Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Czerwony Kapturek

Daria Stromczyńska

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku stała na dachu. Właściwie nie stała, a najwyraźniej sama ze sobą grała w klasy. Odwróciłam się, machinalnie uciszając terkoczący upiornie budzik, a kiedy ponownie spojrzałam w okno, dziecka już nie było.
"Bo i skąd miało się wziąć dziecko na dachu ośmiopiętrowca, kretynko?" stwierdziłam samokrytycznie
i ruszyłam w kierunku komputera, po drodze przygotowując w kuchni kubek kawy rozpuszczalnej. To mój taki mały, poranny rytuał - pierwszy papieros i pierwsza kawa wypita przed monitorem, podczas sprawdzania najnowszych e-maili i ewentualnie obejrzenia odcinka jakiegoś serialu na youtube, czy innym google video. Gotowa jestem wstać wcześniej, byle móc zacząć dzień w taki właśnie sposób.
W tramwaju - tłok, norma w dużym mieście przed ósmą rano. Częściej chodziłam piechotą, ale dzisiejszy mglisty poranek nie zachęcał do spacerów.
- Głupia pizda, zapierdalałem całą noc, a ta rzyć posadziła. - Usłyszałam niechętny głos. Facet stojący nad moją głową, wyglądający na robotnika budowlanego, zmierzył mnie niechętnym spojrzeniem.
- Gbur - warknęłam.
- Co za pojebana baba. - Dodał, nie otwierając ust. Przez chwilę wpatrywałam się w niego w osłupieniu, po czym spłoszona spojrzałam w okno. No dobra, miałam lekkiego kaca po wczorajszym spotkaniu
z dziewczynami w pubie, ale zwidy to już chyba przesada.
"To pewnie ktoś za nim coś mówił, w tym tłoku wszystko jest możliwe" - zauważyłam po chwili. Nieco uspokojona, zajęłam się wypatrywaniem mojego przystanku.
Dużo do wypatrywania nie było, tramwaj właśnie podjeżdżał do rynku, po pięciu minutach byłam już
w redakcji.

- Pani Moniko, zerknęła pani w to nagranie do transkrypcji? - Przywitał mnie "słodki" głosik szefowej.
O, cholera... zerknąć zerknęłam, nawet zaczęłam odsłuchiwać, ale zaraz potem zadzwoniła Kaśka, potem Jola... coś tam brzęczało w tle, ale nieco bardziej zajmowało mnie ustalanie, w jakiej knajpie i o której się umawiamy... .
- Zaczęłam, ale miałam awarię sprzętu. - Zełgałam na poczekaniu, patrząc szefowej prosto w oczy
i modląc się by nie zauważyła, że moje są podkrążone.
Nie zauważyła.
- Już w porządku? Wie pani, jak ważny dla nas jest ten materiał, dodatek wychodzi już za tydzień. Jeżeli są jakieś problemy, proszę przekazać to...
- Nie trzeba, dzisiaj przychodzi znajomy informatyk, na pewno do czwartku dostanie pani gotową transkrypcję. - Wpadłam jej w słowo.
- To dobrze. - Skinęła głową, odwróciła się i ruszyła do drzwi.
- Radzę zażyć aspirynę, lub coś w tym rodzaju - kiepsko pani dzisiaj wygląda... - rzuciła wychodząc.
No tak. Jednak zauważyła.

Urwałam się wcześniej do domu pod pozorem pilnej roboty po czym uznając, że przydałaby mi się solidna porcja witamin, poszłam na obiad do "Złotego Osła" - całkiem niezłej (i niedrogiej) wegetariańskiej restauracji. Nieco się przejaśniło, a i mnie nie chciało się wracać do rynku na tramwaj, zatem do domu ruszyłam "piechtobusem" - jak to mawia pewien mój kolega z redakcji.
Kiedy przechodziłam koło nieczynnego (i obskurnego, mimo całej zabytkowości) budynku starego dworca kolejowego, skrzypnęły drzwi od dawno zamkniętej, poprzedniej siedziby Mega Klubu. Nieco rozleniwiona posiłkiem zwolniłam kroku, spojrzałam z ciekawością - drzwi pozostały lekko uchylone, jednak w ciemnym wnętrzu nikogo nie było widać.
W sumie nie moja broszka, wzruszyłam zatem ramionami i poszłam dalej. Jak większość wyznaję zasadę "nie moje małpy, nie mój cyrk" - choć ludzie różnie to ujmują, sens pozostaje ten sam. Nerwy ruszyły mnie dopiero, kiedy zauważyłam zniknięcie kiosku, stojącego przy końcu parkingu. Każdego by ruszyły, jeszcze wczoraj kupowałam w nim papierosy, a słowo daję, nie piję aż tyle, by mieć zaniki pamięci... . Zrobiło mi się jakoś dziwnie. Nie, nie przestraszyłam się, nie wpadłam w panikę, nic z tych rzeczy. Po prostu... dziwnie. Chwilę postałam patrząc na miejsce, gdzie jeszcze wczoraj stał "Ruch"
i znacznie żywszym tempem ruszyłam w stronę domu, nie opuszczona przez myśl o kiosku.
W sumie... jestem roztargniona, pewnie była jakaś kartka, że go przenoszą czy coś... co w tym niezwykłego, ciągle dzieją się podobne rzeczy, mogłam nie zauważyć.
A jednak... a jednak nie opuszczało mnie wrażenie, że coś jest nie tak. Idąc obejrzałam się ze trzy razy, zupełnie, jakby ktoś mnie gonił. Nie, nie czułam na sobie żadnego spojrzenia czy upiornego oddechu, po prostu nie potrafiłam się powstrzymać. Po drodze jakby nigdy nic zrobiłam drobne zakupy na Placu Miarki, zajrzałam do drogerii i tyle. Nic się niezwykłego nie działo, ludzie szli w różne strony jak i ja, słońce na dobre wyszło zza chmur. W domu zabrałam się za tę nieszczęsną transkrypcję. Jak czwartek to czwartek, dzisiaj wtorek, czasu mało. Mechanicznie odsłuchując i spisując nagrane przez jakiegoś profesorka czy też docenta (mam kiepską pamięć do nazwisk i tytułów) wyjaśnianie źródeł i podtekstów baśni, legend i innych tego typu bzdurek, co jakiś czas wracałam pamięcią do kiosku. Próbowałam odtworzyć sobie jego wygląd, szczegóły i przypomnieć, czy widziałam kartkę z napisem tłumaczącym
w jakikolwiek sposób jego zniknięcie. Niestety, guzik. Z pętelką zresztą. Ni hu hu nie widziałam nic, poza ręką kasującą 5,75 za "Nexty". W końcu musiałam dać spokój tym rozważaniom, bo zaczęłam zamiast słów profesora (tudzież docenta) opisywać zegarek, w jaki była zaopatrzona anonimowa ręka.

Andrzej zadzwonił koło dwudziestej, z propozycją "małej kawy" - jak on to nazywał. Mała kawa... akurat. Ale po pokonaniu ponad połowy nagrania odrobina rozluźnienia była nawet pożądana, więc nie bawiąc się w zbytnie certolenie zmieniłam sportową bluzę na nieco swobodniejszy strój (wiecie, co mam na myśli...) i wyszłam z domu. Było już prawie ciemno, czekanie na windę umilałam sobie wyglądaniem przez okno klatki schodowej. Po drugiej stronie podwórza, w oknie nieruchomo stał facet - a raczej cień faceta i patrzył na mnie. Nie mam pojęcia, skąd wiedziałam, że się we mnie wpatruje, ale nagle poczułam pewność, że tak po prostu jest. Podjechała winda, wsiadłam, zjeżdżając na dół doszłam do wniosku, że pewnie to tylko złudzenie, coś, co było tam zawsze i na pewno nie jest jakimś gapiącym się facetem,
a poza tym - no kurcze, jak też się na niego gapiłam, więc o co chodzi, ale jednak coś jest nie tak, nie wiem co... . Gonitwę myśli przerwało zgrzytnięcie windy stającej na parterze, a przez resztę wieczoru miałam inne zajęcia, niż myślenie o facetach w oknie.
Kiedy wracałam do domu kątem oka zauważyłam, że chłop znowu (dalej?) stoi, pokazałam mu język (czego pewnie i tak nie zauważył) i po szybkim prysznicu poszłam spać. I nie zamierzałam ruszać się z łóżka mimo, że około pierwszej (drugiej?) w nocy obudziło mnie pukanie do drzwi.

Rano gnałam do pracy jak poparzona, oczywiście zaspałam i nie obudził mnie nawet upiorny budzik. A raczej obudził, ale dopiero po 20 minutach (cholerna opcja "wstrzymywanie..."). Wpadłam do redakcji w ostatniej chwili, dosłownie kilkanaście sekund przed szefową, witana rozbawionymi spojrzeniami kolegów (ciekawe, skąd ci faceci zawsze wiedzą???). Za to z satysfakcją pomachałam szefowej przed oczami ponad połową wykonanej roboty, a kiedy zerknęłam w lustro w redakcyjnej łazience z niejakim zdziwieniem musiałam uznać, że o dziwo wyglądam znacznie lepiej, niż wczoraj.
Wracając do domu, nie poświęciłam już zbytniej uwagi znikającym kioskom. W przejściu pod torami kolejowymi siedziała cyganka z małym dzieckiem - które w czasie gdy jego matka kiwała się rytmicznie
w takt słów "dajcie na mleko, dajcie..." wieszało się przechodniom na rękawach. Starałam się przyspieszyć kroku, ale niestety człowiek za którego usiłowałam się schować, był szybszy. Dzieciak doskoczył do mnie, złapał za kurtkę i spojrzał błagalnie w oczy, po czym jakby piorun w niego uderzył - wykrzyknął coś dla mnie niezrozumiale, odbiegł i schował się w ramiona matki. Teraz już oboje patrzyli na mnie przerażonym wzrokiem. Głupio się poczułam, co innego nie życzyć sobie, aby ktoś wieszał się na twoim rękawie, co innego straszyć małe dzieci (i ich matki - przemknęło mi przez głowę). Kiedy kilka metrów dalej obejrzałam się, oboje wciąż wpatrywali się we mnie tymi samymi, wielkimi oczyma sarny w obliczu wilków.

Nie lubię takich wieczorów, kiedy wiatr uderza pięściami w okna, toteż włączyłam telewizor, zaciągnęłam zasłony i szczelnie opatulona kocem zajęłam się lekturą.
"Ładną pogodę diabli wzięli" - pomyślałam wściekle, acz niesłusznie. Halny raczej ocieplenie zapowiada. Sama nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudził mnie jakiś dźwięk, nie zdziwiłam się specjalnie, zwykle budzi mnie telewizor - który mam zwyczaj w półśnie gasić koło drugiej w nocy. Psińco, nie telewizor. Prądu nie było, może wiatr zerwał kable, z nagle zbudzoną czujnością zaczęłam wsłuchiwać się w noc. Ktoś pukał do drzwi. Trochę upierdliwe o tej porze i szczerze mówiąc, mocno niepokojące. Wyobrażacie sobie? Wicher duje, prąd szlag trafił, a jakaś cholera tak sobie... puka. "Brakuje tylko drzewa drapiącego gałęziami w okno" - pomyślałam. Zaspana podeszłam do drzwi, przytomności umysłu starczyło mi tylko na tyle, aby spytać "kto tam". Nietrudno się domyśleć, że nikto, czyli odpowiedzi brak. Zrobiło mi się bardzo zimno, ale to nie powietrze się ochłodziło, ten chłód urodził się w moim sercu i ogarnął całe ciało. Bardzo powoli cofnęłam się w stronę tapczanu, przy okazji potykając się o listwę progową w drzwiach pokoju
i mało nie wybijając sobie zębów. No śmieszne, jak nie wiem... ja tam zrobiłam się zielona. Nie wiem, skąd wiedziałam, ale wiedziałam i byłam pewna, że za drzwiami czeka... ktoś? Coś? W każdym bądź razie, nie zamierzałam wnikać w szczegóły, już samo uczucie było wystarczająco przerażające. Zadrżała szyba pod kolejnym uderzeniem wiatru, którego wycie przetoczyło się przez moje M, w szparze między zasłonami słabo prześwitywał poblask ulicznych lamp. Nie przyszło mi do głowy, aby szukać świeczki
i czymkolwiek rozjaśnić mrok. Ba... bałam się nawet rozsunąć zasłony. Nie wiem, o której zasnęłam.

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku skakała przez skakankę, nucąc coś pod nosem. Sennie przetarłam dłonią twarz, zerknęłam ponownie, mała nagle zatrzymała się, odwróciła i spojrzała prosto
w moje oczy. Nerwowo zacisnęłam powieki, a kiedy je otworzyłam, dach bloku naprzeciwko był pusty, nie licząc kilku gołębi.
"Zaraz, zaraz, czy ja nie zostawiłam zaciągniętych zasłon?" - Przemknęła mi przez głowę myśl natychmiast zagłuszona dziesiątkami innych, znacznie bardziej prozaicznych. W zasadzie spieszę się do pracy, poranne zwidy u zaspanego człowieka to norma, obudź się kobieto, kawa, prysznic, makijaż, praca... . Oczywiście, paznokieć mi się złamał. Oczywiście, zgubiłam jeden kolczyk. Oczywiście, gdzie są te cholerne klucze... oczywiście wpadłam do redakcji w ostatniej chwili goniona natrętną myślą, że gdy wbiegałam do budynku, gdzieś za rogiem mignęło mi dziecko ubrane identycznie jak moja poranna
(a może posenna?) złuda, mój "czerwony kapturek". Gotową transkrypcję rzuciłam w przelocie na biurko sekretarki szefowej.
Zadzwonił telefon.
- Oho, księgowa. Romuś, rąbnąłeś się przy rozliczaniu delegacji, współczuję - zażartowałam. Nasza księgowa to swoją drogą miła kobieta, ale - delikatnie mówiąc - bardzo stanowcza w kwestiach finansowych, do których dla odmiany Roman ma podejście wyjątkowo lekceważące.
Kiedy po chwili Romek odłożył słuchawkę, spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Masz jakieś przecieki? Awanturę mi zrobiła, że hej.
- No co ty, zgadłam? - Zdziwiłam się szczerze.
- W dziesiątkę trafiłaś. Ja się z tą babą nigdy nie dogadam, trzy razy sprawdzałem i jeszcze źle.
Odpowiedział ponuro.
- No i popatrz, a tak sobie palnęłam! - Ucieszyłam się nie wiadomo, z czego. Oczywiście, poskutkowało to obrazą Romusia na resztę dnia, ale tak byłam zawalona robotą, że jego milczenie bardziej mi pomagało, niż przeszkadzało.
Z racji gwałtownie topniejących zasobów finansowych (a do wypłaty jeszcze tydzień...) i mojej żywiołowej niechęci do gotowania, na obiad udałam się do Baru Mlecznego "Europa". Ehhh, gdzie te czasy, kiedy takie bary były na rogu każdej większej ulicy... . Po odebraniu "mielony... raaaz!" zajęłam miejsce przy
- o dziwo - pustym stoliku i rozejrzałam się po wnętrzu. No tak, emeryci, studenci... ooo, nawet elegant
w garniturze się znalazł! Zaczęłam już jeść, kiedy coś mnie zaniepokoiło, dziwne wrażenie, że ktoś na mnie patrzy. Rozejrzałam się. W rogu siedział mocno starszy pan w zniszczonym palcie, wpatrywał się we mnie i mechanicznym gestem unosił do ust łyżkę z zupą. Wznosi się, opada, nabiera, wznosi się, opada... . Człowiek nie spuszczał ze mnie nieruchomego spojrzenia, a każda nabrana łyżka zupy zamiast trafiać do jego ust, wylewała swoją zawartość na brodę mężczyzny, szyję, skapywała do talerza po czym ponownie wędrowała w dół, napełniała, wznosiła. Usta starszego pana były zaciśnięte w nieruchomą kreskę. Wypadł mi widelec, kilka osób spojrzało na mnie, ale nikt - dosłownie nikt, nie zwracał uwagi na mężczyznę w kącie.
Straciłam apetyt. Odstawiłam napoczęte danie i pospiesznie opuściłam bar, nie oglądając się nawet - wciąż czułam na plecach nieruchome spojrzenie.

Całą drogę do domu tłumaczyłam sobie, że przecież takich dziwaków nie brakuje. Pewnie wszyscy go tam znają, dlatego nie zwracają na niego uwagi, a ja sobie wymyślam i wyolbrzymiam.
"Nie jesteś pępkiem świata" - skarciłam się na koniec. Tak czy owak, humor na resztę dnia jak ręką odjął. Aby go sobie nieco poprawić, zrobiłam dzbanek mocnej herbaty z plastrami pomarańczy i cytryny,
a resztę dnia spędziłam czytając "Prawdę" Pratchetta. Wieczorem włączyłam telewizor, oglądałam wszystkie filmy, jak leci. Jakoś nie chciało mi się spać. Do drzwi ktoś zapukał dokładnie 1.15 i słowo daję, nie spałam. Przez myśl przemknęło mi, że po pierwsze mam dzwonek. Działający! Po drugie, to nie pierwszy raz... .
Nie, nie podeszłam do drzwi, nie pytałam, kto tam, w ogóle nie ruszyłam się z tapczanu, tylko nasłuchiwałam. Pukanie powtórzyło się i ucichło.

Nie wstałam w najlepszym nastroju, chociaż akurat w piątek nie miałam żadnych problemów
z pobudką. Zwyczajnie, po prostu prawie nie spałam. Przez dobre pięć minut wahałam się, czy spojrzeć
w okno... raz kozie śmierć. Ulga, kamień z serca. Dziecka na dachu nie było, za to przez mgłę powoli przebijało się słońce. Wszystko szło gładko, jakbym nie miała za sobą nieprzespanej nocy. Przed samym wyjściem z domu zawahałam się - zapowiadali ocieplenie, właściwie nie wiem, w co się ubrać? Chwilę mocowałam się z drzwiami balkonu, wyszłam na zewnątrz, w zasadzie chyba faktycznie będzie ciepło... jakiś cień zamajaczył po mojej prawej stronie. Odwróciłam głowę. Dziewczynka w czerwonym płaszczyku stała kilka metrów ode mnie, na dachu niższego budynku obok i wpatrywała się we mnie, nucąc pod nosem jakąś melodię.
Dosłownie szarpnęło mnie do tyłu, wpadłam do mieszkania omal nie wybijając szyby w drzwiach. Nerwowo zatrzasnęłam balkon, nogi ugięły się pode mną, ręce zadygotały i jak stałam, usiadłam na podłodze.
Tego już nie mogłam zignorować. Po chwili doszłam do siebie na tyle, aby wyjść z domu. Niestety, tylko do redakcji, chociaż najchętniej udałabym się od razu na koniec świata (albo do psychiatry). Starałam się po drodze na nikogo nie patrzeć, niczego nie słyszeć, chociaż wciąż w uszach brzęczała mi nucona przez małą melodyjka. Sama już nie wiedziałam, czy to "czerwony kapturek" podąża za mną, czy też melodia utkwiła w mojej głowie.
W pracy się uspokoiłam. Na szczęście, chociaż miałam trochę roboty, nie było to nic pilnego - mogłam na dobre pogrążyć się we własnych myślach. Kiedy to się zaczęło? Dlaczego? Skąd?
Nie doszłam do żadnych konstruktywnych wniosków, postanowiłam natomiast zaraz po weekendzie udać się do jakiegoś specjalisty. Może jakaś trauma, przepracowanie w połączeniu z rozbuchaną wyobraźnią
i nader rozwiniętym poczuciem ego poskutkowało takimi oto efektami. Chwilowo z mocnym postanowieniem nie zwracania uwagi na wytwory mojej wyobraźni zajęłam się korektą ("ale dlaczego
w czerwonym płaszczyku?").
W domu wyłączyłam telefon - w piątek pół miasta wyrusza "w tango", a około dziesięć procent owej połowy dzwoni, usiłując wyciągnąć mnie z domu ( z czego jedna czwarta owych dziesięciu procent robi to już po kilku głębszych i dzwonią najczęściej w najciekawszym momencie piątkowego telewizyjnego hitu.
Z bliżej dla mnie niepojętych przyczyn, nadawanego grubo po 22. Nie mam tu na myśli powtórkowej sieczki o 20...). Przejrzałam gazety, trochę pobuszowałam w necie i rozłożyłam się przed telewizorem
z maseczką (miód, śmietana, ogórek) na twarzy. Do wanny lała się woda na gorącą kąpiel - z solą morską, a jak, trzeba się rozpieszczać. Chwilę później idąc do łazienki przelotnie zerknęłam w lustro
i doszłam do wniosku, że chwilowo to ja mogłabym przestraszyć ewentualnego zwida. Zmyłam maseczkę, weszłam do wanny. Zawsze, kiedy woda wypełni mi uszy, słyszę dźwięki dobiegające z mieszkań dookoła - czyjś głos pytający o jutrzejszy wyjazd, telewizor, brzęk sztućców. Takie dźwięki, których na co dzień nie słyszymy. Gorąca woda zaczęła mnie odprężać, wsłuchałam się w codzienność wokół mnie. Przez zwyczajność zaczęło się coś przebijać - najpierw cichutko, jak brzęczenie muchy, potem coraz głośniej - aż usłyszałam to tuż przy moim uchu, jakby ktoś był obok. Dziewczynka nucąca melodię.
W panice mało nie zachłysnęłam się wodą, usiłując jak najszybciej usiąść i spojrzeć w bok, palce zsunęły mi się po krawędzi wanny. Oczywiście, obok nikogo nie było. Ani w wannie, ani obok, nigdzie.

Zasnęłam z trudem i pierwszy raz w życiu pożałowałam, że nie mam w domu żadnego nasennego procha. Obudził mnie zimny podmuch, spojrzałam w okno i ze zdziwieniem zauważyłam, że jest otwarte. Przysięgłabym, że je zamykałam... wstałam, aby je domknąć, odruchowo spojrzałam w stronę pokoju.
W półmroku rozświetlonym przez nie wyłączony komputer zobaczyłam wysoką sylwetkę mężczyzny.
Obudziłam się i to od razu siadając. Okno było oczywiście zamknięte. Pokój pusty. Ale nie zasnęłam już do świtu, zapaliłam lampkę nocną i czytałam.

W sobotę spakowałam kilka rzeczy i zaraz z rana wprowadziłam się na weekend do Jolki. Nawet się ucieszyła, jej mąż wyjechał na trzymiesięczny kurs do Wiednia i nudziła się potwornie. Na obiad zamówiłyśmy pizzę, wieczorem otworzyłyśmy butelkę francuskiego "szampana", wytrawnego do przesady. Rozsiadłam się na szerokim parapecie jej kuchni, Jolka podgrzewała ruskie pierogi roboty teściowej (szampan i pierogi? A co, nie wolno?).
- Słuchaj... - zaczęłam z namysłem, powoli obracając w palcach kieliszek - ostatnio dziwne rzeczy mi się przytrafiają.
- Mów, ja cię słucham - Jolka zerknęła na mnie, mieszając widelcem cebulkę.
- Kurczę, sama nie wiem, może ja już oszalałam? Ta dziewczynka, pukanie do drzwi... .
- Słonko, po kolei, bo na razie nic z tego nie rozumiem.
Tak naprawdę opowiedziałam wszystko, usiłując ułożyć zdarzenia chronologicznie i nie ominąć niczego późnym wieczorem, kiedy szampan dawno już się skończył i napoczęłyśmy butelkę czerwonego wina. Też wytrawnego. Tu trzymałyśmy się jakiejś konwencji.
- A ja myślałam, że pooglądamy sobie jakiś horror na DVD - z wyraźnym żalem rzekła Jolka po chwili milczenia, kiedy wreszcie skończyłam opowieść.
- No weź ty się nie wygłupiaj! - Żachnęłam się. - Doradź raczej, psychiatra, czy co?
- Bez przesady, psychiatra. Jak się boisz, to idź, ale jesteś jedną z najbardziej trzeźwo myślących osób, jakie znam.
- O ile nie jestem pod wpływem.
- O tym właśnie mówię, trzeźwo myśląca i - nie obraź się - nieco cyniczna. Nie, tu chyba chodzi o coś innego. A u mnie? Też coś widzisz, słyszysz?
- Chwilowo ciebie, dodatkowo czuję, że się przejadłam.
- Dobra, nie wygłupiajmy się. - Jolka spoważniała - Wierzę ci, bo wiesz, że zawsze wierzyłam w takie rzeczy, a w balona mnie chyba nie robisz?
- Chciałabym. - Westchnęłam ponuro.
- A może pogadasz z nimi?
- Z kim?
- No z tą dziewczynką, facetem czy co tam widujesz.
- A dajże ty mi spokój, jak zacznę z nimi prowadzić dysputy to ani chybi w Tworkach mnie zamkną! - Przeraziłam się.
- A ja bym zapytała, czego chcą. Gdyby tu była moja babcia to powiedziałaby ci, że aby pozbyć się takich bytów, trzeba dać na mszę za ich duszę, ale ja myślę...
- Gdyby twoja babcia zaczęła mi teraz cokolwiek doradzać, dostałabyś zawału - zauważyłam trzeźwo. Babcia Jolki nie żyła od ponad trzech lat.
- To w końcu chcesz mojej rady, czy nie? - Zdenerwowała się. Jolka, nie jej babcia.
- Chcę. Sorki, po prostu jestem wzburzona i próbuję jakoś sobie z tym wszystkim poradzić.
Przyjaciółka chwilę wpatrywała się gdzieś ponad moim ramieniem.
- Powinnaś zrobić znak krzyża kredą święconą. - Oznajmiła stanowczo.
Zatkało mnie.
- Gdzie? Na drzwiach mieszkania, czy sobie na czole? Bo w to, że oblecę całe Katowice wszędzie robiąc jakieś znaki nawet nie licz.
- Zapomniałam, że to nie dom jest nawiedzony. A może jednak? Tutaj przecież nic się nie dzieje?
- Może. Oby. No dobra, załóżmy, że to duchy z mojego mieszkanka uganiają się za mną po całym mieście. Ale niby dlaczego i po co? Mieszkam tu już dobrych siedem lat i co, teraz się objawiły? Wróciły
z urlopu?
Jolka chwilę przetrawiała informację, po czym wyraźnie się ożywiła.
- A może ostatnio ktoś w twoim bloku umarł? No, przypomnij sobie, jakiś dziadek z wnuczką? - Rzuciła ochoczo.
Pokręciłam głową zrezygnowana.
- Nikt nie umarł, ja nikogo nie zabiłam, nie wywoływałam duchów, nie odebrałam tajemniczego telefonu,
a kasety z dziewczynką wyłażącą ze studni nawet bym nie miała na czym obejrzeć, bo nie mam magnetowidu.
- Szkoda - westchnęła Jola z wyraźnym żalem. Nie wiem, czy z powodu braku śmiertelnych wypadków
w moim otoczeniu, czy też magnetowidu.
Poszłyśmy spać około trzeciej nad ranem. Nic nie pukało (a przynajmniej ja nic nie słyszałam), a rano wstałam z tak potwornym kacem, że choćby tuzin dziewczynek tańczył kankana przed moim nosem, niewiele by mnie to obeszło.
Wieczorem musiałam udać się do domu. Właściwie nie musiałam, ale wrodzone lenistwo... Jolka mieszka w Murckach, nie chciało mi się dojeżdżać codziennie tyle do pracy. A zresztą, tak odreagowałam w ten weekend, że zwidy wywołane stresem - bo byłam już pewna, że to był po prostu stres, w końcu nic dziwnego mnie przez te dwa dni nie spotkało - powinny zniknąć bezpowrotnie.
Niespodzianka. Ledwo wysiadłam z windy, w oknie po drugiej stronie podwórza zobaczyłam znajomą sylwetkę. Otwierając drzwi do mieszkania zaczęłam poważnie rozważać możliwość nabycia poświęconej kredy.

Znów byłam dzieckiem. Z grupą przyjaciół szliśmy ścieżką wzdłuż ogródków działkowych. Wszystko było takie typowe, normalne, piękny dzień, piękny sen, beztroskie dzieciństwo. Na końcu ścieżki wyrosła brama, zwyczajna furtka z tabliczką o zakazie wprowadzania psów i czymś tam jeszcze, wejście na cmentarz przy ulicy Sienkiewicza. Weszłam, obejrzałam się, ale pozostałe dzieci stały nieruchomo,
z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciał, wpatrując się we mnie nagle spoważniałym wzrokiem. Przy jednym
z grobów stała grupa mnichów, otaczali nagrobek pogrążeni w modlitwie. Podeszłam bliżej zaciekawiona, kto też jest tam pochowany. Kiedy byłam już tuż - tuż i wyciągałam szyję, aby dojrzeć nazwisko, mnisi odwrócili się. W miejscu twarzy spod kapturów ziała czerń.

Obudziłam się zlana potem. Do drzwi ktoś pukał. Włączyłam telewizor i w stanie senno - jawy doczekałam do rana. Zadzwonił budzik, nie chciałam, broniłam się, ale w końcu spojrzałam w okno.
Dziewczynka stała na balkonie, dłoń przyciskając do szyby.
W tramwaju kakofonia słowomyśli była nie do zniesienia.

- Pani Moniko, może powinna pani wziąć kilka dni urlopu? Albo iść do lekarza? - Szefowa wyglądała na szczerze zatroskaną.
- Jutro rano pójdę - starałam się uśmiechnąć - tak na wszelki wypadek, nie najlepiej się czuję, chyba grypa.
- Koniecznie. I proszę iść już dzisiaj, naprawdę fatalnie pani wygląda, najlepiej, gdyby poszła pani od razu.
Nie powiem, abym odczuła ulgę, niemniej... zawsze to jakaś miła perspektywa. Wyglądałam jak swoje własne zwłoki, każdy lekarz bez wahania dałby mi L - 4 choćby na miesiąc.

Na razie dostałam na tydzień. Zadzwoniłam do Jolki, czy mogę się do niej przenieść na jakiś czas.
- Koniecznie słońce, przyjeżdżaj. Coś razem wymyślimy.
Pozostało mi spakować się, pozamykać dom. L - 4 postanowiłam zanieść do pracy w drodze na przystanek autobusowy.
Właściwie wszystko miałam już gotowe, tylko zgasić komputer - pracujący u mnie w systemie praktycznie całodobowym. Zaczęłam zamykać poszczególne programy, nieco zdziwiłam się, że wciąż włączony mam odtwarzacz, na którym pracowałam z transkrypcją. Nie pytajcie, jaki, dzisiaj już nie pamiętam, a używam kilku. Odruchowo odpaliłam nagranie - zawsze tak robię, zanim coś wykasuję. Odezwał się profesor (docent? Do dzisiaj nie wiem...), a w tle usłyszałam znajomą melodyjkę, nuconą przez dziewczynkę.
No żesz by to... "kasuj", "opróżnij kosz", "wyłącz komputer". Dopiero po chwili dotarło do mnie, że może warto byłoby posłuchać, co też profesorek dokładnie mówił bo - aż głupio się przyznać - poza ogólnikowym zapamiętaniem, że coś o źródłach legend i tym podobnych, kompletnie nic nie utkwiło mi
w głowie.
Wpadłam do pracy dosyć ożywiona, przekazałam zwolnienie i rzuciłam torbę z rzeczami koło swojego biurka. Odpaliłam komputer. A gdzie, e-mail z przesłaną z redakcji do mojego domu transkrypcją dawno przepadł. Kasujemy na bieżąco, ale miałam nadzieję... niestety, na prywatnym mailu też nic. Nie mam ustawionej opcji "zapisz" w wysyłanych, chociaż już dawno obiecałam sobie, że to zrobię... zmełłam
w ustach przekleństwo, chłopcy patrzyli na mnie jak na wariatkę.
Szefowa była u siebie.
- Przepraszam pani Haniu, zostawiłam L - 4, chciałam tylko zapytać o pewną rzecz... - zagaiłam.
- A długo pani nie będzie?
- Tydzień, to grypa. Chciałam zapytać...
- A proszę pytać, proszę. - Znowu wpadła mi w słowo.
- ... ta transkrypcja, pamięta pani? Ta pilna, do aktualnego dodatku. Chciałam się upewnić co do pewnego szczegółu, a wykasowałam ją z komputera.
- Proszę zapytać pani Mariolki, ale na poprawki i tak już za późno, numer jest w druku. Niemniej nie sądzę, aby pani gdzieś się pomyliła. Przesłuchiwałam to, tekst wiernie oddał nagranie.
- Chodzi mi o tytuł tej piosenki w tle. Nie jestem pewna, czy dobrze go zapisałam.
- Jakiej piosenki? - Szefowa spojrzała na mnie podejrzliwie. - Pani Moniko, czy pani nie ma gorączki?
- Przepraszam, musiałam to pomylić z inną transkrypcją. - Bąknęłam, pożegnałam się grzecznie
i ruszyłam szukać Marioli. Zastałam ją nad stertą jakichś papierzysk przy kserze, mamroczącą pod nosem inwektywy w bliżej niesprecyzowanym kierunku.
- Mariolka, błagam... to nagranie, z którego robiłam transkrypcję do dodatku - masz to?
- To miało iść do wywiadu, czy na artykuł? - Sapnęła, zdmuchując z czoła kosmyk włosów (słowo daję, mogłaby dziewczyna iść do fryzjera, czy co...).
- Diabła pytaj, czy ja wiem, dla kogo i po co robię transkrypcje? To takie o bajkach było czy coś... .
- Czekaj, pamiętam, ale komputer mi padł i wszystko się wykasowało. Daj spokój, widzisz, że ja już
w trzech osobach powinnam być. O kurde... - wymamrotała pod ciężarem papierzysk i ruszyła w stronę swojego biurka.
- A kojarzysz chociaż tę melodyjkę w tle? Tytuł? - Jęknęłam, w sumie będąc przekonaną, że nie słyszała melodyjki, a ja już witam się z uroczym domem bez klamek.
"Podobno ogródek wolno tam uprawiać" - rozmarzyłam się przez ułamek sekundy.
- Z popielnika na Wojtusia. - Dobiegł mnie głos Mariolki.
- Że co proszę? - Tu mnie dosłownie wbiło w podłogę.
- Iskiereczka mruga i takie tam. Ta melodyjka, w tle.

- Porazińska - zakrzyknęła Jolka znad komputera. Siedziałam w jej mieszkaniu po czubek nosa owinięta kocem.
- Co, Porazińska?
- Napisała "Bajkę Iskierki", to słowa do tej twojej melodii.
- Naprawdę sądzisz, że Porazińska mnie nawiedza w celu zapoznania mej skromnej osoby z własną twórczością?
- Nie wygłupiaj się. Sprawdziłam w necie po prostu, muzyka tradycyjna. Kompozytor nie znany. Jolka weszła do pokoju, brzęknął dzwonek wietrzny których miała pełno w mieszkaniu.
- I co z tym zrobisz? - Spojrzała na mnie z troską.
- Nie wiem. Chwilowo nawet nie mam siły myśleć i tak boję się, że jak tylko spojrzę w okno zobaczę to piekielne dziecko.
- Na razie odpoczywaj. Potem coś wykombinuję.

Przez cały tydzień praktycznie nie wychodziłam z jej mieszkania. Dzień przed moim powrotem do domu, Jolka przytachała mały, brudny kłębuszek (sama rozumiesz, stał i miauczał pod drzwiami, ktoś go wyrzucił, ludzie to świnie, ja mam już dwa...).

No dobra. Koty podobno odstraszają złe duchy... coś w tym chyba jest. Do dzisiaj nie wiem, czy to się zdarzyło naprawdę, czy było to przemęczenie. Odkąd Pan Kot zamieszkał u mnie, nic nie stuka, nie puka, nie widuję czerwonego kapturka.

Tylko czasami w nocy dorosły już Pan Kot z sykiem zrywa się z łóżka i napięty, z głuchym warkotem, wpatruje w ciemność.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -