Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Nocny Dyżur

Jakub Zieliński

Kilka chwil przed godziną dziesiątą, przemierzał pusty jeszcze parking przed wielkim, niemal już gotowym do snu o tej godzinie szpitalem. Ilekroć spoglądał na niego z tej strony, przychodziło mu do głowy porównanie budynku z wielkim statkiem, wyciągniętym przez nieznane siły ze środka oceanu i osadzonym na terenie miejskim, gdzie swą monstrualnością śmiało dorównywałby najokazalszym z obiektów. Podobną ilustrację zapamiętał z przeglądanej w dzieciństwie książki, objaśniającej mu początkowo świat zewnętrzny – zanim sam jeszcze nie rozpoczął odkrywania jego tajników.
Wszedł do środka i przeszedł przez zimny, pełen sztucznego jasnego światła korytarz. Pociągał głośno nosem, pozwalając swoim nozdrzom wepchnąć weń sterylny zapach środków chemicznych i płynów do prania pościeli, jakie stosowane były w tym miejscu w wielkich ilościach. Przyzwyczajajcie się, pomyślał, gdyż przez najbliższe osiem godzin nie zaznacie już woni kwiatów.
Prędzej zapach formaliny i środków łagodzących cuchnięcie martwego ciała.
Pewnym krokiem wszedł do małego pomieszczenia nieopodal wjazdu dla karetek i niezwykle aktywnego nocną porą oddziału nagłych, lżejszych i cięższych urazów. Wewnątrz nie zastał jeszcze nikogo, a ciszę rozbijał tylko hałas komercyjnego programu telewizyjnego, oglądanego najwyraźniej wcześniej przez drugiego z pełniących nocną porą dyżur portera. Zdjął z ramion kurtkę i zawiesił ją na oparciu metalowego krzesła, których rządek tkwił ustawiony pod białą, podrapaną tu i ówdzie ścianą.
Usiadł przed ekranem komputerowego monitora – dostawcy systemu, jaki (tak brzmiała oficjalna wersja firmy, dla której pracował) miał usprawnić czas i sposób wykonywania przez nich zadań. Wprowadzona kilka tygodni wcześniej innowacja póki co nie była w stanie sprostać oczekiwaniom bossów, lecz w „loży” nikt nie narzekał: pojawiło się przynajmniej sprawne narzędzie do słuchania muzyki i oglądania (właśnie nocną porą) filmów pornograficznych.
Przede wszystkim jednak, kolorowy pulpit wyświetlał informacje o szeregu poleceń i misji, jakich realizacja oczekiwana była od niego i pozostałych partnerów, pełniących akurat służbę.
A dokładniej, jednego wiecznie przysypiającego w czasie służby Tajwańczyka, którego wielu rodaków spełniało w szpitalu swój obywatelski…
Bzdura, pomyślał. Nikt tak naprawdę nie spełniał tu żadnych obowiązków.
Wszyscy byli tylko opłacanymi najemnikami, od których w dodatku nie wymagano zbyt wielkiego emocjonalnego zaangażowania w wypełniane zadania. Co więcej, nie interesowano się zbytnio ich własnymi przekonaniami czy odczuciami tak długo, jak nie kolidowały z aktualną polityką firmy. Irytowało go to niezmiennie, lecz – poza nieznośnym uściskiem w gardle i przyspieszonym biciem pulsu gdy tylko widział w pobliżu któregoś ze swych pracodawców – nie potrafił prawdziwie dać upustu swym emocjom. Cóż, pozostawało mu tylko zmienienie pracy lub ostateczne pogodzenie się z losem bycia częścią wielkiej, bezimiennej masy…

Odwrócił się od maszyny, aby nastawić elektryczny czajnik, gdy za swymi plecami usłyszał skrzypienie firmowych butów, a następnie charakterystyczny, nosowy głos.
- Hola. Jak się masz?
- Cześć, Ricky. Od dawna tu siedzisz?
- Niekoniecznie. Przyszedłem po drugiej, ale stwierdzili że pracuję za dużo godzin. Dlatego wróciłem się przespać – pucułowaty Azjata ziewnął i przełączył kanał odbiornika telewizyjnego, zajmując swoje ulubione miejsce w pomieszczeniu (usytuowanym idealnie tyłem do ekranu monitora), po czym postawił stopę na skrzypiącej klapie kosza na śmieci.
- Tak, spanie to dla ciebie podstawa życia, co, brachu? – zażartował, ale w odpowiedzi padło tylko nieartykułowane parsknięcie i dźwięk wyłączającego się czajnika.
- Znasz może program na dziś? Coś interesującego?
- Raczej nie. Nawet nie będzie porządnego pornosa…
- Możesz mieć problemy przez oglądanie ich, wiesz? Niektóre z pielęgniarek są na to szczególnie cięte…
- Mam to w dupie – odburknął, śmiejąc się pod nosem. – W końcu nie oglądam ich samych gołych, ani nie podglądam dzieci sąsiadów przez dziurkę od klucza, co nie? Poza tym, tylko czekam na pretekst, żeby nareszcie mnie zawiesili.
Choć pozornie stwierdzenie to brzmiało nieco błędnie czy dziwacznie, tkwiła w tym szaleństwie nuta rozsądku: każdy z zawieszonych, pod takim czy innym pretekstem, nadal otrzymywał pełną pensję – a do tego jeszcze, dla siebie, ocean wolnego czasu. Dzięki polityce zatrudniającej ich kompanii, rzecz jasna.
- Gringo, ale pamiętaj, że te piguły to jednak coś innego niż my sami. Jakby odrębny gatunek. Zadrzesz z jedną, a będziesz miał całą organizację przeciwko sobie – spostrzegł, pociągając pierwszy łyk gorącego ciemnego napoju.
Beztroska większości z tych ludzi powodowała u niego nierzadko silny opad dolnej szczęki, lecz z drugiej strony, cóż miał na to poradzić? Nie był ich matką, ani księdzem, aby podejmować jakiekolwiek zbawienne misje. Sam przy tym zresztą miał niejedno na sumieniu…
Przez ponad godzinę wpatrywał się na przemian w oba ekrany, starając się wychwycić dla siebie cokolwiek ciekawego w serii pojawiających się i znikających liter i cyfr. Kilka razy podniósł się z miejsca, przewożąc następnie lżej i ciężej poszkodowanych pacjentów na pobliski skan rentgenowski, lecz tego wieczoru Nieszczęście i Tragedia najwyraźniej odpoczywały, czekając cierpliwie na nastanie zbliżającego się weekendu.

Gdy krótko przed północą przechodził obok wyludnionej o tej porze poczekalni dla przyszłych i niedoszłych pacjentów, zdawało mu się, że z przeciwległego końca hali, gdzie białość ściany przesłaniała wielka plansza z widokiem wszystkich planet układ słonecznego, ktoś macha w jego kierunku. Cofnął się o kilka kroków, aby ponownie ujrzeć to miejsce, nie było tam już jednak śladu po kimkolwiek, kto mógłby nawet tamtędy przechodzić. Złożywszy to na karb później pory i zmęczenia wzroku oglądaniem telewizji przy zbyt słabym świetle, wrócił do pokoju i ciężko zasiadł na krześle.
Konsumujący akurat późną kolację, złożoną z zapiekanego ryżu i kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, korzystając z przerwy reklamowej pomiędzy wiadomościami a kolejnym filmem, Rocky przerwał mlaskanie i połowicznie odwrócił się do swego partnera, oznajmiając mu najnowsze wieści:
- Za jakieś piętnaście minut będzie do zabrania „różyczka”. Teraz właśnie obwijają gościa, niczym kruchą porcelanę. Tęga sztuka.
- Wiesz może, dlaczego umarł?
- Akurat jak przewoziłeś pacjenta na „siódemkę”, trwała tu cała akcja ratunkowa. Kurwa, człowieku – głos Azjaty nabrał teraz ton podekscytowania – światło gasło na korytarzu chyba z trzy razy, gdy go reanimowali. Te bezpieczniki powinny być wymienione – a tak to, w półmroku, nikt nie miał na tyle odwagi, by dawać mu zastrzyk czy robić inne zabiegi.
Gdyby nie to, może by jeszcze żył.
Wypił kolejny łyk kawy i głośno beknął, nadal wpatrując się mętnym wzrokiem w odbiornik. Śmierć nie była dla nich niczym obcym, mogła równie dobrze rozcierać właśnie obolałą klatkę piersiową lub płynąć jadem w krwi kogoś siedzącego akurat zaledwie dziesięć metrów dalej.
Przynajmniej, nie była nowością dla nich dwóch.
Ricky, podobnie jak i wszyscy jego rodacy, nie wzdrygał się na myśl o przewiezieniu zwłok do kostnicy. Czynili tak już wiele razy przedtem, nawet i w ich rodzimym kraju, toteż wszelkie zabobony i przesądy Europejczyków traktowali raczej z obojętnym wzruszeniem ramion.
Zadanie, jak każde inne.
W przypadku drugiego z porterów, zdrowy rozsądek i niechęć przed niepotrzebnym czynieniem problemów z rzeczy tak naprawdę powszednich sprawiały, że często podejmował się również i tego, naznaczonego smutkiem i goryczą zlecenia.
Tego wieczoru jedyną nierozwiązaną zatem kwestią było to, który z nich zabierze ex-pacjenta w jego ostatnią podróż po szpitalu.
Rozstrzygnąć się to miało za jakiś czas, toteż postanowił skrócić oczekiwanie tego wyboru zapadając w drzemkę. W stanie półsnu, słyszał jeszcze szepty dwóch przechodzących obok pielęgniarek, debatujących na temat niemożności skontaktowania się z jakimikolwiek krewnymi zmarłego.
Pomyślał, że nasze przyjście na ten świat witane jest bardzo często przez tłum ludzi, robiących z tego powodu wielką fetę i celebrujących to wydarzenie. Jeśli jesteśmy jeszcze na tyle przytomni, a do tego jeszcze sprzyja nam szczęście, podobnie może wyglądać nasza ostatnia droga – w przeciwnym razie opuścimy Ziemię zupełnie samotni i zapomniani przez wszystkich...

Obudził go głos Azjaty, dobywający się z ciemnej krótkofalówki, za pomocą których komunikowali się w obrębie tego masywnego szpitala.
- Stary, różyczka jest już gotowa. Zatoka numer cztery. Ja nie mogę jej teraz zabrać, bo mam do przewiezienia pacjenta na Zachodnie Skrzydło. A chłopcy z góry biegają teraz po całym budynku, jak koty z pęcherzami...
- Ok, przyjąłem. Zaraz się tym zajmę.
Uszczknął kawałek ciasta, owiniętego w pokryty tłustymi plamami papier i dopił resztkę zimnej już kawy. Spojrzał na zegarek: wskazywał czterdzieści minut po północy. Ledwie poruszył się z krzesła, na którym zapadł w tę drzemkę, a natychmiast odczuł silny ból w karku, a resztę jego ciała przeszedł nieprzyjemny zimny dreszcz. Organizm oznajmiał mu w ten sposób, że tak naprawdę chce dalszego snu, a nie zmagań z (nie-)kochanym zmarłym.
Z trudem i gigantycznymi oporami zebrał się wreszcie z krzesła i stanął w drzwiach pokoju. Korytarz i poczekalnia dla oczekujących na pierwszą pomoc były już teraz niemal puste. Z prawej strony, do której teraz zdążał, słyszał stłumiony nieco szept jednej z pielęgniarek, flirtującej najwyraźniej z potężnym ochroniarzem. Podczas nocnych zmian naoglądał się już wiele ciekawych scen, a drugie tyle usłyszał od swych kolegów: ciemna, północna pora nadal sprzyja mniejszym i większym romansom, ucieczkom w zapomnienie za sprawą alkoholu lub jeszcze bardziej ukradkiem dawkowanych narkotyków… Zimno serca i wewnętrzny płacz sumienia tych nierzadko nieszczęśliwie samotnych ludzi tłumione były różnie – najważniejsza jednak była przecież skuteczność takich poczynań, prawda?
Oboje ucichli całkowicie i wbili w niego badawczo wzrok, gdy zaczął zbliżać się do zasłoniętego przenośnym parawanem pomieszczenia, w którym znajdowało się ciało zmarłego… lub zmarłej.
Odsłonił kotarę, starając się nadal przyswoić swój wzrok do kiepskiego jarzeniowego światła, zaś nozdrza ochronić przed intensywnym zapachem środka maskującego odór śmierci.
Co gorsza, mało skutecznego: przez warstwę chemicznego swądu przebijał się mimo wszystko bardziej naturalny, wręcz pierwotny zapach kogoś, kto przegrał już ostatnią ze swych walk.
Odbezpieczył hamulce lekkiego wózka, na którym ułożone było ciało i zaczął powoli wysuwać je zza kotary. Dwójka kochanków początkowo przyglądała się temu procesowi z zażenowaniem, a nawet jedynie powierzchownie skrywaną odrazą, po czym ją wezwał sygnał dzwonka jednego z pacjentów, najwyraźniej potrzebującego jakiejś natychmiastowej pomocy natury medycznej.
Niczym niewzruszony, dalej popychał zakryte plandeką i prześcieradłem ciało w kierunku wyjścia dla pracowników departamentu pogotowia. Normalnie – a raczej proceduralnie – powinien przyprowadzić z kostnicy inny, specjalny wózek przykrywany za pomocą charakterystycznej różanej narzuty. O tej porze doby zdecydował się jednak przetransportować ciało bezpośrednio z miejsca zgonu do kostnicy: szansa na to, że zaszokuje lub wstrząśnie kimkolwiek takim manewrem była bardzo mała, toteż w swym nieco leniwym zamierzeniu widział spory sens…
Przejechał przez jasno oświetlony, pachnący nocą i chorobą korytarz, po czym skręcił w prawą stronę. Przejechał obok jakże często używanych w trakcie dnia wind, których mechaniczne wnętrza były totalnie zimne i bezduszne, nawet biorąc pod uwagę dźwięk nagrywanego na potrzeby poruszania ich mechanizmu ludzkiego głosu, monotonnie informującego pasażerów o tym, gdzie i czy aktualnie się poruszają. Ominął kuchnię, za sobą zostawił także boczne wyjście do miejsca przeprowadzania operacji…
Jadąc do góry w przesyconej metalem i brudem windzie, przypominał sobie, gdy po raz pierwszy przyszło mu przewozić zwłoki.
Pucułowaty Filipińczyk o szerokim uśmiechu przyglądał się ciału z obojętnością, jakiej oczywiście skąpił filmom porno i erotycznym magazynom, których treść hołubił, opowiadając zarazem nowicjuszowi o takich atrakcjach kostnicy jak konieczność upychania zbyt dużego ciała w jedynym wolnym (i przeznaczonym do tego celu) miejscu. Albo też przestrzegał przed podnoszeniem wypadających przy otwieraniu poszczególnych szafek dla zmarłych części ciała…
- Teraz, w środku dnia, nie ma z tym żadnego problemu… Ale w nocy – tak o drugiej czy trzeciej – kiedy tu jest zupełnie pusto… Tylko ty i ciało – zaśmiał się głośno i nosowo, po czym z niegasnącym uśmiechem zerknął po raz kolejny na ciało, zmierzające już powoli do miejsca swego ostatecznego przeznaczenia.
- Wszyscy tutaj kiedyś skończymy. Ale póki co, możemy mieć zamiast tego całą górę koszmarów…
Dzięki, ty ośle,
pomyślał, przemierzając teraz po raz wtóry tę samą trasę. Nie był tam już od kilku tygodni, ale nadal pamiętał najbardziej charakterystyczne miejsca i momenty drogi: dziwny zapach formaliny, szkielet z nalepioną żartobliwie na plecach kartką, wypełniony starymi pożółkłymi księgami korytarz królestwa patologów…. Wątpił, by cokolwiek z tego zniknęło lub zmieniło swą naturę.
Nie mylił się. Chłodny podmuch towarzyszył mu, gdy otwierał potężne, okute metalem drzwi kostnicy. Szczelnie owinięte płóciennymi bandażami zwłoki rzucały teraz cień na wspomniane księgi, popychanie w stronę białej sterylnej sali.
Zawsze w takich momentach zastanawiał się kim byli ludzie, których zabierał teraz w wyprawę w lodowatość? Jakie były ich losy, co czynili zanim stali się jedynie pozbawionymi tchu i pulsu kilogramami mięsa, krwi i kości?
Znał niektóre z nazwisk, obecnych na biurowej tablicy, naznaczonej śladami kolorowych markerów. Szpital należał do najlepszych w okolicy, toteż wiele osób przyjeżdżało tu w celu uzyskania pomocy medycznej o różnym stopniu zaawansowania, lub raczej z nadzieją na cud, łut szczęścia w drodze do uleczenia ich ciał.
Odnalazł wolne miejsce w jednej z przegród i przetransportował tam zwłoki. Gdy chwycił za prześcieradło, okrywające niczym starodawny całun cielesną powłokę zmarłego, wzdłuż kręgosłupa przeszedł mu zimny dreszcz, jakby efekt uderzenia sopla lodu w tę część ciała. Złożył to na karb niewyspania i niezdrowej atmosfery tego miejsca, mogącej na dłuższą metę przyprawić o mdłości.
Spojrzał raz jeszcze na zakryte oblicze zmarłego, po czym wczytał się w pozostawione na jego klatce piersiowej dane medyczne.
Teraz zaniepokoił się już nie na żarty. Pola z danymi osobowymi denata – na czele z jego imieniem i nazwiskiem – były kompletnie nieczytelne, jakby rozmyte przez wodę. Większość pozostałych rubryk wypełniało z kolei słowo „nieznany” , wraz z całą gamą jego odmian. Ogląd całości przyniósł jego zmęczonemu umysłowi jedną konkluzję: albo jakaś pielęgniarka zupełnie beztrosko podeszła do swych obowiązków, albo też…
Nieznany. Bez przyjaciół, rodziny. Bez objawionej przeszłości.
Kim zatem był? I dlaczego to właśnie nagle tak go zaintrygowało?

Uporządkowawszy miejsce i zgasiwszy światła w pustej kostnicy, wsiadł do windy, która niebawem ruszyła do góry. Wciąż pozostawiony ze swymi myślami postanowił sprawdzić, jak bez niego daje sobie radę drugi z pełniących dyżur porterów. Nastawił krótkofalówkę na właściwy kanał i wywołał go:
- Ricky, czy mnie słyszysz?
Po chwily chrzęszczenia i przerywanych oddechów w aparacie usłyszał nareszcie głos kompana:
- Tak, słyszę. Wracaj prędko, stary, mamy dużo roboty. Chyba zdarzył się jakiś wypadek…
Dalszej części komunikatu już nie zrozumiał, wysiadając z odrapanej i brudnej, głośno terkotającej windy.
Ledwie zamknęły się za nim drzwi, znowu poczuł się nieswojo. W gardle męczył go teraz silny, gorzki smak, powodujący niezdrowe poruszenie w jelitach. Nie raz i dwa omal nie zwymiotował, obezwładniony przez burzę zapachu choroby i gnicia, jakie towarzyszyły – szczególnie w ciepłe dni – oddziałom przepełnionym starymi pacjentami.
W chwilach największego znużenia i niechęci dla tego miejsca, zadawał samemu sobie oraz innym, towarzyszącym mu osobom pytanie o sens i celowość przetrzymywania „ukochanych” w stanie tak daleko posuniętego zaniedbania i agonii. Czy nie lepszym, bardziej rozsądnym i humanitarnym byłoby po prostu ukrócenie ich mąk?
Po dwukrotnym zawieszeniu w obowiązkach i surowych naganach ze strony szefa, nauczył się jednak zachowywać takie przemyślenia dla siebie.
Koniec końców wszak, nikt nie jest w stanie mu wmówić, że choć po części nie ma racji. Zmarli nie narzekają i nie mamroczą czegoś niewyraźnie, kierując na wszystkich przechodzących nieopodal błagalne spojrzenia z niemą prośbą o pomoc i kontakt.
Przemierzył drogę powrotną wolnym, majestatycznym krokiem. Po miesiącach pracy w tym miejscu zbyt dobrze wiedział, że w taką noc bardzo często po prostu nie ma się do czego spieszyć. Szczególnie teraz – ofiary wypadku zapewne będą wymagały nader intensywnej pomocy, transfuzji krwi, ciągłego czuwania… Kto wie, czy nawet przed świtem nie będzie zmuszony do ponownego odbycia drogi, wyznaczonej dziwnym zapachem i bladym światłem?
Odmawiał poczucia empatii wobec chorych i cierpiących. Odcinał się od ich problemów – w większości nierozwiązywalnych.
Miał swoje…
- Nie zostawiaj mnie tu! – usłyszał za swoimi plecami dramatyczny wrzask, należący (jak przypuszczał), do jakiegoś przerażonego młodego mężczyzny, świeżo przybyłego do szpitala… lub znajdującego się w stanie szoku.
Obejrzał się za siebie, starając uciszyć i wyrównać oddech. Podmuch chłodnego powietrza z zewnątrz poruszył teraz przyczepione do ściany, namalowane na płótnie enigmatyczne obrazy, których znaczenia mógł się jedynie domyślać.
Wszystko wskazywało jednak na to, że się przesłyszał. Położył to na karb nadmiaru myśli, lub też głupi żart jednego z porterów, w szczenięcy sposób bawiącego się teraz odbiornikiem radiowym.
Nie wiedząc jednak z jakiego powodu, poczuł że lepiej będzie, jeśli uda się do pokoju inną drogą, omijając stanowiska lekarzy pogotowia.
Ponownie znalazł się niedaleko wind. Kątem oka dostrzegł jakąś postać, błyskawicznie znikającą za drzwiami na klatkę schodową.
- Halo, proszę pana! – krzyknął, lecz o ułamek chwili za późno.
I w tym momencie rozległo się szuranie.
Początkowo o mysiej częstotliwości dźwięku, narosło jednak wówczas, gdy znalazł się centymetry od magazynu, w którym trzymano brudne odpadki i strzykawki, zużyte przez pracowników pogotowia.
Cofnął się o krok, ale był już pewien, że nie doznaje żadnego złudzenia. Drzwi zamkniętego pomieszczenia dudniły, a piszczenie przemieniło się w ludzkie jęki, o wiele bardziej zatrważające od tych, które słyszał nierzadko na oddziałach z ust konających pacjentów.
Ciekawość zwyciężyła jednak u niego strach i postanowił przyjrzeć się źródłu tych odgłosów. Ledwie jednak uchwycił palcami klamkę dygoczących drzwi, za swoimi plecami usłyszał kakofonię podobnych dźwięków, wzmocnioną jeszcze przez uderzanie o siebie dwóch metalowych klatek, w których trzymane były pozostałe worki.
Szybkim krokiem skierował się w stronę pomieszczenia porterów, ocierając rękawem pot z rozgorączkowanego czoła. Nie oglądał się wstecz, nie zastanawiał, po prostu oddalał od koszmaru poprzedniej chwili.
Zanim jeszcze osiągnął próg swego potencjalnego azylu, za plecami usłyszał po raz wtóry:
- Pomóż mi! Nie zostawiaj mnie tutaj!
- Kurwa – zaklął szpetnie, po czym zmęczony osunął się na fotel. Ręce drżały mu ze strachu, a w głowie kotłujące się myśli zderzały się z poczuciem niedowierzania. Starał się wszystko, wolno i dokładnie, zanalizować i uporządkować…
…ale nijak nie potrafił.
Co gorsza, poczuł w swym sercu ogromną pustkę i doskwierającą akurat w takich chwilach samotność. Chciał teraz usłyszeć choćby jeden wspierający i kojący głos, poczuć dotyk przyjacielskiej ręki na ramieniu…

W akcie desperacji, sięgnął po radio i wywołał swego kompana.
- Halo, Ricky, gdzie jesteś? Kiedy wrócisz?
- Za niedługo. Jestem akurat na przerwie. O co chodzi? Dzwoniła może moja żona?
- Nie… w zasadzie nic takiego. Ale jeśli już tam jesteś, to powiadom może sprzątaczy, że w workach na dole, przy windzie, są szczury…
- Możesz powtórzyć, stary, bo się chyba przesłyszałem…

Reszta komunikatu była już tylko mieszanką trzasków i kilku krótkich sprzężeń.
Gdy tylko ucichło ostatnie z nich, podniósł wzrok i zorientował się, że nie jest w pomieszczeniu sam.
Na progu stała bowiem długowłosa i wysoka pielęgniarka, trzymająca w rękach zapakowane w przezroczystą folię dokumenty. Uśmiechnęła się delikatnie, na co on – pomimo pewnych oporów – odpowiedział jej tym samym. Wyglądała na zmęczoną i nieco zakłopotaną.
Dopiero po tym wstępnym, pustym znaczeniowo i bezuczuciowym geście, przeszła z pewną dozą smutku do meritum sprawy:
- Omal nie zapomniałam o danych medycznych tego nieszczęśnika. Gdybyś ty lub twój kolega… Gdybyście mogli je tam dostarczyć… Do tej pory jeszcze nie skontaktowaliśmy się z żadnymi jego krewnymi…
- Cóż, tak się niekiedy sprawy mają – odparł chłodno, w skrytości ducha złorzecząc na opieszałość i niedbalstwo kobiety.
W takich momentach, miał po prostu ochotę trzasnąć drzwiami i wyjść. Ale jak było to możliwym w przypadku pułapki na myszy, jaką była w pewien sposób ta praca? I takie miejsce?
- Myszy, mówisz? Ciekawe jakim cudem – zarżał przez radio Ricky, dorzucając po chwili jakieś azjatyckie określenie, którego nikt w pomieszczeniu nie był w stanie zrozumieć.
- Dziękuję – wyszeptała i pozostawiła mężczyznę z kilkoma kawałkami papieru w dłoni.
A więc tak to wygląda, pomyślał. Całe życie to cholerne wieloletnie zmaganie z nieznanymi i bardzo obrazowymi siłami, z własnymi cieniami i słabościami – wszystko w efekcie, na samym końcu, ląduje na tym skrawku papieru.

- Pomóż mi, proszę! Dlaczego mnie tu zostawiłeś?!!
W jednej chwili zimny pot i dreszcze powróciły, jak nieproszony i niechciany krewny. Głos w radiu nie należał bowiem do żadnego z jego kompanów, jednakże był mu doskonale znajomym, od chwili narodzin. Tyle, że jeszcze nie był w stanie sobie przypomnieć, do kogo dokładnie należał.
- Kto… kurwa, kto sobie robi jaja? Odpowiadać! – jego wrzask zwrócił uwagę paru przechodzących obok poszkodowanych imprezowiczów, którzy jednak niechętni byli do udzielania zdenerwowanemu porterowi jakiejkolwiek odpowiedzi czy pomocy. Szamotał się teraz w okowach swego umysłu, starając się do cna wykorzenić czucie. Zawroty głowy niemal natychmiast wbiły go z powrotem na oparcie fotela, gdy do pierwszego z głosów dołączyły następne:
- Tu jest zimno… Zabierz mnie stąd!
- Czemu tu jestem?
- Chryste, nic nie widzę… Podaj mi dłoń, abym uwierzył…
- Me imię Lazarus, jam jest zmartwychwstaniem. Przeze mnie prowadzi droga do światła Pana…

Lazarus.
Łazarz. Do cholery, ktoś niesamowicie zwyrodniały musi mieć równie perwersyjne poczucie humoru…
Ale te głosy – przeszywające na wylot – zdawały się teraz wypływać zewsząd. Nie ograniczała ich już jedynie czarna, plastikowa materia służbowego radia, o której wyłączność je posądzał.
W progu pokoju pojawił się teraz Ricky, z ciekawością przypatrujący się malignie swego partnera.
- Stary, wszystko w porządku?
- Moje ręce są tak zimne… jak sam grób!
- Me imię Lazarus… przeze mnie droga do światła Pana…

- Nie wyglądasz najlepiej – dodał, na co odpowiedzią był rozgorączkowany niby-krzyk:
- Na Boga, nie mów mi, że nie słyszysz tych głosów!
- Jakich głosów? Czego ty się znowu naćpałeś, bracie? – zaśmiał się nieszczerze, uznając zapewne, że pada ofiarą jakiegoś skrojonego na grubą miarę psikusa.
Zwątpił dopiero wtedy, gdy zobaczył pierwsze łzy w oczach portera.
Nie wiedział już, co było prawdą, a co pozostawało ułudą. Nie dowierzał swemu szaleństwu, choć z drugiej strony… musiał uwzględniać nawet taką ewentualność.
Skąd pochodziły te głosy? Zimno, samotność, Lazarus… wszystko to wskazywało zaledwie na jedną ewentualność, związaną z tym szpitalem.
- TE GŁOSY, durniu! – wrzasnął, zaciskając dłoń na trzymanej tuż przed jego oczyma radiostacji. Teraz porter zdumił się już nie na żarty, odruchowo cofając o pół kroku w stronę drzwi.
Napiętą sytuację przerwał dopiero apel jednej z pielęgniarek, zmęczonym dyszkantem wzywającej jednego z nich do zabrania z powrotem na oddział śpiącego już pacjenta.
Ruchem dłoni powstrzymał protestującego Ricky’ego, pragnącego za wszelką cenę pozostawić go w pomieszczeniu. Postanowił jednak zmierzyć się ze swym lękiem i rozwiązać tę nader irracjonalną zagadkę. Gdy stanął na progu, kanonada głosów osiągnęła swe epicentrum. Po czym jednak raptownie ucichła, niczym ucięta skalpelem.

W chwilę po zawiezieniu pacjenta poczuł, że musi teraz zebrać wszelkie myśli i dotrzeć do źródła swych sił. Wzrok miał wbity w posadzkę, zaś palce zaciskały mu się na trzymanych danych zmarłego mężczyzny.
- Spójrz na nie… pomóż mi!
Dane osobowe. No jasne! To w nich musiał się kryć klucz do tej całej koszmarnej Enigmy…
Ominął zdumionego Azjatę, próbującego najwyraźniej nawiązać z nim jakikolwiek werbalny kontakt i niemal intuicyjnie skierował swe kroki w stronę wind. Skronie na przemian dudniły mu i pulsowały z nadmiaru krwi. Nie był w stanie ani zobaczyć, ani też usłyszeć żadnego z ludzi siedzących w publicznej poczekalni, nie wspominając już o kilku zdumionych jego zachowaniem pielęgniarkach.
Szybko, aby tylko zdążyć… ktoś potrzebował pomocy!
Tak wołało teraz jego wewnętrzne poczucie, zderzające się ze ścianą obawy…
Do tej pory nie dowierzał w swe ponadnaturalne zdolności, ale w jaki inny sposób miałby wytłumaczyć odbierane do tej pory sygnały?
I skąd indziej mogły pochodzić, niż z miejsca ostatniego spoczynku?
Zatrzymaj się, nakazał w połowie korytarza swej rozgorączkowanej głowie zachowania spokoju i porządku. O dziwo, przez chwilę posłuchała go.
- Jestem tutaj! Dlaczego mnie nie widzisz? Potrzebuję twojej pomocy!
Pomoc.
Zdawało mu się, że niósł ją codziennie potrzebującym. Ale to była tylko ułuda, zaspokojenie pragnienia „bycia potrzebnym”, jakie zrodziło się wiele lat wcześniej w jego umyśle. Dopiero w obliczu takiego faktu uświadomił to sobie.
- Tak, już idę – odpowiedział nieznanemu głosowi, wsiadając po raz wtóry tego wieczoru do windy.
Gdy tylko ruszyła z miejsca, w swym radiu usłyszał głosy dwóch starszych porterów, wzajemnie starających się zlokalizować swe położenie w tym potężnym budynku.
Po chwili dotarło jednak do niego, że nadal tkwi w środku koszmaru. Obaj rozmówcy, mimo lekkiego tonu i łatwości wypowiedzi, zapewne wzbudziliby respekt, a może nawet przestrach u przygodnie napotkanego człowieka.
Tak się bowiem składało, że znajdowali się na tamtym świecie od bez mała roku, kiedy to ich zmęczone serca odmówiły posłuszeństwa.
- Mój Boże… - wyszeptał, a trzymane do tej pory kurczowo dokumenty wypadły z jego dłoni prosto na brudną, pokrytą wieloma plamami wykładzinę windy.
Dopiero teraz jego źrenica skierowała się na pole z nazwiskiem denata, którego godzinę wcześniej przewiózł do kostnicy.
Nie było już zamazanym i niewyraźnym.

Przez chwilę poczuł błogość. W jarzeniowym, bladym świetle ujrzał scenę ze swego dzieciństwa – wspólnie z trzymanym za rękę ojcem przechadza się po zroszonej trawie na łące. Idą przez park, a w oddali słychać już dźwięki niedzielnego festynu. Malec uśmiecha się na samą myśl o czekających go atrakcjach i z nadzieją spogląda na śniadego mężczyznę.
- Tato, a kupisz mi watę cukrową? Taką dużą, na patyku?
- Oczywiście, brzdącu.
- A będę mógł sobie pojeździć na koniu na karuzeli?
- Cokolwiek tylko zechcesz.

Spokojność. Bezpieczeństwo. Wiedział, że nikt i nic nie odbierze mu tych chwil. Nie wydrze ich z otchłani pamięci, gdzie pozostaną zapisane na zawsze, aż do chwili, w której on sam…
Łzy.
Nieproszone i gorzkie, zaczęły napływać do jego oczu, jedna po drugiej. Otarł je bokiem dłoni, ale zaczerwienione gałki prosiły o więcej…
… jak mógł tego nie poczuć…
Otworzył kolejne drzwi i stanął na progu pomieszczenia. Od czasu, gdy był tutaj po raz ostatni, nic się nie zmieniło. Ta sama aura, kiepskie światło i dziwny zapach.
Do tego jednak jeszcze, dołączyły jego własne wyrzuty sumienia…
Nie widział swych rodziców od ponad trzech lat.
Błąd.
Nie tak o nich myślał. Nie tak postrzegał siebie i ich relacje.
To oni w zasadzie nigdy go nie zauważali.
Ale teraz zapewne, wszyscy ich znajomi i sąsiedzi obruszyli by się na taką niegodziwość. Jedyny syn, oczko w głowie obojga, pozostawia ich na pastwę losu; samotnych i zgorzkniałych, u kresu swej drogi. Wypalonych nadmiarem ambicji i tanim alkoholem, którym zabijali smutek i poczucie izolacji.
I jednocześnie wciąż czekając, niczym na krople drogocennej wody na pustyni, na wieści od niego.

Zbliżył się wolnym krokiem do metalowych klap, za jakimi kryły się zwłoki. Kołatanie w głowie i dudnienie w skroniach powoli ustawały, choć wypierał je dźwięk i odczucie o stokroć gorsze od wcześniejszego.
Nadal płakał… a umarli miotali się i wołali, z wnętrza swych zimnych więzień. Ich głosy były zwielokrotnione przez akustykę pomieszczenia i nośność materiału, ale jednocześnie zniekształcone do formy niezrozumiałego bełkotu, w którym niemożliwe było wychwycenie choćby i pojedynczych słów.
Z wyjątkiem jednego głosu, dużo cichszego od pozostałych; błagającego i skierowanego bezpośrednio do jego uszu:
- Proszę… pomóż mi. Nie zostawiaj mnie tutaj…
Klęknął przed właściwą półką i zacisnął ręce na zimnej dźwigni. W ustach czuł gorzki smak swych łez, spływających co chwilę ciurkiem po policzkach. Oddychał ciężko, czując na swych plecach ciężar odpowiedzialności i winy.
… odpowiedzialności za koszmar, który stworzył sam dla siebie. Po momencie zganił się za te myśli, otwierając wolno drzwiczki.
Chwycił mocno w palce okrywające ciało prześcieradło i zerwał trzymające je taśmy.
Głosy krzyczały, dudniły i przeklinały, a jazgot zdawał się teraz rozrywać spoiwo cegieł i wyrywać płyty posadzki.
Nie mylił się. Zimne, nieruchome oblicze. Zsiniałe usta i żółte ślady na styku zamkniętych powiek.
- Dlaczego chcesz odejść? Nie wiesz, jak bardzo cię kochamy?
Czuł ból w zgiętych kolanach, dotykających teraz zimnej podłogi.
- Matka będzie mieć przez ciebie złamane serce…
Serca nie da się złamać, tato. Ono samo wysycha – z braku miłości – jak niepielęgnowany kwiat.
- Sprawiasz nam ból… synu!
- Ojcze… przestań. Nie zadręczajcie się.

Był w tym od początku utwierdzony, jednak… Ich uczucia były równie silne. I skrajnie różne.
Ostatni raz, gdy go widział, zdawali się być całkowicie pogodzonymi z losem. Spokojni, w swym zakorkowanym butelkowym świecie, jaki sami dla siebie wybrali.
Ręce drżały mu niemiłosiernie, gdy składał ostatni pocałunek na czole swego zmarłego ojca.
Głosy wrzeszczały i przeklinały go z pełną mocą, nie pozostawiając na jego uczuciach suchej nitki. Nienawidziły go i pragnęły jego rychłego odejścia… a on czuł się bezwzględnie winnym.
Byli tak samotni. Samotni i opuszczeni, skazani na zimno i ciemność tego pomieszczenia. Pomimo, że przecież żyjąc dawali od siebie tak wiele ciepła.
- Dlaczego nas opuściłeś?
- Przepraszam, tato. – głos drżał mu teraz jeszcze bardziej niż ręce, a serce niemal chciał wyrwać się z klatki piersiowej i wylądować na podłodze, tuż obok jego stóp.
- Przepraszam. Wiem, że was zawiodłem.
- Tu jest tak ciemno i zimno. Boję się. Dlaczego tu mnie zostawiasz?
- Ojcze…
- Zimno… nie odchodź… nie zostawiaj mnie…
- Muszę już iść, tato. Dobranoc.
Uśmiechnięta i jasna twarz dziecka zaczęła blednąć. Tak, jak i wszystkie wspomnienia, które wypełniały jeszcze w tej chwili jego głowę.
Pragnął pomagać żywym, dawać im resztkę nadziei i otuchę. Ale umarli – oni mieli swoje drogi, odmienne od tras mieszkańców Ziemi. I nie chciał ich penetrować, za żadną cenę.
Zamknął klapę i wstał, po czym odwrócił się i skierował do wejścia. Zgasił światło, a kolejne komunikaty radiowe szybko przywołały go z powrotem do tej krainy niekończącej się nocnej zmiany…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -