Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Nigdy nie wsiadaj z nieznajomym

Mariola Krawczyk

Samotna kobieta przechodziła drogą przez wieś. Z daleka rzucał się w oczy jej czerwony strój: obcisła bluzka i długa spódnica. Nieliczni mieszkańcy, którzy byli na dworze w porze obiadowej, odwracali głowy z zaciekawieniem. Obcy zawsze budzili zainteresowanie w małych miejscowościach.
Skręciła do przydrożnego sklepiku i rozejrzała się po wnętrzu, bacznie obserwowana przez podstarzałą sprzedawczynię. Wzięła z półki wodę mineralną, zapłaciła i wyszła bez słowa.
Trzech miejscowych nastolatków, siedzących pod sklepem, dokładnie zlustrowało jej figurę, kiedy przechodziła obok.
– Niezła – rzucił cicho jeden z nich do towarzyszy, a potem, wobec braku odzewu kolegów, ze znudzoną miną powrócił do zgniatania puszki po coli.
Nieznajoma ruszyła dalej poboczem z pochyloną głową, rytmicznie stukając obcasami. Była wysoka i szczupła, mogła mieć około trzydziestu lat. Oprócz dużej torby na ramieniu nie miała żadnego bagażu. Krótkie, jasne włosy okalały jej twarz, zasłoniętą częściowo dużymi, ciemnymi okularami, a skóra była zaróżowiona od palących promieni słońca.
Usłyszała za sobą warkot silnika. Zatrzymała się i odwróciła. Drogą w jej stronę zmierzała biała półciężarówka. Samochód - chłodnia.
Kierowca spostrzegł kobietę i zahamował.
– Może podwieźć? – spytał przez uchylone okno po stronie pasażera.
– A dokąd pan jedzie?
– A dokąd pani sobie życzy! – Uśmiechnął się, odsłaniając pożółkłe zęby. Był przysadzisty, miał okrągłą twarz i rzednące włosy na głowie.
– Gdzie jest najbliższa stacja PKP? – zapytała.
– W Opalenicy. Właśnie tam jadę, to podrzucę panią! – powiedział uradowany.
Przez chwilę się zawahała. Wsiadanie do samochodu z nieznajomym nie było bezpieczne, nigdy nie wiadomo, kto proponował podwiezienie i jakie miał motywy. Szybko policzyła w myślach pieniądze, jakie jej jeszcze zostały. Powinna oszczędzać, a autostop wychodził o wiele taniej od autobusu.
– Dobrze – zgodziła się i otworzyła drzwi.
Kierowca zgarnął pospiesznie puste torebki po chipsach z siedzenia pasażera, zanim usiadła. Zamknęła drzwi, a on wrzucił jedynkę i ruszył powoli. Torbę położyła na półce przed sobą.
Wnętrze samochodu nie wyglądało nadzwyczajnie. Tylko kołyszące się pod lusterkiem wstecznym drzewko zapachowe drażniło ją intensywnym aromatem sosny. Po chwili zrozumiała, że miało tłumić woń tytoniu, której ślad wyczuła we wnętrzu. Spojrzała na popielniczkę i zgodnie z przypuszczeniami zauważyła popiół.
– Z daleka tak? – zagaił kierowca.
– Tak – odpowiedziała.
– To idzie pani na pociąg?
– Tak.
– A potem gdzie?
– Daleko.
– Jestem Franek – powiedział, po czym wyciągnął do niej utłuszczoną rękę, wytarłszy ją wcześniej o spodnie.
– Monika – powiedziała po chwili, ale nie uścisnęła jego dłoni.
Kierowca umilkł. Jego pasażerka nie była zbyt rozmowna, a on z kolei wyglądał na bardzo gadatliwego. Siedziała sztywno i ignorowała go, a jemu zrobiło się przez chwilę przykro.
– Może chipsa? – spytał.
– Nie, dziękuję.
Nastawił głośniej radio. Kręcił się niespokojnie, szukając pretekstu do rozpoczęcia rozmowy.
– Fajna piosenka, nie? – powiedział, kiedy zaczął się utwór Budki Suflera „Piąty bieg”. – Taka do samochodu – dodał.
– Może być.
Jechali dalej w milczeniu, tylko muzyka z radia przerywała ciszę. Na wąskiej drodze pełno było dziur w asfalcie. Samochodem trochę trzęsło, a drzewko pod lusterkiem podrygiwało rytmicznie. Na dodatek siedzenie było twarde. Auta dostawcze nigdy nie słynęły z komfortu jazdy. Monika poruszyła się lekko, żeby usadowić się na tyle wygodnie, na ile się dało. Starała się zrobić to niepostrzeżenie, ale Franek zauważył jej ruch i natychmiast wykorzystał pretekst, żeby zacząć mówić.
– Niewygodnie, co? – spytał. – Ja się przyzwyczaiłem. Zresztą moje siedzenie jest już wyrobione, po tylu kilometrach.
Milczała i cierpliwe czekała, aż skończy gadać.
– Wie pani, ile mam na liczniku? Osiemdziesiąt tysięcy kilometrów! I to wszystko sam przejechałem. To tak, jakbym objechał całą kulę ziemską. A może i dwa razy? Pamięta pani, jaką długość ma równik?
– Nie.
Po obu stronach drogi ciągnęły się pola, a złote łany zbóż falowały na wietrze. Tylko Franek psuł sielski nastrój natrętną gadatliwością. We wnętrzu zaczynało robić się gorąco. Opuściła szybę, a powiew świeżego powietrza wpadł do środka.
– Dużo pani podróżuje? – Nie wytrzymał w końcu.
– Sporo.
– Ja dużo jeżdżę. Bardzo dużo. Ostatnio w ogóle nie ma mnie w domu. Mam sprawy do załatwienia to tu, to tam. Jak człowiek siedzi całe dnie w tym samochodzie, to mu się nudzi. Dlatego lubię czasem zabrać kogoś po drodze, tak dla towarzystwa, żeby było weselej. Wie pani, jak to jest?
Nie odpowiedziała na pytanie.
– Jak się samemu jeździ, to nie ma nawet do kogo się odezwać. A wiadomo, że czasem trzeba gębę do drugiej osoby otworzyć. Przecież do ładunku nie będę gadać – powiedział i uśmiechnął się. – A wie pani, co ja tam wiozę? – zapytał po chwili z taką miną, jakby miał jej zamiar powierzyć największe tajemnice świata.
– Nie.
– A chce pani zobaczyć?
– Nie – ucięła.
Umilkł. Wyglądał na obrażonego, że nie zainteresowała się tym, co woził w chłodni.
Wjechali w las. Gorące powietrze ustąpiło chłodnym podmuchom, od których kołysały się liście na drzewach.. Monika oparła głowę na zagłówku i patrzyła w milczeniu przed siebie. A może zamknęła oczy. Pod ciemnymi okularami i tak nie było tego widać. Franek ukradkiem zerkał na nią z ciekawością. Intrygował go zwłaszcza dekolt jej bluzki.
– Jak daleko jeszcze? – spytała.
– Do Opalenicy? Niedaleko. Ale jak pani chce, to podwiozę panią jeszcze dalej. I to za darmo, bo fajnie mi się z panią jedzie.
– Nie trzeba.
– Ale ja bardzo chętnie! Niech tylko pani powie, gdzie mam jechać. Mi wszędzie po drodze.
– Dziękuję, ale nie. – powiedziała stanowczo. Towarzystwo tego gadatliwego faceta zaczynało ją męczyć. Na dodatek był wścibski, a ona nie lubiła opowiadać o sobie. Zwłaszcza obcym ludziom.
Jechali ciągle przez las. Monika przypomniała sobie, że kiedyś jechała podobną drogą. Była dzieckiem, a rodzice zabrali ją i brata na wycieczkę na jagody. Zabrudziła wtedy całą bluzkę sokiem ze świeżych owoców i nie dało się tego później sprać. Mama załamywała ręce na widok fioletowych wzorów na ubraniu córki, ale śmiała się razem ze wszystkimi. Było tak radośnie i wesoło, nie istniały problemy ani smutki.
Ale to było dawno temu. I rodzice wtedy żyli…
Z zamyślenia wyrwało ją hamowanie samochodu. Kierowca zjechał na pobocze, a potem skręcił w leśną drogę i zatrzymał samochód.
– Co pan robi? – spytała, kiedy się zatrzymał.
– Muszę na chwilę do lasu, no wie pani, za potrzebą – Mrugnął okiem porozumiewawczo. – Pani też może iść, jak chce.
– Nie, dziękuje.
Zgasił silnik i wysiadł z samochodu. Zignorowała go trochę zła, że przeszkodził jej w miłych wspomnieniach. Facet ją drażnił i miała ochotę jak najszybciej wysiąść. Chciała dotrzeć do stacji kolejowej, a stamtąd mogła pojechać dalej. Jeszcze nie zdecydowała się na kierunek dalszej podróży. Odchyliła głowę, pogrążając się w swoich myślach.
Franek otworzył drzwi po jej stronie. Spojrzała na niego powoli, wyrwana z zamyślenia. Przycisnął jej nóż do gardła, zanim zdążyła się poruszyć.
– Wyłaź! – rozkazał.
– Co pan robi?!
– Wyłaź, mówię!
Posłusznie wysiadła z samochodu, czując zimne ostrze na szyi. Kiedy stanęła na ziemi była wyższa od niego. Ale on miał nóż, a ona była bezbronną kobietą. Wszelkie argumenty siłowe były po jego stronie.
Złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, żeby jej się lepiej przyjrzeć.
– Ładna jesteś! Będziesz pasować do reszty!
– Jakiej reszty? – spytała zaskoczona.
– Zamknij się!
Pociągnął ją w stronę tyłu samochodu. Opierała się, ale ponownie przysunął jej nóż do szyi, więc poszła za nim posłusznie.
– Do tej reszty! – powiedział, szarpnął za zamek i otworzył chłodnię.
Monice mróz przebiegł po ciele, ale nie od podmuchu zimnego powietrza.
W środku były zamarznięte ludzkie ciała. Usadzone pod ściankami, pomiędzy paczkami mrożonego groszku i bryłkami lodu. Każdy miał krwawe plamy na piersi, a ubrania i włosy pokryte szronem. Mężczyzna najbliżej drzwiczek miał przechyloną głowę i rozchylone usta, z których nie wydobywała się biała para. Otwarte oczy były szkliste i zimne niczym otaczający lód. Trupy w głębi kontenera ginęły w mroku i mroźnych oparach.
Franek popatrzył na zwłoki i uśmiechnął się.
– Moi pasażerowie – powiedział z dumą. – Nie lubiłem jeździć sam, to zabierałem ich po drodze dla towarzystwa, ale oni zawsze potem chcieli wysiadać. A ja nie lubię, jak ktoś mnie zostawia – ciągnął coraz bardziej rozgorączkowany. – Dlatego ich zabiłem, żeby zawsze byli ze mną. Już mnie nie opuszczą.
Zmierzył wzrokiem stojącą obok Monikę.
– Ty będziesz moją najładniejszą pasażerką!
– Zostaw mnie! Ty chory… – próbowała się wyrwać z jego uścisku. – Ratunku!
– Zamknij się, dziwko! Nikt cię tu nie usłyszy!
Uderzył ją w twarz, aż spadły jej okulary. Powoli obróciła głowę i spojrzała na niego. I wtedy po raz pierwszy zobaczył jej oczy: błękitne i zimne, błyszczące od gniewu.
Złapała go wolną dłonią za nadgarstek i wykręciła mu rękę do tyłu, aż musiał się pochylić i przyklęknąć. Jęknął, gdy coś zachrzęściło w stawach. Teraz bez trudu wyrwała mu nóż ze skurczonych palców.
Stanęła za nim, złapała za rzadkie włosy i szarpnęła głowę do tyłu.
– Giń, skurwysynu!
Płynnym pociągnięciem poderżnęła mu gardło. Chlusnęła jasna krew, a on zacharczał i upadł na ziemię. Jego ciałem wstrząsały drgawki, a czerwona kałuża na ziemi robiła się coraz większa. Po chwili przestał się ruszać.
Jego pasażerka popatrzyła na niego, a potem na zamarznięte ciała w chłodni.
– Należało ci się! Chory popaprańcu! – rzuciła w stronę Franka.
Dokładnie wytarła ostrze z krwi o jego bluzę. Poszła do kabiny samochodu po torbę i wrzuciła nóż do środka. Mógł jej się jeszcze przydać. Do obrony przed innymi psychopatami.
Rozejrzała się, czy ktoś nie jechał drogą. Pusto. Nikt nie widział całego zajścia.
Popatrzyła ostatni raz na zwłoki kierowcy, leżące na poboczu. Wyciągnęła chusteczkę i pospiesznie przetarła jego ręce i nadgarstki, na których zostawiła odciski palców.
Na szosie nadal było pusto. Odwróciła się w stronę lasu i ruszyła traktem. Co chwilę oglądała się z obawą, czy nikt jej nie zauważył. Im szybciej się oddali, tym lepiej. Z każdym przebytym metrem otaczająca zieleń powoli koiła jej zdenerwowanie i przywracała trzeźwość myślenia.
Będzie musiała uciekać i ukrywać się. Znowu.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -