrki tych pseudo-umarłych kreatur mogą mnie jedynie rozbawić...
- Ale to wy zrobiliście „Blade’a” – zauważył wampir.
- Dobre, prawda? – uśmiechnął się olbrzym – I nie tylko. Albercie, twoja rasa sama w sobie jest tak zabawna, że nie mogłem się powstrzymać. Zresztą, mam jeszcze kilka perełek w zanadrzu. Szczególnie za „Underwold”.
- Chcecie powiedzieć, że... – Michał nie chciał wierzyć w to co słyszy.
- Tak – przerwał mu Tangerweld – Wilkołaki i wampiry od dawna toczą wojnę. O czym zresztą chyba wiecie. W sumie, to od nas dwóch się głównie zaczęło, a przynajmniej rozpętało na taką skalę. Prawda jest jednak taka, że czasy się zmieniły i nie jest to wojna w dosłownym tego słowa znaczeniu. Owszem, zdarzy się potyczka, czy nawet bitwa, ale przechodzi to na konto jakiejś mafii. Z których połowa jest w naszych rękach. My zaś toczymy wojnę partyzancką, medialną. Film, książka, muzyka... Wpływamy na pisarzy, twórców, muzyków, artystów. Każdy przekazuje swój światopogląd i swoje cele. Wampiry dosadnie, my w nieco bardziej subtelny sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że pamięć o nas nie ginie i konsekwentnie zdobywamy nowych popleczników, choć często nawet nie zdają sobie z tego sprawy.
- „Skowyt” – powiedział Albert.
- Słucham? – zdziwił się wilkołak.
- „Skowyt” był dobrym filmem – rzekł wampir – A mówiłeś, że nie ma o was dobrych filmów.
- Tak, ale ten również, nie pokazuje całej prawdy o nas. Poza tym nakręciliście w odwecie sześć następnych!
- No, musieliśmy zachować równowagę. Pomyśl jak wy utrudnialiście realizację „Wywiadu z wampirem”... Pomijam kwestie czasu, ale te wątki homoseksualne...
- Przepraszam, że przerywam ten interesujący wywód – wtrącił Michał – Ale co to ma wspólnego ze mną?
- Piszesz – odparł spokojnie Albert.
- Co? – zdziwił się geolog.
- Wiem, że piszesz. Wiem, że marzysz o karierze pisarza. Któryś z nas ci to dzisiaj umożliwi. Któryś z nas spełni twoje marzenia – wampir wyszczerzył się, rozkładając ręce jak sprzedawca w telewizyjnej reklamie.
- Jaja sobie robicie – prychnął Michał. Mężczyźni skrzywili się jak starcy na widok głupiutkiego malca.
- On ma rację – odezwał się Tangerweld – Przypadek jeśli wolisz, zrządzenie losu, a być może szczęśliwy traf? Ty osądzisz. Ale już sam fakt, jak długo zachowujesz życie siedząc tutaj, świadczy o tym, że w końcu wystawimy ci rachunek. W tych zadziwiających okolicznościach, w których jesteśmy zmuszeni do nieagresji, otrzymasz wybór. Siłą rzeczy, spędzimy tu jeszcze kilka godzin. Usłyszysz pewne historie. Dostaniesz wizytówki z kontaktem. I napiszesz książkę. Może kilka – olbrzym wyszczerzył zęby – Ale musisz pamiętać o jednym. Wybór będzie nieodwołalny i poniesiesz konsekwencje. Stając się poplecznikiem jednego, zyskasz wroga w drugim. Może nawet śmiertelnego wroga.
- Czy mam jakikolwiek wybór?
- Tylko mniejszego zła.
- Ej, Tangerweld! – burknął Albert – Nie strasz chłopaka. Nikt cię nie zabije za to co będziesz pisała. Konsekwencje takie poniesiesz, gdy staniesz się żołnierzem jednej ze stron, nie jej sekretarzem czy kronikarzem.
- Rozumiem – powiedział Michał bardzo poważnym tonem – Co mam więc robić?
- Słuchać – rzekł Tangerweld – A później wysiąść z pociągu, iść do domu i pisać. To co napiszesz, wyślesz na wybrany przez siebie adres. I od tej chwili będziemy wiedzieć, po czyjej stronie jesteś.
- Podejrzewam, że nie mogę zostać po swojej? – warszawiak nie wytrzymał, by nie spróbować zadać tego pytania. Wilkołak uśmiechnął się, wampir pokiwał z niedowierzaniem głową.
- Już nie, Michale...
- Dobrze więc... – geolog rozsiadł się wygodnie, by zamaskować podniecenie i nerwy – Zaczynajcie. Słucham.

Pociąg przyjechał na dworzec punktualnie. Michał wstał i po raz ostatni uścisnął dłonie Albertowi i Tangerweldowi. Spojrzał zmieszany na zwłoki dziewczyny i wyszedł szybko z przedziału. Chciał jak najszybciej dostać się do domu. Jak najszybciej uwolnić się od tego koszmaru. I jak najszybciej zacząć pisać.

Gdy kilka godzin później wkładał klucz do zamka w drzwiach mieszkania, głowę rozsadzały mu setki pomysłów, a chęć działania była silniejsza od tej, jaką odczuwał gdy kiedyś wraz z kumplami próbował napisać antologię. Przekręcił po cichu klucz.
- Już myślałem, że nie wrócisz do domu, tylko pojechałeś na jakąś metę – usłyszał głos za sobą. Podskoczył nerwowo, upuścił klucze. Odwrócił się, tylko po to by ujrzeć czerwone ślepia i poczuć kły wbijające się w szyję. Żelazne kleszcze ścisnęły mu ramiona. Zakręciło mu się w głowie, gdy ciśnienie wysysanej krwi wzrosło. Poczuł wypływające z niego życie. Opadł na kolana.
- Wybacz, Michale – rzekł Albert zakrwawionymi ustami – Ale ja naprawdę nie lubię samotności. A skoro i tak masz dla mnie pisać, możesz to robić w Stanach. Spokojnie, nauczysz się języka, będziesz miał na to całą wieczność.
Geolog zakaszlał próbując złapać powietrze w obumierające płuca. Drgnął podnosząc się na czworaka. Wampir kucnął przy nim.
- Musisz dokonać tylko ostatniego wyboru, mój przyjacielu.

Michał siedział na lotnisku. Szumiało mu w głowie jak po ostrej libacji. Zastanawiające, ale tak się właśnie czuł. Nadwrażliwość, lęki, pragnienie. Zupełnie jak kac. Poprawił ciemne okulary i spojrzał na trzymany w dłoni bilet lotniczy. Albert dał mu jasne wytyczne, sam musiał zniknąć nim namierzą go ludzie Tangerwelda. Michał zaś miał porzucić wszystko, wsiąść w najbliższy samolot do Chicago i podążyć za swym Ojcem w Mroku. Miał jeszcze czas nim przemiana dokona się całkowicie. Może właśnie dlatego wciąż miał wątpliwości. Ogarnęły go dziwne skrupuły. Nie chodziło o to, że żałował swojego przeistoczenia. Zawsze marzył o karierze, sławie, życiu wiecznym. Jednak nie spodziewał się nigdy, że marzenia te zrealizują się. Zwłaszcza tak szybko i gwałtownie. Jeden koncert, który całkowicie odmienił ego los. Lecz problem tkwił gdzie indziej. Spojrzał na bilet. Rodzinie postanowił pomóc już ze Stanów, nie mógł jednak wyjechać bez Moniki, lub chociaż pożegnania z nią. Podjął natychmiastową decyzję. W końcu Albert finansuje wszystko. Zadzwonił do niej i pobiegł po taksówkę. Jadąc po dziewczynę poczuł dziwne ssanie w dołku, które przypisał zachodzącej przemianie, bojąc się, że może to być sygnał złych przeczuć. Na miejscu wyskoczył z auta i pędem ruszył po ukochaną. Nagle obok niego pojawiło się dwóch łysych mięśniaków w garniturach i ciemnych okularach.
- Pan Michał Galczak? – spytał jeden.
- Tak... O co chodzi? – bąknął otumaniony.
- Pan pójdzie z nami – rzekł mięśniak migając jakąś legitymacją. Drugi podszedł do taksówki, rzucił kilka słów i jakiś zwitek dla kierowcy. Pod Michałem ugięły się kolana.
- Panowie, ale o co chodzi? – wystękał – Ja się śpieszę...
- Zdąży pan – odparł mężczyzna kładąc mu rękę na ramieniu – To nie zajmie wiele czasu – dodał gdy na miejsce taksówki wjechała czarna limuzyna z przyciemnionymi szybami.
- Wsiadaj – warknął drugi mężczyzna otwierając pojazd. Obaj wepchnęli Michała do środka i natychmiast zatrzasnęli drzwi. Wóz ruszył powoli i włączył się do ruchu. Młody wampir podniósł się na skórzanym oparciu. Nie zdziwił się gdy ujrzał przed sobą masywną sylwetkę Tangerwelda. Wilkołak wpatrywał się z niego z niesmakiem w przemęczonym oku.
- Zawiodłeś mnie – powiedział spokojnie, wypuszczając dym z cygara – Spodziewałem się tego po Albercie, ale nie sądziłem, że ty się tak głupio zachowasz.
- Ale... – jęknął Michał.
- Nie ma żadnych ale – warknął Tangerweld – Powiedziałem, że mogę zrozumieć inny punkt widzenia. Nie znaczy to jednak, że go toleruję. Poza tym co innego pracować dla pijawek, a co innego stać się jedną z nich. A ja nie toleruję pijawek na moim terenie.
- Ale on mnie napadł – wyrzucił z siebie wystraszony mężczyzna.
- Domyśliłem się tego – przyznał spokojnie wilkołak – Jednak Mroczny Dar nie jest czymś co tylko dostajesz, ale również i tym co bierzesz. Paradoksalnie możesz wybrać czy chcesz być wampirem. Wilkołakiem zaś się rodzisz, albo stajesz się po ugryzieniu. Nie musisz pić mojej krwi by przemiana się dokonała, tak jak musiałeś pić krew Alberta. Dlatego też rozważnie podchodzę do tego zagadnienia i nigdy, nigdy w całym swoim życiu nikogo nie ugryzłem. A przynajmniej nie tak by przeżył i w coś się zmienił. Zresztą, jaki jest sens przerabiać pożywienie na swoje podobieństwo? – spytał i roześmiał się po chwili – Żartowałem. Nigdy nie jadłem ludzi i nigdy nie tolerowałem takich praktyk. Szanuję każde życie. I chciałem pomóc ci odmienić twoje. Chciałem powitać cię w moich szeregach. Niestety, ty wybrałeś stronę Alberta, co gorsza, przyjąłeś Mroczny Dar.
- Pogryzł mnie – krzyknął Michał – Miałem umrzeć?
- Już umarłeś! – ryknął Tangerweld – Jesteś cholernym trupem! Nie masz pulsu, nie oddychasz nie wydalasz. Jesteś martwy! Może przemiana nie dokonała się jeszcze całkowicie, ale Albert zabił cię, a później na twoją prośbę umieścił w stanie ”nie-życia”. Obrzydliwość! – skrzywił się – Życie jest jedno i należy je szanować. Podobnie jak śmierć. I zamierzam nauczyć cię tego szacunku – dokończył odkładając cygaro do kryształowej popielniczki. Michał patrzył na to bezmyślnie zastanawiając się, że to dziwne nie pocić się w takiej sytuacji i nie mieć śliny do przełknięcia.
- Podejrzewałem, że wrócisz po swoją dziewczynę – kontynuował wilkołak – Naprawdę mnie tym ująłeś. Taki ludzki, wzruszający odruch. Ryzykować dla ukochanej. W normalnych okolicznościach byłby to tak wspaniały czyn, że darowałbym ci życie. Gdyby było co darować. Niestety, ty już nie żyjesz – dodał pochylając się do przodu – A ja szanuję cykl natury i uważam, że co jest martwe, martwym powinno pozostać.
Michał nawet nie dostrzegł ciosu, który wgniótł mu twarz do wnętrza głowy. Nowopowstałe kły skruszyły się przygniecione strzaskanym nosem. Szczęka opadła mu na pierś niczym poluzowany krawat. Jedno oko znikło pod wyłamaną kością policzkową, drugie wypłynęło rozlewając się jak jajko na patelni. Wampir opadł na oparcie w groteskowej parodii relaksacyjnej pozy. Tangerweld nie musiał zmieniać formy, był wystarczająco silny. Złapał głowę mężczyzny w obie dłonie i okręcił ją gwałtownie wokół jej osi. Kręgi szyjne zazgrzytały i pękły z niemiłym chrupnięciem. Skóra napięła się do granic wytrzymałości, ale wilkołak okręcał dalej. Tkanki zaczęły się oddzielać, paski mięśni pękać, strumienie tętniczej krwi trysnęły na skórzane obicia foteli. Michał skonał już w niewyobrażalnym bólu, ale Tangerweld kontynuował swe zadanie, dopóki zmaltretowane ciało nie poddało się i nie odłączyło od zmiażdżonej czaszki. Korpus opadł na siedzenie, wilkołak zaś otarł krew z twarzy, włożył cygaro do ust i podniósł urwaną głowę przed swoją twarz.
- Jak z dawnych czasów... Rzeczywiście – zaśmiał się ponuro.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -