Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Cork

Robert Cichowlas


" - Przywołuję cię! - krzyknął Donovan, unosząc ręce wysoko w górę - Wielbię cię! Pokaż swoje zło, mój sługo, bowiem tylko tego pragnę.
Chłopak pokłonił się przed wymalowanym białą kredą pentagramem, po czym pochwycił martwego gołębia i jednym szybkim ruchem ręki wbił swój chudy palec wskazujący w jego brzuch. Pióra ptaka stały się nagle mokre i śliskie od krwi, która zaczęła spływać po kościstym nadgarstku Donovana. Nie zwracając na to uwagi, chłopak wbijał palec coraz głębiej w ciało ptaka. Przy tej czynności zaciskał mocno zęby i robił groźne miny, starając się jednocześnie powstrzymać od zwymiotowania.
- Ta krew jest dla ciebie - rzekł gardłowym głosem - spływa po mojej ręce po to, abyś ty mógł jej posmakować.
Chłopak wykonał kolejny ruch. Udało mu się rozerwać brzuch gołębia i wyciągnąć z niego wnętrzności. Trzymając je w garści poczuł, że są bardzo miękkie. Ścisnął je tak mocno, że zmiażdżone serce i wątroba ptaka zaczęły wyglądać jak po przemieleniu przez maszynkę do mięsa.
- To serce jest dla ciebie! Daję ci wszystkie żyły, płuca i wątrobę - powiedział z triumfem w głosie - spływają po mej dłoni, abyś mógł się nimi pożywić! Widzisz? Są tylko dla ciebie!
Gwałtownym ruchem ręki rzucił ptasimi wnętrznościami prosto w pentagram, głośno przy tym skandując:
- Przywołuję cię! Przywołuję cię! Przywołuję cię!
Zaśmiał się, następnie przyłożył sobie zakrwawioną dłoń do ust i przymknął oczy. Z początku czuł obrzydzenie, które stopniowo przeradzało się pragnienie posmakowania martwego ciała. Koniuszkiem języka dotknął krwi. Przez krótką chwilę nie wykonywał żadnych ruchów, jakby delektował się pierwszą kroplą. Potem przycisnął swoje usta do otwartej dłoni i z zapałem zaczął zlizywać krew. Czuł jej metaliczny smak, rozkoszował się każdą chwilą. Niewielkie kawałki pochodzące z brzucha gołębia przegryzał siekaczami, szatkował je na jeszcze drobniejsze części, aby móc poczuć ich słodkawy smak.
Spływająca po jego podbródku krew kapała na pentagram. Donovan przykucnął i dotknął brudnymi rękoma jego linii. Chwilę później pochwycił resztki rozerwanego ptaka i złożył je w ofierze.
Ponownie przymknął oczy i uśmiechnął się. Jego usta błyszczały od krwi.
- Jesteś już bardzo blisko, prawda? - zapytał, po czym pochylił się nad martwym ptakiem. Czarne oczy zwierzęcia skierowane były wprost na niego.
Donovan pocałował otwarty szeroko dziób, następnie zanurzył twarz w rozdartym brzuchu gołębia. "

Cork wyłączył komputer i oparł się wygodnie w obrotowym krześle. Z zadowoleniem stwierdził, że pisząc w takim tempie, ukończy powieść napóźniej za dwa miesiące. Ostatnio nie opuszczała go wena twórcza i pisał dokładnie tak, jak podpowiadała mu wyobraźnia. Nie miewał załamań, gorszych dni, które mogły by uniemożliwiać mu pisanie. Po prostu tworzył i z każdego kolejnego napisanego przez siebie zdania był zadowolony. Wszystko szło po jego myśli.
Teraz musiał chwilę odpocząć. Ścierpnięty wstał z krzesła i udał się do niewielkiej, urządzonej w stylu art deco kuchni, aby zaparzyć sobie mocnej, czarnej kawy.
Paląc papierosa, myślał o jutrzejszym spotkaniu z czytelnikami, które miało odbyć się w księgarni "World of book" na Langton Street. Gdzieś wewnątrz niego narodziła się niepewność. Obawiał się pierwszych reakcji czytelników na jego najnowszą powieść "Opętanie lolity", która ukazała się w księgarniach niespełna miesiąc temu. Miało to być jego pierwsze spotkanie z fanami od ponad roku i teraz stojąc w kuchni i zalewając kubek z kawą zastanawiał się nad tym, jak zareagują na jego widok ludzie. Będą wpatrywać się w niego z powątpiewaniem, czy klaskać i wykrzykiwać jego nazwisko?
Zawsze czuł strach przed tego typu imprezami. Pisał dla ludzi, którzy oczekiwali w jego książkach krwi, brutalnych scen, mordobić. Pisał horrory. Powieść "Opętanie lolity" nie była czystym horrorem. Pisząc tę książkę wykorzystał wiedzę na temat zatajonych przez kościół informacji dotyczących egzorcyzmów przeprowadzanych w małej rosyjskiej wiosce o nazwie Pradia. Powieść opowiadała historię młodej dziennikarki, która wyruszając do Pradii napotkała na swej drodze mężczyznę opętanego przez demona. Pierwszy raz w życiu pisał o zjawiskach paranormalnych, o diabłach i demonach rosyjskiej kultury. Temat świetnie nadający się na powieść grozy, jednak on nieco odbiegł od gatunku; skupił się na aspektach psychologicznych, na odczuciach bohaterki, oraz na opisie faktów dotyczących egzorcyzmów w Pradii.
Podenerwowany dosypał cukru do kawy i wrócił do salonu. Ponownie uruchomił komputer.
Powieść którą właśnie pisał należała do tych brutalnych i krwawych. Miała dostarczyć czytelnikowi mocnych wrażeń. Miała przerażać.
Kiedy spojrzał na ostatnie napisane przez siebie zdanie, ponownie nabrał chęci do tworzenia. Podwinął rękawy kraciastej koszuli i spojrzał w ekran komputera. Przez chwilę siedział zamyślony, następnie pochylił się nieco nad klawiaturą i zaczął pisać.
Powieść miała być horrorem. Jak na razie był w trakcie pisania trzynastego rozdziału, w którym główny bohater - Mick Donovan - próbuje podpisać pakt z diabłem. Aby to zrobić, usiłuje przywołać bestię. Składa jej krwawe ofiary z ptaków, kotów i kozłów. Cork swoim pomysłem chciał nawiązać do znanej powieści "Szatański prezydent" jednego ze swoich znajomych w branży literackiej - Jamesa Baldwina, który stworzył powieść o opętaniu przez szatana jednego z kandydatów na prezydenta. Podpisując pakt z diabłem, główny bohater zdobywa władzę. W powieści Corka chłopak o nazwisku Donovan pragnie zostać aktorem. Nie dostrzega jednak zmian, jakie w nim zachodzą. Coś zaczyna nim dyrygować, jakaś przepotężna siła rodem z samego dna piekielnych czeluści.
Cork zastanawiał się nad tym, czy przypadkiem nie przesadził z realizmem wydarzeń. Często zdarzało mu się pisać o rzeczach kompletnie bzdurnych i nierealnych, których żaden wydawca nie był w stanie przetrawić. Ostatecznie jednak udało mu się - jego zdaniem - stworzyć bohatera bardzo rzeczywistego, wtrącić do powieści wątek dobrze opisanego opętania, a sugestywność opisywanych wydarzeń miała dodatkowo potęgować w czytelniku nastrój grozy.
W dodatku opinia wstępna, jaką otrzymał kilka dni temu, na temat pierwszych dziesięciu rozdziałów powieści okazała się niezwykle pochlebna. Usłyszał wtedy - "Napisałeś kilka rozdziałów kolejnego dzieła o opętaniu. Wiesz jaki był twój problem dotyczący ostatniej powieści? Było w niej za mało krwi. Ludzie chcą czytać o jatkach, chcą z obrzydzeniem przewracać kolejną stronę, rozumiesz? Twoja nowa powieść jest właśnie taka, jaka powinna być. Masz jaja, chłopie. Za kilka miesięcy okrzykną cię mistrzem horroru".
Takich słów potrzebował. Budowały go i zachęcały do tworzenia.
Cork miał trzydzieści sześć lat i czternaście opublikowanych książek. Kilka z nich otrzymało wyróżnienia literackie w USA i Europie. Dwie jego powieści zdobyły główne nagrody zorganizowane przez London Mystery Magazine. Po za tym - ludzie uwielbiali czytać jego książki. Sprzedawały się w błyskawicznym tempie, a popyt na nie wciąż wzrastał.
Kończył pisać kolejny rozdział, kiedy zadźwięczał jego telefon.
Powracając myślami do rzeczywistości, pochwycił słuchawkę od aparatu i wcisnął ją sobie pod ucho, cały czas wpatrując się w ekran monitora.
- Graham? - usłyszał cieniutki głos Peggy - Przypominam ci tylko o jutrzejszym spotkaniu z czytelnikami - zaśmiała się cicho, po czym zapytała - Cały czas piszesz?
Peggy była jego menedżerem, tym samym przyjaciółką jeszcze z czasów studiów. Młoda, ambitna i piękna. Spotykali się przez kilka lat, jednak w chwili obecnej wiązała ich jedynie przyjaźń. Dbała o dobry wizerunek Corka, organizowała wszelkie możliwe spotkania literackie, zajmowała się reklamą i kontraktami.
- Piszę - odparł Cork, uśmiechając się nieznacznie - Przez cały czas piszę i idzie mi doskonale. Myślę, że za dwa miesiące ukończę tę powieść.
- Szybki jesteś - powiedziała z przekąsem - Zawsze byłeś szybki.
- To jakaś aluzja? - zaśmiał się.
- Ależ skąd, tylko się droczę. Trzeba cię jakoś odstresować.
- Ostatnio nie bywam zestresowany, wszystko idzie po mojej myśli.
- Doskonale. O której masz jutro to spotkanie? - zapytała.
- O której? Sprawdzasz czy nie zapomniałem?
Zachichotała, po czym westchnęła głośno.
- Ty rzadko kiedy zapamiętujesz godziny. W ostatniej chwili dzwonisz i pytasz mi się, o której masz spotkanie, podczas kiedy wszystkie twoje fanki z niecierpliwością czekają na twoje pojawienie się.
- Fanki, powiadasz?
- Nie bądź taki skromny. I nie spóźnij się jutro. Masz być kilka minut przed szesnastą przed moim biurem. Stamtąd pojedziemy na Langton Street, zrozumiano?
- Tak jest, mamo - odparł rozbawiony, następnie zapytał już nieco poważniej:
- Co u ciebie?
- W porządku - odparła Peggy - Jestem trochę zabiegana, ale ze wszystkim sobie radzę.
- To świetnie, tak trzymać.
- Jutro po spotkaniu udzielisz wywiadu dla czasopisma "Strach". Już ostatnio obiecałeś im ten wywiad. Tym razem nie odmówiłam.
Cork nabrał powietrza w płuca, po czym powoli je wypuścił.
- W porządku - powiedział - Jakieś telewizje?
- Dwie główne i jedna regionalna, może być? - znowu się zaśmiała, tak jakby znała reakcje Corka na ten fakt.
- Wiesz, że nie lubię telewizji - rzekł spokojnym głosem.
- Nie lubisz jej oglądać. Natomiast uwielbiasz, kiedy oglądają ciebie.
- To nieprawda! - krzyknął wybuchając śmiechem - Skąd ci się biorą takie pomysły?
- To nie pomysły, to fakty.
- Znowu myślisz za mnie.
- Ktoś musi - odparła żartobliwie - Do zobaczenia jutro.
- O której?
- Przestań!
Odłożył słuchawkę i ponownie spojrzał na monitor.
- Na dzisiaj koniec - oświadczył na głos, następnie wyłączył komputer.
Przez kilka minut siedział w bezruchu wsłuchując się w tykanie zegara na ścianie. Później wykręcił numer do pizzerii i zamówił sobie na kolację pepperoni z podwójnym serem i trzy butelki wody mineralnej perrier.



Wrzucił niedojedzony kawałek pizzy do kartonu, po czym kilkoma haustami opróżnił całą butelkę perrier'a.
Chwilę później stał w łazience, ściągając przepoconą koszulę i zabrudzone ketchupem dżinsy. Zaczynała go boleć głowa, odczuwał zmęczenie.
Odkręcił wodę i wszedł pod prysznic.
Próbował się odprężyć. Zamknął oczy i pozwolił, aby woda beztrosko spływała po jego twarzy. Czując jej ciepło, rozmyślał o Peggy. Powróciły wspomnienia z młodzieńczych lat. Wtedy był jeszcze człowiekiem towarzyskim, skorym do hucznych zabaw i obfitych w alkohol imprez. Po części ze smutkiem pomyślał o tym, jak bardzo się zmienił, jak bardzo zamknął w sobie.
Nie pamiętał kiedy ostatni raz umówił się ze znajomymi na pogawędkę, zaczął się zastanawiać, czy w ogóle ma jeszcze jakichś znajomych. Na pewno pamiętali o nim, widywali go w telewizji, czytywali o nim rozmaite artykuły, być może nawet od czasu do czasu sięgali po jego książki. Jednak nikt już nie telefonował, nikt nie pukał do drzwi z chęcią wyskoczenia do pobliskiego pubu na piwo.
Dotarło do niego, jak bardzo odizolował się od ludzi. Był to swego rodzaju paradoks. Człowiek taki jak on często przebywa w towarzystwie. Dla Cork'a jednak owe towarzystwo było jedynie pracą. Po prostu fani, reporterzy, agenci literaccy. To wszystko, obcy ludzie, którzy nie mieli pojęcia co czuje i czego pragnie. Była też Peggy.
Ona wiedziała.
"Piękna, słodka Peggy" - pomyślał i poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Była chyba jedyną osobą, która wiedziała co lubi jadać na śniadanie, co na kolacje. Zawsze kupowała mu jego ulubioną whiskey Chivas Reagal. Często popijali ją razem, słuchając Belindy Carlise i jej "Circle in the sand".
Kiedy to było? Trudno mu było sobie przypomnieć.
Nawet nie potrafił zatrzymać jej przy sobie.
Namydlił ciało i odczuwając przyjemne dreszcze, spłukał się chłodniejszą już wodą. Owinięty ręcznikiem opuścił kabinę prysznicową, stając przed ogromnym lustrem, w którym ujrzał swoją ponurą twarz.
Ciemne włosy zaczesał do tyłu, chociaż one zawsze opadały mu z powrotem na przecięte dwiema zmarszczkami czoło.
Ogolił się i spryskał wodą toaletową. Przez chwilę wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze, następnie założył białą bawełnianą koszulkę i świeżą parę dżinsów, po czym wyszedł z łazienki do ciemnego korytarza, którego każda ze ścian wyłożona była dębową boazerią. Z sufitu zwisała ogromna lampa, której klosz przypominał kwiat róży. Nawet nie pamiętał, gdzie ją kupił, ale za każdym razem, kiedy na nią spoglądał, myślał o Peggy.
Ostatnio zbyt często o niej myślał. Jeszcze nie tak dawno pojawiała się i znikała z jego umysłu. Byli przyjaciółmi, po za tym łączyły ich sprawy związane z jego pisarstwem.
Teraz zapalając światło na korytarzu doszło do niego, że brakuje mu jej towarzystwa. Miał chęć zadzwonić do niej i zaprosić na wspólną kolację. Zastanawiał się, czy zgodziła by się przyjechać pod jakimś sprytnym pretekstem.
Z rozmyślań wyrwał go nagły, głośny hałas tłuczonego szkła, dobiegający zza zamkniętych drzwi łazienki.
Natychmiast się obrócił i spojrzawszy na drzwi od pomieszczenia, zaczął nasłuchiwać, tak jakby spodziewał się usłyszeć coś jeszcze. Przez kilka długich sekund nie ruszył się z miejsca. Czuł chłód podłogi pod gołymi stopami.
Pomyślał, że stłukła się szyba w szafce na perfumy; zawsze zapominał jej dokręcić. Już kiedyś o mało nie stłukła się podczas wymiany kranu w zlewie. Przez przypadek uderzył w nią śrubokrętem i runęła na podłogę - na szczęście wprost na rozłożone ręczniki.
Kiedy otworzył drzwi, zobaczył, że to wcale nie szyba.
Stłukło się lustro; kilka jego odłamków leżało na podłodze, jeszcze inne w zlewie, jeden ostry odłamek znalazł się nawet w brodziku w kabinie prysznicowej.
Zdziwiony Cork podszedł do stłuczonego lustra. W ramie pozostało jeszcze kilka większych kawałków, w których zobaczył swoją bladą twarz.
Nie miał pojęcia jak to się mogło stać. Lustro wyglądało tak, jakby ktoś rzucił w nie kamieniem. Zastanawiał się przez chwilę, w jaki sposób mogło dojść do stłuczenia, ale w żaden sposób nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. W dodatku lustro było prawie nowe; kupione kilka miesięcy temu, nie posiadało żadnego defektu.
Nie miał sił, aby pozbierać odłamki szkła. Sprzątnie je następnego dnia, z samego rana. Teraz położy się do łóżka i odpocznie. Może uda mu się wcześniej zasnąć. Dzięki temu jutro wstanie rychlej, aby napisać kilka akapitów nowej powieści.
Opuścił łazienkę i zamknął za sobą drzwi. Udał się do sypialni, gdzie przyrządził drinka i usiadł na łóżku. Tym razem wódka z sokiem pomarańczowym mu nie smakowała. Napiłby się zimnego chivas reagal.
Odłożył szklaneczkę na nocny stolik i położył się do łóżka.
Zasnął.



O czwartej nad ranem obudził się z krzykiem, ściskając w dłoni zmiętoszony brzeg prześcieradła.
- Chodź do mnie! Ujawnij swe oblicze! - ktoś wrzeszczał w jego głowie. Przyłożył palce do skroni i podniósł się z łóżka.
Zapatrzony w ciemność odetchnął z ulgą. Nigdy nie miewał koszmarów.
"Za dużo horrorów" - pomyślał, próbując wstać z łóżka. Po dłuższych poszukiwaniach kapci, w końcu udało mu się wsunąć stopy i poczuć ich miękkość. Wstał i zapalił światło.
Było mu gorąco. Ocierając pot z czoła, sięgnął po butelkę perriera i dopiero, kiedy poczuł na podniebieniu jej chłód, uspokoił się.
Miał chęć na mocną kawę i papierosa, wiedział, że noc ma już za sobą. Z pewnością nie udało by mu się usnąć ponownie. Jak mawiał zawsze: "W nocy sypiam tylko jeden raz. Każde przebudzenie oznacza dodatkowy czas na tworzenie".
Włączył komputer. Ostatecznie zrezygnował z kawy. Jego palce spoczęły na klawiaturze.

" - Zostanę aktorem - oświadczył przy wspólnym śniadaniu. Ojciec Donovana uśmiechnął się, po czym odłożył gazetę na stół.
- Aktorem? - zapytał zaciekawiony - A w jakich filmach chciałbyś grywać?
- Nie wiem - odparł Donovan - To nie jest takie istotne. Ważne jest to, że z całą pewnością zostanę gwiazdą.
- Naprawdę?
- Tak. Będę sławnym aktorem takim jak Richard Gere, Patrick Swayze i Sylvester Stallone.
Ojciec Donovana poklepał syna po ramieniu.
- Każdy miewa marzenia - powiedział - Cieszę się, że potrafisz marzyć.
- To nie marzenia - rzekł sucho Donovan - Chyba mnie nie rozumiesz. Można powiedzieć, że już jestem aktorem.
- Co to za tajemniczość w twoim głosie? Jest coś, o czym ja i mama nie wiemy?
- Jest wiele spraw o których nie wiecie, ale one są tylko moje. Możecie być ze mnie dumni. Wkrótce usłyszy o mnie cały świat.
Donovan wstał od stołu. Posłał ojcu triumfalny uśmiech, następnie podziękował za śniadanie.
- Teraz muszę wyjść - oświadczył.
- Dokąd chcesz iść? Leje deszcz - spytał chłopca jego ojciec.
- To pilne. Muszę załatwić pewną sprawę.
Myślami był już daleko poza domem, w ciemnej jaskini, której wszystkie ściany stanowiły krwawy dom piekielnego dyktatora.
Musiał czekać. Musiał czekać na kolejne rozkazy. Pozostało wiele krwi do przelania. Tym razem jego Pan będzie dumny. Czekało na niego ogromne danie główne. Donovan marzycielsko się uśmiechnął, po czym przewiesił sobie przez ramię czarną, ciężką torbę.
- Co tam masz? - zapytał ojciec, kiedy Donovan otwierał drzwi wyjściowe.
- Strój piłkarski, idziemy z kolegami na halę - odparł chłopak - Trzeba ćwiczyć kondycję.
- To ta ważna sprawa, którą musisz załatwić?
- Tak, tato.
- Uważaj na siebie i nie wracaj zbyt późno.
Donovan nie słyszał ostatnich słów ojca.
Biegł ile sił w nogach. Myślał tylko o jednym; o ofierze, którą złoży swemu Panu.
"Okaż mi swoje zadowolenie" - pomyślał - "Pokaż, jak bardzo jesteś ze mnie dumny, o Panie". "

Klawiatura Cork'a nagle ucichła. Przestał pisać.
Usłyszał cichy pisk dochodzący z łazienki. Nie był pewien, czy rzeczywiście coś słyszał, dopóki odgłos nie rozległ się ponownie.
- Szczur? - zapytał samego siebie, kompletnie ździwiony i zdezorientowany.
Zaczął nasłuchiwać. Siedział w bezruchu, lekko pochylony nad klawiaturą. wpatrywał się w napisany przez siebie tekst, ale nie czytał słów. Wytężał słuch.
Usłyszał chrobotanie. Coś zaczęło drapać pazurami w drzwi od łazienki. Z początku cichy odgłos, z czasem przerodził się w donośne:
Chrobot-chrobot.
Wstał na równe nogi i wszedł do przedpokoju. Zapalił światło i po cichu zbliżył się do drzwi od łazienki. Skrobanie stawało się coraz bardziej intensywne. Serce biło mu wolno i nierówno. Usta miał spękane i wyschnięte niczym kostka zużytego pumeksu.
Chrobot-chrobot.
A potem jazgot jaki wydaje z siebie człowiek z ustami pełnymi jedzenia, który właśnie się zakrztusił.
- Co do cholery - wymamrotał, po czym jednym gwałtownym ruchem otworzył drzwi.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie dostrzegł żadnego szczura. Nieco zaintrygowany, wszedł do środka. Światło z korytarza dość dobrze oświetlało całą łazienkę. Odłamki szkła pochodzące od stłuczonego lustra wciąż leżały na tym samym miejscu; tam, gdzie je pozostawił. Zajrzał do brodzika, ale oprócz kawałka lustra, butelki szamponu i mydła, nie znalazł tam niczego więcej. Pod umywalką stał jedynie plastikowy kosz na śmieci. Nigdzie nie było śladu po szczurze.
Odgłosy chrobotania ucichły.
Miał zamiar opuścić łazienkę, kiedy jego wzrok padł na drzwi. Na samym dole; kilka centymetrów nad podłogą były porysane. Przykucnął i zaciekawiony dotknął palcem cienkich, aczkolwiek głębokich zadrapań.
Ponownie rozejrzał się po całej łazience, nie dostrzegł jednak niczego, co mogło by w taki sposób uszkodzić drzwi.
Wyszedł do przedpokoju. Miał właśnie zgasić światło, kiedy rozległ się dźwięk telefonu. Drgnął jak rażony prądem, jego serce załomotało z nerwów.
- Jezu - wybełkotał i podniósł słuchawkę od aparatu, stojącego na dębowej szafce na buty.
- Graham?
- Peggy, jest czwarta rano.
- Słucham?
- Jest czwarta rano, moja droga, nie za wcześniej na nękanie mnie telefonami?
- Ty chyba powinieneś zrobić sobie przerwę, przez to pisanie tracisz poczucie czasu - jej głos był jak zwykle ciepły, lekko piskliwy.
Cork spojrzał na zegarek.
8.02
- Cholera, chyba masz rację - wymamrotał - przed chwilą była czwarta rano. Zaczynam popadać w obłęd.
- Dzwonię, aby cię poinformować, że w przyszłym tygodniu masz spotkanie w Manchesterze i Liverpoolu. Co ty na to?
- O matko, nie za dużo tego podróżowania?
Ponownie spojrzał na zegarek, aby upewnić się, że wskazówka sekundnika działa poprawnie. Istotnie, minęła ósma rano. Jezus.
- Cóż - rzekła Peggy - Pociesz się, że to nie będzie koniec twojego podróżowania. Prawdopodobnie w przyszłym miesiącu wybierzemy się do USA. Chcą cię tam zobaczyć.
Zachichotała.
Cork uważnie obserwował drzwi od łazienki. Wydawało mu się, że dostrzegł jakiś ruch, jakby coś włochatego, niewielkich rozmiarów, przemknęło przez środek pomieszczenia.
- Cholera - rzucił do słuchawki.
- Co się dzieje? - zapytała Peggy.
- Chyba mam szczura w łazience.
- Co? Ty masz szczura? - roześmiała się głośno, po czym dodała - W takim razie walcz ze szczurem, a ja kończę. Mam mnóstwo pracy. Do zobaczenia po południu. Nie spóźnij się.
- Do zobaczenia - odparł i odłożył słuchawkę.
Chwilę potem klęczał przed kabiną prysznicową, później sprawdził zawartość kosza na śmieci, przeszukiwał każdy zakamarek łazienki. W pewnej chwili trafił kolanem na ostry odłamek szkła. Syknął z bólu i zaklął, następnie pośpiesznie sprawdził jak głębokie jest skaleczenie. O dziwo kawałek szkła nie spowodował rozcięcia skóry.
Cork westchnął.
Nie znalazł nic, czego by wcześniej nie widział. Żadnych myszy ani szczurów.
Spocony wyszedł z łazienki. Nie miał zamiaru jej w tamtej chwili sprzątać. Zrobi to wieczorem, albo jutro z rana.
Po jej opuszczeniu zamknął za sobą drzwi i wrócił do pokoju.
Spojrzał na komputer.
To, co zobaczył wywołało w nim falę strachu, który zaczął narastać z każdą kolejną chwilą. Ból skroni stał się nie do wytrzymania, Cork prawie zwymiotował.
Na monitorze pojawiały się i znikały napisy:
"Prawie jestem. Prawie jestem. Prawie jestem".
Było ich coraz więcej, jakby ktoś niewidzialny w oszałamiająco szybkim tempie wypisywał je jeden obok drugiego.
"Prawie jestem. Prawie jestem. Prawie jestem...".



W beżowych spodniach, błękitnej koszuli i białej marynarce od Armaniego wszedł pewnie na dział księgarni, w którym czekali na niego fani. Towarzyszyła mu Peggy ubrana w kremowe obcisłe spodnie od Calvina Kleina i jasno - zieloną bawełnianą koszulkę tej samej marki. Włosy spięła ogromną drewnianą klamrą z wygrawerowanym wielbłądem. Delikatny makijaż podkreślał jej pełne usta i odstające kości policzkowe.
Kiedy wchodzili po stromych schodach na piętro księgarni, posłała Cork'owi porozumiewawcze spojrzenie. W odpowiedzi uśmiechnął się niepewnie.
Zanim ujrzał całą masę uśmiechniętych twarzy, usłyszał donośny kobiecy głos, dobiegający przez głośniki.
- Już za kilka chwil pojawi się nasz długo oczekiwany gość. Autor kilkunastu bestsellerowych powieści, jeden z najpopularniejszych autorów literatury grozy - Graham Cork!
Potem zobaczył tłumy ludzi, którzy klaskali i wykrzykiwali jego nazwisko. W każdy z możliwych sposobów próbowali zwrócić na siebie jego uwagę. Niektórzy tylko patrzyli, nie próbując nawet opanować narastającego podniecenia. Wszyscy trzymali w swych rękach jego książki; począwszy od tych pierwszych, które napisał, jak i najnowsze.
Niemal na wszystkich ścianach księgarni wisiały plakaty przedstawiające okładkę jego najnowszej powieści "Opętanie lolity". Na nich widniała twarz młodej kobiety, trzymającej w dłoni krzyż. W oddali, na niebie o kolorze ołowiu jakaś niewyraźna postać zdawała się spadać wprost na plecy kobiety.
Cork stanął na chwilę przed fanami. Błyski fleszy niemal poraziły jego oczy. Uśmiechnął się szeroko i powiedział:
- Witam wszystkich - jednak w zgiełku jaki powstał usłyszało go niewielu.
Podszedł do niego wysoki mężczyzna w popielatym garniturze i szybko przedstawił się jako Jack Watkins - kierownik księgarni, po czym wskazał Cork'owi miejsce, gdzie wraz z Peggy mieli usiąść.
Zasiedli w dość wygodnych, obitych skórą fotelikach. Peggy cały czas uśmiechała się spoglądając na tłum ludzi zgromadzonych na ogromnej sali. Oni odwzajemniali jej spojrzenia, machali do niej rękoma w geście powitania i unosili wysoko w górę książki autorstwa Cork'a.
Chwilę póżniej pojawiła się telewizja.
Pracownicy księgarni biegali w tę i z powrotem; co chwila przestawiali regały, dyskutowali ze sobą i co jakiś czas spoglądali ukradkiem na Cork'a.
Dziennikarze zaczęli krążyć po sali niczym mroczne cienie, niemal wszyscy ubrani na czarno, z czapeczkami reklamującymi księgarnię "World of book".
Cork wyciągnął z kieszeni długopis, po czym ściągnął marynarkę i przewiesił ją na oparciu fotelika. Pomyślał, że to będzie długi wieczór. Miał do złożenia więcej autografów, niż przypuszczał wcześniej.
Czuł się wspaniale. Był dumny i uradowany. Próbował nie okazywać emocji, starał się utrzymać klasę, być opanowany.
Posłał kierownikowi porozumiewawcze spojrzenie, które miało oznaczać, że jest gotowy do podpisania pierwszej książki.
Do Cork'a podszedł młody, ogolony na łyso chłopak. Podał mu dłoń i poprosił o autograf. Rozbłysły flesze.
Po niespełna dwóch godzinach, Cork poprosił o szklankę wody. Podano mu ją niemal natychmiast. Upił trzy łyki i podpisał kolejnych kilkadziesiąt książek.
Fani robili sobie z nim zdjęcia, rozmawiali i obserwowali go bacznie. Dawali mu do zrozumienia, że uwielbiają to, co robi, to jak pisze.
- Czytam pańskie książki od dawna i z niecierpliwością czekam na kolejne - powiedziała młoda, ubrana z krotką spódniczkę dziewczyna, podając Cork'owi do podpisania "Opętanie lolity".
Uśmiechnął się i na pierwszej stronie złożył swój kosmaty autograf, który przypominał wielki bazgroł z ogromnym czytelnym "G" na początku. Reszta podpisu była mieszaniną linii ciągłych i przerywanych. Niezbyt wyszukany podpis, a jednak bardzo cieszący oczy fanów.
- Kiedy ukaże się pańska nowa powieść?
- "Opętanie lolity" jest moją ulubioną książką.
- Strasznie pana lubię. Pańskie książki są wspaniałe.
- Potrafi pan przestraszyć. Niech to szlag, potrafi pan.
Odpowiadał niemal na każde pytanie. Dziękował za pochlebne opinie, za miłe słowa i pozwalał się z każdym fotografować.
Peggy cierpliwie siedziała obok niego i popijała sok pomarańczowy. Z początku wzięto ją za dziewczynę Cork'a, niektórzy domniemali, że jest jego żoną, inni zaś wcale jej nie zauważali.
Mniej więcej o dwudziestej, kiedy sala księgarni nieco się wyludniła, do Cork'a podszedł chłopak. Pod pachą trzymał jedną z jego powieści. Uśmiechał się tajemniczo.
Cork odniósł wrażenie, że skądś go zna. Nie odzywając się słowem, wyciągnął do niego dłoń, ale chłopak wciąż stał bez ruchu tuż naprzeciwko niego. Patrzył mu prosto w oczy, ale nie odzywał się.
Minutę później jeden z ochroniarzy zauważył całą sytuację i przybliżył się nieco bliżej Cork'a.
- Okay, wszystko w porządku - powiedział Cork. Ochroniarz kiwnął głową i oddalił się o kilka metrów.
Tymczasem chłopak nachylił się nad siedzącym pisarzem i posłał mu kolejne spojrzenie. Tym razem w jego oczach zabłysła wrogość.
- Już prawie jestem - powiedział niemal szeptem.
Zaskoczony Cork nie wiedział co ma odpowiedzieć. Coś wewnątrz niego mówiło mu, że gdzieś już widział tego chłopaka. Być może czytał o nim.
- Co masz na myśli? - zapytał, cały czas zastanawiając się, skąd zna tę twarz.
Chłopak jednym ruchem wyciągnął spod pachy książkę i położył ją na stoliku przed Cork'iem.
Peggy bacznie przypatrywała się całemu zdarzeniu. Kiedy ujrzała okładkę książki, znieruchomiała. Spojrzała na pisarza. Był blady. Był bardzo blady.
Na okładce książki widniała twarz chłopaka, a pod nią tytuł "Diabeł Donovana", oraz imię i nazwisko autora - Graham Cork.
- Teraz już kojarzysz? - zapytał chłopak.
- Co to jest? - zapytała Peggy. Wyciągnęła rękę, aby pochwycić książkę, ale chłopak ją ubiegł. Wcisnął ją pod pachę i roześmiał się. Był to sarkastyczny, pełen triumfu śmiech.
- Już prawie jestem. Jeszcze troszkę musisz poczekać - zwrócił się do Cork'a.
Pisarz nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. Spojrzał na Peggy. Na jej twarzy malowało się zdenerwowanie.
- Co to za książka? - zapytała, ale chłopak nie odpowiedział. Pomachał jedynie ręką na pożegnanie, po czym zaczął się oddalać.
Peggy wstała.
- Przestań - rzekł Cork.
- Graham, coś tu nie gra.
- Usiądź.
- Co to była za książka? Czy nie tak ma brzmieć tytuł twojej nowej powieści?
- Uspokój się.
Kilka kolejnych minut upłynęło na podpisaniu kolejnych kilku powieści, oraz na wykonaniu paru zdjęć.
Godzinę później Cork udzielił wywiadu dla czasopisma "Strach". W jego głosie dawało się wyczuć niepewność. Przestał się uśmiechać.


Cork ostatni raz spojrzał na powtarzające się niemal w nieskończoność zdanie na ekranie swego komputera zaraz pod ostatnią kropką rozdziału nowej powieści.
"Prawie jestem" - dwa wyrazy, które po pomnożeniu razy tysiąc, albo dziesięć tysięcy, dorównywały objętością sporej części powieści.
Kiedy udało mu się wymazać ostatni wyraz, odetchnął, po czym pochylił się nad klawiaturą i w skupieniu ułożył na niej palce.
Zaczął pisać.

"Ciało maleńkiej Laury spoczęło w mrocznej grocie. Donovan pochylił się nad płonącymi świecami i odmówił w milczeniu modlitwę. Nie przestawał przypatrywać się sinej skórze dziecka, które leżało teraz nagie na zimnej ziemi. Nie czuło już nic, nie gaworzyło, nie płakało.
Donovan klęknął przed martwym ciałem i dotknął chłodnej dłoni kilkuletniej Laury.
- Ta dłoń jest po to, abyś mógł posmakować młodej krwi.
Następnie dotknął nóżki dziecka. Była sztywna, lekko zgięta.
- Oto ciało dla ciebie, abyś mógł przyjść do mnie. Moja ofiara właśnie została złożona. Zanim zasmakujesz krwi, zanim posiądziesz błąkającą się bez celu duszę, pokaż się! Chcę, abyś ujawnił swe oblicze! Złóż podpis na mym ciele, abym mógł stać się sławnym.
Z ciemnego kąta groty wyłonił się szczur. Donovan drgnął przestraszony. Po chwili zaśmiał się głośno i chwycił stworzenie za ogon. Trzymając je wysoko w górze odezwał się:
- Mam nadzieję, że nie żartujesz sobie ze mnie. Pokaż się! - ryknął wyrzucając szczura daleko za siebie - Pokaż się i weź to, co ci podarowałem!
Zgasła pierwsza świeca.
Płomienie kolejnych dwóch pochyliły się, jakby za sprawą delikatnego powiewu wiatru. Zgasły.
Po chwili płomienie innych świec zaczęły tańczyć w bezwietrznej grocie. Donovan w skupieniu przypatrywał się ciału dziewczynki spoczywającej w kręgu, który tworzyły świece.
Zgasły kolejne.
Ciało dziecka drgnęło. Poruszyła się maleńka, blada rączka. Zaraz za nią drgnęła główka. Za zamkniętymi powiekami czaiło się zło.
Kiedy zgasła ostatnia świeca i grotę spowiła całkowita ciemność, Donovan poczuł, że jego serce zaczyna bić w oszalałym tempie. Nie czuł strachu, raczej silne podniecenie. Czekał na swego Pana, który w końcu postanowił upewnić go w przekonaniu, że pakt został podpisany.
Nareszcie.
Ciszę przerwało coś znajdującego się teraz w otchłani stęchłego pomieszczenia. Padło tylko jedno słowo; wypowiedziane szybko, przez chwilę Donovan pomyślał, że to przesłyszenie, że to świst targanych przez wiatr liści na zewnątrz.
Tylko jedno słowo:
- Jestem.
A potem niczym nie mącona cisza. I to nieodparte uczucie, które pojawia się wtedy, kiedy człowiek ma wrażenie, że jest obserwowany.
W panującym mroku, Donovan nie był w stanie dostrzec ciała małej dziewczynki, leżącej na ziemi. Wiedział jednak, że jej oczy są otwarte. Przez te małe oczka coś patrzyło na niego.
Czekał na to, co miało wydarzyć się za chwilę."

Właśnie tak planował napisać ciąg dalszy książki. Poczuł zadowolenie i pewnego rodzaju ulgę. Po ostatnich wydarzeniach obawiał się, że nie będzie w stanie stworzyć czegoś sensownego. Tymczasem był usatysfakcjonowany.
Kilka minut później siedział na łóżku i oglądał program o odkryciach na Półwyspie Apenińskim na początku dwudziestego wieku. Patrzył na czarno-białe fotografie przedstawiające brodatych badaczy, którzy już dawno nie żyli. Rozmyślał o spotkaniu z czytelnikami w księgarni na Langton Street. Przypomniał sobie twarz chłopaka, który położył na stoliku przed nim książkę pod tytułem "Diabeł Donovana".
Nie wiedział co ma o tym myśleć. Jego umysł był zmęczony, lecz pytania same nawiedzały jego głowę.
Czy to był głupi żart konkurencji? Ktoś chciał go zdenerwować? Może ostrzec? Kim był chłopak, którego skądś kojarzył? Czy miał okazję poznać go już wcześniej? Dlaczego jego twarz znajdowała się na okładce książki?
I wreszcie ostatnie pytanie: dlaczego ów chłopak tak bardzo kojarzył mu się z głównym bohaterem powieści, którą właśnie pisał?
Donovan. To imię bardzo do niego pasowało.
Cork wstał z łóżka i wyłączył telewizor. Nalał sobie szklaneczkę tequili i wziął gorący prysznic. Był głodny, ale nie potrafił dokładnie sprecyzować, na co ma ochotę. Otworzył lodówkę, po czym zamknął ją z cichym westchnieniem. Wiele by teraz dał za podwójnego cheesburgera z restauracji McDonald's.
Miał jeszcze do uprzątnięcia łazienkę. Odłamki szkła cały czas leżały na podłodze. Kiedy brał prysznic, powiedział sobie, że wieczorem doprowadzi całe pomieszczenie do ładu. Wypije kilka drinków, zamówi pizzę, być może znowu trochę popisze. Do wieczora pozostało jeszcze sporo czasu.
Po kolacji zadzwoniła Peggy z informacją dotyczącą kolejnych spotkań literackich.
- Pojutrze jedziemy do Liverpoolu, a w piątek do Manchesteru. Dopiero teraz poznałam konkretne terminy, więc zanim mnie zastrzelisz, pozwól mi dokończyć. Na początku przyszłego miesiąca czeka cię podróż do Stanów Zjednoczonych, a tam spotkania z czytelnikami i wywiady. Udzielisz ich kilka; między innymi do takich pism jak Playboy i Forbes. Rozmawiałam dzisiaj z wydawcą. Prosił, abyś przesłał mu mailem kolejne rozdziały powieści. Kazał ci przekazać, że w ostatnio podesłanym rozdziale występuje jakiś błąd logiczny i że sam go poprawi. Podobno to nic wielkiego, zatem proszę, odezwij się do niego.
- Dobrze, Peggy, napiszę do niego.
- Zobaczymy się jak zwykle w moim biurze. Stamtąd pojedziemy na lotnisko. Samolot wylatuje o dziesiątej rano, więc nie zaśpij.
- Nie jestem śpiochem, sama wiesz - powiedział Cork.
- Tak, wiem, ale jesteś spóźnialski, a spotkanie umówione jest na konkretną godzinę. jeśli spóźnimy się na ten samolot, cały plan szlag trafi, gdyż kolejny odlatuje dopiero po piętnastej.
- Nie spóźnię się.
- Mam nadzieję. Jak praca nad książką? - W głosie Peggy można było wyczuć podenerwowanie. Pewnie dopiero co ukończyła rozmowy dotyczące terminów spotkań.
- W porządku. Nie narzekam.
- Jak będziesz miał czas, zajrzyj na twoją stronę internetową. Dzisiaj rano Michael wrzucił tam zdjęcia z Langton Street. Napisał też kilka słów o tobie i twojej nowej powieści, powinno ci się spodobać. Teraz muszę lecieć. Jestem umówiona na kolację z Brooke, sam wiesz, że nie widziałam jej od lat, a nie chcę się spóźnić. Przekaże jej pozdrowienia od ciebie, ucieszy się.
- Okay, pozdrów starą dobrą Booke. I ucałuj ją ode mnie.
Brooke Drecker była odwieczną przyjaciółką Peggy. Cork nie przepadał za nią. Twierdził, że zawsze buntowała Peggy, aby ta przestała się z nim spotykać.
"Ten człowiek jada za dużo sera i pije za dużo wódki. Nie widzisz tego? To nie jest facet z twojego snu!" - powtarzała Brooke.
- Zadzwonię jeszcze. Jutro wieczorem może być? - zapytała Peggy.
- Jasne. Miłej kolacji.
- Może wyrwiesz się z domu i pójdziesz z nami?
- O nie, bardzo dziękuję, ale wolę zostać w domowym zaciszu - odparł natychmiast Cork.
- Ona naprawdę cię lubi - rzekła Peggy. Zdawała się czytać w jego myślach, co czasami bardzo go irytowało.
- Ale ja nie przepadam za nią. Wolę zostać i popisać trochę. Poza tym mam łazienkę do posprzątania. Zbiłem lustro.
- Lustro? Ty wiesz, że czeka cię teraz siedem lat życia w niepewności? - zachichotała.
- Niepewności - burknął Cork - Muszę sobie dziabnąć tequili, dzisiaj mam nastrój na wieczór przy świecach i butelkę mocnego trunku.
Chwilę później Cork siedział już w swoim fotelu i popijał tequilę, oczekując na pizzę. Kiedy przywieźli gorącą pepperoni, zjadł kilka kawałków, po czym stwierdził, że jest zmęczony. Odczuwał uciążliwe i bolesne pulsowanie w skroniach i marzył jedynie o tym, aby położyć się do łóżka.
Miał właśnie ściągnąć z siebie przepoconą koszulę, kiedy usłyszał głośny trzask dobiegający z łazienki. Był to łomot uderzającej o podłogę szafki na perfumy, zaraz za nim odgłos tłuczonego szkła, a następnie huk, który prawie go ogłuszył. Jego źródłem mogło być cokolwiek; zapadająca się podłoga, uderzająca o drzwi suszarka do włosów, albo spadający na płytki klosz od lampy.
Cork drgnął.
Nagle zrobiło mu się zimno, jego ciało pokryła gęsia skorka, czuł jak włosy jeżą mu się na głowie.
Stał w bezruchu na środku pokoju i zbierał odwagę na wykonanie pierwszego kroku. Chyba pierwszy raz, odkąd przeprowadził się do Londynu, poczuł strach. Żołądek podszedł mu do gardła, a nogi prawie odmówiły posłuszeństwa.
Usłyszał kolejny trzask, a potem paraliżujący zmysły dźwięk, jaki wydaje z siebie widelec trący o wierzchnią część talerza. Dźwięk trwał i trwał, dopóki Cork nie ruszył się z miejsca.
Kiedy wykonał kilka kroków w stronę korytarza, nastała cisza.
Zdezorientowany i kompletnie oszołomiony wszedł do przedpokoju i zapalił światło. Niepewnie podszedł do drzwi od łazienki, ale nie otworzył ich od razu. Coś wewnątrz niego powstrzymało go od tego czynu. Wewnętrzny głos podpowiadał mu, aby czym prędzej opuścił mieszkanie, jednak Cork stał cały czas przed drzwiami i gromadził w sobie odwagę na kolejny ruch.
Nabrał w płuca powietrza, niczym pływak mający za chwilę wykonać skok z trampoliny. Nigdy nie czuł się tak niepewnie, w dodatku nie miał pojęcia, czego ma się spodziewać, kiedy już otworzy te nieszczęsne drzwi. Czuł czyjąś obecność?
Tak.
Odniósł nieodparte wrażenie, że ktoś jest w łazience. Ktoś czekał tylko, aż Cork wejdzie do łazienki..
Dotknął klamki; była lodowato zimna. Poczuł przepływające przez jego ciało dreszcze i zląkł się.
Co się dzieje? - zapytał w duchu, nie potrafiąc zebrać się w sobie i otworzyć drzwi. Pomyślał, że gdyby teraz zadźwięczał telefon, strach by minął. Usłyszał by wesoły głos Peggy, która opowiedziała by mu jak minął dzień w biurze.
Peggy nie chciała jednak zadzwonić, telefon milczał. W końcu była z Brooke na kolacji, rozmawiały o starych dobrych czasach, może nawet poruszały kwestie lat, w których Peggy i Cork byli sobie bardzo bliscy. Stara wiedźma Brooke spijała zapewne wino z wszystkich możliwych kieliszków i rechotała ze śmiechu, starając się dobitnie dać swojej przyjaciółce do zrozumienia, że ta, kończąc związek z Cork'iem zrobiła coś wspaniałego, że ocaliła sobie życie.
Musiał otworzyć drzwi, dziwił się sobie, że tak długo z tym zwlekał.
Odczekał kilka sekund, jakby w nadziei, że telefon jednak zadzwoni, lecz ten nadal milczał.
Przygryzł wargi, następnie szarpnął za klamkę i drzwi stanęły otworem.
W pomieszczeniu panował niemal kompletny mrok, chłód i niepokojąca cisza. Czasami człowiek odnosi wrażenie, że za moment coś się wydarzy, coś złego, że cisza, której doświadcza jest jedynie preludium do koszmaru jaki ma się zacząć za moment.
Podobne wrażenie odniósł Cork. Rozejrzał się po łazience, ale nie wiele zdołał dostrzec; jedynie zarysy kabiny prysznicowej, fragment podłogi i kawałek szafki na perfumy. Obawiał się, że w głębi ukryte jest coś jeszcze; coś równie czarnego jak ciemność.
Obserwowało go.
Przełknął ślinę i zadrżał na całym ciele. Pomyślał, że chyba popada w jakiś obłęd. Czuł jak najbardziej realny strach przed czymś, czego nie znał. Najgorsze jednak było to dziwne uczucie gdzieś wewnątrz, które kazało Cork'owi wynosić się do wszystkich diabłów z tego cholernego mieszkania, uciec przed siebie, byle z dala od tego przeklętego kibla.
Ostatni raz spojrzał w mrok jaki się przed nim rozpościerał.
Wymacał kontakt, po czym przymknął na chwilę oczy i zastygł w bezruchu, jakby dopiero co zaczął odmawiać modlitwę.
Minutę później zabłysło światło.
To, co ujrzał wprawiło go w stan kompletnego osłupienia i przerażenia. Wiedział już, że coś mu towarzyszy; jakaś siła, potęga, zła moc, której nie potrafił inaczej nazwać. Od lat pisywał o strachu, najmroczniejszych zakamarkach ludzkiej wyobraźni, mocach zła, lecz teraz nie miał pojęcia jak nazwać sytuację, w jakiej się znalazł. Czuł strach i panikę, osłabienie i nieopisany niepokój, który narastał w nim z każdą kolejną chwilą.
Z uchylonymi ustami, drżąc na całym ciele, wpatrywał się w rozbite lustro.
Kawałki szkła, które pozostały w ramie tworzyły błyszczący napis.
Pierwsza litera była niewyraźna, utworzona z maleńkich odłamków, które na tle całości zdawały się być posklejane. Cała reszta natomiast została dokładnie umiejscowiona w lustrzanej ramie i nie było wątpliwości, że cały wyraz miał sens i nie był utworzony przez przypadek.
"JESTEM"
Cork spuścił nisko głowę i oparł się o ścianę. Poczuł świdrujący ból w skroniach, zrobiło mu się słabo i prawie zesłabł. Kiedy podniósł wzrok na lustro, ponownie odczytał napis z lustra.
"JESTEM"
A potem poczuł gniew.
Z całej siły uderzył pięścią w lustrzane strzępy. Rozległ się huk uderzanej o drzwi suszarki do włosów, odgłos rozbijającego się o podłogę lampowego klosza, dźwięk zapadającej się podłogi...
Z jego dłoni trysnęła krew, a potem rozległ się donośny chichot.
Nie należał do Cork'a.



Spotkania Cork'a z czytelnikami w Liverpoolu i Manchesterze przebiegły nad wyraz spokojnie. Oba trwały bardzo krótko, z powodu złego samopoczucia pisarza. Cork nie uśmiechał się, był zamyślony, przygnębiony i słaby. Niemal od niechcenia podpisywał swoje książki; nie wkładał w tę czynność krzty entuzjazmu. Pił wodę mineralną i z niecierpliwością oczekiwał końca imprezy.
Towarzysząca mu Peggy robiła wszystko, aby z nim porozmawiać. On jednak milczał. Zamknięty w sobie zmieniał się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień.
- Jak ci idzie pisanie? - spytała Peggy, kiedy wrócili do hotelu po spotkaniu z fanami w Liverpoolu. Nie potrafiła nawiązać z nim jakiegokolwiek kontaktu. Próbowała do niego dotrzeć na różne sposoby, ale nadaremnie.
- Nic nie piszę - odparł wtedy i zamknął się w łazience, gdzie przesiedział prawie dwie godziny. Kiedy wyszedł, położył się do łóżka i niemal od razu zasnął.
Kiedy wrócili do Londynu zadała mu jedno pytanie:
- Dokończysz tę książkę?
- Nie wiem - odparł.
Miała chęć, aby zapytać go po raz kolejny o samopoczucie, ale wiedziała, że by nie odpowiedział.
- Znasz mój numer. Powiedz słowo, a przyjadę do ciebie.
Spojrzał wtedy na nią wzrokiem tak przygnębionym, iż zaczynała myśleć, że jest na coś chory. Być może chwytała go grypa? Uświadomiła sobie, że jest to jednak idiotyczna myśl. Nie był chory na żadną grypę. Może nie szło mu pisanie? Ilekroć miewał cięższe chwile, zawsze mówił jej o tym, wyrzucał z siebie każdą negatywną energię.
Teraz milczał jak głaz.
Zmienił się.
Kiedy pewnego wieczoru Peggy postanowiła go odwiedzić, nie otworzył jej drzwi. Słyszała jak z kimś rozmawia. W zasadzie nie była to rozmowa; Cork krzyczał na kogoś.
Peggy słyszała niektóre zdania, które pochodziły z jego ust:
- To nie jestem ja! Nie chodzi ci o mnie! To nie jestem ja! Odejdź!
Czasami wrzeszczał w niebogłosy, innym razem błagał o litość.
Pukała do drzwi, wydzwaniała na jego telefon komórkowy, ale nie reagował.
Innym razem, kiedy stała pod jego drzwiami, usłyszała głośny ryk, jakby stado lwów rzucało się do ataku na bezbronną antylopę. Przerażona nie wiedziała, co ma robić. Próbowała się włamać do jego mieszkania, ale nie miała tyle sił. Skończyło się na zdartej skórze z czubka buta i siniakach na rękach.
Tymczasem Cork nadal krzyczał, niemal każdego wieczoru przemawiał do kogoś gardłowym głosem, nieraz wrzeszczał i błagał o spokój.
Peggy zadzwoniła na policję.



Sierżant Crowe wyłamał drzwi z zawiasów i wtargnął do mieszkania. Za nim podążała Peggy. Weszli do niewielkiego salonu, gdzie dostrzegli Cork'a; leżał w łóżku, przykryty po uszy kołdrą, najwyraźniej spał.
Sierżant Crowe szturchnął go za ramię. Pisarz otworzył oczy.
Ogarnięty zdziwieniem rozpoczął z mundurowym konwersację. Peggy milczała.
- Ostatnio ciężko pracuję, dużo piszę. Przyznam, że miałem podgłośnioną na cały regulator muzykę, to mnie odpręża. Nie słyszałem dzwonka do drzwi, ani swojej komórki.
- Rozmawiał pan z kimś?
- Absolutnie nie. Czasami pisząc, rozmawiam sam ze sobą, aby urealnić dialogi, które tworzę, ale wątpię, aby ktokolwiek je usłyszał, zwłaszcza przy tak głośnej muzyce.
- Hm.
- Przepraszam, nie miałem pojęcia, że moja przyjaciółka odbierze to w taki sposób. Nie wiedziałem, że tak bardzo przejęła się moją osobą. Doprawdy nic się nie stało. Wszystko jest w najlepszym porządku. Peggy, skarbie, słyszysz? Już dobrze, nie musisz się denerwować.
Kiedy sierżant Crowe opuścił mieszkanie Cork'a, Peggy wstała. W jej oczach lśniły łzy.
Cork spojrzał na nią martwym wzrokiem i nie odezwał się. Zauważyła, że zmienił się nie tylko pod względem zachowania, ale i fizycznie. Wyglądał na zmaltretowanego, paskudnie cuchnął. Miał przetłuszczone włosy, zapadnięte policzki, a błękitnej koszulki polo nie zmieniał chyba od tygodni.
Wyglądał jak Cork, choć w jakiś dziwny sposób wyglądał również jak ktoś zupełnie inny - ktoś, kogo nie znała. Wydawał się dużo niższy i bardziej nieokrzesany.
Kiedy wyszedł do kuchni, Peggy zaobserwowała, że porusza się dziwnym, posuwistym wolnym krokiem, który przypominał krok zmęczonej baletnicy.
Wróciwszy z kuchni, Cork usiadł na zmiętym prześcieradle na łóżku i podrapał się po głowie.
- Grahamie - odezwała się Peggy, wodząc zagubienie w oczach Cork'a - Co się dzieje? Proszę, powiedz mi, jestem twoją przyjaciółką. Co się dzieje? Wyglądasz strasznie, co ci się stało? To przez pisanie?
Cork uśmiechnął się.
- Żebyś chciała, kurwa, wiedzieć, że to przez pisanie - odezwał się szorstko i wulgarnie. Przymknął na chwilę oczy, jakby raziło go dzienne światło.
- Co się dzieje, Grahamie? - Peggy usiadła na skraju łóżka. Chciała zbliżyć się do pisarza, ale w momencie, kiedy przesunęła się w jego kierunku, wstał.
- Nic się nie dzieje, Peggy. Będzie wspaniale, jak już sobie pójdziesz.
- Dlaczego?
- Nie każ mi nic więcej mówić. Proszę.
- Kompletnie cię nie rozumiem, po prostu chcę, abyś powiedział mi, co się z tobą dzieje! Zmieniłeś się nie do poznania. Nastąpiła jakaś zmiana, gwałtowna zmiana w twoim życiu. Chciałabym wiedzieć, czym była spowodowana. Możemy o tym porozmawiać?
- Nie - uciął.
- Pozwól sobie pomóc.
- Nie możesz mi teraz pomóc, Peggy - w jego głosie pojawiła się nuta smutku, nad którą szybko zapanował - Po prostu wyjdź stąd. Dam ci znać, kiedy ukończę powieść.
- Nie interesuje mnie teraz twoja nowa powieść, chcę wiedzieć, co ci jest?
- Czuje się świetnie! - wrzasnął, jakby nagle wstąpił w niego demon - Po prostu idź już sobie!
Peggy wstała i podeszła do Cork'a. W jego oczach zabłysła łza. Dostrzegła to i dotknęła jego ramienia.
- Wiele nas łączyło, Grahamie. Wiele nas nadal łączy. Proszę, powiedz mi, co teraz czujesz?
Milczał. Jego wzrok błądził po całym pokoju. Zdawał się o czymś myśleć, w pewnej chwili zdawało jej się, że odpowie na jej pytanie, ale nie wykrztusił z siebie ani słowa.
- Graham - rzekła ostro - Dobrze, nie musisz nic mówić, rozumiem to. Przykro mi jednak, że nie masz do mnie takiego zaufania, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.
Wyszła na korytarz. Cork nie ruszył się z miejsca.
- I weź prysznic - powiedziała na pożegnanie, po czym opuściła jego mieszkanie.



W momencie kiedy Peggy wyszła z mieszkania Cork'a i zatrzasnęła za sobą drzwi, rozdzwonił się telefon.
Cork wolnym krokiem podszedł do aparatu i z finezją podniósł słuchawkę.
- Słucham? - rzucił.
- Dzień dobry, panie Cork - usłyszał cichy, aczkolwiek bardzo wyraźny głos po drugiej stronie - Nazywam się Dennis Stanley i dzwonię z wytwórni filmowej Corpes and bones. Mam dla pana wiadomość, w zasadzie to propozycja. Bylibyśmy zobowiązani, gdyby pan przemyślał to, co mamy panu do zaoferowania.
- O co chodzi? - zapytał podejrzliwie.
- Zwróciliśmy na pana uwagę podczas spotkania w londyńskiej księgarni World of book, kiedy podpisywał pan książki. Moja propozycja jest bardzo prosta; chcielibyśmy, aby zagrał pan główną rolę w filmie grozy, którego zdjęcia zaczną się już w przyszłym miesiącu. Ma pan ogromne doświadczenie i spory potencjał jeśli chodzi o gatunek grozy. Postanowiliśmy zadzwonić do pana, gdyż idealnie pasuje nam pana postać do odegrania roli głównego bohatera filmu.
- Słucham? - Cork'a kompletnie zamurowało. Poczuł się dziwnie; jakby przez moment był kimś zupełnie innym
- Oferujemy panu wysoką stawkę, o której chcielibyśmy z panem porozmawiać prywatnie - jeśli oczywiście wyrazi pan zgodę. Na wszelki wypadek podam swój numer telefonu, chociaż myślę, że nie będzie to potrzebne. Grunt to przemyślenie sprawy. Wstępną propozycję z naszej strony pan poznał. Odezwę się jeszcze. Może za kilka dni. Wtedy odpowie mi pan, czy wyraża zgodę.
- Oczywiście - usłyszał swój własny głos - Czuję się zaszczycony.
"Nieeee" - krzyknął w myślach, ale nie potrafił wypowiedzieć tych słów. Coś mówiło za niego. Nie potrafił zapanować nad własnym głosem.
- Dowiedzieliśmy się, że zawsze marzył pan o tym, aby zostać sławnym aktorem. Ma pan ogromną szansę nim zostać. Umożliwimy to panu, jeśli tylko zechce pan przyłączyć się do nas.
- Niezmiernie mi miło - Cork zadrżał. Nie wiedział co się dzieje. Prawie się zakrztusił, kiedy próbował wypowiedzieć słowa, które kotłowały się w jego umyśle.
Był pod czyimś władaniem. Jego głos był wypełniony zdziwieniem i jowialnością, ostatnimi czasy zupełnie do niego niepodobną.
- Zatem niech pan się zastanowi. Zadzwonimy wkrótce. Do usłyszenia.
- Do usłyszenia.
Uderzył słuchawką o ścianę, po czym krzyknął:
- Nieee!!! Kurwa, nieee!
Spanikowany i przerażony zaczął chodzić po przedpokoju, w tę i z powrotem, nie mogąc pozbierać myśli.
- To książka, rozumiesz?! - wrzeszczał w niebogłosy - To Donovan! Bohater mojej powieści! Nie ja! Rozumiesz?! To nie ja! Zostaw mnie w spokoju, do jasnej cholery!
Zaniósł się szlochem jak małe dziecko. Przykucnął pod ścianą i zakrył twarz rękoma.
- To nie ja - zawodził - To nie ja, to nie ja, to nie ja...



W jego mieszkaniu rozpętało się piekło.
W jednej chwili drzwi od łazienki eksplodowały. Ich fragmenty zasypały całą podłogę w przedpokoju. Długa na kilkanaście centymetrów drzazga trafiła Cork'a w ramię. Przewrócił się czując niewyobrażalny ból, który zaczynał promieniować na całe ciało.
Krzyknął.
Minutę później umywalka runęła na płytki podłogowe rozbijając się na miliony maleńkich kawałeczków. Całe pomieszczenie zadrżało, a wraz z nim Cork.
Szafka na perfumy trzasnęła o blat niewielkiego stolika na przybory do golenia. Wypadły z niej wszystkie możliwe rzeczy; butelki z wodami po goleniu, dezodoranty, waciki do uszu, mydła i szampon do włosów.
Cork drgnął słysząc huk, jaki wydały spadające przedmioty. Nie miał pojęcia, co robić. Chciał wybiec z mieszkania, ale kiedy chwycił klamkę, poczuł w dłoni ból, który zmusił go do zrezygnowania z ucieczki. Opadł z powrotem na podłogę.
Poczuł coś. Z początku nie bardzo wiedział, skąd wzięło się w nim przeświadczenie, że ktoś go obserwuje. Po chwili był już tego świadomy.
Ujrzał jakiś kształt na środku łazienki. Nie miał pojęcia co to było, ani skąd pochodzi.
Materia była szara, przypominająca stęchłe pierze. Rosła w oczach, przyjmując rozmaite kształty; czasami tak kosmate, że Cork patrzył niemal z ciekawością na widowisko jakie rozgrywało się przed jego oczyma.
Kształt rozrastał się niczym wylatujący spod podłogi dym.
A potem rozległ się dźwięk, po którym Cork zacisnął dłonie na swych uszach. Hałas był nie do wytrzymania.
Cork spróbował się podnieść, ale kiedy podłoga pod nim zadrżała po raz kolejny, ponownie runął dywan. Nie dając za wygraną, podniósł się i zbierając w sobie siły skupił się na tym, aby stanąc na nogach. Oparwszy się o ścianę, krzyknął. Z jego lewego ucha wypłynęła strużka krwi, którą starł wierzchem dłoni.
Spanikowany przetoczył się do pokoju i zatrzasnął drzwi.
Wciąż słyszał paraliżujący dźwięk, który zdawał się trwać w nieskończoność; był wysoki, prawie jak pisk, jak skowyt wygłodniałego wilka, tylko głośniejszy; tak głośny, że szyby w całym mieszkaniu zaczęły drżeć, jakby za chwilę miały eksplodować razem z ramami.
Czuł czyjąś obecność.
Zobaczył, że rana zadana przez odprysk drewna zaczynała coraz bardziej krwawić. Tępy ból był tak silny, że Cork zaczynał tracić przytomność. Zachwiał się i prawie uderzył głową w ścianę.
Zdołał usiąść na nie pościelonym łóżku i przyłożyć sobie dłoń do ucha; ono też nadal krwawiło, a dźwięk, który z początku przypominał skowyt, teraz przeobraził się w donośny świst, jakby w jednej chwili w mieszkaniu rozpętało się tornado.
Cork wstał i chwiejnym krokiem podszedł do nocnego stolika.
Chwycił słuchawkę od aparatu i wybrał numer Peggy. W duchu modlił się, aby odebrała.
- Peggy? - prawie krzyknął, słysząc jej cieniutki głosik.
- Graham?
- Peggy, przyjedź do mnie, proszę!
- Graham? Nie słyszę cię! Co się tam dzieje?
- Peggy!
- Co to za hałas?
- Dzieje się tu coś złego, słyszysz? Przyjedź!
- Nie słyszę cię!
Świst stał się tak głośny, że Cork ledwo słyszał myśli kołatające się w jego głowie. Spojrzał na swoją dłoń; była cała we krwi. Po chwili nie był w stanie już nic powiedzieć; przeraźliwie tępy ból obezwładnił całe jego ciało. Słuchawka wypadła mu z dłoni i uderzyła o podłogę.
Jego zakrwawiona głowa spoczęła tuż obok niej.



- Usiadź, zrobię ci opatrunek - powiedziała Peggy, spoglądając na Cork'a wzrokiem pełnym współczucia. Tym razem ubrana była na biało; białe dżinsy, biały rozpinany sweter i białe adidasy. Pachniała perfumami Prada. Ich zapach zawsze kojarzył się Cork'owi z latami, kiedy on i Peggy byli parą.
Posłuchał jej. Zaschnięta krew pochodząca z jego ucha utworzyła duży strup, który najwyraźniej zaczynał ropieć. Cork dotknął go palcem i syknął z bólu.
- Cholera.
- Bardzo cię boli? Uważam, że powinniśmy zadzwonić po lekarza - oznajmiła Peggy, wyciągając z plastikowego pojemnika wilgotną od wody destylowanej gazę.
- Nie chcę lekarza - odparł sucho Cork.
- Zachowujesz się jak małe dziecko.
- Żadnych lekarzy.
- Usiądź obok mnie.
Przeczyściła mu ranę na ramieniu, po czym dokładnie zabandażowała. W tym czasie Cork milczał, wpatrzony w bliżej nieokreślony punkt przed sobą. Zdawał się myśleć o czymś.
Kiedy kazała mu się położyć, nie stawiał oporów. Oparł głowę na poduszce i przymknął oczy.
- Odpocznij.
- Nie jestem zmęczony.
- Co się stało?
- Skaleczyłem się.
- Nie musisz mnie kłamać.
- Nie kłamię.
- Graham, proszę...
- Skończ już z tymi pytaniami, dobrze? - krzyknął, a potem odwrócił się do niej plecami.
- Cała łazienka jest w strzępach, nawet ze ścian zdrapana jest farba, nie mów mi tylko, że chciałeś zabrać się za remont?
Nie odpowiedział.
- Dobrze, że chociaż zostawiłeś otwarte drzwi, w przeciwnym razie znowu zadzwoniłabym na policję.
Milczał.
- I twój komputer...
Drgnął.
- Cały zalany krwią...
Zdawało się, że wstrzymał oddech.
- Nie wiem, jak to się stało, że zalałeś krwią cały sprzęt, pisałeś krwawiąc?
Stopniowo zaczął się odwracać.
Jego tłuste włosy były sztywne, niemal szczeciniaste, skóra na prawym nadgarstku całkiem zdarta, a na plecach powstała szrama, jakby otrzymał cios skórzanym batem.
Ujrzała jego policzek. Na chwilę zastygł w bezruchu. Dostrzegła też koniec jego prostego nosa. Nawet tam miał zaschniętą krew.
Kiedy wykonał kolejny ruch, Peggy wrzasnęła głośno i odskoczyła do tyłu, spadając ze skraju łóżka. Przerażona zaniosła się szlochem, czując silny ból w łydce.
Cork spoglądał na nią.
Jego oczy były czerwone i lśniły. Zdawały się świecić, intensywnie połyskiwały.
Białka w kolorze żywej, mocnej czerwieni, jakby zalane krwią, przeszywały ją na wylot. Gałki oczne były czarne jak smoła, jak ślepia żarłacza białego.
Nie wiedziała co robić, zlękniona i spanikowana, wstała i wykrzyknęła jego imię:
- Graham!
Po niespełna dziesięciu sekundach, patrzył na nią swoim wzrokiem; jego oczy odzyskały naturalną barwę.
Sprawiał wrażenie zdziwionego, był oszołomiony, jakby dopiero co przebudził się z ekscytującego snu.
- Graham - powtórzyła Peggy, tym razem dwa tony ciszej.
- Peggy?
- Powiedz mi natychmiast, co się tutaj dzieje - jej głos drżał. Stanęła nad łóżkiem, tuż nad nim i spojrzała w jego oczy. Należały do niego...
- Albo mi powiesz, co się tu do cholery wyprawia, albo zapomnij, że kiedykolwiek byłam twoim menedżerem.
Spuścił wzrok.
Przełknął głośno ślinę, a następnie podniósł się i usiadł obok niej. Wziął głęboki wdech, po czym stopniowo wypuścił powietrze.
Jego wzrok powędrował na jej twarz.



Następnej nocy, kiedy Peggy opuściła jego mieszkanie, włączył komputer i przez chwilę - zapatrzony w monitor - myślał o niej.
- Możesz to pokonać. I uda ci się. A ja będę stała u twego boku - powiedziała mu przed wyjściem - Kiedy jutro rano do ciebie przyjadę, zastanowimy się, co robić dalej.
Bardzo chciała, aby tę noc spędził razem z nią, ale nie zgodził się. Musiał coś zrobić. Musiał pisać.
Nie naciskała na niego. Zanim wyszła, uśmiechnęła się ciepło i posłała mu pocałunek. Poczuł smak jej ust; były ciepłe i wilgotne. Powróciły wspomnienia.
Ułożył palce na klawiaturze. Wkrótce potem napisał pierwsze zdanie:

" Donovan zatrzymał się przed grotą, zapatrzony w jej otchłań. Czuł w sobie nie dający się w żaden sposób opanować strach. Drzemała w nim irytacja spowodowana lękiem.
Kiedy wszedł do środka, skierował się ku ciału martwej dziewczynki, która przykryta stertą gazet, leżała na wilgotnej ziemi tuż pod ścianą.
Odezwał się natychmiast. Nie zapalił świec. Nie przyklęknął.
- To ja chciałem, abyś się ujawnił. Nikt inny, tylko ja. Teraz żądam, abyś stąd odszedł. Pojawiłeś się w miejscu, w którym nie powinieneś. Czy ty wiesz, co oznacza słowo wyobraźnia? Kiedy kazałem ci być przy mnie, nie prosiłem, abyś wchodził do świata realnego. Jestem Donovan, nikt inny, tylko Mick Donovan. Tutaj są moje realia, moje życie, a raczej jego fragmenty. Wyobraźnia, rozumiesz? Zostałem stworzony, aby nadać sens powieści..."

Cork zamyślił się. Nie miał pojęcia co dalej pisać. Suszyło go w gardle, ale nie ruszył się z miejsca, aby nalać sobie szklankę wody mineralnej.
Po piętnastu minutach jego dłonie spoczęły na klawiaturze:

" - Odejdź, słyszysz? - krzyknął Donovan - Krzyknął Donovan, ja krzyknąłem, rozumiesz? Napisałem to po to, aby stworzyć fabułę. Darowałem ofiary, rozlałem krew aby nadać sens i klimat opowieści, którą właśnie piszę. Tymczasem ty jesteś tu. Jesteś w moim pokoju, pojawiłeś się naprawdę. Proszę cię, abyś odszedł. W imię Boga, proszę, abyś opuścił to miejsce. Nie dam ci niczego, co miałeś obiecane, ponieważ nie była to moja obietnica. Była to obietnica bohatera mojej książki, a wszystko to czysta fikcja. Teraz siedzę przed maszyną do pisania jako Graham Cork i nakazuję ci dać mi spokój. Nie prosiłem cię o nic, a ty wtargnąłeś w moje życie.
Donovan chwycił w dłoń ostry sztylet, po czym skierował jego ostrze ku swojemu brzuchowi. Nie czekał długo. Spojrzawszy w mrok powiedział spokojnie:
- Masz moją krew, moją duszę. Oszczędź natomiast duszę Grahama Cork'a. Stworzył mnie po to, abym mógł podarować ci siebie.
A potem wbił sobie sztylet głęboko w brzuch.
Upadł.
Upadł wprost na ciało martwej dziewczynki. "

Wyłączył komputer i wolnym krokiem poszedł do kuchni. Zaparzył sobie kawy i odczekał aż przestygła, po czym wypił duszkiem całą zawartość filiżanki. W jego głowie tkwiły setki myśli, których nie potrafił poskładać w logiczną całość.
"... diabeł w łazience odrodził się po to, aby..."
"pieprzona książka, pieprzona książka, do kurwy nędzy!"
"napiszę coś, muszę coś jeszcze napisać, inaczej mnie zapierdolą..."
" ...jak to możliwe, że ta cholerna książka..."
"Peggy, biedna Peggy"
Oparł się o ścianę i stał w bezruchu, dopóki nie rozdzwonił się telefon.
Prawie podskoczył, wyrwany z rozmyślań.
- Jak się czujesz? - usłyszał, przykładając słuchawkę do ucha.
- W porządku, dziękuję.
- Robisz postępy; zacząłeś odbierać telefony.
Nie odpowiedział.
- Mogę do ciebie przyjechać? - zapytała.
- Może innym razem, Peggy - odparł.
- Co robisz?
- Piłem kawę. wcześniej pisałem.
- Masz chęci na pisanie?
- Musiałem spróbować...
- Nie rozumiem?
- Opowiem ci innym razem, dobrze?
- Jak chcesz. Proszę tylko o jedno, uważaj na siebie.
- Wszystko będzie w porządku - rzekł i odłożył słuchawkę.
Zapalił papierosa i zaciągnął się porządnie dymem. Odszukał wzrokiem popielniczki i strzepnął do niej popiół. Stał i w milczeniu wpatrywał się w drzewa rosnące za oknem. Nie odczuwał zmęczenia, jedynie otępienie, jakby ktoś uderzył go w głowę twardym narzędziem. Od dobrych kilku tygodniu nie spał spokojnie. Za każdym razem budziły go koszmary, po których nie był w stanie zmrużyć oka i resztę nocy spędzał na popijaniu chivas reagal i pisaniu.
Czuł w sobie strach.
Nie był to zwyczajny strach, jaki odczuwa się schodząc do ciemnej piwnicy pełnej szczurów. Nie był to lęk, jaki towarzyszy człowiekowi podczas wspinaczki na najwyższy szczyt. Cork czuł się obezwładniony przez siłę, której nie potrafił zdefiniować. Zdarzało się, że ta potęga - tkwiąca w jego umyśle - myślała za niego, innym razem wykonywała za niego ruchy, powodowała, że mówił o rzeczach, o których nie miał bladego pojęcia.
Coś go opętało i dopiero teraz to sobie w pełni uświadomił. To właśnie ta myśl rodziła nieokiełznany strach, lęk przed tym, co mogło się wydarzyć.
Ostatni raz zaciągnął się dymem, po czym zdusił papierosa o dno niewielkiej szklanej popielniczki.
Kiedy wyszedł do przedpokoju, ujrzał wyłamane łazienkowe drzwi, które w setkach kawałków leżały na podłodze. Rozbite szkło, buteleczki po perfumach, szczoteczki do zębów, puste butelki po szamponach i metalowe śrubki walały się po całym chodniku w korytarzu i na płytkach podłogowych w łazience.
Stłuczona umywalka uniemożliwiła mu poranną toaletę. Ostatecznie udało mu się dostać do kabiny prysznicowej. Klęcząc wyszczotkował zęby i opłukał twarz chłodną wodą.
Kiedy sięgał po ręcznik, dostrzegł coś, co wywołało w nim dodatkową falę lęku. Zadygotał.
Patrzył na coś żelaznego, wystającego ze ściany w miejscu gdzie wcześniej znajdowała się umywalka. Przedmiot był niewielkich rozmiarów, przypominał sztylet.
Kiedy Cork wyciągnął rękę, aby go pochwycić, ten zadrżał.
W jednym miejscu na ścianie pojawiło się pęknięcie. Cork przełknął głośno ślinę, po czym odruchowo wykonał krok do tyłu. Ostrze sztyletu wciąż tkwiło głęboko w ścianie.
Przedmiot zaczął powoli się obracać, wydając z siebie nieprzyjemny dla ucha dźwięk trących o szkolną tablice paznokci.
Cork przypatrywał się całemu zdarzeniu i w żaden z możliwych sposobów nie potrafił sobie wytłumaczyć, jak to możliwe...
Tymczasem sztylet nadal zdawał się wiercić coraz to głębszy otwór w ścianie. Nagle znieruchomiał.
Cork razem z nim, jakby każdy ruch przedmiotu tożsamy był z jego własnymi ruchami.
Coś wisiało w powietrzu; jakaś niewidzialna stęchlizna, która miała go za moment pochłonąć.
Wtedy też usłyszał głos. Nie miał pojęcia skąd się wydobywał, ani do kogo należał. Bardzo wyraźnie wypowiadane słowa przyprawiły jego ciało o zimne dreszcze:
- Donovan chwycił w dłoń ostry sztylet, po czym skierował jego ostrze ku swojemu brzuchowi...
Odwrócił się na pięcie, ale nikogo nie zauważył. Niemal spanikowany, opuścił łazienkę. Stanął na środku przedpokoju i zaczął dalej nasłuchiwać:
- Nie czekał długo. Spojrzawszy w mrok powiedział spokojnie: "Masz moją krew, moją duszę. Oszczędź natomiast duszę Grahama Cork'a. Stworzył mnie po to, abym mógł podarować ci siebie".
Głos zdawał się dochodzić zewsząd, zdawał się wydobywać z każdej ściany mieszkania, z każdej szafy, z każdego obrazu i każdego lustra. Był donośny, bardzo gruby i zachrypnięty. Kiedy brzmiał, trzęsły się wszystkie lampy, pękała farba na ścianach oraz drewniana boazeria w przedpokoju. Cork nie potrafił zapanować nad własnym ciałem, jakby nagle podłoga pod nim osunęła się. Runął jak długi wprost na odłamki szkła i drzazgi, raniąc dłonie i kolana.
W jego prawą dłoń wbił się ostry kawałek szkła. Próbował go usunąć, ale nie zdołał. Podłoga pod nim zatrzęsła się po raz kolejny i tym razem Cork z impetem walnął w ścianę, jakby rzucony niczym piłka przez niewidzialnego zawodnika rugby.
Zobaczył, że obie jego dłonie obficie krwawią. Nie znosił widoku krwi. Poczuł, że robi mu się słabo, czuł, że jeszcze chwila i zemdleje; już nie raz zdarzało mu się tracić przytomność, kiedy oglądał krew, najczęściej u lekarza, kiedy miał ją pobieraną. Tym razem okoliczności było zupełnie inne, a jemu samemu sytuacja, w jakiej się znalazł nie mieściła się w głowie.
Krzyknął, ale nikt go nie słyszał.
Ponownie usłyszał ten głos; niski, donośny, niemal dudniący, dochodzący zewsząd:
- A potem wbił sobie sztylet głęboko w brzuch. Upadł.
W jednej chwili stanął na równych nogach. Coś go podtrzymywało. Obejrzał się za siebie - niemal odruchowo, ale nikogo nie dostrzegł. Ujrzał jedynie lustro, które wisiało w przedpokoju; kołysało się na lewo i prawo, jakby ktoś trącił je niewidzialnym ramieniem.
Upadł.
A raczej został pchnięty z powrotem na podłogę.
Przed jego oczyma zatańczyły gwiazdy, a ból jaki poczuł, ogłuszył go na kilka sekund. Uderzył o podłogę z taką siłą, iż z pewnością złamał sobie obojczyk. Nie mógł oddychać, z trudem łapał powietrze. Czuł, jak oczy wychodzą mu na wierzch, jak drżą mu zakrwawione ręce.
Ponownie krzyknął; tym razem zdławionym głosem. Poczuł metaliczny posmak krwi w gardle, a potem ujrzał ostrze sztyletu; metalowe, połyskujące.
Znajdowało się tuż przed jego oczyma.
Nie potrafił wykonać najmniejszego ruchu. Przerażony zakrztusił się krwią, po czym jego ciało kompletnie odmówiło posłuszeństwa.
Ujrzał sufit, czując chłód bijący od podłogi, a potem poczuł ostrze sztyletu rozcinające jego wnętrzności. Kawałek po kawałku...
Ostatnimi słowami, jakie usłyszał były:
- Twoja ofiara została przyjęta, Donovanie.
A potem nastała ciemność.



Kiedy Peggy odłożyła słuchawkę telefonu, ten ponownie się rozdzwonił. Przez chwilę stała w bezruchu zastanawiając się, czy odebrać. W końcu podniosła słuchawkę.
- Słucham - rzuciła beznamiętnie.
- Czy ja rozmawiam z panią Peggy Sarandon? - usłyszała chrapliwy głos po drugiej stronie.
- Tak - odparła krótko.
- O ile mi wiadomo, jest pani menedżerem pana Grahama Cork'a. Dzwoniłem do niego, ale nikt od dawna nie podnosi słuchawki, a mam do przekazania pewną wiadomość. Nazywam się Dennis Stanley i dzwonię wytworni filmowej. Mamy rolę dla pana Cork'a. Chcielibyśmy dowiedzieć się, czy przemyślał sprawę i czy wyraża zgodę na udział w filmie. Mogłaby mi pani podać jakiś numer kontaktowy do pana Cork'a? Zależy nam na nim.
Peggy poczuła ostre ukłucie w klatce piersiowej, wiedziała, że takich telefonów jak ten, zmuszona będzie odebrać setki.
- Pan Cork nie żyje - powiedziała cicho.
Po drugiej stronie przez chwilę nikt się nie odezwał. Dopiero po minucie usłyszała pytanie:
- A więc to już się stało?
- Nie rozumiem?
- Zatem on jest wśród nas. On jest wśród nas! - usłyszała krzyk radości, po którym miała ochotę trzasnąć słuchawką, lecz coś wewnątrz niej mówiło, aby tego nie robiła.
- Zapewniam panią, że pan Cork dał z siebie wszystko.
- O czym pan mówi, do cholery?
Głos po drugiej stronie przerodził się w jęk, jakiego nigdy wcześniej nie słyszała; był to dźwięk przypominający głośne zawodzenie, trwał jedynie kilka sekund, ale po tym czasie Peggy poczuła, że jej ciało drży.
Telefoniczna słuchawka wypadła jej z dłoni i z trzaskiem uderzyła o panele podłogowe, pękając na dwie części.
- Upadł wprost na ciało martwej dziewczynki - usłyszała gardłowy głos, który zdawał się dochodzić zewsząd, a potem jakaś niewidzialna siła rzuciła ją wprost na metalowy wieszak na ubrania, którego jedno z czterech ramion wbiło jej się w kark, przebijając krtań. Przeszło na wylot i teraz z ust wiszącej na wieszaku Peggy wystawał błyszczący od krwi kawał metalu, bardzo przypominający ostrze kuchennego noża, którym przed chwilą ktoś wypatroszył rybę, albo ostrze sztyletu, który jeszcze kilka sekund wcześniej tkwił w czyimś brzuchu...





Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -