Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Cierpienie Żłobi Duszę

Michał Talaśka

Był późny wieczór, środek miasta. Ani żywej duszy w pobliżu. Nawet pies nigdzie nie szczekał. Nic dziwnego, pogoda taka, że szkoda go na zewnątrz wypuszczać. Mroczne niebo w całości pokryte było chmurami, które przepuszczały jedynie drobne promyki księżyca. Silny wiatr podrywał z ziemi zżółknięte liście i wyrzucał je wysoko w powietrze. Zbierało się na burzę. Większość latarni w tej części miasta już dawno nie działała. Z nielicznych tylko wylewały się leniwie mętne strumienie światła. Środkiem brukowanego chodnika na ulicy Wajdy szedł dwudziestolatek. Miał długie włosy spięte w kucyk, który przypominał chorągiewkę powiewającą z tyłu głowy. Dźwięk jego kroków odbijał się echem od starych kamienic. Wtulał głowę w kurtkę, jak żółw chowający głowę w skorupę. Cień, niczym rozlane wiadro czarnej farby, ciągnął się za nim wzdłuż chodnika. Gwizdał sobie (strasznie fałszując) piosenkę rockowej kapeli, z której koncertu właśnie wracał. To był świetny wieczór. Miał miejsce przy samej scenie, wyszalał się za wszystkie czasy. Razem z zespołem odśpiewał wszystkie piosenki. Jeszcze teraz brzęczało mu w uszach, ale był bardzo zadowolony. W ogóle los okazał się dla niego ostatnio bardzo łaskawy. Udało mu się bez większych problemów zaliczyć pierwszy semestr, spotykał się ze świetną dziewczyną i jego ulubiony zespół dał koncert w mieście, w którym mieszkał. Szedł na przystanek autobusowy, skąd za kilkanaście minut odjeżdżał ostatni nocny autobus w kierunku jego dzielnicy. Uśmiechał się sam do siebie, nie zwracał uwagi na beznadziejną pogodę. Był przekonany, że nic nie popsuje mu humoru. Nagle wstrząsnął nim potężny dreszcz. Przypomniały mu się słowa jego babci. „Śmierć się o Ciebie otarła” - powtarzała każdemu, kogo przeszły ciarki. Od razu odgonił od siebie to niemiłe wspomnienie. Wolał sobie powspominać ostatnie dwie godziny. Z oddali zaczęły dochodzić trzaski potężnych wyładowań atmosferycznych. Gdy przechodził obok ciemnej bramy, niespodziewanie usłyszał z jej głębi szorstki głos, przypominający dźwięk tarcia o siebie dwóch cegieł:
-Chłopaki, patrzcie! Brudas!
Przestał gwizdać i instynktownie przyspieszył kroku. W bramach zazwyczaj nie spotyka się pokojowo nastawionych ludzi. A już szczególnie nie o tak późnej porze. Miał nadzieję, że skończy się tylko na jednej obeldze, ale niestety nie. Dobiegł go odgłos kroków.
-Te, brudas! -Krzyknął za nim jakiś mężczyzna.
Nie zatrzymał się, ani nawet nie odwrócił. Zaciskał kciuki w nadziei, że agresor da mu spokój.
-Kurwa stój! Do ciebie mówię!
Przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym się zatrzymał. Nie chciał ryzykować. Odwrócił się i ujrzał trzech wielkich mężczyzn. Byli ogoleni na łyso i ubrani w dresy. Tego się obawiał najbardziej. Jeden z nich ruszył w jego kierunku. Był potężnie zbudowany. Miał wielkie barki, wyglądał jakby nosił pod pachami dwa niewidzialne telewizory. Na jego szyi wisiało kilka grubych, złotych kiet, które przy każdym ruchu dzwoniły niczym łańcuchy ducha Marleya z „Opowieści Wigilijnej”. Jego nos na pewno był wielokrotnie złamany. Przez pół twarzy przebiegała blizna. Z pewnością był przywódcą tej grupy.
-Co się tak bujasz, pedale? -Zapytał.
-Ja tylko wracam do domu, nie szukam kłopotów. -Odpowiedział nieśmiało chłopak.
-My tutaj nie lubimy takich jak ty... Pierdolone brudy. -Rzekł ponuro dresiarz.
-Spokojnie, już stąd idę.
-Czekaj, czekaj... Skąd jesteś?
-Z ulicy Grunwaldzkiej.
-Ooooo... To kawał jebanej drogi przed tobą... -Po wypowiedzeniu tych słów gwizdnął przez szparę między górnymi jedynkami. Pozostali dwaj dresiarze od razu zjawili się obok niego. Zupełnie jak wierne psy.
-Co to za typ? -Zapytał jeden z nich, o wyglądzie nie mniej groźnym.
-Jakiś cienias. -Odpowiedział Szef. -Musimy mu tera wytłumaczyć, że tacy jak on nie są u nas mile widziani. Żeby nie miał ochoty tutej wracać.
-Się zrobi! -Krzyknął uradowany jeden ze sługusów.
-Chcecie pieniędzy? Oddam wam wszystko co mam!
Było zimno, ale zaczął się pocić. Czuł jak jego uszy robią się czerwone z nerwów.
-Phobos, Deimos, słyszeliście? -Zapytał największy. -Przyszedł na nasz teren i wyzywa nas od żebraków! Trza coś z tym zrobić!
Chłopak nie zdążył nic odpowiedzieć. Dwie sekundy później został powalony na ziemię przez wielką pięść Phobosa, uzbrojoną w metalowy kastet. Krew pociekła z jego rozciętej wargi a szczęka pulsowała z bólu. Słyszał nad sobą tępy śmiech. Gdy próbował wstać, dostał potężnego, odbierającego oddech kopniaka w żebra. Wiedział, że nie uda mu się uciec. Zwinął się w pozycję embrionalną i z cichymi jękami przyjmował kolejne kopnięcia. Pewna staruszka w różowym szlafroku z wielką fascynacją przyglądała się całemu zajściu przez okno w mieszkaniu na parterze. Wreszcie miała jakieś oderwanie od swojej telenowelowej codzienności. Nie miała zamiaru interweniować, dawno się tak dobrze się bawiła. Deimos, który do tej pory stał z boku, niespodziewanie uciekł by zniknąć w bramie. Chwilę później wrócił, ściskając w dłoniach kij baseballowy.
-Mam tu coś dla ciebie! -Wykrzyczał z diabolicznym uśmiechem na twarzy.
Powietrze przeszył głośny świst. Kij z wielką siłą uderzył w lewe ramie ofiary. Dresiarz bez litości wymierzał szaleńczo kolejne ciosy, gdy pozostali dwaj nieustannie kopali. Chłopak miał wrażenie, że słyszy gruchot łamania własnych kości. Był okładany z każdej strony. Wydawało mu się, że oberwał w każdy centymetr swojego ciała. Nagle z ciemnego nieba zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu. Przywódca grupy spojrzał w górę.
-Kurwa... Dobra, spierdalamy stąd. Zaraz zmokniemy do jebanej nitki! -Zauważył. Zaczął charczeć, jakby chciał wydobyć flegmę z samego dna płuc, po czym splunął na chłopaka.
-Tylko się tu więcej nie pokazuj, gnoju! -Krzyknął, gdy uciekali w kierunku bramy, zadowoleni z siebie. -Bo ci wjebiemy na serio!
Został sam, leżąc na moknącym chodniku. Posiniaczony i zakrwawiony. W ustach czuł smak krwi. Zbadał językiem jamę ustną. Brakowało dwóch zębów. Spróbował się ruszyć. Lewa ręka okropnie go bolała, chyba była złamana. Nie potrafił się podnieść, nie miał czucia w nogach. Chciał nimi poruszyć, ale odmówiły mu posłuszeństwa. Jednak nie bolały go. Od pasa w dół czuł jedynie straszne zimno. Natomiast od pasa w górę jego ciało wręcz płonęło z bólu. Zaczął wołać o pomoc, ale nikt się nie odzywał. Musiał coś zrobić. Wsadził prawą, sprawną dłoń do kieszeni spodni i wyciągnął telefon. Spojrzał na ekranik. Niestety, był pęknięty, nic się na nim nie wyświetlało. Został uszkodzony podczas kopania. Deszcz zaczynał padać coraz mocniej. Postanowił znaleźć sobie jakieś schronienie. Wyciągnął prawe ramię przed siebie i wbił paznokcie w szczelinę między kostkami brukowymi. Chciał się przyciągnąć, lecz okazało się, że czołganie przy użyciu tylko jednej ręki jest ponad jego siły. Ale nie poddawał się. Napiął mięśnie do granic możliwości i walczył. Nagle usłyszał cichy trzask, po czym fala ciepła, mrowienia i ostrego bólu przeszła po jego dłoni. Opuszek palca wskazującego zaczął pokrywać się krwią. Odłamał mu się cały paznokieć wraz z korzeniem. Leżał teraz na bruku, przypominając miniaturowy nagrobek. Gorzkie łzy bezradności zaczęły spływać po jego policzkach. Razem z potem i deszczem kapały na chodnik, prosto w kałużę krwi, która wyciekała ze złamanego nosa. Nagle zauważył w oddali jakąś postać. Krzyknął w jej kierunku, ale ona zamiast się zatrzymać, przyspieszyła tylko kroku. Krzyknął jeszcze głośniej. Człowiek się zatrzymał. Stał w miejscu, jakby się nad czymś zastanawiał. Chwilę później ruszył powoli w stronę chłopaka, rozglądając się nerwowo na prawo i lewo. Zatrzymał się metr przed nim i zapytał sam siebie:
-Co my tu mamy?
Chłopak podniósł głowę i spojrzał na przybysza poprzez spuchnięte powieki.
-Dzięki Bogu... Proszę mi pomóc... -Powiedział.
-Nieźle żeś się urządził! -Wykrzyknął mężczyzna.
-Niech pan wezwie policję, karetkę, kogokolwiek! -Prosił chłopak.
-Słuchaj... Ładną masz kurteczkę! -Odpowiedział mężczyzna uśmiechając się. -A na dworcu jest strasznie zimo o tej porze roku. -Po wypowiedzeniu tych słów, zaczął ją zszarpywać, nie zważając na złamania i potłuczenia leżącego.
-Co pan robi? -Zapytał chłopak, łamiącym się głosem. -Niech pan przestanie!
-Wiesz co? Spodnie też masz fajne. -Powiedział, zakładając na siebie kurtkę. Złapał go jedną ręką za bark, drugą za biodro i przewrócił brutalnie na plecy. Bez słowa dobrał się do jego paska. Rozpiął go trzema ruchami i zaczął ściągać spodnie. Gdy i z tym się uporał, zaczął ściągać z niego bluzę. Robił to szybko i nieporadnie. Chłopak miał wrażenie, że za chwilę jego ramiona zostaną wyrwane ze stawów. Razem z bluzą, mężczyzna ściągnął z niego podkoszulek. Młodzieniec leżał teraz na chodniku, ubrany jedynie w buty i bokserki w czerwone serduszka, które dostał kilka dni wcześniej na urodziny od swojej dziewczyny. Jak to możliwe, że jeszcze kilkadziesiąt minut temu był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie?
-Dziękuję! -Krzyknął uradowany mężczyzna, obnażając dwa rzędy zepsutych zębów. -Pan Bóg wynagrodzi ci to, żeś pomógł bezdomnemu! -Dokończył spokojnym tonem i odszedł, niosąc w rękach nowo zdobyte ciuchy. Deszcz zamienił się w ulewę. Lodowate krople spadały na prawie nagie ciało chłopca, kłując go niczym małe igiełki. Temperatura z pewnością nie przekraczała trzech stopni Celsjusza. Nagle poczuł, że ktoś mu się przygląda. Zaczął się rozglądać. Gdy jego wzrok zatrzymał się na oknie staruszki, ta spłoszona od razu ukryła się za firanką. Nie miała zamiaru się w to mieszać. Krzyknął z całych sił, jednak mu nie odpowiedziała. Wolała pozostać w ukryciu. Mijały długie minuty. Ból był nie do zniesienia. Robiło się coraz zimniej. Zaczął się trząść i strasznie kaszleć. Krztusił się mieszaniną śluzowej wydzieliny z krwią, która zbierała się w gardle. Zrobiło mu się słabo, był wykończony. Przed oczami zaczęły tańczyć czarne plamy. Był przekonany, że za chwilę straci przytomność. Do rzeczywistości przywołał go jednak męski głos.
-Potrzebujesz pomocy?
Powoli odwrócił obolałą głowę w stronę ulicy. Stała tam taksówka „Center-TAXI”, przez której otwarte okno wychylał się kierowca.
-Potrzebujesz pomocy? -Zapytał ponownie.
-Proszę mnie zawieźć do szpita...La...
-Zapomnij! Pobrudzisz mi tapicerkę! -Krzyknął taksówkarz i zaczął zamykać okno.
-Chwila! Proszę nie odjeżdżać! Zapłacę podwójnie!
Mężczyzna zmarszczył czoło i podrapał się po brodzie.
-Potrójnie. -Odpowiedział zimno.
-Dobrze, niech będzie...
Na tę informację kierowca uśmiechnięty wyskoczył z pojazdu, otworzył tylnie drzwi i złapał chłopaka za ramiona. Podniósł go i wrzucił na siedzenie. Niedbale, niczym worek ziemniaków. Zamknął drzwi i wrócił na swoje miejsce.
-Więc dokąd jedziemy? -Zapytał nie odwracając się.
-Do na-najbliższego szpitala.
-No tak... -Przytaknął ze zrozumieniem. -Co ci się stało?
-Napadli mnie...
-To jest niebezpieczne miasto. O tej porze nikt nie powinien się tutaj kręcić sam. Mało to w gazetach informacji o napadach? I tak miałeś dużo szczęścia, w końcu żyjesz.
-Ca-ałe szczęście, że pan się z-zjawił. Już gorzej być nie m-m-mogło... P-przed chwilą ktoś mnie okr... Okradł...
Taksówka zatrzymała się z piskiem opon. Kierowca się odwrócił.
-Cholera, faktyczne! Jak zamierzasz zapłacić? -Zapytał. -Nie widzę, żebyś gdzieś tam miał portfel!
-Jak dojedziemy... To zadzwonię do d-d-domu... -Coraz ciężej szło mu wypowiadanie słów.
-No nie wiem. Już ja znam takich cwaniaczków, jak ty.
Zapadła długa cisza, zakłócana jedynie dudnieniem kropel deszczu o karoserię.
Nagle mężczyzna opuścił samochód i stanął przed drzwiami pasażera.
-Sorry mały, ale nie chcę ryzykować. -Powiedział i otworzył drzwi.
-Co pan ro-o-bi? Zadzwonię i zaraz rodzice przyyy-jadą pa-anu zapłacić!
-Tak, tak. A nagle się okaże, że nikt nie odbiera telefonu. Albo jak będziemy na miejscu to powiesz, że nigdy wcześniej mnie nie widziałeś. O nie!
Złapał chłopaka za nogi i zaczął wywlekać z samochodu. Ten nie miał nawet siły by czegoś się złapać. Po chwili z pluskiem wylądował w rynsztoku. Stracił oddech uderzając o asfalt. Kilkanaście sekund później taksówka odjechała. Znowu został sam. Zaczął się zastanawiać która może być godzina. W domu na pewno już się martwią. A jego dziewczyna? Zawsze piszą do siebie smsy na dobranoc. Przeszło mu przez myśl, że może go zostawić. Widział takie sytuacje w wielu filmach. Miał złamany nos, po zrośnięciu będzie wyglądał okropnie. Co gorsza nie potrafił ruszać nogami. Przypuszczał, że jest sparaliżowany od pasa w dół. Pewnie ciężko jest być z partnerem na wózku inwalidzkim. Te myśli nie dawały mu spokoju. Bezradność doprowadziła go do rozpaczy. Zaczął płakać. Nagle złapał go bolesny skurcz żołądka. Poczuł jak wymiociny wędrują w górę przełyku. Puścił pawia. Wymiotował głównie krwią. „Cóż za cholerna ironia” - pomyślał. Gdy po koncercie opuszczał klub, w którym występ się odbył, pomyślał z uśmiechem: „Mogę umierać szczęśliwy, bo już nic przyjemniejszego mnie w życiu nie spotka”. Miał rację... Poczuł ucisk w klatce piersiowej. Dostał drgawek. Wszystko zaczęło się rozmazywać. Z każdą sekundą torsje przybierały na sile. Nie potrafił złapać oddechu. Zrobiło się zupełnie ciemno. Zaczął odpływać. Wtedy ból niespodziewanie odpuścił. Poczuł się dziwnie lekko, jakby nic nie ważył. Wydawało mu się, że leży w suchym i ciepłym miejscu. Ogarnęło go uczucie błogości, jakie nachodzi człowieka na chwilę przed snem, oraz poczucie olbrzymiej niesprawiedliwości. Zamknął oczy. Zasnął. Już nigdy się nie obudził.

Zimne ciało leżało w rynsztoku. Nikt się nim nie przejmował, nikogo już nie obchodziło. Może poza szczurami, które lada moment wyjdą ze swoich kryjówek na żer...

Kilkanaście minut później przestało padać. Dresiarze wyszli z bramy i ruszyli przed siebie. Phobos wyciągnął z kieszeni zmiętą paczkę papierosów i poczęstował resztę. Zapalili i zaczęli się zaciągać.
-Ale żeśmy mu najebali, no nie? -Zapytał uśmiechnięty Szef.
-No! Ale chyba za słabo. -Odpowiedział Phobos.
-Czemu? -Dopytywał Szef, wypuszczając przez nos kłęby dymu.
-Bo już się stąd pozbierał, nie ma go.
-I dobrze! Nie będzie nam brudas zaśmiecał chodnika! -Wtrącił Deimos. Cała trójka wybuchnęła śmiechem. Skończyli palić w milczeniu. Zatrzymali się i chwilę rozglądali wokół.
-Co teraz? -Przerwał ciszę Deimos.
-Może połazimy po mieście? Może jakaś akcja akurat się trafi. -Zaproponował Phobos. Nikt się nie sprzeciwił, więc ruszyli dalej. Szli, ale nikogo nie spotkali na swej drodze. Zero rozrywki. Nie ma kogo okraść, nie ma kogo pobić. Nawet nie ma gdzie usiąść, wszędzie było mokro. Zaczęli się zastanawiać czy nie czas wracać już do domu.
-Może... W klubie na ulicy Matejki jest całonocna impra... Z laserami, pianą i innymi bajerami. Moglibyśmy zarzucić sobie po pile i iść się pobawić. I pewnie udałoby się jakieś dupy wyrwać. -Rzucił nagle Szef.
-Dobre, ale to cholernie daleko... -Zasmucił się Deimos.
-No to wezwiemy taryfę! -Wykrzyczał rozochocony Phobos.
-Tracić kasę na taryfę? Pojebało cię?
-Spokojnie. Zostaw to mnie. -Uspokoił go Szef. Kiwnął na Phobosa.
-Już dzwonię. -Odpowiedział. Wyciągnął z kieszeni komórkę i wystukał numer. Przyłożył słuchawkę do ucha i poczekał na połączenie. Gdy dyspozytor odebrał, ten szybko podał mu adres i się rozłączył, nie chcąc tracić impulsów.
-Zaraz powinna być. -Powiedział do reszty. Szef zadowolony pokiwał łysą głową.
Jakieś cztery minut później zatrzymała się przed nimi taksówka „Center-TAXI”. Sługusy bez słowa wsiadły do tyłu, przywódca do przodu.
-Jedź pan na Matejki. -Powiedział do kierowcy. Samochód ruszył. Chwilę później przejeżdżali przez ulicę Wajdy, na której wszystko się zaczęło. Nagle Deimos poczuł dziwny dyskomfort. Było mu mokro. Wsunął dłoń pod pośladki. Wyciągnął ją i przystawił do twarzy. Była pokryta czerwoną cieczą.
-Kurwa, szofer! Tu jest pełno krwi! Ujebałem se cały dres! -Krzyknął i zaczął uderzać pięściami w fotel kierowcy. -Zapłacisz mi za to, skurwielu!
Spanikowany taksówkarz spuścił wzrok z jezdni. Odwrócił głowę i zaczął się tłumaczyć.
-Przepraszam pana, wiozłem takiego jednego... Oczywiście nie musicie mi, panowie, płacić za kurs!
-To było jasne od samego początku. Teraz przekonaj nas, dlaczego nie mamy ci połamać nóg. -Wycedził przez zęby Szef. W tym samym czasie nieopodal, chodnikiem szedł bezdomny. Był wyraźnie zadowolony, nucił wesoło pod nosem. Wreszcie miał nowe ciuchy, w których było mu ciepło.
-Tylko spokojnie, na pewno się jakoś dogadamy. -Prosił taksówkarz. -Zapłacę panu. Ile się należy? -Zapytał, odwracając głowę w kierunku Deimosa.
-Nie pierdol, tylko patrz na ulicę. -Skarcił go dresiarz. Gdy kierowca ponownie spojrzał przed siebie, ujrzał coś dziwnego. W światłach samochodowych reflektorów, dwa metry od maski pojazdu dostrzegł bladą twarz. Smutną, przepełnioną niezmierzonym cierpieniem. Taksówkarz krzyknął i wcisnął do oporu pedał hamulca. Twarz równie nagle jak się pojawiła, rozpłynęła się w powietrzu. Ostro hamujący pojazd stracił przyczepność na mokrym asfalcie i obrócił się o czterdzieści pięć stopni. Zdzierane opony piszczały przeraźliwie. Sunął tak przez chwilę, aż kilkanaście metrów dalej wypadł z zakrętu. Z dużą prędkością wjechał na chodnik, dokładnie w miejscu, w którym szedł bezdomny. Samochód uderzył w mężczyznę a następnie przygniótł go do latarni, miażdżąc miednicę. Rozległ się potężny zgrzyt metalu. Taksówkarz uderzył głową w szybę przy drzwiach, wybijając ją. Odłamki szkła przeorały mu twarz. Jego lica spłynęły krwią. Nie poruszał się. Dresiarze również. Zapadła cisza. W oknie na parterze, kilkanaście metrów od miejsca wypadku, stała wścibska staruszka w różowym szlafroku i obserwowała całe zajście z nieukrywaną satysfakcją. Bójka, rabunek i wypadek samochodowy. Tyle wrażeń jednego wieczora! Pierwszy odzyskał przytomność Szef. Zaczął kląć. Złapał za klamkę i spróbował otworzyć drzwi, ale coś się musiało zaciąć, nie chciały ruszyć. Nagle samochód stanął w płomieniach. Pożar rozprzestrzeniał się w mgnieniu oka. Powietrze wypełnił smród palonej gumy i plastiku. Dres przywódcy zajął się ogniem. Zaczął się rzucać jak ryba wyciągnięta z wody. Uderzał szaleńczo otwartymi dłońmi w całe ciało, chcąc stłumić płomienie, ale były one wszędzie. Ubranie zaczęło się wtapiać w skórę. Całą głowę pokryły wielkie pęcherze. Płomienie lizały gałki oczne. Otworzył usta i zaczął krzyczeć. Kwiczał niczym zarzynana świnia. Ogień od razu wdarł się w usta, gardło i przełyk. Skóra w wielu miejscach zaczęła czernieć i odchodzić od kości. Nagle samochód eksplodował z wielkim hukiem. Przednie koło, oderwane przez siłę wybuchu, poszybowało w powietrze. Leciało prosto w kierunku okna staruszki. Ta zdążyła jedynie powiedzieć „O Jezusie miłosierny!”. Płonące koło wybiło szybę i z impetem uderzyło w jej głowę, łamiąc stary, delikatny kark.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -