Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Jawor

Dariusz Łowczynowski


„Wszystko co żyje musi umrzeć, przechodząc poprzez naturę do wieczności.”
William Shakespeare

31 lipca
Sudety
okolice Jawora

- Babciu? – rozpoczął rozmowę Korfanty. – Jesteśmy już na miejscu. Zaraz wychodzimy w góry... Nie, nie, na Bazaltową... acha... nie, nie babciu, wszystko już zaplanowaliśmy... trzeciego sierpnia będziemy w Jaworze... tak, tak mamy śpiwory... wiem, że pogoda bywa tu zmienna... w czwartek... tak, pamiętam, umówiliśmy się ze zespołem na 18-tą... Szenek… znaczy Radek, na pewno będzie... babciu, przecież to jego praca magisterska – zirytowany westchnął i wymownie spojrzał na stojącego obok Szenka. – Nie, nie mam komórki... skąd? Z budki, przy spożywczym... babciu, przepraszam, zaraz mi się skończą impulsy – skłamał. - Tak, w czwartek, na obiedzie... całuję, do zobaczenia - odłożył słuchawkę.
- Przypomnij mi proszę, dlaczego się w to wplątałem? – zapytał, udając rozgniewanego.
- Bo dobry z ciebie skurwenson? – zaśmiał się Szenek. – I pomagasz przyjacielowi w potrzebie?
- Swoją drogą... – wtrącił się Młody - trzeci uczestnik wyprawy. – To chyba tylko tobie tuż przed końcem czwartego roku mógł umrzeć promotor. Było takiego dziadka brać?
- Ech, weź ty mnie nie wkurzaj – westchnął Szenek.
- Dostałem zastępczego promotora z łapanki. Nikt nie chciał u niego pisać, stary paradygmat – wąskie horyzonty, wiesz jak jest. Jak na złość, facet zajmuje się folklorem muzycznym i kazał mi napisać monografię zespołu ludowego. Dobrze, że przypomniałem sobie o babci Korfantego.
- Monografia etnograficzna zespołu... hehehe... Jaworzanki – rechotał Korfanty. – Stary, ty nawet nie wiesz jak się podjarała moja babka. Przecież ona już ma zamówienia... hahaha... od całego zespołu i ...hehehe... róży różańcowej na tę książkę o Jaworzankach – zanosił się śmiechem.
- Na pewno nie będę wydawał swojej magisterki – obruszył się Szenek. - Pluję na takich, co sami sobie za druk płacą
- Tylko nie wspominaj o tym mojej babci, bo nici z wywiadów – odparł.
- O patrzcie, jakiś moher nadciąga - przerwał rozmowę Młody. – Lepiej idźcie po browary, bo jak ta zacznie kupować...
Chłopcy szybko zrzucili na ziemię plecaki i weszli do sklepu, zostawiając Młodego na zewnątrz. Ten poprawił na czole opaskę, zmierzwił palcami dredy i posłał staruszce wyzywające spojrzenie. Kobieta zmierzyła go wzrokiem, zmarszczyła brwi i zacisnęła gniewnie usta. Jednak na widok wielkich plecaków pokiwała ze zrozumieniem głową. Uśmiechnęła się z lekka i zapytała.
- A dokąd to się panowie wybieracie?
- A na Bazaltową Górę, na biwak.
- Jaworową?
- Nie, nie, na Bazaltową – poprawił.
Staruszka mruknęła coś niezrozumiałego. Przekrzywiła głowę i wlepiła zamyślony wzrok w koszulkę Młodego. Po chwili odezwała się:
- Może lepiej zapłacić za nocleg gospodarzowi? – zaproponowała. – Pogoda w górach szybko się zmienia, zawsze to nocleg w cieple, pod dachem.
- Ale to żadna frajda – prychnął chłopak.
- Bezpieczniej.
- A cóż takiego może się nam przytrafić? Najwyżej nas deszcz zleje albo jaki dzik przegoni.
- Licho nie śpi, dziecko – szepnęła staruszka.
Chłopak bardzo starał się zachować powagę. Niestety bezskutecznie. Ryknął śmiechem. Ze sklepu wyszli obładowani reklamówkami z piwem Szenek i Korfanty. Spojrzeli pytająco na Młodego.
- A nic, nic, tak sobie żartujemy z panią starszą – zachichotał.
Wzruszyli ramionami i zaczęli pakować piwo do plecaków.
Zmieszana staruszka w milczeniu przyglądała się krzątającym chłopakom. Po chwili, bez słowa pożegnania weszła do sklepu.
- O co chodziło? – Korfanty zwrócił się do Młodego.
- Pijaństwa zbyteczne, widzenie poprzeczne, pulsują żyły, jak gdyby tańczyły, kłopoty bez miary, oczy zamglone wierszami, nie pytaj, wiesz przecież, że... – zaśpiewał w odpowiedzi i zbył go machnięciem ręki. Zaszurał nogą, wzniecając drobiny pyłu i raźno ruszył przed siebie.
Korfanty przewrócił oczami i sięgnął po plecak.
- W drogę, bez drogowskazuuuu – zmienił repertuar Młody. – W drogę po własny los. Kłamiesz powiedzieć światu... W drogę!
Słońce stało w zenicie, przypiekając niemiłosiernie i tak już pożółkłą trawę na szczycie Bazaltowej Góry. Korfanty otarł pot z czoła i usiadł na jednym z głazów. Młody podziwiał panoramę gór. Wzdychał cicho, rozkoszując się niecodziennym widokiem. Zdawać by się mogło, że próbuje wchłonąć każdy element krajobrazu, który dotykał spojrzeniem. Szenek, nie chcąc zakłócać przyjacielowi kontemplacji, podszedł do Korfantego i rzucił niemal szeptem:
- Wiesz, na czym właśnie siedzisz?
- Na głazie?- odparł Korfanty z kpiącym uśmiechem.
- Tych skał nie ułożyła w ten sposób natura – Szenek zatoczył ręką krąg, wskazując na pozostałe głazy. – To kromlech.... Kamienny krąg, pogańskie miejsce kultu – dodał, widząc pytające spojrzenie Korfantego.
- Gdy czytałem zapiski historyczne dotyczące tej okolicy, natknąłem się też na inne ciekawe informacje – kontynuował. – Według historycznych przekazów w środku tego kamiennego kręgu miała znajdować się pogańska kaplica, a wokół rozciągał się święty gaj. Miejsca takie jak to, poświęcone były siłom natury i bliżej nieokreślonym bóstwom, takim jak na przykład Perun, o którym do dziś tak niewiele wiemy. Miały symbolizować więź żywych ze zmarłymi. Ich profanacja groziła srogimi konsekwencjami.
- Jakimi konsekwencjami? – zapytał Młody, który już od dłuższej chwili przysłuchiwał się opowiadanej historii.
- A że takiego delikwenta licho w lesie zwiedzie albo Perun piorunem porazi – odpowiedział Szenek. – Mało to straszydeł nękało naszych przodków?
- Zabobony i gusła! Gadasz jak ta babcia spod sklepu – warknął Młody.
- W podobny sposób myślał Cyprian, biskup wrocławski, który nakazał spalić ten gaj w XIII wieku – powiedział Szenek poważnym tonem.
– Wiele innych lasów i drewnianych świątyń podzieliło jego los. Niejednemu bogowi zabrano siedzibę, a w jej miejsce postawiono kościół.
- Tu chociaż głazy się ostały, a natura zatroszczyła się, by na pogorzeliska wyrosły nowe drzewa – Szenek wskazał ręką na pobliskie jawory.
W miejscu, gdzie najprawdopodobniej rozciągał się święty gaj, rosło w dużych odstępach kilkanaście drzew jaworu. Niektóre z tych potężnych, kilkudziesięciometrowych olbrzymów górowały nad mniejszymi braćmi, lecz dziś już nikt nie oddawał im czci. Bóstwa, jeśli nadal zamieszkiwały te święte drzewa, od wieków nie słyszały nabożnych modłów swoich wiernych. Nikt już nie prosił o urodzajne deszcze czy błogosławieństwo życiodajnego słońca.
Chłopcy wybrali na obozowisko polankę położoną u samych stóp jaworowego zagajnika.
Szenek stwierdził, że to miejsce ma w sobie jakiś pogański urok. Młody z Korfantym nie mieli nic przeciw takiej lokalizacji. Dobrze znali nieszkodliwe dziwactwa przyjaciela i zdążyli się już do nich przyzwyczaić.
Rozbili namiot i spędzili całe popołudnie na beztroskim nieróbstwie.
Korfanty, młody stażem nauczyciel języka polskiego, zaczytywał się w najnowszej książce swojego ulubionego autora. Teraz, gdy miał trochę wolnego czasu, chciał przeczytać coś swobodnego i lekkiego, nie myśląc o konstrukcji świata przedstawionego, genealogii i konotacjach semantycznych. Młody zabrał discmana i nucąc pod nosem „Jakby to było” ruszył na małą wycieczkę, by lepiej poznać okolicę. Był typem wiecznego studenta. Po kilkukrotnej zmianie kierunku studiów, zdecydował się w końcu na marketing i zarządzanie i udało mu się szczęśliwie dotrwać do trzeciego roku.
Szenek oddalił się od obozowiska i usadowił pod jednym z jaworów. Usiadł w jego cieniu w wygodnej pozycji, by oddać się praktykom medytacyjnym.
Po kilkunastu minutach przerwał ćwiczenie. Zirytowany wrócił na polanę.
- Mrówki? – zapytał Korfanty z nad książki.
- Nie – odburknął Szenek.
– To drzewo jest chyba chore, cały czas ciągnęło ode mnie energię.
- Drzewo-wampir? A wygląda jakby tryskało energią – Korfanty oderwał wzrok od lektury i spojrzał na drzewo.
- Taa, moją! Chyba się zdrzemnę – oświadczył Szenek i schował się do namiotu.
Gdy się obudził, słońce chyliło się już ku zachodowi.
- Ależ się wyspałem – z namiotu wychyliła się jego blond czupryna. – Pijemy coś? – zaproponował.
Młody żywo zareagował na propozycję przyjaciela. Sięgnął do plecaka wyjmując dwie puszki piwa.
- Gdzie Korfanty? – zapytał Szenek, delektując się pierwszym łykiem chłodnego napoju.
- Poszedł po drewno na opał – odparł Młody, spoglądając w stronę lasu. Przez moment wydawało mu się, że widzi w cieniu drzew zarys czyjejś sylwetki. Gdy jednak zmrużył powieki, by się lepiej przyjrzeć, postać znikła.
- Przygotujmy prowiant na ognisko – zaproponował Szenek.

Zmierzchało. Długie cienie drzew zaległy na polanie. W powietrzu czuć było chłód nadchodzącej nocy. Wrócił Korfanty. Przywlókł ze sobą masę suchych gałęzi. Młody strugał kijki do pieczenia kiełbasek, a Szenek skręcał jointy.
Ogień przyjemnie trzaskał, a wokoło rozchodziła się miła dla nozdrzy woń palonego drewna i pieczonej kiełbasy. Młodzieńcy w milczeniu wpatrywali się w ogień. Całkowicie poddali się działaniu magicznego zioła oraz hipnotycznemu urokowi tańczących płomieni. Gdzieś w oddali zahuczała sowa. Młodego przeszedł dreszcz. Podrapał się po brodzie, chwilę zastanowił i zaintonował wesoło:
- Przyyy ognisku, przyyy ognisku…
- Przyyy ogniskuuu, przy ogniskuuu – zawtórowali mu przyjaciele.
Po kilkunastu minutach ciągłego śpiewania tej samej frazy, na melodię „ Serce w plecaku”, zapomnieli o specyficznym nastroju. Żartowali i wygłupiali się jak za dawnych czasów.
- A pamiętacie, jak wyjeżdżaliśmy rowerami spod muzeum? – śmiał się Szenek. – Wszyscy się zmieścili w bramce, tylko Cichy zawadził rączką hehehe.
- Taaa, albo jak jednego roku we Wszystkich Świętych na cmentarzu, Cichy usiadł na rozwalonym zniczu? – dodał Młody.
- Ha! Skończyło się na nocnym dyżurze, zakładaniem szwów – Korfanty zataczał się od śmiechu. – Pomyślałby kto, że ta oferma wyjedzie do Warszawy i dostanie pracę w Archiwum Państwowym?
- Ano – prychnął Szenek. – Niezbadane są ścieżki pana Cichego.
Uważnie przyjrzał się kiełbasie i stwierdził, że jest już dostatecznie wypieczona. Sięgnął do reklamówki po pieczywo.
- Wiecie, jakie święto się właśnie rozpoczęło? – zapytał.
- Nieee, oświeć nas – Młody pobożnie złożył ręce.
- Lammas – oświadczył, unosząc w górę kromkę. – Chlebowa Uczta, Święto Chleba lub – jak kto woli – celtyckie Lughnasadh. Rozpoczyna się nocą z 31 lipca na 1 sierpnia.
- I co? Mamy się pomodlić do tej kromki chleba? – prychnął Młody.
- Chcesz, to się módl, ale wpierw daj mu skończyć – wtrącił się Korfanty. – Chcę usłyszeć więcej o tym święcie.
- To święto pierwszych zbiorów – rozpoczął wykład Szenek. – Natura dzieli się z nami swoimi owocami, nasionami, zapewniając sobie przyszły plon, a nam pożywienie. Spożywanie pokarmów nabiera wtedy ogromnego znaczenia. Staje się aktem zjednoczenia z przyrodą i mówi nam o tym, że we wszechświecie nie ma niczego stałego.
- Czyli takie nasze dożynki? – zapytał Młody.
- Nie tylko dożynki – odpowiedział. – Lammas to także czas rozliczeń i sprawiedliwości. Z początkiem jesieni Celtowie zawierali różne umowy o charakterze prawnym. Mieli również swoich komorników, którzy w tym czasie odwiedzali dłużników. W ich kalendarzu okres ten nosił nazwę miesiąca praw i długów. Tego dnia oddawano także cześć Lughowi – celtyckiemu bogu mądrości i światła, Frigg – nordyckiej Matce Światła oraz umierającemu Belowi. Słońce musiało odejść i ustąpić miejsca ciemności, to była zapowiedź końca lata.
- A czy znasz jakieś tutejsze podania – zapytał Korfanty. – Na pewno na coś trafiłeś, zbierając informacje o tym terenie.
- Hmm… podania... – zastanawiał się - Niewiele tego było. Na przykład Jaworowa Góra.
- Jaworowa? – marszcząc czoło zapytał Młody.
- Aha – potwierdził. – Jawor to symbol umierania, krainy śmierci. Stąd jaworowi ludzie to istoty demoniczne, które... – urwał i szybko wstał. – Zaraz wracam, muszę się odlać.
- Hejże! – krzyknął Korfanty. – Nie oglądasz slasherów? Nigdy nie mów „zaraz wracam”, bo już nie wrócisz!
Szenek tylko się roześmiał i zniknął w lesie.

W leśnej gęstwinie zapadła cisza. Między jaworami zalegała gęsta mgła, która powoli przemieszczała się w kierunku polany. Temperatura gwałtownie opadła o kilkanaście stopni.
- Jak to możliwe? – zastanawiał się Szenek, wracając do obozu. - Przecież to początek sierpnia.
Nagle zorientował się, że nie wie, gdzie jest. Zgubił drogę na polanę.

- Ty, Szenek coś długo nie wraca – przerwał ciszę Korfanty.
- Pewnie chowa się gdzieś w tej mgle, żeby nas nastraszyć – zgadywał Młody, lecz minę miał nietęgą, jak gdyby coś nie dawało mu spokoju. W końcu nie wytrzymał i podjął temat.
- Wiesz, zastanawia mnie ta Jaworowa Góra.
- Mianowicie?
- No, bo dziś już o niej słyszałem. Ta stara, co spotkaliśmy ją przy sklepie, wspomniała coś o niej. Próbowała przekonać mnie, żebyśmy nie zostawali w górach na noc.
- A to niby czemu? – zapytał Korfanty.
- No tak, ogólnie mówiła, że licho nie śpi. A Szenek coś ten tego o demonach...
- Bzdury.
- Niby bzdury, ale teraz jakoś mi tak nie za wesoło – Młody rozejrzał się niepewnie wokół.
- Upaliłeś się i wkręcasz sobie korbę – skwitował Korfanty. – O słyszysz, Szenek wraca – odwrócił się w stronę, skąd dobiegał szelest trawy.

- Młody, Korfanty!!! – krzyczał Szenek, docierając w końcu na polanę?
– Nie wygłupiajcie się! Gdzieście się, dziady, pochowali?
Odpowiedziała mu głucha cisza. Zajrzał do namiotu – pusto. Przyjaciół nie było w obozie.
- No dobra, to wcale nie jest zabawne – w tonie jego głosu słychać było nutkę niepokoju. – Wyłaźcie!
Rozpoczął poszukiwania wokół obozu. Gęsta mgła zasłaniała wszystko niczym śnieżnym puchem zimową porą.
Poczuł, jak zimny dreszcz pełznie mu po plecach. Odczuwał silny niepokój. Zaschło mu w gardle i miał zawroty głowy. Wściekał się na siebie, że zabrał w góry trawkę. Złorzecząc w duchu, ruszył do lasu na poszukiwanie przyjaciół.
Zimne powietrze boleśnie kłuło go w płuca, a nawoływanie nie przynosiło efektów. Nabierał coraz większej pewności, że dzieje się coś niedobrego. Nienaturalnego. Dość długo błądził, gdy nagle las się przerzedził, a po chwili znikły zarysy drzew. Dotarł na polanę. Miał pewność, że nie zawrócił do obozu. Mgła tu nie dotarła.
Kilkanaście metrów przed nim rosło potężne drzewo. Jawory z gaju wyglądały przy nim jak nędzne, skarłowaciałe krzaki. Szenek pokręcił głową z niedowierzaniem.
– To niemożliwe, nie mogliśmy przecież nie zauważyć tego kolosa – wymamrotał do siebie.
Olbrzymi jawor miał w sobie coś niepokojącego i złowieszczego. Wyglądał jakby był chory. Potężne konary pochylały się ku ziemi jakby pod naciskiem niewidzialnego ciężaru.
Gałęzie przedstawiały ponury widok. Obwieszone sznurami pajęczyn i wplecionymi w nie zeschłymi liśćmi, budziły wstręt. Szenek stąpał uważnie, nie chcąc nadepnąć na żaden z korzeni. Pokrywał je jakiś cuchnący, brudnozielony nalot. Nagle poczuł na płatku ucha coś mokrego. Starł palcami ciecz i przyjrzał się jej. Zdumiony otworzył szerzej oczy. Na palcach miał krew.
Uniósł głowę i krzyknął z przerażenia. Kilka metrów nad nim wisiał powieszony za nogi Młody. Z jego rozciętego gardła, po twarzy i włosach, ściekała krew. Szenek zatoczył się do tyłu. Szarpnęły nim torsje. Upadł na kolana i zwymiotował. Z trudem wstał i nie chcąc spoglądać na martwego przyjaciela, skierował wzrok w dół. Ze zgrozą zauważył, że krew Młodego wsiąka w ziemię między korzeniami. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że chore drzewo pożywia się posoką.
- Korfanty!!! – krzyknął z całej siły. – Kurwa, stary odezwij się! – rozglądał się wokół.
Zatrzymał wzrok na masywnym pniu drzewa. Mógłby przysiąc, że przed chwilą dostrzegł tam dwa błyszczące punkty. Gdy dokładniej przyjrzał się kształtowi pnia, dostrzegł w nim zarys ludzkiej sylwetki. Tymczasem tuż za nim coś oderwało się od konara i miękko opadło na trawę. Gdy się odwrócił, zdążył tylko dostrzec pięść napastnika. Szenek upadł na ziemię i stracił przytomność.
Korfanty otworzył oczy. Czuł, jak ostry ból rozsadza mu głowę. Nie mógł się poruszyć. Został przywiązany do drzewa. Gdzieś w pobliżu płonęło ognisko, słyszał trzask ognia. Pamiętał, że wraz z Młodym czekali na Szenka i wtedy zaatakowali ich jacyś dziwni ludzie. Powoli uniósł głowę i spojrzał na swoich oprawców. Tuż przed nim stało dwóch osobliwie wyglądających ludzi. Ich ciała od pasa w górę pokryte były misternymi tatuażami przedstawiającymi motyw jaworu. Gałęzie i liście pokrywały niemal każdy centymetr ich korpusów, a rozłożyste liście sięgały nawet ich twarzy.
- Co to za cudaki – jęknął. – Czy to właśnie jaworowi ludzie, o których wspomniał Szenek? – przeszło mu przez myśl.
Jeden z nich odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął, prezentując rząd białych kłów. Korfanty wzdrygnął się mimowolnie. W blasku ogniska dostrzegł jeszcze kilka podobnych postaci. Wszystkie miały takie same tatuaże i nad kimś się pochylały.
Jeden z oprawców wylewał z dzbana kleistą ciecz na skrępowaną sznurami ofiarę. W powietrzu rozeszła się przyjemna woń świeżej żywicy. Osobnicy odsunęli się, by podziwiać swoje dzieło. Na polanie klęczał młody chłopak. Korfanty szarpnął więzami i poczuł jak sznur boleśnie wpija mu się w ciało.
- Szenek! – krzyknął donośnie.
Przyjaciel uniósł głowę i rozejrzał się lękliwie dookoła. Spojrzał na Korfantego, ale nie zatrzymał na nim wzroku, szukał dalej.
Do grupy jaworowych ludzi otaczających chłopaka dołączył jeszcze jeden. W ręce trzymał płonącą pochodnię. Nie wahając się przyłożył ją do gęstej czupryny ofiary. Z gardeł oprawców wyrwał się gromki rechot. Szenek wrzeszczał wniebogłosy.
Ogień szybko rozprzestrzenił się po całym ubraniu nasączonym żywicą. Nagle płonący Szenek, zerwał się na nogi i ruszył pędem przed siebie. Korfanty przyglądał się tej scenie z przerażeniem, ale i niejaką fascynacją. Konający przyjaciel biegł już resztkami sił, nieświadom, że tylko podsyca ogień. Przedstawienie dobiegło końca. Ofiara padła na trawę i przestała się ruszać. Rozczarowane demony zawyły przeciągle.
Korfanty z przerażeniem dostrzegł, że teraz wszystkie błyszczące ślepia zwróciły się w jego stronę. Stojący obok wartownicy przecięli krępujące go więzy i ujęli pod boki. Kontakt ze skórą jaworowych demonów przyprawiał go o mdłości, a skóra piekła z zimna. Jak wyjdę z tego cało, jeśli wyjdę, to na bank nabawię się odmrożeń – przeszło mu przez myśl. Eskortujące go demony ryknęły śmiechem i ścisnęły mocniej za ramiona. Zaprowadziły go do gaju i wrzuciły w środek niewielkiego kamiennego kręgu. Reszta grupy dołączyła do nich stając w kręgu. Wszyscy wyglądali tak samo, od pasa w górę pokryci tatuażami przedstawiającymi gałęzie jaworu. Korfanty nawet nie próbował się wyrwać z kręgu. Cały się trząsł z przerażenia.
Demony zaczęły odśpiewywać jakąś bełkotliwą inkantację. Składała się z krótkich chrapliwych fraz, gwizdów i jęków. Ich krzyki przeszywały powietrze, rozchodząc się po całej okolicy. Korfanty wydał z siebie głuchy jęk i upadł na ziemię. Czuł, jak wszystko wokół wirowało z nieprawdopodobną prędkością. W powietrzu słyszał trzaski przypominające wyładowania elektryczne. Oparł się rękami o ziemię. Poczuł, jak drga pod jego dłonią. Jak gdyby coś, tuż pod powierzchnią, chciało się wydostać na zewnątrz. Nagle ostry ból przeszył jego dłoń. Syknął. Ze zgrozą spojrzał na swoją rękę. Ze środka dłoni wyrastał czarny pęd młodego drzewa. Pęd oplótł nadgarstek i wbił się w przedramię. Korfanty szarpnął ręką, ale cierpienie tylko przybrało na sile. Łodyga jaworu owijając się wokół kości rozrywała ciało i mięśnie. Chłopak krzyczał przeraźliwie, sprawiając radość pląsającym wokół demonom. Tuż obok drugiej ręki wyrosła nowa łodyga i kilka wokół nóg. Wszystkie jak na komendę wbiły się w jego ciało. Korfanty wił się w spazmach bólu. Błagalnym wzrokiem wodził po twarzach demonów. Wszystkie miały ten sam szyderczy wyraz.
- Dlaczego? – szepnął ostatkiem tchu.
- Za grzechy ojców – usłyszał jazgoczący głos, zwracający się wprost do jego myśli.
- Jakich ojców? – zdziwił się, lecz w mig złożył w całość historie opowiadane przez Szenka i wszystko stało się jasne.
Żarłoczne pędy dotarły w końcu do serca. Korfanty otworzył lekko usta, by zaczerpnąć po raz ostatni powietrza. Nie zdołał. Z ust wystrzeliła czerwona od krwi łodyga. Roślina uniosła w górę bezwolne już ciało.

Olbrzymi jawor cały drgał. Konwulsje szarpały nim od korzeni, aż po sam wierzchołek. Drzewo trzeszczało, jakby za chwilę miało upaść. Kora na pniu falowała. Głuchy trzask przeszył całą okolicę. Zebrane wokół drzewa demony zawyły radośnie. W pniu ziajała ogromna wyrwa, a ze środka wyłoniła się czyjaś postać. Z wielkim zdziwieniem przyglądała się tatuażom na swoich rękach i korpusie. Jaworowi ludzie wesołymi okrzykami powitali swojego nowego brata.

Promienie porannego słońca delikatnie pieściły młody jaworowy pęd, który tej nocy wyrósł w gaju na Bazaltowej górze.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -