Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Ciotka

Adam Zbyryt

Ciotka zawsze miała bzika. Teraz, kiedy patrzył na jej dom, w którym sama przeżyła siedemdziesiąt dwa lata, a który zostawiła mu w spadku, wydawała się jeszcze dziwniejsza. Nawet jej dobrze nie znał, widział ją tylko raz, kiedy miał dziesięć lat i spędzał u niej wakacje, swój pierwszy i ostatni raz. Wraz z domem odziedziczył trzydzieści arów działki pełnej chwastów, krzaków, karłowatych jabłoni, grusz o cierpkim smaku oraz łanów najbardziej piekącej pokrzywy w tej części świata – meduza nie dorastała jej nawet do pięt. Miał przyjemność sprawdzić jej działanie na własnej skórze, kiedy pewnego razu gonił kota ciotki. Miała to być zemsta za to, że przy pierwszym ich spotkaniu podrapał mu twarz i ręce. Wpadł w gąszcz pokrzyw i poparzył sobie rękę, która natychmiast pokryła się piekącymi bąblami, wywołującymi nieznośne swędzenie. Do dziś czuje w tym miejscu pieczenie, i nieświadomie je drapie.
Dom był duży, piętrowy z poddaszem. Ciotka nigdy go nie remontowała, co było widać na pierwszy rzut oka – dach zapadał się w kilku miejscach, część okien była zabita deskami, drzwi wypadały z zawiasów, a całe mieszkanie pokrywała łuszcząca się jak łupież farba, która zdradzała, że dom kiedyś był biały. Spojrzał na okno na poddaszu, te także było zabite deskami, z tym tylko wyjątkiem, że było takie już piętnaście lat temu, kiedy spędzał tu swoje wakacje. Wpatrywał się w okno przez dłuższą chwilę, ponieważ przypomniał sobie pierwszy dzień spędzony u ciotki – pierwszy dzień najgorszego tygodnia w swoim życiu. Choć miał wtedy zaledwie dziesięć lat, pamiętał wszystko, jakby wydarzyło się to dopiero wczoraj, a nawet lepiej, ponieważ czasami zapominał szczegółów poprzedniego dnia, a z wydarzeń tamtego tygodnia utrwalił mu się, każdy najdrobniejszy fragment.

Mały chłopiec o krótko ściętych, blond włosach, stał przed drzwiami domu. Miał na sobie żółtą koszulkę z krótkim rękawkiem, krótkie czarne spodenki, a na nogach lekkie trampki, z silnie wytartymi podeszwami na piętach. W dłoniach trzymał małą, skórzaną walizkę wypełnioną po brzegi świeżymi ubraniami. Był przestraszony i zdezorientowany, ciotka miała wyjść po niego na dworzec, lecz nie przyszła, i tylko dzięki pomocy miłego, starszego pana, dotarł do tego miejsca. Czyżby o nim zapomniała?
Zapukał. Po chwili w drzwiach stanęła wysoka, szczupła kobieta. Choć miała dopiero pięćdziesiąt trzy lata wyglądała dużo starzej. Troski i zmartwienia wywarły olbrzymi wpływ na jej kiedyś ładnej twarzy, pokrywając ją zmarszczkami i spowodowały przedwczesne posiwienie włosów, których ciotka nigdy nie malowała. Farby do włosów były dla ladacznic, zawsze powtarzała.
- Dzień dobry – powiedział łamiącym się głosem Tomek.
- Wejdź chłopcze, tylko zdejmij buty, bo zabrudzisz dywan – rzekła kobieta, przeszywając chłopca wzrokiem na wylot tak, że plecy oblały mu się potem i to nie, dlatego, że było gorąco, choć istotnie na zewnątrz panowała temperatura powyżej trzydziestu stopni Celsjusza (tego lata panowały wyjątkowe upały, największe od ponad dwudziestu pięciu lat), lecz było to spojrzenie, które jak mu się zdawało zajrzało do samej duszy, przeglądając najmniejsze nawet grzeszki. Chłopiec bardzo się zmieszał i spuścił wzrok, próbując uniknąć spojrzenia ciotki, które wypalało go wewnątrz, jak wiązka potężnej mocy lasera.
- Powiedz mi chłopcze, czy się modlisz? – zapytała, kiedy rozwiązywał buty.
- Każdego wieczoru, ciociu – odpowiedział drżącym głosem.
- Tylko wieczorem! – Na twarzy ciotki malowało się zaskoczenie i oburzenie. – Kiedy będziesz mieszkał u mnie, będziesz modlił się o wschodzie i zachodzie słońca oraz przed każdym posiłkiem. To karygodne, aby chłopiec modlił się tylko raz dziennie, pan Bóg ukarze cię za to, zobaczysz chłopcze. Winny jest twój ojciec, on nigdy nie był pobożny. Jego też Pan ukarze. Przyjdzie pora, że każdy z nas zostanie osądzony za swoje grzechy. Mam nadzieję, że nie jesteś grzesznikiem – skończyła ciotka podniesionym głosem, znów przeszywając chłopca swoim zimnym wzrokiem, który zacinał krew w jego żyłach.
Tomek stał ze spuszczonym wzrokiem, wlepionym w kwiecisty wzór na starym dywanie, przed tą starą kobietą i bał się poruszyć.
- I jeszcze jedno, nie mów mi ciociu, masz się do mnie zwracać proszę pani. – Spojrzała na chłopca i dodała – Zrozumiano?!
- Ta... Taak ciociu, to znaczy proszę pani.
- A teraz idź umyj się, zaraz będzie obiad.
Chłopiec poszedł do łazienki wolnym krokiem, ponieważ nogi ze strachu odmawiały mu posłuszeństwa. Miał wrażenie, że zrobione są z gumy, ledwie mógł na nich ustać. Gdy wrócił, obiad stał już na stole: łyżka ziemniaków i kapusty.
- Nie jem mięsa – odparła ciotka, widząc wyraz twarzy bratanka. – Zwierzęta to nasi bliźni, a ja nie jem kuzynów – dokończyła, szeroko się uśmiechając. Nie był to uśmiech przyjacielski i ciepły, ale zimny jak lód i pozbawiony jakiegokolwiek uczucia wymuszony ironiczny gest. – Zanim zaczniemy jeść, pomodlimy się. Usiądź przy stole i powtarzaj za mną. – Kobieta złożyła dłonie i wyrecytowała słowa krótkiej modlitwy, którą chłopiec powtarzał drżącym głosem. Po tym długo zastanawiał się, czy zacząć jeść, bał się, że ciotka dodała do jego posiłku trucizny, aby się go pozbyć. Czuł niechęć do kobiety siedzącej przy stole naprzeciw niego. Przerażała go.
- Prosz.... – Nie zdążył skończyć, ponieważ przerwała mu ciotka.
- Nie mówi się z pełnymi ustami, nikt cię tego nie uczył chłopcze?
- Przepraszam.
Kiedy skończyli jeść obiad, kobieta zabrała puste talerze ze stołu i zaniosła do zlewu.
- Dziękuję – powiedział Tomek po skończonym posiłku.
- Smakowało? – zapytała ciotka, stojąc przy zlewie.
- Tak, bardzo – odparł, lecz wiedział, że był to najgorszy obiad, jaki jadł w swoim życiu; nawet znienawidzony szpinak był setki razy lepszy niż to, co spożył przed chwilą. Każdy kęs przechodził przez gardło bardzo opornie, wiele razy powracając z żołądka. Myślał, że nigdy nie skończy tego przeklętego posiłku. Czuł się jak krowa, powtórnie przeżuwająca trawę.
Gdy kobieta skończyła zmywać, podeszła do siedzącego przy stole chłopca, nachyliła się nad nim, spojrzała prosto w oczy i rzekła:
- Teraz przedstawię ci, jakie zasady panują w tym domu. Jak już wiesz, codzienna modlitwa, po drugie: nie wolno ci wychodzić poza teren posesji, po trzecie: obiad jest zawsze o tej samej porze. Jeżeli się spóźnisz nie dostaniesz za karę także kolacji. Po czwarte: nigdy nie możesz wejść na poddasze. Jeżeli cię tam zobaczę nie chciałabym być w twojej skórze.
Tomka przeszedł dreszcz, który zmroził go do szpiku kości, jakby właśnie przeleciała przez niego śmierć. Miał wrażenie, że krew zamarzła mu w żyłach. Ciotka zauważyła to i zaczęła się mu uważnie przypatrywać. Zbladł i o mało nie zemdlał, gdyby nie to, że w ostatniej chwili przytrzymał się stołu.
- Dobrze to sobie zapamiętaj, jeżeli chcesz, abyśmy żyli w zgodzie. I jeszcze jedno, wiedz, że nie jesteś tu mile widziany, gdybyś tylko mógł pojechać ze swoimi rodzicami wcale, by cię tu nie było. Zapamiętaj to dobrze.

Teraz, gdy wspominał tamten dzień i miejsce, przepełniała go ciekawość, aby sprawdzić, dlaczego ciotka otaczała poddasze tak wielką tajemnicą, co takiego tam ukrywała. A może było to tylko jedno z wielu dziwactw starej, samotnej kobiety?
Wszedł do domu. Ściany pokryte były czarnymi plamami grzyba, a kąty pomieszczeń pokrywała pajęczyna, co potęgowało tajemniczość tego miejsca. Czuł się jak egiptolog wchodzący do nowo odkrytego grobowca faraona, na którego czekają nieoglądane od tysięcy lat bajeczne skarby i ukryte śmiertelnie groźne pułapki. Powietrze przesiąknięte było wilgocią zmieszaną z zapachem stęchlizny; typowy zapach starych niewietrzonych mieszkań. Wewnątrz panował półmrok spowodowany zaciągniętymi zasłonami. Ale gdyby nawet ich nie było, to i tak nic by się nie zmieniło, ponieważ szyby pokrywała taka warstwa brudu, że ledwie można było przez nie ujrzeć świat na zewnątrz. Ten dom był twierdzą ciotki, w przenośni i dosłownie. Otaczały go krzaki nie do przebycia, a ściany pokrywały tony brudu, niczym potężne głazy najmocniejsze mury. Praktycznie nigdy z niego nie wychodziła. Opuszczała go tylko wówczas, gdy robiła zakupy, na cały miesiąc z góry. Ciotka mogła spokojnie wytrzymać oblężenie największych armii świata.
I tak też się stało. Ostatniego dnia pobytu Tomka u ciotki.

Był wieczór, przed domem ciotki zaczęli zbierać się ludzie. Wszyscy byli uzbrojeni w kije, widły i siekiery. Tłum był niezwykle podniecony, wszyscy coś krzyczeli, wygrażając pięściami w stronę domu.
Dwa dni temu zaginęło dwoje dzieci, brat i siostra, bliźniacy. Ludzie od razu skojarzyli zbzikowaną, starą pannę ze zniknięciem dzieci, którą jako ostatnią widziano w ich towarzystwie powracającą ze sklepu. Domagali się sprawiedliwości; przygotowywano się do linczu. Wtedy jeden z mężczyzn stanął na czele tłumu i przemówił do zebranych. Początkowo ludzie jeszcze krzyczeli, lecz wkrótce wszyscy w ciszy i spokoju słuchali mężczyzny. Widocznie udało mu się przekonać tłum, ponieważ ludzie niechętnie, kręcąc głowami zaczęli rozchodzić się do domów. Tajemniczy mężczyzna, kiedy odchodził jako ostatni spojrzał na moment, dosłownie na ułamki sekund, w okno, przez które wyglądała ciotka. Przez całe to zamieszanie jej twarz była niewzruszona, zastygła w wielkim skupieniu i obojętności na to, co działo się na zewnątrz. Nieruchomy wzrok utkwiła w przemawiającym do tłumu mężczyźnie. Tomek zauważył błysk w jej oczach, kiedy jak stwierdził, uchwyciła spojrzenie swojego wybawcy. Zastanawiał się, kim był mężczyzna, który właśnie uratował im życie, i co znaczył dla ciotki?

Przeszedł korytarzem do schodów prowadzących na poddasze, stanął przed nimi i zastanawiał się, czy wejść dalej. „A jeżeli znajdę coś, czego nie powinienem był widzieć” – pomyślał. Lecz wrodzona ciekawość zwyciężyła strach. Postawił pierwsze kroki na schodach. Zdawało mu się, że nogi ma z ołowiu i wspina się na sam szczyt Mount Everest.
Odniósł wrażenie, że droga na górę trwała całą wieczność, kiedy wreszcie stanął przed mocnymi dębowymi drzwiami. Wyglądały na mocne i dość nowe, jakby ktoś się nimi opiekował, były jedynym zadbanym elementem w całym mieszkaniu, dziwnie niepasującym do popadającej w ruinę całości. Wisiał na nich duży, drewniany krucyfiks, postać Chrystusa została z niego zerwana, jakby w niekontrolowanym szale, postały tylko dłonie i stopy trzymające się na pojedynczych gwoździach. Drzwi wyglądały tak, jakby ciotka starała się za wszelką cenę ukryć za nimi jakąś potworną tajemnicę.
Co to mogło być, jaką tajemnicę skrywał pokój na poddaszu?
Pociągną za klamkę, lecz drzwi nie ustąpiły. Czuł, że powinien odwrócić się na pięcie, opuścić dom i zapomnieć o tym, że kiedykolwiek go widział. Ale znów ciekawość zwyciężyła, jakby mały diabełek usadowiony na ramieniu sączył jad do ucha Tomka. Przypomniał sobie klucz, który ciotka zawsze nosiła na szyi. Widział już go dzisiaj, leżał na stole w kuchni, przykryty grubą warstwą kurzu. Wtedy nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, ale teraz jego obraz wyraźnie stanął mu przed oczami – mały, stalowy kluczyk na czerwonej tasiemce przykryty kurzem. Zawrócił i zszedł do kuchni. Klucz leżał tam gdzie widział go po raz ostatni. Wziął go drżącymi dłońmi, uniósł na wysokość oczu i przyjrzał mu się uważnie. Oto klucz do tajemnicy ciotki. Uśmiechnął się. Włożył go do kieszeni i ruszył z powrotem na schody prowadzące na poddasze.
Wówczas usłyszał odgłos kroków za plecami. Odwrócił się i spostrzegł starszego mężczyznę stojącego w progu. Wysoki, około sześćdziesięcioletni, o krótkich zaczesanych do tyłu włosach, stał w progu i przyglądał się ze skupieniem przerażonemu jego widokiem Tomkowi.
- Kim pan jest, i co tu robi do diabła?! – rzucił.
- O to samo chciałem zapytać pana. Jestem właścicielem tego domu, i przyległego do niego terenu, który odziedziczyłem w spadku po ciotce – odpowiedział.
- Przepraszam, myślałem, że jest pan włamywaczem. Byłem sąsiadem pana ciotki. Zauważyłem, że ktoś kręci się koło domu i postanowiłem to sprawdzić?
- Zaraz, zaraz, poznaje pana, to pan uratował ciotkę od samosądu, piętnaście lat temu.
- Tak, skąd pan to wie? – zapytał ze zdziwieniem starszy mężczyzna.
- Byłem tu, kiedy te wydarzenia miały miejsce, spędzałem wakacje u ciotki. Niezapomniane wakacje. Pamiętam jak przemawiał pan do tłumu, nie wiem, co, ale gdyby nie pan, myślę, że doszłoby wtedy do tragedii. Jestem panu wdzięczny, naprawdę.
- Głupstwo, nigdy nie wierzyłem, że pańska ciotka jest zdolna do tego, o co ją posądzano. Znałem ją, była surową kobietą, ale bardzo religijną. To, o co ją oskarżano przeczyło jej wierze – mówiąc, to spojrzał na stary, zakurzony obraz ostatniej wieczerzy, wiszący na ścianie obok okna. – Rozumie mnie pan.
- Oczywiście, ja także nigdy nie sądziłem, że moja ciotka może mieć coś wspólnego z tymi oskarżeniami – skłamał. Myślał o tym setki razy, długo po tym jak już stąd wyjechał, nawet dziś, gdy tu przyjechał, taka myśl przeszła mu przez głowę.
- Dobrze pójdę już sobie, pewnie chce pan w samotności przyjrzeć się domowi. Przepraszam za moje zachowanie, ale sam pan rozumie, jak jest w dzisiejszych czasach. Trzeba uważać na złodziei.
- Nic się nie stało, dziękuję, że troszczy się pan o mój dom. – Bardziej nie szczerze nie potrafił tego powiedzieć.
- Do widzenia – odparł mężczyzna i wyszedł.
- Do widzenia – nie wiedział, czemu, ale nie lubił tego faceta i cieszył się, że się wyniósł. Kiedy wychodził, zobaczył katem oka błysk ostrza noża, który starzec chował w rękawie koszuli. Włosy zjeżyły mu się na karku, jak sierść na przerażonym kocie.
- Stary dureń – rzucił i przypomniał sobie o kluczu.
Przynajmniej wreszcie może pójść spokojnie na poddasze, odkryć jego tajemnicę, która tak długo go zżerała, od pierwszego dnia, gdy o niej usłyszał. Zanim wszedł na górę, postanowił zabrać ze sobą nóż, który zauważył w zlewie, gdy brał klucz. Był brudny, pordzewiały i tak tępy, że nie sposób było rozpoznać, która ze stron służyła kiedyś do krojenia. Co jednak najważniejsze, miał dobrze zaostrzoną końcówkę, zawsze może użyć pchnięcia, a nie cięcia w obronie, jeżeli zajdzie oczywiście, taka potrzeba. Czuł się trochę jak mały chłopiec, przed wejściem do starej komórki dziadka, w której kątach czają się olbrzymie pająki i pogrążone w śnie potwory. To było głupie, ale przezorny zawsze ubezpieczony jak mawiał zawsze jego ojciec. Uśmiechną się na wspomnienie o tym powiedzeniu, w końcu miał jakieś usprawiedliwienie lęku, który go ogarnął. Z nożem w prawej ręce i kluczem w lewej, ruszył w stronę schodów prowadzących na poddasze. Na pierwszym ze stopni poczuł, jak wielka gula podnosi mu się w żołądku i wędruje do gardła. Przystaną, wziął dwa głębokie wdechy i ruszył dalej. Czuł, że ma mokre plecy i dłonie.
„Dlaczego tak się denerwuję? Uspokój się człowieku, tam przecież nic nie ma. Nie myślisz chyba, że ciotka hodowała tak jakiegoś potwora, a nawet, jeśli, to i tak pewnie już dawno zdechł.” – W myślach próbował się uspokoić. – „Ale z drugiej strony, ciotka była zdolna do wszystkiego, więc... Przestań wymyślać niestworzone historie, człowieku opanuj się. Bała się tam wpuszczać ludzi, bo pewnie nigdy tam nie sprzątała. Głupia, leniwa baba – uśmiech wykwitł na zlanej potem, bladej twarzy.
Stanął przed drzwiami, powoli wsunął klucz w zamek i znieruchomiał.
„Może powinienem zostawić tę tajemnicę nie odkrytą, tak jak chciała tego ciotka. W takim razie, po co, przepisała mi w spadku swój dom? Może właśnie chciała, aby ktoś poznał jej sekret, czyżby, aż tak mocno gryzło ją sumienie? Przecież nawet dobrze mnie nie znała, nawet nie wiem, czy pamiętała jak mam na imię, skoro nigdy go nie wypowiedziała? Zawsze mówiła „chłopcze tu”, „chłopcze tam”, ale nigdy, przenigdy nie zawołała mnie po imieniu.” – Zastanawiał się Tomek.
Ciekawość ludzka, okazał się silniejsza, ona zawsze zwycięża, i tym razem też odniosła niekwestionowany sukces. Przekręcił klucz w zamku, który obrócił się bez żadnych oporów, tak jakby był zbyt często używany. Wstrzymał oddech i wsłuchiwał się w odgłosy domu. Pomyślał, że usłyszy oddech, starego mieszkania i skrzypienie jego starczych kości, ale jedyny dźwięk, jaki dotarł do jego uszu, to nienaturalnie szybkie bicie własnego serca. Nic poza tym, kompletna cisza, nawet jednego trzasku naprężonych desek, czy spaczonych framug. Zdawało się, że dom zamarł razem z nim, czuł to, co on i zachowywał się zupełnie tak samo. Czyżby przeczuwał coś, czego Tomek nie wiedział? Mógł jeszcze zamknąć zamek, odejść, zapomnieć o wszystkim i nigdy nie wrócić. Przeczuwał, że to najlepsze rozwiązanie, tego, co znajduje się za tymi drzwiami, nigdy nie chciałby poznać. Ale nie wiedząc, czemu drzwi nagle otworzyły się. Czyżby pchnął je ręką w zamyśleniu? Wiedział, że teraz musi tam wejść, nie zależnie, co tam znajdzie i zobaczy. Przekroczył niewidzialną granicę, z której nie można było już zawrócić.
Ostrożnie wszedł do środka. Było ciemno, jedyne okno zostało zabite deskami odcinającymi dostęp światła. Nic nie widział, oczy jeszcze nie przystosowały się do widzenia w ciemności. Kiedy już to się stało, zauważył blady kształt wielkości człowieka, leżący w rogu pokoju. Obleciał go strach, jakiego nie doznał jeszcze nigdy w życiu, poczuł, jak ciało sztywnieje odmawiając posłuszeństwa, sparaliżowane intensywnością tego doznania. Nie potrafił nawet odwrócić głowy, kiedy usłyszał trzask na schodach, a chwilę potem noc zalała jego umysł, falą jedwabistego ciepła. Poczuł silne pieczenie z tyłu głowy i zemdlał, podając z ogromnym hukiem na podłogę i wybijając sobie dwa zęby. Ale nie czuł już tego.
Gdy otworzył oczy dostrzegł oślepiająco białe światło. Powoli znikało, jak poranna mgła nad leśna polaną, a w głowie zaczął pojawiać się nieznośny ból, który potęgował się z każdym jej ruchem. Zastanawiał się, co się stało. Nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego siedzi związany na krześle z okropnym bólem pod czaszką. Czuł się, jakby jego własny mózg, chciał wydostać się na zewnątrz, torując sobie drogę za pomocą młota pneumatycznego.
- Czy słyszy mnie pan? – Głos doszedł do uszu Tomka z prawej strony.
Spróbował odwrócić w jego kierunku głowę, ale w tym momencie uderzyła go nowa fala potwornie silnego bólu. Była tak intensywna, że łzy popłynęły mu po policzkach, a przed oczami stracił całkowicie i tak zamazany przez cały czas obraz.
- Proszę nie ruszać głową, podejdę do pana.
Kiedy powrócił mu wzrok spojrzał przed siebie i ujrzał tego samego mężczyznę, z którym się już dziś spotkał. Nie wiedział, co on zamierza, a żadne wyjaśnienie nie rodziło się w pulsującym z bólu mózgu. Kojarzyło mu się to z miarowymi ruchami płuc, które jak jego mózg, raz zwiększają swoją objętość, a następnie zmniejszają. Wdech – wydech – wdech – wydech. Ból. Jak tak dłużej potrwa, mózg rzeczywiście rozwali mu czaszkę i wydostanie się na zewnątrz. Może wtedy wreszcie zazna ukojenia. Modlił się, aby nastało to jak najszybciej, gdyż pomyślał, że dłużej tego nie zniesie.
- Czy nie ostrzegano pana, aby nie wchodzić nigdy na poddasze? – Opanowany, zimny jak stal głos zapytał Tomka.
- O... O....Ostrzegano. – Wydobył z siebie z wielkim trudem.
- Więc dlaczego pan tu wszedł? Ale to już i tak nie ważne, i tak pan zginie.
- Ale ja... Ja nic nie widziałem – odparł łamiącym się głosem.
- No to pan zobaczy, przed swoją śmiercią.
Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach, jakby ktoś otworzył okno i zimny przeciąg wdarł się do pomieszczenia. Co ten mężczyzna od niego chciał, kim jest i dlaczego chce go zabić? Szukanie odpowiedzi na wszystkie te pytania było zbyt wielkim wysiłkiem dla jego obolałej głowy. Do tego wszystkiego dołączył się strach, który sparaliżował jego ciało. Nawet, jeżeli uwolniono by go z więzów, nie potrafiłby się poruszyć. Był przerażony, miał dwadzieścia pięć lat i chciał żyć. Wszystko było przed nim. Za dwa miesiące miał się ożenić. Miał plany na kolejne dziesięć lat, dobrą pracę, własny dom. Chciał wołać o pomoc, ale odebrało mu mowę. Nie potrafił wyszeptać słowa, a co dopiero krzyczeć. Życie przelatywało mu przed oczami. Ale on chciał żyć, nie chciał znać planów tego starego człowieka stojącego nad nim, pragną być wolny i zapomnieć o wszystkim. Poczuł ciepło w kroczu. Wiedział, że zrobił najbardziej upokarzającą rzecz mogącą się, przytrafić dorosłemu mężczyźnie. Oddał mocz jak jakiś smarkacz z przedszkola. Zemdlał po raz drugi.
Ocucił go kubeł zimnej wody wylany na głowę. Ból pod czaszką był już dużo łagodniejszy. Właściwie znikł całkowicie, pozostał jedynie w pulsujących miarowo skroniach. Było mu zimno. Siedział blady jak ściana, ciągle związany, na drewnianym stołku. Pokój na poddaszu był jasno oświetlony przez dużą, stu watową żarówkę wiszącą pod sufitem. Światło nie wywoływało już takiego bólu jak poprzednio. Zastanawiał się, jak długo był nieprzytomny, gdy do pokoju wszedł starzec.
- Czy poznałeś już mojego syna? – zapytał.
Dopiero teraz zauważył blade ciało jakiegoś młodego mężczyzny, mniej więcej w jego wieku, leżącego na podłodze w rogu pokoju. Przykryty był starym, spłowiałym kocem. Miał łysą głowę, zapadnięte policzki i tak bladą skórę, że wyglądał jak albinos. Postura przypominał więźnia obozu koncentracyjnego. Dziwoląg wstał. Był nagi. Podszedł do Tomka i zaczął go obwąchiwać. Dopiero teraz Tomek zauważył, że jego oczy są zasłonięte bielmem. Dwie białe, szkliste kule, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu i uczucia. Takich oczu nie mógł posiadać żaden człowiek.
- Już wiesz, co ukrywała twoja ciotka na poddaszu – rzekł staruch. – Naszego syna.
„O Boże to coś, to mój kuzyn! Brat cioteczny. Ciotka miała dziecko i nikt o tym nie wiedział. Cała rodzina tyle lat żyła w przekonaniu, że to stara panna nie posiada żadnego potomka. A jednak miała syna, którego tyle lat ukrywała w domu. Ale dlaczego, nic nikomu nie powiedział, nie wyszła za mąż, dlaczego go tu trzymała? Kim naprawdę jest ten starzec stojący nade mną?”
- Teraz opowiem ci, kim jestem, myślę, że chcesz wiedzieć, kim jest ten, który cię zabije. Staruch siadł naprzeciw Tomka i zaczął opowiadać swoją historię. – Jestem pierwszym człowiekiem i będę ostatnim. Mnie Bóg stworzył jako pierwszego, a nie jak wszyscy myślą, Adama. O nie, to ja byłem pierwszy, ale nikt o mnie nie wspomina, bo Bóg się mnie wyrzekł. W przeciwieństwie do Adam i Ewy, ja miałem od razu wszystko, także wolną wolę. Na wskutek tego wybuchało wiele konfliktów pomiędzy nami. Tak, rozmawiałem ze Stwórcą, i to wiele razy – rzekł mężczyzna, widząc niedowierzanie malujące się na twarzy Tomka - Dlatego wygnał mnie z raju i stworzył sobie inny obiekt zainteresowań. Ale drugi raz nie popełnił tego samego błędu, pozbawił człowieka życia wiecznego i wolnej woli, którą sprytnie ukrył w pamiętnym jabłku. Nie dość sprytnie, jak się zresztą okazało – zaśmiał się i pokiwał głową – O mnie szybko zapomniał. Uwierz mi, życie między wami ludźmi jest dużo ciekawsze niż w raju. Po tysiącach lat doświadczeń wiem coś o tym, między wami ludźmi nie można się nudzić, ciągle potraficie mnie zadziwić, a myślałem, że znam was na wylot.
Obserwowałem jak wasza cywilizacja raczkowała, widziałem was, kiedy byliście głupsi niż małpy. Ale On za bardzo was kocha i zawsze was wyróżniał. Dał wam rozum, a wy już sami potrafiliście z niego skorzystać, lecz zawsze z Jego drobną pomocą. Naprawdę ma słabość do waszej rasy. Nie potrafiłem i nie potrafię Go zrozumieć, to pewnie dlatego nigdy nie potrafiliśmy się dogadać. – Zamyślił się na moment i lekko uśmiechną – Ja na Jego miejscu już dawno bym z wami skończył. Niestety, nie posiadam takiej mocy. Wędrowałem przez cały świat. Przez tysiące lat zwiedziłem setki krajów, wielu z nich już dawno nie ma na mapie, a o wielu nigdy nie słyszeliście i nie usłyszcie. Może chcesz wiedzieć, kto naprawdę odkrył Amerykę, albo gdzie pojawili się pierwsi ludzie na Ziemi? A może chcesz usłyszeć coś o Neronie, Attyli, Lutrze, Aleksandrze Wielkim, Newtonie? Pytaj, o, kogo chcesz, poznałem wielu znanych ludzi. Swojego czasu, przebywając w Anglii grałem w sztuce Szekspira, której był reżyserem. Wiem o tych ludziach więcej niż nie jeden badacz historii, bo ja, znałem ich osobiście, rozmawiałem z nimi, ściskałem ich dłonie, bawiłem się na tych samych bankietach. Pewnie zastanawiasz się, czy poznałem Jezusa? – Tomek przytaknął, wciągnięty nieprawdopodobną historią starca. – Tak poznałem człowieka, którego wysłał Bóg, aby odkupić wasze grzechy. To ja skazałem Go na śmierć. Namówiłem Judasza, aby Go zdradził, za odpowiednią cenę ten człowiek sprzedałby własną matkę. Chciałem się zemścić na Jego dziecku za to, że o mnie zapomniał i porzucił, zresztą nie po raz pierwszy. To również ja namówiłem Kaina, aby zabił Abla. Wtedy tamto wydarzenie nie wywarło w nim takiej reakcji, ale gdy dowiedział się o tym, że to przeze mnie zabito Jego syna, rzucił na mnie klątwę, skaził moje potomstwo. Nie chciał mnie zabić. – Staruch zacisną dłonie w pięści. – Pragnął, abym cierpiał tak samo jak On, kiedy ginął Jego jedyny syn. Moje dzieci rzadko dożywają dwudziestu lat, a jeżeli już, to są skażone, tak jak mój syn, którego widziałeś. Aby mógł dożyć dwudziestu sześciu lat, to przeważnie górna granica życia mojego potomstwa, muszę karmić go ludzkim mięsem. Jest kanibalem, ale tylko, dlatego, że bez ludzkiego mięsa nie może żyć. Każde moje dziecko dotyka jakieś przekleństwo, nieobliczalny charakter, zniekształcone ciało, barwa skóry, nietypowa dieta – powiedział, wskazując na stojącego obok starca nagiego mężczyznę. Zapewne teraz nie zdziwisz się, jeśli ci powiem, że moimi dziećmi były takie sławy jak Kaligula, Neron, Kuba Rozpruwacz, Vlad Palownik, Gilles de Rais i wielu, wielu innych, których wymienianie zajęłoby mi całą noc. Ich przekleństwo sprawia wiele kłopotów, ale to moje dzieci, a ja jestem ich ojcem i za wszelką cenę muszę o nie dbać, nawet, jeśli popycha mnie to czasami do morderstwa. Ty mój drogi masz stać się jego kolejnym posiłkiem. – Uśmiechną się półgębkiem – A propos, twoja ciotka, była winna śmierci tych dwojga dzieci, które wtedy zaginęły. Domyślasz się chyba sam, dlaczego. To również jej dziecko. Całe życie modliła się do Boga, aby jej wybaczył, ale On nie wybacza tak łatwo, wiem to, możesz mi wierzyć. Co ty na to, trudno w to uwierzyć? Wiem, ale to prawda. Poznałeś mój mały sekret teraz zabierzesz go ze sobą do grobu. Mam nadzieje, że będziesz smakował mojemu synowi – skończył, uśmiechając się Tomkowi prosto w twarz.
Rozwiązał krepujące go liny i rzucił na podłogę. Coś, co staruch nazywał swoim synem ruszyło w jego stronę ukazując, szereg brudnych, nieludzko zaostrzonych zębów. Tomek z głową przyciśniętą do podłogi szukał ostatniej deski ratunku. I nagle znalazł ją. Z brzegu, pod łóżkiem, zobaczył nóż, który wypadł mu, kiedy zemdlał po raz pierwszy. Był w zasięgu ręki. Bestia w ludzkiej skórze zbliżała się powoli dokładnie, obserwując ofiarę swoimi pustymi, białymi oczami. Nachyliła się, chcąc rozszarpać krtań swojej ofiary.
Tomek błyskawicznie sięgnął po nóż i jednym, szybkim ruchem pchnął go w gardło bestii. Z ust wydobył się charkot, zmieszany z purpurą krwi i śliną. Mężczyzna upadł na podłogę, chwytając obiema rękami brudną stal sterczący w gardle, jak nowy, zupełnie nie przydatny organ. Przeszedł na wylot, o czym świadczyło zardzewiałe ostrze wystające z karku.
Staruch wydał z siebie krzyk rozpaczy. Podbiegł do umierającego syna. Łzy kapały mu z przekrwionych oczu, padając na głowę dziecka przyciśniętego do piersi.
Tomek wstał i wybiegł z pokoju. W głowie miał niezrozumiały szum, powstały z tysiąca myśli, które falami bombardowały jego korę mózgową. Myślał tylko o oczach bestii, której miał być posiłkiem. Zbiegając po schodach, potknął się i upadł, łamiąc sobie rękę. Nie bacząc na ból i deformację kończyny, wybiegł na podwórze i wsiadł do samochodu. Prowadzenie auta było prawdziwą męką, złamana ręka bardzo ograniczała zdolności manualne, ale determinacja i strach pozwoliły mu jechać. Pragną uciec. Chciał żyć.


Staruch sprzątną ciało. Z piwnicy przyniósł kanister z benzyną, którą oblał dom. Staną na moment przed wejściem i przyglądał się oknu na poddaszu. W końcu rzucił papierosa na rozlaną benzynę, którą płomień, niczym pełznący wąż podążał w stronę domu. Ogień bardzo szybko strawił dom.
- Odnajdę cię chłopcze. Pożałujesz, że nie dałeś się dzisiaj zabić. Ale ja mam dużo czasu, bardzo dużo – wyszeptał starzec pod nosem.
Odwrócił się i odszedł zapalając nowego papierosa.

*

Praga. Idealne miejsce na miesiąc miodowy. Tomek szedł za rękę ze świeżo poślubioną Weroniką, ładną dziewczyna o anielskiej urodzie. Co pewien czas rozglądał się nerwowo, obserwując uważnie okolicę. Sprawiał wrażenie człowieka, który czegoś się boi. W wieczornym powietrzu panował straszny zaduch, który uniemożliwiał spokojne oddychanie; zbierało się na burzę. Podrapał się po swędzącej ręce, pamiątce po złamaniu, które przypominało o sobie w czasie każdej zmiany pogody, a potem po raz drugi, w miejsce, gdzie wiele lat temu, będąc jeszcze dzieckiem poparzył się pokrzywą.
- Wspaniała noc. – Dziewczyna wyszeptała do ucha Tomka.
- Aha – odparł.
Spacerowali wzdłuż brzegów leniwie płynącej Wełtawy. Miodowe światło ulicznych lamp odbijało się w jej czarnych odmętach. Woda wyglądała jak powierzchnia bazaltu, czarnego i potwornie starego. Zatrzymali się, obserwowali płynącą po rzece barkę. Odezwała się głośna syrena. Przez chwilę poczuli się jak nad morzem, a nie w centrum środkowej Europy.
Wówczas Weronika dostrzegła mężczyznę, który przyglądał się im od dłuższego czasu. Po kolejnych pięciu minutach zauważyła, że ten sam nieznajomy ciągle nie spuszcza z nich oka. Mimowolnie przeszedł ją zimny dreszcz, który wywołał na skórze gęsią skórkę. Mężczyzna był stary i nie wyglądał na złodzieja, wzbudzał jednak w niej złe przeczucia. Jego sylwetkę spowijał mrok, ale była pewna, że nawet na chwilę nie przestaje się im przyglądać.
- Tomek, odwróć się, tylko powoli – rzekła na ucho chłopakowi zaniepokojona Weronika.
- Po co?
- Ktoś się nam przygląda.
Przez jego ciało przeszła fala bólu, jak po świeżo otwartej ranie. Nie odwrócił się, wiedział, co zobaczy. Zadziałało coś, jakby szósty zmysł, lub coś bardzo podobnego, co pozwoliło mu zgadnąć, kogo ujrzy.
- Co się stało? Dlaczego tak zbladłeś? Tomek, odpowiedz. – Weronikę powoli zaczęła zalewać fala irracjonalnego lęku.
Milczał, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Strach odebrał mu nie tylko mowę, ale i zdolność poruszania się. Stał jak sparaliżowany. Setki czarnych myśli przewalały się przez jego głowę, torturując umysł. Jak? Dlaczego? Ale przecież...
Wtedy starzec ruszył w ich stronę, wychodząc z głębokiego cienia.
- Dobry wieczór pani – rzekł i skłonił się lekko. – Witaj Tomku – dodał, posyłając najbardziej nieszczery uśmiech na jaki było go stać.
Chłopak milczał.
- Znasz tego człowieka? Powiedz coś! – dziewczyna czuła, że coś jest nie w porządku.
- Oczywiście, że się znamy. My może nie szczególnie, ale mój syn i Tomek... A propos jak tam „te” sprawy chłopcze, widzę, że oczekujesz potomka – powiedział, rzucając obleśne spojrzenie na lekko zaokrąglony brzuch Weroniki. – To niezwykłe uczucie mieć syna, patrzeć jak dorasta opiekować się nim. Taak, dzieci to prawdziwe szczęście. Co jest Tomku nie przywitasz się ze starym przyjacielem? – podał swoją pomarszczoną dłoń do uściśnięcia.
- Kim pan jest i czego od nas chce? Czy nie widzi pan, jak jest śmiertelnie przerażony? Proszę odejść! – krzyknęła Weronika.
- Zaraz młoda damo. Nie tak szybko, mamy rachunek do wyrównania z twoim mężem.
- Jaki rachunek! Proszę zostawić nas w spokoju! – dziewczyna była bliska płaczu.
Staruch sięgnął do kieszeni i wydobył z niego kawałek pordzewiałego metalu.
- Poznajesz? – rzekł, podsuwając go Tomkowi pod oczy.
Wpatrywał się w niego martwym wzrokiem, nie mogąc nawet przytaknąć ruchem głowy.
- Oczywiście, że poznajesz. To ten sam nóż, którym zabiłeś mojego syna.
- Co pan wygaduje. Szaleniec. Tomek nigdy nie zrobił nikomu krzywdy. Proszę nas zostawić w spokoju, albo wezwę policje.
- Zdziwiłabyś się młoda damo, gdybym opowiedział ci, co zrobił twój kochany mąż.
- Odejdź! – Wykrzyczała Weronika.
- Już, tylko załatwię ostatnią sprawę – rzekł i wepchnął pordzewiały nóź prosto w brzuch dziewczyny.
Było to kompletnym zaskoczeniem dla Tomka, który nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Przez cały czas sądził, że to po niego przyszedł staruch, aby dopełnić zemsty. Dopiero teraz doszło do niego jak bardzo się mylił. Widok umierającej na jego oczach żony, wyrwał go ze stanu martwego otępienia. Złapał ją w ramiona. Śmiertelnie ranna kobieta osunęła się na ziemię. Jej oczy zasnuła biel. Na twarzy wykwitł wyraz zaskoczenia pomieszanego z bólem i cierpieniem.
- Kochanie nie umieraj – błagał na skraju płaczu. – Proszę cię, nie zostawiaj mnie.
Staruch obserwował całą sytuację z szyderczym uśmiechem na twarzy. W świetle rzucanym przez lampy wyglądał naprawdę przerażająco. Jego twarz wydawała się dużo starsza i bardziej pomarszczona niż zazwyczaj. Można było odnieść wrażenie, że to już nie ten sam człowiek. Upajał się zemstą. Czy każde morderstwo wywierało na nim taki wpływ? Czy każda ofiara przybliżała go do końca? Może nie był tak bezwzględnie nieśmiertelny? Czyżby to kolejna klątwa, bo czy, będąc nieśmiertelnym nie powinien być wiecznie młodym? Dlaczego się starzał? A może to jedynie gra świateł i cieni? Te i setki innych pytań nasuwały się Tomkowi na myśl. Jednak żadnej odpowiedzi.
- Dlaczego ona, przecież nic ci nie zrobiła. To mnie powinieneś zabić – rzekł przez łzy.
- Mylisz się. Nosiła twoje dziecko. Chciałem, abyś poczuł się tak samo jak ja kilka lat temu. Pamiętasz? – zapytał staruch, unosząc brwi - Teraz wiesz jak wygląda ojcowskie cierpienie. Obserwowałem cię Tomku, obserwowałem cię od dłuższego czasu. Mogłem to zrobić już dawno, ale doszedłem do wniosku, że właśnie teraz nadeszła najlepsza okazja. Mogłem zabić ciebie albo was oboje. Postanowiłem czekać na lepszą okazję. Wiedziałem, że jeszcze nie teraz. Ale wreszcie przyszła – uśmiechnął się. – A poza tym, jak każdy potrzebowałem chwili odpoczynku. Piękne miasto prawda? Tyle wspomnień – staruch zamyślił się na moment, sięgając pamięcią wstecz. – No i najważniejsze, twoje cierpienie zostało powiększone o śmierć żony. Cóż za strata, nie sądzisz?
Zaniósł się głośnym, sardonicznym śmiechem, odrzucając głowę w tył. Tomek spojrzał na brzuch konającej Weroniki. Jej jasna bluzka w miejscu gdzie sterczał nóż pokryła się krwią, której z każdą chwilą przybywało. Delikatnie złapał za rękojeść zardzewiałego narzędzia. Dziewczyna syknęła z bólu.
- Przepraszam! – rzucił, wyrzucając jak oparzony dłonie w powietrze – Już nie będę.
Powieki Weroniki opadały; dziewczyna zapadała w wieczny sen. Staruch obserwował całą scenę z radością i zadowoleniem. Zemsta jest słodsza niż miód. Upaja niczym narkotyk, poznał jej smak już setki razy.
- Boże, pomóż mi. Proszę, nie zabieraj mi jej. Proszę! – zapłakał, a łzy spadły na czoło umierającej małżonki.
- Bóg? To ostatnia osoba, którą powinieneś prosić o pomoc. Możesz mi wierzyć. Kto jak kto, ale ja wiem o tym najlepiej – rzekł i odszedł, kryjąc się w mroku nocy.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -