Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Drżenie (część1)

Ryszard Stanoszek Jakub Zieliński


1. TASAK

To nie będzie zwykłe morderstwo. Nadkomisarz Dariusz Brzecki był tego pewien już wtedy, gdy nad szczytami wieżowców ujrzał pierwsze warkocze błyskawic. Gwałtowne ruchy walczących z ulewą wycieraczek wyostrzały kontury ulicy tylko na chwilę i zarówno Brzecki, jak i siedzący obok Tadeusz Dymny, nie widzieli za przednią szybą praktycznie niczego. Jeszcze chwilę temu z szarego jak stal nieba sączyła się ledwo wyczuwalna mżawka, zaś teraz dach, maskę i szybę wozu, niczym grad gwoździ siekły smagane wichurą krople, rozlewające wzdłuż jezdni głębokie kałuże.
Przed oczami Brzeckiego zatańczyła czerwona plama sygnalizacji, kołyszącej się na wietrze tak, jakby miała zaraz runąć na asfalt. Zjeżdżał z wiaduktu i redukując prędkość zbliżał się do przejścia dla pieszych. Gdy wyhamował, garstka przechodniów przesunęła się za mokrą szybą niczym bezkształtne cienie. Lecz nagle, gdy hałaśliwy ruch wycieraczki nadał ulicy ostrzejszych konturów, Brzecki dojrzał coś, co z niezrozumiałych powodów wyrwało go z sennego otępienia. Przechodząca na samym końcu kobieta kroczyła powoli, mozolnie pchając przed sobą wózek załadowany puszkami. Jej twarz, schowana pod trójkątnym kapturem ortalionowego płaszcza, nie odrywała spojrzenia od pasów, jakby pochylona przed strugami zacinającego deszczu. Drobna postać zatrzymała się niespodziewanie w połowie drogi, zaledwie parę kroków od zderzaka samochodu. Wciąż ściskając metalowy uchwyt wózka odwróciła głowę i uniosła twarz w stronę kierowcy. Wtedy deszcz rozmył ją dziesiątkami strumyków, a gdy wycieraczki przetarły szybę, kobieta znikała już w tłumie po drugiej stronie ulicy.
Dymny oderwał wzrok od telefonu komórkowego dopiero wtedy, gdy zza wozu dobiegł niespokojny krzyk klaksonu.
- Obudź się! – trącił łokciem Brzeckiego wpatrującego się w sunącą po
chodniku falę parasoli i kapturów. Ten, z miną jakby wyrwano go z głębokiego koszmaru, wrzucił bieg i auto potoczyło się po mokrej nawierzchni. Dymny spostrzegł, że jego partner wciąż wypatruje czegoś w bocznym lusterku, lecz wsłuchany w monotonny chrobot kropel deszczu uderzającego o szyby, całą swoją uwagę ponownie skupił na wyświetlaczu telefonu.

Ulica Cicha mieściła się niedaleko przemysłowej części Mgielnic, pełnej podobnych zaułków, gdzie okna mieszkań wychodziły najczęściej na cień przeciwległych murów, a nad dachami kłębiły się ciężkie opary z fabrycznych kominów. Przez ciemniejące cumulusy przedzierały się mamrotania burzy. W powietrzu coraz wyraźniej czuć było zapach ozonu.
Pod czternastym numerem stały już dwa radiowozy, lśniące w strugach ulewnego deszczu. Po krótkich wyjaśnieniach mundurowych policjantów, Brzecki i Dymny, pokonując przyklejone przed schodami plomby, dotarli na półpiętro ciasnej, cuchnącej stęchlizną klatki schodowej. Ekipa techniczna zabezpieczała ślady, posypując gładkie powierzchnie proszkiem i ściągając odciski specjalną taśmą. Policyjny patolog czekał na schodach. Obok kręcił się fotograf, niemal całkowicie blokujący dostęp do półpiętra. Brzecki przecisnął się koło niego, spoglądając na zwłoki. Szyby popękanego okna zadrżały od gromu, który mozolnie przetoczył się nad szczytami budynków.
Ciało należało do starszego mężczyzny o dość szczupłej budowie. Białą skórę znaczyły liczne plamy opadowe, mieniące się w mętnej szarości klatki sino wiśniowymi kształtami, zalegającymi nagi tors i szyję. Wpatrzoną w popękany sufit twarz wygiął zastygły wyraz panicznego lęku, dodatkowo podkreślanego szeroko rozwartymi oczyma, o napiętych powiekach odsłaniających suche białka. Krew była widoczna tylko w okolicy ust, skąd spływała ciemnym strumykiem wsiąkającym w podłogowe deski. Jedna z rąk uniesiona była nieco w górę, tuż nad nienaturalnie wydętym brzuchem, dając świadectwo niezwykle szybkiemu stężeniu pośmiertnemu.
- Kazimierz Targosz, lat 55 – Brzecki usłyszał przy uchu ochrypły głos mundurowego. – Według zeznań sąsiadów, niecałe pół godziny temu z jego mieszkania dobiegły odgłosy kłótni. Zaraz potem ktoś widział, jak nieznajomy mężczyzna opuszcza mieszkanie i wybiega na zewnątrz. W tym samym czasie Targosz zaczął wzywać pomocy i młócąc pięściami w każde drzwi dotarł tutaj, gdzie zaalarmowana hałasem sąsiadka widziała, jak nagle przewrócił się na ziemię i wymiotując krwią skonał w ciągu paru chwil.
- Gdzie jest teraz ta kobieta? – zapytał policjant, zasłaniając swe nozdrza przed roznoszącym się po klatce stęchłym powietrzem. Pozornie jego organizm – każda jego komórka – zdołał się uodpornić na takie wątpliwej jakości „wrażenia”, jednak w tym denacie było coś niezwykłego. Niepokojącego. Ostatnie, na czym powinien skupić się gliniarz to przeczucia, jednak jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, że coś jest tu cholernie nie tak.
- Kazaliśmy jej wrócić do swojego mieszkania. Poradziliśmy, by wzięła coś na uspokojenie, bo trzęsło nią jakby się miała rozsypać.
- Jest w stanie zeznawać?
- Spróbujcie szczęścia, ale na waszym miejscu odczekałbym trochę.
- W takim razie zabieramy ją na komendę... - Dymny zawiesił głos, wsłuchując się w przyspieszone kroki dobiegające z wymalowanej na łososiowo klatki schodowej. Ktoś najwyraźniej na chwilę zatrzymał się przy drzwiach denata, wiedziony instynktem oddania zmarłemu ostatniego hołdu, czy też niezdrową ciekawością, a następnie zatrzasnął się w jednym z mieszkań.
Brzecki pochylił się nad ciałem, uważając by niczego nie dotknąć.
- Znane są już przyczyny zgonu? – zwrócił się do patologa, młodego mężczyzny w gumowych rękawiczkach.
- Zgon nastąpił niedawno, najwyżej pół godziny temu, tym dziwniejsze wydaje się zaawansowane stężenie – patolog wskazał na zastygłą w powietrzu rękę, którą ofiara wyciągała przed siebie, jakby chciała wskazać palcem sobie tylko znane zagrożenie. - Na razie nie mogę powiedzieć zbyt wiele, ale wydaje mi się, że bezpośrednią przyczyną śmierci był silny szok, w wyniku którego nastąpiło przerwanie akcji serca.
- Czy ktoś rozmawiał już z rodziną Targosza? – Brzecki otarł lewą dłonią pot z czoła, podskórnie wyczuwając znaczne trudności w rozwikłaniu tej sprawy. Dwadzieścia lat pracy w wydziale zabójstw nie tylko naznaczyło go piętnem alkoholu, znieczulenia na wiele spraw i wrażenia nieustannego obcowania z najgorszym rodzajem brudu, ale też uświadomiło kilka niezbyt oczywistych dla laików spraw. Jak chociażby to, że najtrudniej dojść do przyczyn zabicia takich właśnie szarych obywateli. ZUSowców, mających wąskie, acz zaufane grono znajomych, nie wzbudzających palpitacji serca u sąsiadów i ciekawskich emerytek wysiadujących w oknach betonowych mieszkań.
Szczególnie gdy mają oni podejrzanie silnie rozdęte okolice brzucha.
- Z tego, co wstępnie ustaliliśmy, mieszkał sam – odparł policjant wpatrując się w tą samą anomalię, co Brzecki.
Rozdęcie wyglądało co najmniej dziwnie. Usytuowane na jednej trzeciej wysokości brzucha, wyglądało tak, jakby coś pęczniało od wewnętrznej strony ciała, coś na tyle ostrego, by rozedrzeć mięśnie i wbić się w skórę. Wszyscy, którzy wpatrywali się w tę ranę, byli niemal pewni, że gdyby ktoś odważył się dotknąć wzdętego miejsca, na jego ręce natychmiast trysnęłaby fala posoki.
- Czy ktoś mi może powiedzieć, co to u diabła jest? – Brzecki pochylił się nad zwłokami.
- Szczerze mówiąc, w tej chwili nie wiele mogę wyjaśnić. Możliwe że rana odpowiedzialna za to wybrzuszenie znajduje się na plecach, ale zważywszy na to, czym Targosz zajmował się za życia, nie chciałbym niczego ruszać.
Brzecki i Dymny spojrzeli po sobie, nie kryjąc zaskoczenia.
- To znaczy? – zapytał Dymny.
- Słyszeliście o CBSN? – do rozmowy wtrącił się mundurowy policjant.
- Centrum Badań Spraw Niewyjaśnionych – odparł Brzecki. – Coś jak Mgielnickie Archiwum X, zgadza się?
- Aha, tym bardziej nie uwierzycie mi, że nasz sztywniak pracował w tamtejszym dziale patologii. Wybitny specjalista.
- Innych tam nie biorą – wtrącił policyjny patolog.
Dymny westchnął głęboko, gdy na schodach pojawiły się sylwetki trzech pracowników prosektorium, w błękitnych kurtkach z logiem CBSN. Prowadził ich przyprószony nieco siwizną, kościsty jegomość, ubrany w ciemny płaszcz przeciwdeszczowy. Policjanci zrozumieli, że mają do czynienia z byłymi współpracownikami zmarłego. Sprawa była jednak o tyle skomplikowana, że Targosz wykonywał swój fach na agendzie instytucji równie widmowej i enigmatycznej, jak i samo miasto.
Klatkę schodową zalał migotliwy blask i w chwilę później, szalejący żywioł przypomniał o sobie rumorem tak potężnym, jakby całe burzowe niebo pękło na dwie części.
- Który z panów dowodzi tym bajzlem? – bezceremonialnie rozpoczął mężczyzna w płaszczu – Jak mniemam pan nadkomisarz – spojrzał badawczo na Brzeckiego. – Chciałbym mieć pewność, że ciało nie zostało ruszone.
- Kultura nakazywałaby się przedstawić, to po pierwsze. Po drugie i najważniejsze: kto was tu, kurwa, wezwał? – policjant zdołał tylko uderzyć w ścianę chłodu ponuraka, nie naruszając jego pewności siebie. Dymny, przyzwyczajony już do podobnych wybuchów partnera, usunął się w bok, z uśmieszkiem na twarzy oparł o poręcz i skupił wzrok na wyświetlaczu telefonu.
- Nazywam się Edmund Grunt, pracuję dla CBSN – to po pierwsze. Po drugie: wasi przełożeni wiedzą, że sprawy związane z ludźmi naszego wydziału mogą być prowadzone równolegle przez CBSN i policję. My zajmiemy się szukaniem śladów pozostawionych na zwłokach, wy zaś macie okazję pobrudzić sobie rączki na ulicy. Tak więc możecie już jechać do waszych dalszych obowiązków, zostawiając ciało naszym specjalistom. Raport prześlę do waszego wydziału zaraz po sporządzeniu...
- Nie – przerwał nadkomisarz. - To są właśnie nasze obowiązki, a ja jestem odpowiedzialnym za wyjaśnienie dlaczego ten człowiek zginął i kto za tym stoi. I pan mi w tym pomoże – dotknął palcem piersi Grunta, który gwałtownie postąpił krok do tyłu, wzdrygając się nerwowo.
- Raport przygotuję na jutro – odpowiedział, próbując ukryć zmieszanie - Proszę przyjść na zaplecze kostnicy o godzinie trzynastej. I niech pan pamięta, że nawet w moim środowisku policjanci nie są szczególnie mile odbierani, zwłaszcza ci aroganccy i cyniczni – wyrecytował niczym pacierz, po czym gestem dłoni nie znoszącym sprzeciwu nakazał swym towarzyszom, by zajęli się ciałem.
Dymny sięgnął do kieszeni swej kurtki i wyciągnął ze środka nieco przygniecioną paczkę Salemów. Gdy wypuścił z ust pierwszy kłąb dymu, dostrzegł jak Grunt ukradkowo wykonuje w powietrzu niedbały ruch dłonią, zupełnie jakby nakreślał niewidzialny symbol. A może odganiał tylko dym papierosa? Zaiste, pomyślał, w tym popieprzonym kraju nadal istnieją jakieś zabobony i dziwne rytuały – jeszcze chwila, a zamiast wtrącać ludzi do więzień będzie się urządzać pokazowe palenia na stosach...

Drzwi do mieszkania nr 6 były otwarte na oścież. Ekipa techniczna wkładała wiele trudu w poruszanie się po ciasnym przedpokoju i Brzeckiemu przyszło do głowy, że to ironia, ale z pewnością przed śmiercią Targosza mieszkanie nigdy nie wypełniało tyle życia. Z pewnych powodów, w jego wyobraźni martwy mężczyzna przedstawiał się jako ponurak dzielący mieszkanie jedynie z własnym zamiłowaniem do pracy w kostnicy. Tylko on, cztery ściany i śmierć.
Jeden pokój urządzony był iście spartańsko; oprócz niewielkiej, zawalonej książkami medycznymi szafki, stało tu tylko łóżko, wyglądające tak, jakby nigdy nie było ścielone. Drugi pokój, umeblowany również bez szczególnego gustu, posiadał coś, co stanowiło dla obydwu policjantów niemałe zaskoczenie. Jedną ze ścian zajmowała wystawa białej broni, zawieszonej na hakach, bądź przymocowanej specjalnymi kołkami. Wisiały tam bogato zdobione sztylety o dziwacznie powykręcanych ostrzach, obusieczne topory, prawdopodobnie zdolne do odrąbania głowy jednym ruchem wprawionych w boju rąk, noże, miecze, kolczugi i cała masa innych, mniej lub bardziej wymyślnych, współczesnych lub stylizowanych na czasach pradawnych, narzędzi do zadawania śmierci. Tylko jedno miejsce wyglądało nienaturalnie pusto. Zalegający cały dom kurz oblepił grubą warstwą ścianę wystawy, a zawieszone eksponaty pozostawiały na niebieskiej emalii wyraźne ślady. Taki też ślad pozostawił tasak, którego jaśniejszy od farby zarys był widoczny mimo słabego, burzowego blasku, jaki wlewał się do wnętrza przez okno.
Dymny nachylił się nad kanapą, stojącą poniżej wystawy, aby upewnić się, że jeden z eksponatów nie spadł w szczelinę pomiędzy meblem, a ścianą, ale nie znalazł niczego.
- Sprawdźcie, czy w mieszkaniu nie ma tasaka, pasującego kształtem do tego śladu – nakazał jednemu z policjantów.
Brzecki i Dymny skierowali się teraz na środek pokoju, gdzie leżały resztki połamanego stolika. Na rogu meblościanki widniał odprysk farby i podłużne, głębokie wgniecenie.
- Prawdopodobnie ślad po uderzeniu tasaka – stwierdził Brzecki. – Targosz próbował się bronić.
- Skąd pewność, że to jego dzieło? – zapytał Dymny.
- Napastnik przyniósłby z sobą własną broń, Targosz musiał korzystać z tego, co miał pod ręką – kontynuował nadkomisarz, poczym naśladując ruchy broniącego się mężczyzny, wykonał zamach niewidzialną bronią. – Ostrze wbiło się w mebel, napastnik odskoczył i uderzył w stolik, miażdżąc go swoim ciężarem.
Dymny uklęknął przyglądając się odłamkom roztrzaskanego drewna. W oczy rzuciły mu się czarne smugi, widoczne na popękanym blacie. Z pozoru przypominały nadpalenia, ale drewno w ich pobliżu nie wyglądało na zwęglone. Pożyczył od jednego z technicznych parę gumowych rękawiczek i przy pomocy scyzoryka, oddzielił od stołu kilka niewielkich kawałków, noszących czarne ślady, poczym włożył je do woreczka na dowody rzeczowe.
- Jakiej broni używał ten drugi?
Brzecki zatrzymał się, marszcząc czoło w zamyśleniu.
- Tego nie wiemy, ale musiało to być coś, co przeraziło Targosza na tyle, by dostał furii, o jakiej świadczą znalezione tu ślady. Z pewnością nie była to broń palna, nikt nie słyszał wystrzałów, poza tym nigdzie nie znaleziono śladów po kulach.
- Nie można wykluczyć, że Targosz sam zaatakował swego gościa w jakimś chorym napadzie szału.
- Tak, taką wersję także musimy... – Brzecki urwał w pół zdania, słysząc dochodzące z klatki schodowej krzyki policjantów. Jeden z nich wpadł do środka mieszkania, brutalnie taranując ekipę techniczną.
- Musicie to zobaczyć! – krzyknął podnieconym głosem – Chyba znaleźliśmy sprawcę!

Gęste stalowoszare chmury przypominały rozszalały wir, z którego głębi wydzierała się ogłuszająca kanonada gromów, zalewających elektryczną jasnością zgromadzonych na dachu ludzi. Nikt nie próbował zasłonić się przed zacinającymi kroplami deszczu, zaledwie kilka sekund wystarczyło, aby każdy z policjantów przemókł do suchej nitki.
Mężczyzna, w którego wycelowanych było przynajmniej pięć pistoletów, siedział na krawędzi dachu, zwrócony twarzą do muru przeciwległego domu. Był dobrze widoczny tylko wtedy, gdy zza chmur wydzierał się blask błyskawicy. W takich momentach można było dostrzec, że cały jego podkoszulek przesiąknięty jest krwią, a liczne rany, zmywane deszczem, szpecą także skórę jego głowy i ramion. W rękach trzymał przyciśnięty do ust flet i najwyraźniej grał na nim, choć melodię instrumentu zagłuszał żywioł.
Krzyki policjantów, nakazujących mu odsunąć się od krawędzi dachu i ułożyć na brzuchu z wyciągniętymi rękami, zupełnie do niego nie docierały. Niezrażony ani burzą, ani wrzeszczącymi funkcjonariuszami, wciąż grał swą niesłyszalną melodię.
- Czy ktoś zadzwonił po straż pożarną? – Brzecki spróbował przekrzyczeć huk piorunu uderzającego zaledwie dwie ulice dalej – Trzeba zabezpieczyć teren na dole!
- Nie mamy czasu! – Dymny schował pistolet do kabury – Nie możemy go stracić!
- Co ty wyprawiasz?! – wrzasnął Brzecki, ale jego partner posuwał się już ostrożnie w stronę zakrwawionej sylwetki. Nadkomisarz dla pewności sam wyciągnął broń, gotów do oddania strzału w każdej chwili.
Dymny brnął przez strugi deszczu, stąpając po mokrej powierzchni dachu, mijając kolejne kominy i anteny. Zastanawiał się, na jaką odległość zdoła podejść, zanim któryś z piorunów uderzy wystarczająco blisko, by ładunek elektryczny przeskoczył przez wilgotne powietrze i spalił go na popiół. Obejrzał się za siebie. Policjanci stali w łunie światła, wylewającego się zza włazu klatki schodowej, z wyciągniętą bronią, zastygli w bezruchu niczym kartonowe atrapy na policyjnym treningu strzeleckim. Pełne napięcia spojrzenie jego partnera zdawało się mówić: Nie spieprz tego.
Stanął w odległości dwóch kroków od kalenicy. Na całej jej długości cegły były popękane, niektóre już dawno nie trzymały się spoin. Grający na flecie mężczyzna był bardzo chudy, przez zakrwawiony podkoszulek prześwitywały wystające kości. Jego głowa była ogolona do zera, lecz całą obrastały wielkie strupy po długich i głębokich cięciach. Niektóre rany wydawały się świeże, a spływającą z nich krew zmywał deszcz. Z tej odległości Dymny mógł usłyszeć melodię fletu, przedzierającą się przez szum wichru i huk piorunów. Była spokojna, powolna, urywała się tylko w momentach, gdy zbyt silny napór wiatru uniemożliwiał szaleńcowi dalszą grę. Dymny stwierdził, że nie ma na co czekać. Szybkim ruchem złapał mężczyznę oburącz, oplatając go wokół klatki piersiowej. Chude ciało nie stawiło oporu i policjant bez problemu odciągnął je na płaszczyznę dachu. Wypuszczony z rąk flet zniknął cztery piętra niżej, wpadając w rwący potok rynsztoku. Dymny upadł płasko, mając ciało chudzielca na sobie. Mężczyzna nie próbował się wyrwać, ale wrzasnął żałośnie, jakby płakał. Brzecki pchnął go na beton, wygiął ręce do tyłu i skuł kajdankami. We dwójkę postawili go na nogi. Wyraz, jaki malował się na twarzy aresztowanego, kompletnie zbił ich z tropu. Człowiek ten nie zdradzał choć iskry inteligencji, wciąż wyjąc niczym konający pies, z oczami wywróconymi tak mocno ku górze, że widoczne były tylko białka. Ubrany zaledwie w podkoszulek i bokserki, ledwo trzymający się na nogach, nie wydawał się zdolny do zabicia czegokolwiek, tym bardziej dorosłego mężczyzny. Inny policjant, nie zważając na twarz zatrzymanego, chwycił go za skute ręce i z pochyloną głową poprowadził przez właz, na klatkę schodową.
- Kiedyś się doigrasz – powiedział Brzecki, spoglądając z krawędzi dachu na ulicę poniżej. Od wilgotnych murów odbił się blask błyskawicy. Tam w dole, cztery piętra niżej, w cieniu jednego z domów, stała jakaś zakapturzona postać. Najwyraźniej wpatrywała się w Brzeckiego przez chwilę, poczym, pchając przed sobą wózek, uciekła policjantowi z pola widzenia. Gdy ten odwrócił się do swego partnera, stwierdził, że jest sam. Dymny stał w otwartym włazie i opierając się o ścianę spoglądał na wyświetlacz telefonu.

2. CISZA PO BURZY

- „Nawet w moim środowisku policjanci nie są szczególnie mile odbierani”, czyż nie tak powiedział?- zapytał Dymny, z nogami wyciągniętymi na stole, puszczając obłoczki dymu. Siedzieli naprzeciw siebie, przy zawalonym papierami biurku, w głównej komendzie policji. Od strony elektrycznego grzejnika, którym suszyli swe przemoczone kurtki, dobiegał monotonny warkot. Za oknami przestało już padać, ale strumyki wody ściekały z nieszczelnych rynien i wystukiwały o parapet dziwną melodię.
- Tak właśnie powiedział – odparł Brzecki. – Chyba mu się nie dziwisz?
- Oczywiście, że się dziwię, przecież pracując w CBSN, chcąc nie chcąc, zmuszeni są współdziałać z policją. To ich zakichany obowiązek.
- Sęk tylko w tym, że rozwiązują sprawy, które nasi uznali za patowe. Pamiętasz morderstwa w tunelu z osiemdziesiątego szóstego? A historia Podróżnika z Grydna? Wszystkich tych psycholi dopadli, mimo ogromnego upływu czasu. Ale nic w tym dziwnego, skoro dostają z budżetu fundusze, przy których nasze wyglądają na nędzną jałmużnę. Miasto dba o swą jedyną chlubę.
- Wracając do Targosza – zmienił temat Dymny – wiemy już coś więcej? Miał znajomych? Odwiedzał go ktoś?
- No, cóż – Brzecki wyciągnął sporych rozmiarów teczkę spod butów Dymnego i przewertował kilka kartek – co prawda, w jego profesji trudno o tłumy przyjaciół, a jednak znalazła się osoba, która utrzymywała z nim kontakt i to, według zeznań sąsiadów, dosyć regularny.
- Mamy już coś konkretniejszego?
- I tak i nie. Podobno była to jakaś młoda dziewczyna, ekscentryczka, wiesz skórzane płaszcze w środku lata, te sprawy... Tomek poszperał trochę i w danych jego rodziny znalazł tylko dwie pasujące do opisu osoby: córkę z pierwszego małżeństwa, ale ta mieszka w Melbourne, więc odpada. Pozostaje jedynie daleka kuzynka, nijaka Alicja Nowak.
- Która zapewne, podobnie jak córka, mieszka na drugim końcu świata.
- Niezupełnie, mieszka kilka ulic stąd. Nie ma telefonu, ale zaraz po
przesłuchaniu możemy do niej podjechać i porozmawiać, jeśli będzie na miejscu.
- A propos, dowiedzieli się już co z gościem, którego zatrzymaliśmy na dachu? Możemy go przesłuchiwać?
Do biura wszedł policyjny asystent, krępy mężczyzna, w okularach o cienkich oprawkach.
- Są już wyniki badania krwi i dane dotyczące faceta, o którym mówicie -podszedł do Brzeckiego i wręczył mu kopertę.
- Gość nazywa się Mieczysław Kołecki – kontynuował – i mieszka na parterze przy Cichej 14. Cierpi na poważne schorzenie psychiczne, ale z relacji jego lekarza i sąsiadów wynika, że nie stanowi zagrożenia. Raz na tydzień odwiedzała go opiekunka, właśnie próbujemy ją namierzyć. Sąsiedzi twierdzą, że często przesiadywał na dachu grając na flecie, ale nikt nie uskarżał się z tego powodu. Oczywiście nigdy wcześniej nie widzieli go w takim stanie, jak dzisiejszego wieczoru.
- A co z badaniem krwi? – zapytał Dymny.
- Krew na podkoszulku należała do niego. Rany, które widzieliście zadał sobie sam brzytwą, którą znaleźliśmy w jego mieszkaniu. Miał naciętą jedną z żył i gdyby nie nasza ingerencja, prawdopodobnie wykrwawiłby się na śmierć. Przewieźliśmy go do szpitala na obserwację. Z rozmowy z lekarzem wynika, że nie mamy co liczyć na jego zeznania, ale jeśli chcecie, możecie spróbować.
- A co z sąsiadką, która wezwała policję? – Brzecki przetarł zmęczone oczy.
- Czeka w pokoju przesłuchań.
- Ok., to na razie wszystko. Dzięki Tomek. – rzekł Brzecki wstając z biurka.

Pokój przesłuchań nie odbiegał od przyjętych standardów: niewielkie pomieszczenie, weneckie lustro, jeden stół, dwa krzesła. Pomieszczenie na tyle małe i duszne, by po paru minutach towarzystwa grubego policjanta, przesłuchiwana kobieta mogła poczuć atak klaustrofobii. Tym bardziej, że nie miała pojęcia, w czym mogłaby pomóc. Również i Brzecki, przekonany o beznadziejności sprawy, szybko zakończył przesłuchanie. Kobieta roztrzęsiona tak bardzo, że z trudem złożyła swój podpis, nie miała do powiedzenia nic więcej, prócz tego, co wiedział. Gdy funkcyjny policjant wyprowadził ją z pokoju, do środka wszedł Dymny, który przez cały czas przesłuchania był obecny w sąsiednim pomieszczeniu. Na twarzach obydwu mężczyzn było widoczne zmęczenie. Brzecki spojrzał na zegar ścienny. Dochodziła jedenasta wieczorem.
- Chcesz jeszcze dzisiaj przesłuchać tę Nowak? – Dymny opadł na krzesło.
- Na dziś mam już dosyć – odparł Brzecki. – Niech chłopcy spróbują udać się do jej domu, trzeba ją powiadomić o śmierci kuzyna. Ja musze odpocząć.
- Próbki drewna z czarną substancją są już w laboratorium.
- Wyników spodziewaj się najwcześniej jutro, dziś nie mamy tu już czego szukać.
- Coś czuję, że przed snem znowu przykleisz się do butelki.
- Na coś trzeba umrzeć...

3. GRUNTOWNA OSTENTACJA

Dzień spotkania z Gruntem rozpoczął się dla Brzeckiego wyzierającym z dna pustej butelki kacem. Doprowadzając się do należytego porządku, nadkomisarz stwierdził, że kwestię rozmowy z Alicją Nowak pozostawi na czas późniejszy – teraz czekała go ciężka przeprawa ze sprawiającym wrażenie mocno ograniczonego szefem kostnicy. Deszcz nie przestawał padać, a wycieraczki w samochodzie służbowym skrzypiały głośniej od kiepsko wyregulowanej osi wozu. Nawet radio, serwujące pozostałości letniej muzycznej przygody, nie było w stanie wyrwać Mgielnic z apatii. Zwłaszcza, że w szarość miasteczka wdarła się jeszcze czerwień zbrodni, niezasłużonej i trudnej do objęcia za pomocą umysłu.
Dział patologii CBSN mieścił się w niepozornym budynku starej cegielni, otoczonym wysokim ogrodzeniem, kołyszącym się na podmuchach zimnego wiatru. Przy głównej bramie, równie zaniedbanej jak fasada prosektorium, nadkomisarz pokazał odznakę i pordzewiałe skrzydło stanęło przed nim otworem. Tak jak przypuszczał, wewnętrzna część budynku, o kilku podziemnych kondygnacjach, wyglądała o wiele solidniej niż część zewnętrzna. Podłogi wyłożono tu kaflami, przypominającymi biało-czarną szachownicę, na tyle wypolerowaną, by przechadzający się po niej ludzie mogli dostrzec własne odbicia. Białe ściany zdobiły gabloty, rzadziej tablice informacyjne, ołowiane rurki centralnego ogrzewania czy sporych rozmiarów wywietrzniki – Brzeckiemu przyszło na myśl laboratorium rodem z filmu science-fiction.
Zgodnie z zapowiedzią, Grunt czekał z raportem na zapleczu swego królestwa. Nieco wbrew sobie, Brzecki podał dłoń ubranemu w biały fartuch mężczyźnie. Wyczuł nie tylko chłód, ale i wielką siłę, bijącą z wnętrza tego niepozornego ciała.
- Pragnie pan wiedzieć, co było przyczyną śmierci Kazika? – zaczął patolog, usadawiając się przy kwadratowym stoliku - Wlał w siebie zbyt wiele alkoholu, ot co. Już dawno uprzedzałem go, żeby zaprzestał zaglądać w kieliszek, ale on niekiedy robił to już wbrew swej świadomości. A jeśli udało mu się ją oszukać raz, to co dalej? Zostawianie otwartego mieszkania? Spotkania z nieznajomymi ludźmi, którym chciał opowiadać jakieś niestworzone historie?
- Co było w jego brzuchu? – nadkomisarz wolał od razu rozwiać swe najmroczniejsze wątpliwości, choć niemal automatyczna odpowiedź wpatrującego się teraz w zmiętą nieco kartkę Grunta, wcale ich nie zburzyła.
- Tasak, średniej wielkości, z mocno pobrudzonym ostrzem. Nadal nie wiemy, jak udało mu się tam znaleźć – brak jakichkolwiek ran na brzuchu, plecach, nawet w odbycie.
- Chwileczkę – tętno policjanta dość radykalnie podskoczyło, a pot z czoła przesunął się w stronę krawędzi finezyjnie przystrzyżonych wąsów. – Chce pan powiedzieć, że ten człowiek połknął w całości tasak? Albo że urodził się z nim w żołądku?
- Żadna z tych wersji nie trzyma się kupy, wie pan o tym. Nie znaleźliśmy śladów zewnętrznej ingerencji. Nikt go nie zmusił do połknięcia tego przedmiotu, ani też mu go nie wtłoczył do ciała, zresztą nie wiem, jak by to było możliwe. On sam również nie podjął takich działań. Jednak nie zmarł na wskutek krwotoku wewnętrznego, choć ostrze werżnęło się w ścianki żołądka. Zgon nastąpił w wyniku zatrzymania akcji serca. Coś musiało go piekielnie przestraszyć; człowiek, którego praca polega na nieustannym obcowaniu ze śmiercią, nie boi się byle czego. Nie wiem, co to mogło być, wiem tylko, że oszczędziło mu wyjątkowo bolesnej śmierci.
Nadkomisarz zamyślił się chwilę, mrużąc oczy przed ostrym światłem jarzeniówek. W końcu wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki grubą kopertę ze zdjęciami z Cichej 14, odszukał jedno z nich i rzucił na stół przed Gruntem.
- Pasuje? – zapytał, próbując rozszyfrować błysk w oczach swego rozmówcy.
Zdjęcie przedstawiało fragment wystawy, jaką odnaleziono w domu Targosza, konkretnie zarys brakującego eksponatu.
W odpowiedzi Grunt nie powiedział ani słowa, zamiast tego rzucił na blat schowany w sterylnym woreczku tasak, wciąż gęsto oblepiony krwią i pozostałościami kwasu żołądkowego.
- Niech pan sam oceni – odparł. - Z mojej strony to wszystko, muszę wracać do swoich zajęć – wcisnął raport w rękę oszołomionego Brzeckiego, a następnie zniknął za drzwiami. Policjant tkwił w miejscu jeszcze przez dobrą chwilę, po czym, zabierając ze sobą tasak, wybiegł w ślad za Gruntem, aby uzyskać od niego jakiekolwiek dalsze wskazówki.
Kostnica, jaką ujrzał, sprawiała jeszcze gorsze wrażenie niż pracujący w niej maestro patologii. Brakowało śladów ludzkiej obecności, co gorsza, nie istniały też jakiekolwiek świadczące o takowej odgłosy. Uwagę osłupiałego policjanta zwróciły nie pary porozmieszczanych naprzeciw siebie białych drzwi z rzymskimi numerami, ale tkwiące idealnie na wprost zaplecza, czarne wrota, usytuowane na końcu długiego korytarza, migającego światłem psujących się świetlówek. Zamierzał podejść bliżej, aby dokładniej się przyjrzeć, gdy znienacka za plecami nadkomisarza pojawił się ogromny łysielec, oderwany najwyraźniej wprost od sekcji zwłok.
- Czego pan tu szuka? – olbrzym wytarł zakrwawione rękawice o boki
kitla.
- Nadkomisarz Dariusz Brzecki, wydział zabójstw – policjant sięgnął do
kieszeni po odznakę. Potężna łapa łysielca opadła na jego dłoń.
- To nie jest miejsce do zwiedzania, nawet dla psów. – ton olbrzyma był
równie chłodny jak wnętrze budynku, w którym przebywał, co jednak nie stępiło czujności i opanowania Brzeckiego.
- Chcę porozmawiać z Edmundem Gruntem, prowadzę dochodzenie w sprawie morderstwa – przełknął ślinę, gdy patolog zaczął wolno przesuwać się w stronę czarnych drzwi. - W sprawie, której chyba nie chcesz utrudniać, tak więc radzę ci grzecznie usunąć się z drogi i powiedzieć, gdzie on się podział.
- Nic ci do tego, człowieku. Jest teraz bardzo zajęty – z oddali dało się słyszeć świszczenie i kilka innych odgłosów, z których jeden łudząco przypominał wydobywanie się pary z wielkiej rury w ciepłowni. – Bardzo, bardzo zajęty. To szalenie nieszczęśliwy człowiek, wierz mi.
- Posłuchaj, koleś. Rozmawiałem z nim jeszcze dwie minuty temu...
- Aaa, zatem już poświęcił ci nieco czasu? Wobec tego nie mamy o czym dyskutować, żegnam. Wyjdź tak jak przyszedłeś – przez zaplecze.
- Wrócę tu jeszcze, z nakazem rewizji. Ta sprawa śmierdzi gorzej od twojego fartucha – rzucił na odchodnym, nie zważając już na groźne obelgi ze strony giganta. W takich przypadkach wolał zastosować się do maksymy mądrzejszy ustępuje głupszemu, niż ryzykować pojedyncze i nader śmiałe akcje, które w istocie nie przynoszą jakiegokolwiek rozwiązania. Nadal miał przed oczyma przerażenie na obliczu Targosza – zbyt wyraźne, by mógł choćby myśleć o przypadkowości tej śmierci. Włożył dłoń do kieszeni, aby upewnić się, że woreczek z tasakiem tam jest. W końcu wyciągnął go i przez chwilę wpatrywał się w ostrze. Nagle w jego sercu pojawiło się ziarenko strachu.

W tym samym czasie, w którym Brzecki błąkał się po sterylnie czystych korytarzach prosektorium, na komendzie, z własnej, nieprzymuszonej woli, pojawiła się kuzynka zmarłego Targosza. Szczupła szatynka, w długim, skórzanym płaszczu, zrobiła na Dymnym nie małe wrażenie, ale czar prysł w chwili, kiedy opowiedziała mu o szczegółach romansu ze swoim kuzynem. Związek pięknej kobiety i zmęczonego życiem, podstarzałego prosektora jakimś dziwnym trafem uszedł uwadze nawet najczujniejszych sąsiadów, najwyraźniej życzących Targoszowi odrobiny prawdziwego słońca w świecie śmierci, zimnych korytarzy i lamp stroboskopowych. Alicja Nowak sprawiała wrażenie opanowanej i doskonale świadomej wypowiadanych słów. Pozostawiła po sobie nie tylko dane kontaktowe, ale i kolejne pytania bez odpowiedzi.
Brzecki wrócił do biura bez przywitania, zamyślony, zupełnie jakby przed chwilą wpadł na coś nowego. Szybkim ruchem zapalił stojącą na biurku lampkę i sięgnął do obszernej metalowej szuflady, w której znajdowały się akta spraw z kilku poprzednich lat. Wertował je przez dłuższą chwilę, aż w końcu trafił na kilka cienkich, ciemnoczerwonych teczek, które z hukiem rzucił na biurko.
- Nie zapytasz, co nowego odkryłem? – zainteresował się Dymny, wyjmując papierosa z paczki. Jednak na obliczu jego partnera malowało się teraz spore skupienie, towarzyszące odczytywaniu danych z policyjnych raportów. Dopiero po kilku chwilach wrócił myślami na ziemię, odwracając się w stronę palacza.
- Jestem ciekaw, ale może opowiesz mi o tym za chwilę... Teraz popatrz na to. Akta spraw sprzed trzech lat. Niech mnie cholera, jeżeli te wydarzenia nie są powiązane ze śmiercią na Cichej 14!– nieoczekiwanie uderzył pięścią w stół - Zajmował się tym Wiesiek, zanim jeszcze wyjechał do Grudziądza.
Podkomisarz zaciągnął się Salemem i miarowo strząsnął popiół. Brzecki przewrócił kartkę i z triumfem uderzył w małe zdjęcie, widniejące w lewym dolnym rogu starego dokumentu.
- Ciało z wielkimi strupami krwi, która musiała wyciekać przez uszy, znaleziono na przystanku autobusowym. Student medycyny nazwiskiem Sosnowski. Przyczyna zgonu: trzydziestocentymetrowy pręt, który wbił się w mózg i przełyk. Żadnych obrażeń zewnętrznych. Nikt nie potrafi wytłumaczyć, jak fragment pobliskiego ogrodzenia znalazł się nagle w ciele studenta. Nawet nasze ukochane CBSN okazuje się w tej sprawie bezradne.
Dymny z niedowierzaniem przyjrzał się fotografii zwłok młodego mężczyzny. Nerwowym ruchem zdusił w popielniczce dopiero co zaczętego papierosa i wyciągnął następnego.
- Miesiąc później, zabawa sylwestrowa na rynku. Nazajutrz patrol Straży Miejskiej odnajduje w jednej z bram ciało bezdomnej kobiety, z rozszarpaną klatką piersiową. Sekcja zwłok nie pozostawia wątpliwości: śmierć nastąpiła w skutek wybuchu fajerwerku. Kilku niezależnych lekarzy zgadza się co do tego, że wybuch nastąpił od wewnątrz, czyli, że w chwili eksplozji ładunek znajdował się w płucach kobiety. Wszyscy wybitni specjaliści rozkładają ręce. Nazwiska zmarłej nie ustalono do dzisiaj.
- Chwileczkę – przerwał Dymny, którego papieros wypalał się między palcami – Chcesz mi powiedzieć, że ktoś jej to wepchnął do gardła?
Brzecki nie odrywał wzroku od akt.
- Nie było żadnych śladów, które by na to wskazywały – odrzekł.
- Ale to przecież niemożliwe. Bez względu na to, czy mówimy o pręcie z ogrodzenia, czy o fajerwerkach, żadne z tych przedmiotów nie może tak po prostu przeniknąć do ludzkiego ciała. To jakaś bzdura!
- Tak też zapewne myślał Stanisław Kopacz, którego zwłoki znaleziono w dwa miesiące po incydencie ze sztucznymi ogniami. Tym razem sprawa wyglądała tak absurdalnie, że w oficjalnym raporcie podano, iż nieznany sprawca rozbił mu głowę o ścianę.
- Nie rozumiem, co w tym niezwykłego...
- Powiedziałem, że napisano tak w o f i c j a l n y m raporcie. W rzeczywistości sprawa wcale nie wyglądała tak prosto. Wiesiek widział to ciało i pokazywał mi zdjęcia. Wyobraź sobie, że żona Kopacza odnalazła go przed biurkiem, jakby to określić... Po prostu... Jego głowa...
- Co chcesz powiedzieć? – zaniepokoił się Dymny.
- Jego głowy nie było! Zniknęła w ścianie! Na zdjęciu wyglądało to tak, jakby pochylał się, a jego szyja po prostu wtapiała się w mur. I tym razem CBSN okazało się całkowicie bezradne. Pojawiła się teoria, że ktoś zamurował Kopacza żywcem, ale było to tak nieprawdopodobne, że w końcu odrzucono tą hipotezę. W dodatku podczas ostrożnego rozbijania ściany stwierdzono, że kości czaszki są po prostu zmielone na miazgę. Kilku ludzi przez długi czas badało ten przypadek dosyć wnikliwie, ale w końcu CBSN postanowiło zatuszować całą sprawę. Jak się pewnie domyślasz, Wiesiek nie był takim obrotem spraw szczególnie zadowolony. Jednak naciski ze strony CBSN spowodowały, że w końcu musiał ustąpić. Był to jeden z powodów, dla których już tu nie pracuje.
W biurze zapadła cisza, przerywana jedynie trzaskami dochodzącymi od strony elektrycznego grzejnika. Dymny zgasił kolejnego papierosa i zabrał akta sprzed nosa Brzeckiego, chcąc przyjrzeć się im wnikliwiej.
- Komuś bardzo zależało, aby sprawie ukręcić łeb – zauważył po chwili namysłu.
- Być może dlatego, że Kopacz pracował w CBSN – na twarzy Brzeckiego pojawił się chytry uśmiech. – A dokładniej mówiąc: w dziale patologii.
Przez chwilę spoglądali na siebie bez słowa.
- Zawsze można założyć, że to zbieg okoliczności – odezwał się Dymny. – Dlaczego sądzisz, że te sprawy mają ze sobą cokolwiek wspólnego?
Brzecki sięgnął do kieszeni i wydobył z niej zapakowany w woreczek tasak.
- Wiesz, co to takiego? – zapytał rzucając przedmiot na teczkę z aktami.
Wzrok podkomisarza skupił się na brązowych plamach zeschniętej krwi.
- Tasak z kolekcji Targosza? – zdziwił się. – Myślałem, że nasi ludzie przetrząsnęli cały dom i nie znaleźli niczego.
- Znalazł go nasz przyjaciel Grunt, podczas nieco wnikliwszych poszukiwań – odparł Brzecki. – Tasak tkwił w żołądku denata.
- I nikt nie ma pojęcia skąd się tam wziął?
- Nawet, jeśli ci z CBSN coś wiedzą, nie zamierzają się nam spowiadać.
Wzrok policjantów spoczął na rozrzuconych wraz z aktami zdjęciach. Jedno przedstawiało szerokie rozdarcie na ciele kobiety, które zamieniło większą część klatki piersiowej i szyi w bezkształtną masę. Na drugim młody chłopak w sportowej kurtce leżał na chodniku, z głową spoczywającą w kałuży krwi. Jego rozwarte szeroko usta i pełne przerażenia oczy przypominały zwłoki odkryte na Cichej 14. Na twarzach obydwu denatów malowało się dokładnie to samo przerażenie.
Dźwięk telefonu zabrzmiał w zaległej ciszy jakoś nienaturalnie głośno. Brzecki odebrał komórkę, lecz nie wypowiedział ani słowa. Przytaknął tylko, wyłączył telefon i spojrzał na Dymnego zdezorientowanym wzrokiem.
- Jest problem z Kołeckim – powiedział.

Przez całą drogę do szpitala nie zamienili ani słowa. Wóz raz po raz wpadał w wielkie koleiny, rozchlapując wodę na opustoszałe chodniki. Trasę, która zazwyczaj zajmuje dziesięć minut, Brzecki pokonał w niecałe pięć.
Lekarz, który ich wezwał czekał już w korytarzu.
- Cały czas zachowywał się spokojnie – tłumaczył prowadząc policjantów po schodach. – Aż nagle dostał silnego ataku. Podaliśmy mu podwójną dawkę środków uspokajających, ale wcześniej zdążył rozszarpać sobie żyłę, którą zszyliśmy wczoraj. Nie zrobił krzywdy pozostałym pacjentom, jednak ze zrozumiałych powodów, jak tylko zajmie się nim chirurg, zmuszeni będziemy zamknąć go w izolatce.
Policjanci stanęli przed salą, w której Kołecki dostał ataku. Chwilowo przebywała w niej tylko pielęgniarka, zmywająca gęste plamy krwi z podłogi. Promieniste ślady czerwieniały też nad jednym z łóżek, tworząc chaotyczne kształty na ścianie i suficie. Szyba w oknie była wybita, leżące obok odłamki szkła także umazane były posoką.
- Czy ktoś go odwiedził? – Dymny zwrócił się do lekarza.
- Oczywiście, że nie. Nie dopuszczamy na ten oddział nikogo, nawet rodziny chorych.
- Dostał ataku tak bez powodu? W historii jego choroby nie występują podobne przypadki.
- Doprawdy nie wiem, co powiedzieć. Przez cały czas mamrotał coś o flecie. Koniecznie chciał dostać swój instrument, by móc na nim grać. Jak się domyślacie, nikt nie zamierzał spełnić jego próśb.
- I wtedy dostał szału... – odezwał się Brzecki.
Lekarz pokiwał głową wpatrując się w bryzgi krwi.
- Chcielibyśmy się z nim zobaczyć – oznajmił Dymny.
- Niestety teraz zajmuje się nim chirurg, rozumiecie, że musieliśmy zszyć żyłę. Zaraz po opatrzeniu rany umieścimy go w izolatce, w specjalnym kaftanie. Jeśli nastąpi poprawa i będzie zdolny powiedzieć coś sensownego, natychmiast się do was odezwę.
- Do tego czasu proszę pilnować aby nikt go nie odwiedzał – poinstruował Dymny. – I niech go trzymają z dala od ostrych przedmiotów.
- To oczywiste.
- To wątpliwe, ale istnieje prawdopodobieństwo, że Kołecki jest w jakiś sposób powiązany z morderstwem swego sąsiada. Jeżeli nie bezpośrednio, to przynajmniej mógł widzieć sprawcę – wytłumaczył podkomisarz kierując się w stronę schodów.
Dymny raz jeszcze spojrzał na opustoszałą salę i ruszył w ślad za partnerem.
Piorun przeszył niebo w zachodniej części miasta. Obydwoje uświadomili sobie właśnie, że brną w ślepy zaułek. W którą część sprawy by nie spojrzeli, zawsze natrafiali albo na kompletnego szaleńca, albo na zwłoki z tasakiem w żołądku.

4. LEWITUJĄCE ZASKOCZENIE

- Maniu, przyniesiesz mi z piwnicy słoik powideł? – spytała ciepłym głosem Wanda Krajewska, emerytowana prząśniczka opiekująca się teraz swą młodziutką jeszcze wnuczką. Miała zamiar upiec pyszne ciasto na przyjazd brata, a opuchnięte nogi czuły już lata tyrania i dodatkowego obciążania przenoszonymi materiałami. Dziewczynka szybko zerwała się do wyjścia i zniknęła na półmrocznej klatce schodowej.
To był jej świat: ta klatka i podwórko. Rzadko bywała w centrum Mgielnic, gdzie według opowieść babci czaiły się najgorsze złe rzeczy, wychodzące z ludzi po alkoholu i przy ciągłym braku pieniędzy. Ale i tu bywało różnie – nie raz i drugi zaczepiali ją łobuzerscy chłopcy, pragnący dotrzeć do wnętrza jej skrywanej jeszcze kobiecości za pomocą dość prymitywnych metod. A sama klatka, no cóż, cuchnęła zgnilizną i kocimi szczynami – w lecie było to ciężkie do wytrzymania, teraz już stłumione.
Dziewczynka niespodziewanie zatrzymała się przy otwartych drzwiach na trzecim piętrze i wolno odwróciła głowę. Nigdy wcześniej nie widziała ich otwartych, a teraz jeszcze z wnętrza mogła usłyszeć cichy, skierowany do jej uszu szept.
Pełna lęku i drżąca pod wpływem zimnego powietrza, zdecydowała się ulec swej ciekawości. Gdy jej drobne stopy minęły hebanowy próg, poczuła na twarzy delikatne muśnięcie wiszącego na garderobie aksamitnego płaszcza, rozwiewanego przez hulający w pomieszczeniu wiatr. Bała się gniewu swej babci, przestrzegającej ją wielokrotnie przed nieposłuszeństwem, jednak nigdy wcześniej nikt nie nawoływał jej z taką słodyczą...
W obliczu, jakie kątem oka dostrzegła w lustrze, było jednak coś niepokojącego. Gdy stanęła w połowie przedpokoju, na jej ramię opadła ręka...
Krzyk dziewczynki niemal wstrząsnął fundamentami budynku, budząc ze snu nawet kilku odpoczywających po nocnej zmianie robotników. Jeden z nich mieszkał akurat tuż obok feralnego mieszkania, toteż znalazł się w środku najszybciej.
Widok jaki ujrzał, zapadł mu w pamięć na całe życie. W garderobianym lustrze odbijała się postać zawieszonej w powietrzu, zakapturzonej staruszki. Miała na sobie płaszcz przeciwdeszczowy, a jej pobielałe oczy zwrócone były ku górze. Co najbardziej przerażające, w wypełnionym niezwykłym smrodem korytarzu, oprócz robotnika, nie było nikogo, kto mógłby rzucać odbicie. Nikogo żywego. Zamiast tego, w kałuży szlamu znajdowało się nieco już podgniłe ciało, noszące znamiona długich tortur. W tle zaś nawet niezbyt wprawne ucho spawacza wychwyciło przenikliwy dźwięk fletu, wygrywającego jakąś smutną melodię. Przerażona dziewczynka siedziała skulona w kącie kuchni, kurczowo zaciskając piąstki.

- Nie mogę w to wszystko uwierzyć. Pracuję w tym już tyle lat, ale to jest coś takiego... Nie, pewnie to tylko jeden z moich durnych snów – głośno rozważał Dymny, zerkając jednocześnie na pracę specjalisty od odcisków palców. Na ten dzień przewidziane było ponowne przesłuchanie krewniaczki Targosza, która niewiele wcześniej sama zgłosiła chęć pomocy policji. Teraz siedział w wynajmowanym przez nią mieszkaniu, jednak gospodyni była nieobecna... i wiele wskazywało na to, że miał to być od teraz stan permanentny. Robotnik niepewnym tonem opowiedział policjantom o tym, co ujrzał w lustrze, jednak w niczym nie tłumaczyło to kompletnego braku odcisków palców w mieszkaniu czy – tym bardziej – obecności ciała zaginionego przed trzema laty mężczyzny na pochlapanej śluzowatą wodą posadzce. Zeznania robotnika, w których opowiadał o widmowej postaci, Dymny zwalił na karb szoku, jakiego mężczyzna doznał na widok gnijących zwłok. Tym bardziej zdziwił się, kiedy mieszkająca obok dziewczynka zeznała policyjnemu psychologowi dokładnie to samo.
- Drzwi do mieszkania były otwarte. Był to znak, że jeśli Alicji Nowak nie było w środku, ktoś musiał tu wejść albo dokonać włamania.
- I wnieść ciało – wzdrygnął się Brzecki, zerkając na przykryte prześcieradłem ludzkie szczątki. – Wiemy już, do kogo należało. Piotr Iwański, zaginiony dokładnie trzy lata temu. Ostatni raz widziano go na ulicy Ogrodowej. Z naszych ustaleń wynika, że szedł wtedy na spotkanie towarzystwa Hexagon, niosącego pomoc ludziom o zaburzeniach osobowości. Podobno na moment zatrzymał się przy sklepie odzieżowym, spojrzał na manekina i zamarł w bezruchu. Normalnie nikt nie zwróciłby na to uwagi, ale znalazło się trzech ludzi bijących się w pierś, że na własne oczy byli świadkami, jak to określili: „powolnej dematerializacji”. Każdy z nich, niezależnie od siebie, utrzymywał, że w pewnej chwili wokół Iwańskiego zaczął skupiać się nienaturalny cień. Wyglądało to tak, jakby powietrze wokół niego nagle pociemniało, on sam zaś powoli zaczął zanikać. Świadkowie porównywali to do tanich efektów specjalnych ze starych filmów, twierdząc, że ciało Iwańskiego najpierw stało się przeźroczyste, by w niecałą minutę później zupełnie zniknąć z pola widzenia.
- Jak tam Marek, znalazłeś już jakieś ślady? – coraz bardziej skołowany, Dymny postanowił wesprzeć się na racjonalizmie i logice speca od śladów pozostawianych przez wszelkiej maści włamywaczy i morderców obecnych w mieście. Niestety, oblicze eksperta również nie promieniowało pewnością i to nie z powodu unoszącego się wokół odoru gnijącego mięsa.
- Nie znalazłem i coraz bardziej powątpiewam w to, żebym na coś trafił. Są tu tylko znaki obecności pani Nowak, nic więcej. Albo włamywacz jest niesamowitym profesjonalistą, albo ta kobieta sama wniosła tutaj zwłoki i przygotowała cały ten spektakl...
- Kurwa mać! Czy ktoś wreszcie może mi powiedzieć coś konkretnego? – Brzecki ruszył przed siebie, jak lawina taranując policyjnego technika. - Szlag by to wszystko!! – dodał waląc pięścią o framugę drzwi. Widząc zdumienie u swoich kolegów, kopnął w stojące pod oknem krzesło i wyjrzał na zewnątrz. Stado czarnych wron kończyło swoje posiedzenie na pobliskim drzewie, pozbawionym już choćby resztek zwiędłych liści.
Na jedną upiorną chwilę opuścił cuchnące mieszkanie, by znaleźć się w sali przesłuchań, przy stole, naprzeciw jednego ze swych dawnych wrogów. Był to wielki mężczyzna o czerwonej twarzy zniszczonej przez trądzik. Brzecki ponownie zobaczył, jak skutymi, wytatuowanymi rękoma wydobywa on z ust kawałek ostrza. Błyszcząca stal niemal całkowicie zniknęła pod skórą, kiedy wielkolud przeciągnął nią po swym gardle. Krew nie popłynęła strumykiem, ona dosłownie zalała całą klatkę piersiową mężczyzny, gęstą, ciemną falą. Mężczyzna wciąż się uśmiechał, śmiał się tak długo, aż pozbawiony krwi mózg przestał funkcjonować i głowa psychopaty opadła bezwładnie na bok. Uśmiech zastygł na jego twarzy nawet po śmierci.
- To przez moją przeszłość – powiedział Brzecki, gdy przed jego oczy powróciła szarość podwórka. - Moja żona była jedną z ofiar bomby podłożonej w Warszawskim metrze. Jak pewnie pamiętasz, zwyrodnialców odpowiedzialnych za ten zamach złapano dość szybko. Jeden z zatrzymanych był zamieszany w parę prowadzonych przeze mnie spraw, toteż miałem okazję spotkać się z nim w cztery oczy. Wyobraź sobie, co poczułem, kiedy stwierdził, że rzeź na kilkudziesięciu pasażerach metra miała na celu przestrzec niewiernych przed gniewem Boga. Myślałem, że go rozszarpię, ale ten szaleniec wyczuł moje zamiary już wcześniej... – z dziwnym błyskiem w oku Brzecki odwrócił się teraz w stronę ciężko wzdychającego Dymnego – Dario, ten człowiek na moich oczach wyciągnął zrobiony więziennym sposobem nóż i poderżnął własne gardło, uśmiechając się przy tym. Nigdy już nie zapomnę tego widoku...
- Może nie chcesz uczestniczyć dalej w tym śledztwie? Pogadałbym z szefem. Jest paru tych młodych, którzy aż palą się do zgrywania Kojaka – próba ironii młodszego z policjantów trafiła jednak w próżnię. Przeszłość jak i teraźniejszość, dla żywych i umarłych związanych z tymi makabrami, była jedną wielką niewiadomą.

5. NOWICJUSZ WKRACZA DO GRY

Zaiste inaczej wyglądała ona u Tomka Baryły. Świeżo upieczony absolwent medycyny, cieszący się znakomitą reputacją w medycznym środowisku, za namową starszego brata postanowił zacząć karierę od próby odwagi i silnego żołądka. W wydziale patologicznym CBSN miał zamiar spędzić kilka miesięcy, dopóki nie zwolniłoby się miejsce w klinice ojca. Surowy i wymagający nestor sztuki lekarskiej, a zarazem dziadek Tomka, udał się kilka dni wcześniej na nieoficjalną rozmowę ze swym rówieśnikiem, będącym szefem patologów Centrum Badań Spraw Niewyjaśnionych. Wyszedł z niej blady i podenerwowany. Powód był dość znaczący – człowiek, z którym przed wielu laty łączyła go szczera przyjaźń, z którym był skłonny kraść przysłowiowe konie, niesamowicie zmienił się od czasu przyjazdu z praktyk, jakie pobierał w Zurychu. Zamknięty w sobie, oschły i ascetyczny, w niektórych momentach nieomal przerażał dawnego kompana. O dziwo jednak zgodził się na przyjęcie jego wnuka, dodając równocześnie konieczność zachowania całkowitej tajemnicy nie tylko tej rozmowy, ale i wszystkich kolejnych działań Tomka w kostnicy.
Młodzieniec jechał zatem autobusem numer 11 całkiem niepomny sytuacji, jaką przyjdzie mu zastać w miejscu pierwszej pracy. Szare i zimne niebo na parę chwil przecięły ostatnie tego dnia słoneczne strzały i na krótki moment Tomkowi poprawił się humor. Skarcił się nawet w myślach, za własną głupotę. Bo też czego się niby miał obawiać? To tylko kostnica, powtarzał w duchu, nie pracownia doktora Frankensteina. W chwili, kiedy skręcił w ulicę Głęboką, gdzie stała siedziba CBSN, optymizm zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił. Z drżącym sercem i palcami zaciśniętymi na wydrukowanych niedawno CV i liście polecającym, stanął przed pordzewiałą bramą i poprawił krawat.
Zanim dotarł do gabinetu Grunta, zdążył ujrzeć sterylne, klinicznie białe korytarze i drzwi prosektorium, pozbawionego najmniejszych śladów życia. Wszystko było pozamykane i szczelnie wyciszone, nie znajdowały się w pobliżu żadne maszyny czy urządzenia elektryczne (nie licząc jarzeniówek, których ostre światło potrafiło się sprzykrzyć już po paru minutach). Jedno miejsce zdecydowanie wyróżniało się od pozostałych. Był to długi korytarz, w którym gęsty cień bardzo rzadko rozdzierał błękit migoczących świetlówek. Na jego końcu znajdowały się solidne, pomalowane na czarno drzwi. Coś nakazało Tomkowi ominąć to miejsce szerokim łukiem.
Przy jednej z sal znajdowała się solidna drewniana ława. Tomek podszedł bliżej i rzucił okiem na niewielkie zabrudzenie z lewej strony siedziska. Od małego cechowała go spora ciekawość otoczenia i ludzi, która miała – według słów ojca – wpędzić go któregoś dnia do grobu. Igrał z ogniem także i w tej sytuacji – na ławie znajdowały się ślady krwi i ciemnych włosów, zmieszane z podłużnymi pasmami czegoś wyglądającego jak zaschnięta smoła. Rozglądając się dookoła w poszukiwaniu jakiegokolwiek świadka swej ciekawości, zbliżył dłoń do dębowej deski i dotknął ciemnej substancji. Pachniała czymś bliżej mu nieznanym, z całą pewnością jednak aromat ten nie pochodził ze świata żywych. Słysząc za plecami szczęk przekręcanego zamka i zgrzyt otwieranych drzwi, szybko schował dłoń do kieszeni, w której znajdowała się otwarta paczka chusteczek higienicznych.
W progu swego gabinetu stał Grunt, taksując Baryłę złowrogim spojrzeniem.
- Ty jesteś wnukiem Sławka? – było to bardziej stwierdzenie, niż pytanie - Przyszedłeś na praktykę za Kazika Targosza, prawda? Zapraszam na rozmowę do gabinetu.
- Tak, proszę pana, już idę – wydukał Tomek i niepewnym krokiem ruszył za swym przyszłym pryncypałem. Zanim weszli do gabinetu, odwrócił się jeszcze w lewą stronę i dostrzegł uchylające się drzwi do magazynu. Złożył to na karb swej wybujałej wyobraźni i zdenerwowania, ale przysiągłby w tamtym momencie, że słyszy ludzki krzyk, zagłuszany przez chrapliwe zwierzęce syczenie.

Gabinet szefa patologów urządzono nader skromnie, można nawet powiedzieć o jego ascetyczności. Wszystko utrzymane było w ciemnych barwach, od których radykalniej odróżniały się jedynie białe kartki, pokrywające biurko Grunta i korkowa tablica na ścianie.
- Od kiedy chciałbyś zacząć pracę – rozpoczął, przekręcając zamek w szufladzie biurka.
- Choćby i od jutra. Bardzo się cieszę, że będę tu pracował. Mój dziadek wiele opowiadał o panu i tym miejscu...
Słowa zastygły mu w gardle, jakby zatrzymane spojrzeniem swego przełożonego. Chudzielec najwyraźniej miał zamiar nie tyle go zatrudnić, co zjeść na surowo wytarzanego we własnej krwi i wnętrznościach.
- Wolałbym, po stokroć wolałbym, żebyś nie operował tu imieniem swego dziadka. Ani też nie wspominał o tamtych czasach. Widzisz, Tomku, czasy się zmieniają... Postęp to teraz jedyna droga przetrwania. I dlatego właśnie chciałem, żebyś to ty zaczął nową erę – połączył w swych działaniach własną wyobraźnię i doświadczenie przodków.
- Sądziłem, że to tylko kostnica. Nie ma tutaj wielkiej filozofii czy niezwykłych odkryć. To miejsce przechowywania i badania zwłok – młody adept sztuki nieco poluźnił krawat przy swej koszuli. Grunt nie spuszczał z chłopaka zimnego spojrzenia. Baryła starał się nie okazywać swego zdziwienia, jednak to, co oglądał coraz bardziej odbiegało od opowieści dziadka i wuja, szczycących się ogromnym doświadczeniem pracy w takich miejscach.
- Jutro stawisz się tu o piątej rano i wejdziesz do sali numer osiem. Tam przez cztery godziny będziesz miał czas na zapoznanie się z pewnymi... hmm... procedurami... Chciałbym, byś podszedł do tego z pełną powagą i odpowiedzialnością, jakiej od ciebie oczekuję od momentu, gdy przekroczyłeś próg tego miejsca. Czy się rozumiemy?
- Tak, rozumiem. Na pewno się zjawię – wprawdzie perspektywa tak wczesnej pobudki przerażała go trochę tylko mniej od swojego rozmówcy, jednak Grunt zasiał w nim ziarno ciekawości tajemnicy. Widział, że brnie w coś niezwykłego, co chciał w pełni poznać – bez względu na konsekwencje. Czuł podskórnie, że nie stanie mu się żadna krzywda – wszak jakiej miałby doświadczyć z rąk zmarłych?
Kiedy wychodził z budynku, zewsząd otaczała go mgła, przytłumiająca wieczorne światła lamp i zamazująca kontury budynków i ludzi w oddali. Pomyślał, że w tej chwili w podobny sposób wygląda wspólna przeszłość jego dziadka oraz Edmunda Grunta. Cóż, czas nie tylko leczy rany – czasem także zamazuje wspomnienia i wspólne emocje.

6. NIEPOKÓJ W GŁĘBOKIM ŚNIE

Dariusz Brzecki nie zaznał tego uczucia już od bardzo dawna. Praktycznie zupełnie o nim zapomniał, ale tylko jedno spojrzenie na górujące ponad nim gwiazdy wystarczyło, by lęk z czasów dzieciństwa natychmiast odżył. Jako mały chłopiec bał się spoglądać w nocne niebo, a irracjonalny lęk paraliżował go zawsze, gdy jego wzrok trafiał na którąś z konstelacji. Nigdy nie potrafił dokładnie sprecyzować źródła swego strachu, po prostu podświadomie wyczuwał jakieś niewyobrażalne, ogromne zagrożenie, czające się gdzieś tam, wysoko, pomiędzy niezbadanymi przestrzeniami, które w oczach chłopca jawiły się jako siedlisko najokropniejszego horroru. Z biegiem czasu te uczucia zniknęły, Brzecki dorósł i poznał, czym są ciała niebieskie. Jednak tej nocy lęk powrócił.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że śni. Tym właśnie tłumaczył sobie zgrozę, jaka wkradła się w jego umysł na widok otaczającej go otchłani. Siedział na dachu, w jakimś starym mieście pełnym gigantycznych wież, odrażających monumentów i budowli wyrytych w skale z perfekcyjną, niemal fantastyczną dokładnością. Zewsząd spoglądały na niego powykrzywiane oblicza, których pełne nienawiści spojrzenia strzelały z każdego fragmentu wszystkich budowli metropolii. Ale nie sama architektura tego miejsca przyprawiała go o atak paraliżującego strachu.
Ponad nim górowała jasność milionów gwiazd, kłębiących się w najdziwniejszych konstelacjach, jaśniejących w tle jaskrawych łun układów tak obcych i skomplikowanych, że w rodzącym się na ten widok zawrocie głowy zachwiał się i cudem tylko uniknął upadku w cień cyklopowych budowli. Wydawało mu się, że dostrzega mroczne planety, niczym bryły węgla, krążące wokół odległych słońc, wszystkie zamieszkałe przez jakieś przerażające byty. Poczuł się, jakby stał na powierzchni niewielkiej planetoidy, pośrodku niezbadanej głębi kosmosu.
Zewsząd docierał do niego potężny hałas. Wydawało mu się, że słyszy echo nuklearnych eksplozji, wędrujące przez nieskończony wszechświat. A także kontrastujący z tą kakofonią, łagodny dźwięk fletu, którego melodia w jakiś sposób przedzierała się przez targaną wybuchami przestrzeń. I gdy spróbował rozejrzeć się za źródłem dźwięku, spostrzegł, że, co prawda znajduje się wciąż wysoko, na dachu, ale miejsce to różni się znacznie od szczytu cyklopowego miasta, na którym siedział jeszcze przed chwilą. Gwiazdy zniknęły gdzieś za chmurami, z których siekły wielkie krople deszczu. Monstrualne budowle ustąpiły miejsca czteropiętrowym blokom z cegły, rozświetlanym blaskiem błyskawic. Na krawędzi dachu rozgrywała się scena, którą pamiętał sprzed kilku dni: jego partner obezwładniał grającego na flecie szaleńca. Instrument upadł w dół, niknąc w czeluści kratki ściekowej, a z ust broczącego krwią mężczyzny wydarł się przepełniony żałością krzyk.

Tadeusz Dymny obudził się w środku nocy, zaniepokojony szelestem odsuwanej firanki. Półprzytomnie spojrzał w stronę okna: przed zaśnięciem dałby sobie rękę odciąć, że było całkiem zamknięte, tymczasem teraz wpatrywał się tępo w uchyloną okiennicę, wpuszczającą do środka pokoju fale zimnego powietrza. Wstał, aby zatrzasnąć skrzydło. Gdy trochę oprzytomniał, w jego głowie pojawiły się wspomnienia z Cichej 14. Od kilku dni nie był w stanie normalnie funkcjonować, napędzał się w zasadzie jedynie kawą i papierosami. Cokolwiek materialnego próbował zjeść, natychmiast przed oczyma widział ciało Targosza, spowijane czarnymi mackami i rozpruwane na drobne kawałki. Nie wiedział skąd, po tylu latach pracy w zawodzie, nagle doświadczał takich wizji. Czuł jednak, że nie znikną, dopóki nie rozwiąże sprawy morderstwa podstarzałego patologa.
Odwrócił się, aby sięgnąć po stojącą na stoliku szklankę wody, gdy raptownie zamarł. W kącie pokoju zobaczył małą, blondwłosą dziewczynkę w jasnej sukience. Nie przypominał sobie, aby widział ją kiedykolwiek w okolicy – nie była którąś z córek jego sąsiadów, a już na pewno nikim, kogo znał.
- Jak masz na imię? – zapytało dziewczątko, najwyraźniej zupełnie nie zmitygowane obecnością w mieszkaniu postawnego policjanta. Dymny postanowił wybadać sytuację, równocześnie nie okazując tajemniczej osobie strachu.
- Tadeusz – odparł czując się strasznie nieswojo. – Kim jesteś? Co tutaj robisz o tej porze? Gdzie jest twoja mama?
- Dlaczego chcesz mnie zabić? To przecież bardzo niegrzeczne – mina dziecka przypominała teraz drżącą podkówkę, wygiętą ku dołowi. Policjant wpatrywał się zdumiony, jak twarz dziewczynki pulsuje i faluje, ujawniając co chwilę ciemne plamy – jakby oblicze ludzkie stanowiło taflę lodu, pod którą szybko przesuwały się barwne fantasmagorie.
- Co takiego? Zapytałem cię kim...
- Trzymaj się z daleka od ciemnej wody, dobrze ci radzę. Trójka niekiedy jest czymś dużo większym, niż się wydaje – teraz już całe ciało „dziecka” straciło swe dawne kształty, a kończyny demonicznej istoty, która zajęła miejsce dziewczynki, wydłużały się i rozwidlały, pnąc się po ścianach na kształt dzikiego bzu. Na szyi Dymnego pojawiła się gęsia skórka, mająca jednak niewielki związek z panującym w mieszkaniu zimnem. Jego ciało ponownie zadrżało, gdy stwór zaczął głośno wyć – nie przypominało to już w niczym jakiegokolwiek ziemskiego odgłosu.
Wyciągnął rękę w kierunku zamykającej oczy dziewczyny, gdy pomieszczenie przeszył potężny grzmot. Nim zdołał wyrwać się z koszmarnego snu, zobaczył jeszcze wychudzoną kobiecą twarz, otoczoną przez kilkanaście dziwnych symboli.
Nastał już świt, a jego z ogromnego uśpienia zbudził dopiero dźwięk telefonu. Nowe rewelacje w sprawie Targosza zerkały już zza rogu.

7. STUDIUM KOSZMARU

Książka była gruba, oprawiona w skóropodobny materiał, jej rogi wygięte i nadpalone. W świetle jarzeniówek strony emanowały dziwnym blaskiem, jakby wykonano je z czegoś o wiele gładszego niż zwykły papier. Tytuł został całkowicie zatarty przez czas, lecz gładząc powierzchnię okładki palcami, Tomek Baryła mógł rozszyfrować kolejne litery. Wyczuł S, potem coś, co mogło być równie dobrze R, jak i H... Jakkolwiek zatytułowano księgę, zrobiono to w obcym języku.
- Shant... – szept, który usłyszał tuż przy uchu poderwał go na równe
nogi. Wstał od stołu tak nagle, że przewrócił krzesło, a huk metalu odbił się echem od kamiennych ścian sali. Rozejrzał się dookoła. Nie dostrzegł nikogo. Tylko on, chłód, przewrócone krzesło, stół z tajemniczą księgą i drzwi... Drzwi, które, jak go zapewniono, otworzą się, gdy zapozna się z obowiązującymi tu „procedurami”.
- Shant – powtórzył w myślach i na te słowo dojmujące zimno w
pomieszczeniu jakby przybrało na sile. To właśnie był tytuł, jak się później miało okazać, gdyż wyraz ten wielokrotnie pojawiał się w książce. Zawsze otaczały go arabskie, niemożliwe do rozszyfrowania literki, które przywodziły Tomkowi na myśl robaki wijące się wokół padliny.
Na nadgryzionych czasem stronicach widniały obrazy przyprawiające o zawrót głowy. Tomek stwierdził, że umysł, który je stworzył, musiał być szalony. Nie dało się inaczej wytłumaczyć faktu, iż pomimo, że obrazy nie przedstawiające niczego pozornie strasznego, po dłuższym zgłębianiu przyprawiały o paraliżujący strach, strach tak ogromny, że nieraz wiele minut zabierało Tomkowi, zanim odważył się przewrócić stronę i spojrzeć w kolejną chorą wizję przelaną na papier. Na sztychach widniały przedziwne figury geometryczne o najdziwniejszych kątach. Figury te tworzyły jedną całość, z której, za sprawą jakiejś misternie obmyślonej iluzji wzrokowej, wyłaniały się zarysy wszystkich podstawowych organów człowieka. Organy te zaś, gdy spoglądał na nie pod odpowiednim kątem, przeobrażały się w twarze, ni to ludzkie, ni zwierzęce. Te przedziwne oblicza emanowały swoistą grozą, zupełnie jakby w jednej chwili przed oczami Tomka stanęły wszystkie zapomniane koszmary z dzieciństwa. Nie mógł tego dłużej znieść, toteż odruchowo przewrócił kilka stron. Wtedy zobaczył rysunek odbiegający od reszty. Zdziwił go bardzo, dlatego przez długi czas próbował spoglądać na niego pod różnymi kątami, aby upewnić się, czy nie jest to kolejna sztuczka rysownika wprawionego w manipulacji ludzkim wzrokiem. Jakby jednak nie patrzył, za każdym razem widział to samo. Był to flet. Otoczony arabskimi „robaczkami”, misternie zdobiony, ponacinany. Nacięcia przedstawiały coś na kształt konstelacji, jednak zupełnie innych niż te, które można dostrzec na ziemskim niebie. Dziwna sprawa, ale uświadomił sobie, że nie może oderwać od nich wzroku. Coś przyciągało jego oczy, nie pozwalało ich zamknąć. Nie przestraszył się jednak, wręcz przeciwnie – nagle poczuł się naprawdę dobrze. Nie próbował tłumaczyć sobie tego osobliwego uczucia, po prostu pozwolił swemu ciału odprężyć się, sam zaś z nową energią zabrał się do zgłębiania tajemnic ukrytych w księdze Shant’.

8. PRZECZUCIA

Przejedź się ulicami Mgielnic o czwartej nad ranem, a nie zapytasz już nigdy skąd wzięła się nazwa miasteczka – pomyślał Brzecki. Ulica, którą jechał, podobnie jak reszta miasta, spowita była w szarych oparach. Mgła wiła się wzdłuż szosy, otulała jasną płachtą zarośnięte pobocza, czasami całkowicie utrudniając jazdę. Mgielnice o czwartej rano przypominały miasto - widmo. Przyczyna jednak nie była dla nikogo tajemnicza. Winę ponosiła pobliska oczyszczalnia ścieków, to z jej zbiorników wydobywały się cuchnące opary, które niesione porannym wiatrem roztaczały swą szarość nad całym miasteczkiem. Jednak teraz mgła była sprzymierzeńcem Brzeckiego – pozwalała mu pozostać w ukryciu. Specjalnie wybrał tak wczesną porę. Nie wyobrażał sobie, co by było, gdyby o jego planach dowiedział się partner lub ktokolwiek z policji. A plan był tak głupi, że Brzecki czuł wstyd na samą myśl o nim. Ale nie spał prawie całą noc z powodu jakiegoś durnego snu i teraz zamierzał dowiedzieć się, dlaczego.
Ulica Cicha o tej porze świeciła pustkami, dokładnie tak, jak się tego spodziewał. Mieszkający tu robotnicy powinni wyjść do pracy najwcześniej pomiędzy piątą, a szóstą. Miał więc trochę czasu.
Z bagażnika zabrał łom i grube rękawice. Podszedł do bloku nr 14 i spojrzał w górę. Dach, na którym jeszcze niedawno grał zakrwawiony szaleniec, całkowicie zakryła mgła i wyglądało to tak, jakby jesienne niebo obniżyło się chcąc pochłonąć całe miasto. Rozejrzał się dookoła chcąc upewnić się, że jest sam. Z oddali dobiegło niesione echem skrzypnięcie. Odczekał chwilę, a gdy odgłos nie powtarzał się przez dłuższy czas, nachylił się nad kratką ściekową. Za metalowym włazem napotkał ścianę czerni, wyciągnął więc z kieszeni kurtki latarkę i zaświecił do wnętrza.
- Jest... – powiedział na głos, czując że serce zaczyna mu szybciej bić.
Drżącymi z przejęcia rękoma włożył łom w szczelinę pomiędzy kratkami i odsunął właz. Narobił przy tym nieco więcej hałasu niż chciał, dlatego ponownie, pełen obaw, rozejrzał się po opustoszałej ulicy. I tym razem usłyszał skrzypnięcie, wydało mu się nawet, że odgłos był głośniejszy niż poprzednio. Wytężył wzrok, jednak za zasłoną cuchnących oparów, nie dostrzegł nikogo. Raz jeszcze pochylił się nad zbiornikiem badając wnętrze światłem latarki. W ciemności niewielki strumyk wody spływał z pobliskiej studzienki deszczowej, napotykając na swej drodze małą przeszkodę. Był nią flet, który utknął w odpływie. Brzecki zaklął siarczyście, a przed oczyma stanęły mu obrazy z koszmaru, jaki nawiedził go minionej nocy. Nie miał czasu by wezwać ekipę techniczną. Bał się, że zanim przyjadą, instrument wpadnie w czeluść odpływu, by przepaść na zawsze. Brudząc sobie spodnie ukląkł na bruku i włożył rękę do środka zbiornika. Odpływ znajdował się niecały metr niżej i dzięki temu, że flet stał prawie pionowo, łatwo zdołał pochwycić go i wyciągnąć. Odetchnął, gdy trzymał go już pewnie w dłoni, wciąż klęcząc na brudnej nawierzchni. Spojrzał na pobliskie okna, pewien, że ujrzy wpatrzone w siebie twarze, lecz przywitała go tylko ciemność, tak, jakby dzielnica była zupełnie wymarła. Wstał otrzepując się z brudu i wtedy, po raz trzeci usłyszał skrzypienie, tym razem na tyle wyraźne, że przypomniało mu dźwięk wydawany przez źle naoliwione kółka w dziecięcej zabawce. Nie zwrócił na to większej uwagi. Czym prędzej schował flet do kieszeni kurtki, wsunął właz na swoje miejsce, zdjął rękawice i wskoczył do wozu.
Odpalił silnik, lecz nie ruszył od razu. Nie mógł się dłużej powstrzymywać, wyciągnął więc flet i przetarł wodę rękawem. Dostrzegł liczne zdobienia, jakieś nacięcia tworzące chaotyczne wzory. Pomyślał, że rzemieślnik odpowiedzialny za popełnienie tego arcydziełka musiał być niespełna rozumu.
- Cóż – powiedział do siebie wrzucając bieg – w całej tej sprawie rozum
jest coraz mniej pomocny.
Odłożył instrument na siedzenie pasażera, wciąż podziwiając jego wykonanie. Coś w wyrytych na drewnie kształtach przypominało mu sen, który przywiódł go na tę ulicę. Konkretnie dziwne gwiazdozbiory rozświetlające pogrążone we śnie cyklopowe miasto.
Nie był pewien czy zapiszczały hamulce, czy też ponownie rozległo się to upiorne skrzypienie, tym razem tak głośne, że aż kłujące w uszy. Łomot, jaki towarzyszył ciału przetaczającemu się przez maskę, był obrzydliwy. W jednej sekundzie Brzecki usłyszał trzask pękających kości i jęk agonalnego bólu. Krew trysnęła na szybę z takim impetem, że policjant odruchowo zasłonił twarz. Długo nie mógł opuścić rąk, wsłuchując się w miarowy odgłos pracy silnika. Kto do cholery wyskoczył mu na maskę? Skąd się wziął? Nie miał pewności, ale wydawało mu się, że dostrzegł twarz staruszki w płaszczu przeciwdeszczowym. Tę samą twarz, która prześladowała go od początku śledztwa. Usłyszał też brzęk puszek rozsypujących się z odrzuconego, metalowego wózka. Powoli opuścił dłonie. Na szybie nie dostrzegł czerwonych śladów, a gdy wychylił się ponad kierownicę, nie dostrzegł ich również na masce. Powoli i ostrożnie wysiadł z auta i stanął w łunie świateł przeciwmgielnych. Pod kołami nie było nikogo. Mało tego, nie było nawet najmniejszych śladów krwi. Poranek był chłodny, lecz na czole Brzeckiego pojawiły się kropelki potu.
- Rozum jest coraz mniej pomocny – powtórzył sam do siebie – coraz mniej...

9. STARA GROZA, NOWA KREW

O godzinie piątej nad ranem szpital jest wyjątkowo cichym miejscem. Po korytarzach nie przemykają pacjenci, nawet siedzące w dyżurce pielęgniarki nie mają już siły plotkować, wykończone, czekające na ranną zmianę. Od wykafelkowanych ścian odbija się tylko tykanie wielkiego, zawieszonego w holu zegara. Nie skrzypi stara winda, nie szeleszczą ubrane w ochronną folię buty stąpające po wypastowanej podłodze. Cisza sprawia, że szpital jest o tej porze innym miejscem.
Na trzecim piętrze, przeznaczonym dla niebezpiecznych pacjentów, strażnik robi obchód dokładnie co pół godziny. Tak jest przynajmniej w teorii, w praktyce częstokroć bywa inaczej. Zdarza się, że strażnik przyśnie podczas swojej zmiany, częściej jednak przebywa w dyżurce z pielęgniarkami. Również i tego poranka nikt nie skontrolował trzeciego piętra. Strażnika nie było na ustawionym w korytarzu krześle, gdzie mógłby spać, nie było go również na parterze, gdzie znudzone pielęgniarki zmuszały się do czytania kobiecych pism. Człowiek odpowiedzialny za bezpieczeństwo leżał w izolatce Mieczysława Kołeckiego w kałuży własnych wymiocin zmieszanych z krwią. Kilka dwucalowych gwoździ wystawało mu z ust, przylepiając się do nienaturalnie wyciągniętego języka. Nie oddychał dokładnie od dwóch minut, czyli od momentu, kiedy łysy, okaleczony brzytwą pacjent w ataku nieludzkiej furii zdołał odepchnąć kilkakrotnie cięższego od siebie, grubego pielęgniarza, tak że ten, tracąc na śliskiej od krwi podłodze równowagę, runął na plecy.
Wyjąc niczym opętany pies, Kołecki ruszył w stronę drzwi prowadzących na klatkę schodową. Gdy obejrzał się za siebie, pielęgniarz-olbrzym stał już w progu, trzymając się za rozcięty łuk brwiowy. Kołecki dopadł drzwi i pociągnął do siebie. Nawet nie drgnęły. Zamek był równie solidny, jak metalowe skrzydła, a klucz do niego znajdował się w kieszeni strażnika.
Grubas ruszył w jego stronę spokojnym krokiem. Kołecki raz jeszcze szarpnął drzwi. Skrzydła nie ustąpiły. Pielęgniarz wydobył spod kitla czarny kształt, w którym szaleniec rozpoznał pistolet. Pacjent odwrócił się plecami do swego kata, młócąc w pancerną framugę. Nagle zamarł. Czuł, że lufa pistoletu wycelowana jest dokładnie w jego głowę. Zamknął oczy, lecz strzał wciąż nie padał. Grubasa zapewne bawiła ta chwila - chwila, w której był panem jego życia. Tymczasem czekając na moment, w którym pocisk rozłupie mu czaszkę, Kołecki odnosił wrażenie, jakby umierał wielokrotnie – każda sekunda była niczym kolejny, śmiertelny strzał. Lecz grubas wciąż czekał, wciąż bawił się jego strachem.
- Powiedz mi – przemówił niespodziewanie. – Jak to robisz? W czym
tkwi sekret?
Kołecki odsunął się powoli od drzwi, wciąż nie mając odwagi stanąć ze swym katem twarzą w twarz. Kątem oka dostrzegł zawieszoną na ścianie gaśnicę. Stwierdził, że jej zamocowania nie wyglądają solidnie.
- Słyszysz? Musisz mi to powiedzieć!
Kołecki nie spuszczał wzroku z gaśnicy, w myślach wyobrażając sobie, jak roztrzaskuje nią głowę wielkoluda.
- Odpowiedz mi! – usłyszał zza pleców. – Odpowiedz, a zginiesz szybko.
- Ja, ja... – Kołecki spróbował przypomnieć sobie słowa, których tak rzadko używał. – Ja...
- No dalej! Mów skurwysynu!!!
Słowa grzęzły mu w gardle. Pragnął powiedzieć cokolwiek, by zyskać na czasie, ale usta całkowicie odmówiły mu posłuszeństwa. Poczuł, że pochłania go ciemność.

Grubas przez chwilę zastanawiał się, na czym polega subtelna zmiana, jaka zaszła w szaleńcu, którego trzymał na muszce. W końcu doszedł do wniosku, że jego ofiara przestała drżeć. Może wierzyła, że za cenę informacji ocali życie? Zresztą – pomyślał – z czubkami nigdy nic nie wiadomo. W każdym razie nie wykończy go, dopóki nie uzyska odpowiedzi. A nawet gdy ją w końcu dostanie, śmierć jaką mu zada, będzie wyjątkowo bolesna.
- Gadaj ty kupo gówna, albo sczeźniesz tu powieszony na własnych
jelitach!
Szaleniec nieoczekiwanie wyprostował się, lecz wciąż pozostawał odwrócony plecami do lufy.
- Ślepy chaos w wirze nieskończoności, nuklearny zamęt spoza światów, szalony kobziarz, pożeracz gwiazd! – w głosie, jaki wydobył się z gardła Kołeckiego nie było już śladu strachu.
Grubas zacisnął dłoń pewniej na broni.
- Myślisz, że przestraszę się tego bełkotu?
- Czarna koza z tysiącem młodych!!!
Furia, z jaką Kołecki dopadł gaśnicy, rozerwała zabezpieczenia tak szybko, że wielkolud nie zdołał pojąć, co się właściwie dzieje. W następnej chwili widział już tylko czerwony kształt w rękach wariata, pędzący wprost na jego głowę.

Gaśnica głucho uderzyła w podłogę, eksplodując chmurą piany. Kołecki upadł na ziemię, skulił się i zasłonił twarz. Odpełzł kawałek rozglądając się dookoła. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą trzymał go na celowniku, rozpłynął się w powietrzu. Ładunek gaśnicy się skończył. Wśród umazanych pianą ścian Kołecki nie dostrzegł nikogo. Nogi ponownie się pod nim ugięły.
Światło lampy na chwilę przygasło i korytarz wypełniły trzaski wyładowań elektrycznych. Gdy ponownie rozjaśniło trzecie piętro, zrobiło to blaskiem tak mocnym, że Kołecki zmuszony był przymknąć oczy. Grubas stał dokładnie na wprost niego, przed pancernymi drzwiami. Wyraz jego twarzy mówił, że tym razem nie zamierza dyskutować.

Senną ciszę przerwał huk otwieranych drzwi. Obie pielęgniarki spojrzały na przybysza. Był to młody, postawny mężczyzna w szarym płaszczu – tyle tylko zdołały zauważyć, gdyż ich wzrok skupiał się na pistolecie, jaki nieznajomy dzierżył w prawej dłoni. Nie zatrzymując się nawet na chwilę, wydobył odznakę i podsunął ją pod nos jednej z zaskoczonych kobiet.
- Podkomisarz Tadeusz Dymny... – urwał gdy z góry budynku dobiegły dwa wystrzały. W tym samym momencie z elektrycznym trzaskiem zamigotało światło w całym budynku. Jedna z pielęgniarek zaczęła krzyczeć.
- Niech pani dzwoni na dziewięć dziewięć siedem – rzucił Dymny,
powoli zanurzając się w czerń holu.
Światło w dyżurce zamigotało oświetlając klatkę schodową, poczym wszystkie żarówki pękły z trzaskiem rozsypującego się szkła. Na górze rozległa się cała seria wystrzałów. Dymny słuchał w spokoju – Glock 19, ktoś opróżnił cały magazynek.
Po omacku ruszył schodami w górę. Przystanął na półpiętrze, upewnił się, że nikt nie nadchodzi i wydobył z płaszcza telefon. Od razu upuścił go na ziemię, mając wrażenie, że złapał rozżarzony węgiel. Komórka dymiła, a wyświetlacz topił się pod wpływem wysokiej temperatury.
- Co jest?! – wycedził przez zaciśnięte zęby, ocierając bolącą dłoń o płaszcz.
Klatkę schodową wypełniły dziesiątki krzyków. Wrzeszczeli pacjenci uwięzieni w izolatkach trzeciego piętra. Z pistoletem wyciągniętym przed siebie, Dymny pokonał kolejne stopnie. Ból dłoni dokuczał, ale wciąż mógł utrzymać broń. Z góry, raz po raz, rozchodził się kolorowy poblask, oświetlający policjantowi drogę. Odgłosy wyładowań elektrycznych nie ustawały ani na chwilę.
Pomiędzy drugim, a trzecim piętrem, w ścianie zamontowano ekran pokazujący obraz z kamery zawieszonej w korytarzu izolatek. Teraz szkło pękło odsłaniając przepalone obwody, a plastikowa obudowa rozpływała się niczym masło na patelni. Powyżej, trzęsące się pod wpływem jakiejś wewnętrznej siły, stały metalowe drzwi. Bijące zza nich refleksy raniły oczy. Podkomisarz naciągnął rękaw płaszcza na dłoń i dotknął delikatnie klamki. Nie była gorąca. Najwyraźniej zniszczeniu ulegały tylko urządzenia elektryczne. Kopnął w drżące skrzydło, jednak nie ustąpiło. Spróbował zajrzeć przez popękaną szybkę, ale jego oczy zaatakowała kolejna seria ostrych rozbłysków. Nie tracąc czasu ustawił się pod bezpiecznym kątem i wystrzelił w zamek. Kanonada elektrycznych grzmotów zagłuszyła huk wystrzału. Obudowa zamka tylko się wygięła. Policjant wycelował ponownie i oddał trzy strzały. Solidne kopnięcie otworzyło obydwa skrzydła na oścież, lecz Dymny błyskawicznie tego pożałował.
Na jego oczach rozgrywał się koszmar, coś, co nie mogło zaistnieć w tym świecie. W TYM ŚWIECIE, czyli na planecie rządzonej twardymi prawami fizyki. Dymny zrozumiał, że w którymś miejscu musiał przekroczyć tą niewidzialną granicę, przechodząc do krainy absurdu, bądź, jak kto woli, ze świata rozumu w objęcia szaleństwa.
Wnętrze wypełniał wiatr, huki jakiejś ogromnej energii eksplodowały wraz z rażącym światłem. Źródło tego wszystkiego znajdowało się pośrodku korytarza, rozciągnięte od ściany do ściany, pnące się wzdłuż podłogi i sufitu. Była to czarna kotłowanina czegoś, co w pierwszym momencie Dymny wziął za rój ohydnych owadów, wirujących wokół siebie, pożerających się nawzajem. Dostrzegł przenikające przez ściany odnóża, długie i cienkie, nienaturalnie czarne, jakby ziejące ciemnością. Przestrzeń wokół rozłupywała się na kawałki, kąty pomieszczenia załamywały się, wywołując zawrót głowy. W całym tym szaleństwie, pomiędzy plątaniną tysięcy macek, Dymny dostrzegł odarte ze skóry ciało, miażdżone i rozrywane zarazem. Nigdzie jednak nie dostrzegł krwi, zupełnie jakby wchłaniała ją ta czarna dziura, która powoli pożerała cały korytarz.
Wiatr był tak silny, że wypychał postawnego policjanta na zewnętrz. Czuł w nim odór, przyprawiający o mdłości gorzki fetor, nieporównywalny z niczym znajomym. Czarny wir całkowicie pochłonął uwięzionego wewnątrz człowieka, a macki zaczęły układać się w skomplikowane figury geometryczne. Posadzka drżała od wstrząsów. Dymny cały czas celował pistolet w kierunku tej osobliwości, choć dobrze wiedział, że nie odważy się pociągnąć za spust. Ogłuszające grzmoty energii, w przedziwny sposób zaczęły mu się kojarzyć ze słowami. Czarna dziura mówiła do niego! Każdy huk był kolejną sylabą, słowa którego Dymny nie mógł zrozumieć. Słyszał jedynie powtarzane w kółko: AAAŻ-DAG-ZO, AAAŻ-DAG-ZO, AAAŻ-DAG-ZO...
Nie spuszczając wzroku z monstrum, Dymny postąpił krok w tył.
Wtedy wszystko ucichło...
Korytarz zalała ciemność, podłoga przestała drżeć, miejsce elektronicznych huków zajęło zawodzenie pacjentów uwięzionych w izolatkach. Nie mógł przebić wzrokiem ciemności, ale wydawało mu się, że korytarz odzyskał dawne kąty. W powietrzu wciąż jednak unosił się przytłaczający odór. Krzyki pacjentów uciszyły się, zupełnie jakby ich szalone umysły podpowiadały im, że już po wszystkim.
Coś poruszyło się w ciemności. Dymny wytężył wzrok, ale w słabym świetle księżyca wpadającym przez zakratowane okienko, dostrzegł tylko niewyraźny cień. W mroku ktoś szeptał, bardzo szybko powtarzając te same słowa. Siedział skulony w przeciwległym rogu, tuż pod oknem.
- Policja! Nic panu nie jest?– Dymny wysilił się na krzyk, lecz głos,
który wydobył z gardła, drżał nie mniej, niż pistolet w jego dłoni.
Odpowiedział mu kolejny ciąg słów szeptanych z prędkością karabinu maszynowego. Ruszył przed siebie. Podłoga była śliska, buty za każdym krokiem wydawały piszczący dźwięk. Ktoś uderzył w jedne z drzwi izolatki i zawył ponuro. W okienku Dymny ujrzał tylko własne odbicie. Pochylił się nad postacią skuloną w kącie. Od strony klatki schodowej dobiegły odgłosy kolejnego wyładowania elektrycznego.
- Spokojnie... – Dymny ostrożnie położył dłoń na ramieniu nieznajomego.
- Już po wszystkim.
Wytężał wzrok, choć był już prawie pewny, że to Kołecki. Jakim
cudem wydostał się z separatki? Gdzie jego kaftan? Policjant wsłuchał się w powtarzane w kółko słowa.
- Ślepy chaos w wirze nieskończoności, ślepy chaos w wirze nieskończoności, ślepy chaos w wirze nieskończoności...
Ciemność wypełniła eksplozja szkła. Pękły szyby w drzwiach izolatek, zakratowane okno dosłownie wybuchło tysiącem ostrych jak żyletki, lśniących odłamków. Dymny upadł obok szaleńca, chowając twarz w dłoniach. Huk, jaki rozdarł ciszę, odepchnął go na ścianę. Kilkanaście szklanych ostrzy wbiło mu się w przedramię, poczuł też dojmujący ból w prawej nodze, lecz wiedział, że obrażeniom uległo całe ciało.
- AAAŻ-DAG-ZO!!! – zagrzmiało w ciemności, gdy resztki potłuczonych szyb z brzękiem opadły na podłogę.
Głos brzmiał niczym nuklearny wybuch, a jego echo długo dudniło wśród
ścian korytarza. Gdy w końcu nastała cisza, Dymny odważył się opuścić dłonie. Drobinki szkła świeciły na posadzce księżycowymi refleksami. Kołecki znowu zaczął szepczący bełkot.
- Zamknij się! – wrzasnął Dymny tracąc panowanie nad sobą – Zamknij się kurwa, zamknij!!!
Wzdychając z bólu wyrwał sobie odłamek szkła z dłoni. Od razu poczuł
ciepło krwi rozlewającej się po rękawie. Upuścił pistolet. Roztrzęsiony i ledwo trzymający się na nogach, był przekonany, że broń, jaką dysponuje w niczym mu nie pomorze. Znalazł się w centrum niepojętego koszmaru.
Kołecki zamilkł i Dymny, podpierając się o ścianę, ruszył w stronę czerni jaka ziała zza roztrzaskanej szyby w drzwiach najbliższej separatki. Przez okno wpadały podmuchy porannego powietrza i odór wypełniający korytarz zaczął słabnąć. Nie słyszał już zawodzenia opętanych pacjentów. Gdy doszedł do drzwi wyjściowych, po drodze zaglądając przez każde okienko, wiedział już dla czego. W izolatkach nie było nikogo.
Kołecki podniósł się i westchnął głęboko. Dymny zatrzymał się w progu, czując, że zbiera mu się na wymioty.
- O co tu chodzi? – zapytał załamanym głosem.
Szaleniec ponownie westchnął.
- Z otchłani cień przeogromny nadejdzie, a wraz z nim robactwo, co wszelką światłość toczy – przemówił nim zaczął wyć w niebogłosy.

9. NADCIĄGA KOLEJNY SZTORM

- Strażnik nie żyje, czternastu pacjentów zaginęło bez śladu, ty i Kołecki
wyglądacie gorzej niż podpaski – Brzecki z trudem trzymał nerwy na wodzy, ściszając głos przed krzątającymi się w szpitalnej poczekalni policjantami – Możesz mi łaskawie wyjaśnić, co się tu stało?
Dymny, czekający na chirurga, który miał zszyć mu rany, kręcił ponuro głową.
- Skąd się tu do cholery wziąłeś o piątej nad ranem? – naciskał Brzecki.
Niepokoił go sam wyraz oczu partnera. Dymny był młodym, ambitnym gliną, nigdy nie dałby poznać, że się boi. Człowiek, który siedział przed nadkomisarzem był przerażony i zdruzgotany. Przypominał Brzeckiemu siebie samego, w dniu, w którym otrzymał wiadomość o śmierci żony. Dymny spuścił głowę nie mówiąc ani słowa.
- Posłuchaj, tym mundurowym kretynom możesz wciskać jakie tylko bajeczki chcesz, ale mi powinieneś zaufać – Brzecki przykucnął obok partnera, by móc zajrzeć mu w oczy. – Zdaję sobie sprawę, że dzieje się coś niepojętego. Nie wiem, w co wdepnęliśmy, ale z każdym dniem przeraża mnie to coraz bardziej.
Dymny wpatrywał się w wypolerowaną podłogę, zupełnie nie reagując na
słowa kolegi.
- Słyszysz, co do ciebie mówię? – Brzecki nie dawał za wygraną.
- Posłuchaj chłopie, jesteśmy w tym razem i razem z tego wybrniemy!
- Sam nie wiem... – nieoczekiwanie odezwał się Dymny – Teraz wydaje mi
się to tylko snem, ale rany mówią same za siebie – nerwowym wzrokiem rozejrzał się po poczekalni. Wokoło policjanci spisywali zeznania personelu, jedna z pielęgniarek właśnie wybuchła płaczem. Instalacja elektryczna trzeciego piętra przeszła do historii i szpital zmuszony był przenieść tamtejszych pacjentów. W całym budynku szwankowało oświetlenie, jednak na niższych kondygnacjach dość szybko przywrócono względny porządek.
- To bez sensu – kontynuował. – Nie jestem w stanie podać ci żadnego
racjonalnego powodu, dla którego się tu zjawiłem.
- Spokojnie – Brzecki wyjął z kieszeni paczkę papierosów i wręczył
jednego koledze. – Logika umarła. Przekonałem się o tym na własnej skórze.
Dymny odpalił papierosa, zaciągnął się głęboko i na jego twarzy zagościł
grymas, nieco tylko przypominający uśmiech.
- Salemy – powiedział już troszkę weselszym tonem.
- A więc – dodał po chwili – nie mogłem dziś spać. Całą noc przewracałem się z boku na bok, a gdy już udało mi się odprężyć, natychmiast pojawiały się koszmary. To było tak, jakby coś za wszelką cenę próbowało wyrwać mnie z łóżka, wyrwać i zaprowadzić prosto do szpitala. Tak naprawdę, to nie pamiętam jak tu dotarłem. Ocknąłem się dopiero, gdy usłyszałem wystrzały. Zaraz potem rozpętało się piekło.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, wsłuchując się w gwar poczekalni.
- Ja też miałem dziwne sny – Brzecki zdziwił się, że przeszło mu to przez gardło. – Pominę ci szczegóły, ale wiedz, że koszmary nie wypędziły mnie z łóżka na darmo...
- - Czy wy w policji nie potraficie czytać? – ruda pielęgniarka z włosami spiętymi w kok, pojawiła się dosłownie znikąd. Palcem zakończonym długim paznokciem wskazywała tabliczkę z zakazem palenia. Dymny pokręcił głową, poczym zdusił niedopałek w palcach.
- Chirurg już czeka na pana – powiedziała takim tonem, jakby odczytywała wyrok śmierci.
- Będę cię informował na bieżąco – powiedział Brzecki.
- Mój telefon przeszedł do historii – uśmiechnął się Dymny ociężale wstając z ławki.
- Damy radę. I wracaj do roboty. Nie zostawisz mnie chyba teraz! – Brzecki nie wiedział czy partner usłyszał ostatnie słowa, gdyż w tej samej chwili ruda pielęgniarka zatrzasnęła drzwi ambulatorium.
Długo wpatrywał się w okno, za którym szary świt budził Mgielnice ze snu. Pierwsze kropelki deszczu zachrobotały w parapet, szyby zaś zadrżały od nagłego podmuchu wiatru. W kieszeni policjanta zadzwonił telefon – abonent prywatny, jak głosił napis na wyświetlaczu. Z doświadczenia wiedział, że nie oznacza to niczego dobrego.
- Brzecki...
- Gdzie wy do cholery jesteście? Czemu Dymny nie odbiera? –
nadkomisarz bezbłędnie rozpoznał głos komendanta policji w Mgielnicach. Odsunął aparat od ucha, zaklął pod nosem, poczym przełożył telefon do drugiej ręki.
- Spokojnie panie komendancie – wysilił się na łagodny ton. – Wszystko
panu wyjaśnię...
- Ja myślę! Widzę twoją grubą dupę w gabinecie najdalej za dziesięć
minut!
- Tak jest!
- Zaczynam mierzyć czas!

Siła głosu Konrada Karcza - komendanta mgielnickiej policji - w dość
komiczny sposób kontrastowała z jego posturą. Mały człowieczek z wielkim wąsem i staromodnymi okularami o grubych oprawkach, był ledwo widoczny zza sterty papierów, jakie piętrzyły się na jego biurku. Brzecki nigdy nie lubił tego aroganckiego typa, nie tylko ze względu na tradycyjne tarcia w relacji pracownik – szef. Przede wszystkim irytowało go to, że komendant potrafił bezbłędnie wyprzedzać myśli rozmówcy, prawie nigdy nie pozwalając dokończyć mu zdania.
- Możesz mi wytłumaczyć ten burdel? – przywitał Brzeckiego.
- Nie rozumiem o co panu...
- Więc może nie powinieneś zajmować się tą sprawą? Bo im dalej w nią
brniecie, ty i Dymny, tym większy smród za sobą pozostawiacie. Chcesz żebym przekazał całość CBSN?
Brzecki odsunął krzesło od biurka i już zamierzał usiąść, kiedy
przeszkodził mu krzyk.
- Zlituj się człowieku, to drogi mebel! Spójrz na siebie i na to krzesło.
Nadkomisarz poczuł, że ciśnienie rozsadza mu żyłkę na skroni.
- Zamiast zająć się śmiercią na Cichej 14, wy wolicie uganiać się za
jakimś czubkiem.
- Pozwoli pan że wyjaśnię...
- Mało tego! Dziś z samego rana postawiliście całą policję na nogi, bo w
szpitalu, gdzie umieściliście tego świra, doszło do niezłej jatki. Oczywiście z udziałem Dymnego, którego obecności w owym miejscu o godz. piątej nad ranem nikt nie jest w stanie wyjaśnić. Co tam się stało, do jasnej cholery?! I co mają z tym wszystkim wspólnego zwłoki Iwańskiego, znalezione po tak długim czasie?
Brzecki otarł pot z czoła, czując że zaraz eksploduje. Już miał się
odezwać, kiedy komendant uderzył pięścią w blat.
- Wiesz kogo mi przypominasz?
- Gdyby dał mi pan dojść do słowa...
- Przypominasz mi Wieśka. Brnął w dokładnie takie same gówno. Nie
wiem, czy nad naszą policją ciąży jakaś klątwa, żebyśmy na każdym kroku udowadniali naszą nieporadność? Potem wszystkich dziwi, że ci z CBSN dostają kosmiczny budżet. Powiem ci coś. Jeżeli do jutra nie zobaczę raportu, w którym elegancko mi wszystko wyjaśnisz, podzielisz losy Wieśka. Z tego, co wiem, to sprząta dziwki z ulic Grudziądza. A twoją sprawę, tak jak i jego, przejmie CBSN. To wszystko. Odmaszerować!
Dzwonek telefonu przeszkodził Brzeckiemu, który już szykował ciętą
ripostę. Szybko wyciągnął aparat z kieszeni. Po kilku sekundach rozmowy całe ciśnienie uszło z niego niczym powietrze z koła rozdartego gradem śrutów. Lęk, który czaił się w ukryciu od rana, wypełzł by ponownie ścisnąć mu żołądek lodowatymi palcami.

10. DESZCZOWA KLĄTWA

Próbowała przedrzeć się wzrokiem przez falę wody zalewającej okno, ale mogła dostrzec jedynie uginające się pod naporem wiatru drzewa, tracące ostatnie liście. Dom był nowy, nie zdążył jeszcze porządnie osiąść i podczas takich nawałnic, jak ta, jego wnętrze rozbrzmiewało całym mnóstwem przedziwnych odgłosów. Trzeszczały stropowe belki, drżały rury centralnego ogrzewania. Wydzierający się z kominka pogłos wichury przypominał Alicji wycie psa, którego ktoś pozbawiony serca pozostawił w taką pogodę przywiązanego do drzewa.
Ostatnie dni były koszmarem. Zagrożenie czaiło się wszędzie tam, gdzie mogli się jej spodziewać. Dlatego wynajęła domek, zachowując przy tym wszelkie środki ostrożności. Na pewien czas dało jej to schronienie, ale nic nie trwa wiecznie. Sprawy przybrały tak niebezpieczny obrót, że musiała zaufać policjantom i wyjawić im miejsce zamieszkania. Tym samym spaliła swoją ostatnią kryjówkę. Jeżeli gliniarz, do którego zadzwoniła był z nimi w zmowie, to właśnie zawiązała sobie pętle na szyi.
Gdy staroświecki zegar zawieszony nad kominkiem wybił godzinę ósmą, wiedziała już, że niebezpieczeństwo czai się tuż obok. To właśnie przeczuciom zawdzięczała swe życie, gdyby nie one już dawno skończyłaby tak, jak ten chłopak, którego odnaleźli na dworcu z metalowym prętem w gardle. Intuicja ostrzegała ją zawsze, gdy działo się coś niedobrego, tak więc nauczyła się ufać jej w stu procentach. Nie była głupia, znała ich sposób działania. Usunęła z domu wszelkie ostre przedmioty, jak sztućce i narzędzia, ale wciąż znajdowało się tu od groma rzeczy mogących stanowić potencjalne zagrożenie. Pozbycie się ich wszystkich uniemożliwiłoby jej normalne funkcjonowanie. Mogła tylko liczyć na pomoc swej opiekunki. Tyle, że tym razem nie wyczuwała jej obecności. Gdzie się podziewała, kiedy była jej tak bardzo potrzebna?
Z korytarza dobiegło trzeszczenie, zupełnie, jakby ktoś ciężki wszedł na drewniane schody. Wstrzymała oddech, w myślach zaczęła błagać swą opiekunkę o pomoc. Na palcach podeszła do drzwi i schyliła się by wyjrzeć przez dziurkę od klucza. Po drugiej stronie nie dostrzegła nikogo. Przez chwilę wsłuchiwała się w posępne zawodzenie wiatru, przedzierającego się przez szczelinę w drzwiach, po czym po cichu otworzyła skrzydło na oścież. Gdzieś na górze musiała zostawić uchylone okno, gdyż czuła wyraźny przeciąg. Szum wiatru wypełniał cały okryty półmrokiem korytarz. Deszcz napierał na małe okno w drzwiach wyjściowych, zupełnie jakby próbował zbić szkło i wedrzeć się do środka. W tej chwili poza jego chrobotem nie słyszała już żadnych niepokojących odgłosów.
Światło w korytarzu włączyło się samo. Zasłoniła usta, by zdusić własny krzyk. Przerażona wpatrywała się w lampę, której blask raz po raz jaśniał i ciemniał, w rytm trzasków elektryczności. W końcu żarówka pękła i Alicja nie miała już wątpliwości. Przyszli po nią.
Nie bacząc na hałas, wbiegła z powrotem do pokoju i zatrzasnęła drzwi. Ponad sobą usłyszała odgłos ciężkich kroków – ktoś był w pokoju na górze. Roztrzęsionymi dłońmi wydobyła spod bluzki łańcuszek i ściskając go z całych sił, zaczęła paniczną próbę przywołania swej opiekunki myślami. Wiatr jeszcze mocniej naparł na okna i framugi zaskrzypiały pod jego naciskiem.

Woda zalała część torów i tramwaj nie potrafiący pokonać tej przeszkody blokował ruch na całej ulicy. Brzecki spojrzał na zegarek. Alicja Nowak zadzwoniła do niego blisko dziesięć minut temu. Od tego czasu mogło dojść do tragedii.
Klnąc pod nosem wrzucił bieg i wjechał na chodnik. Kilku pieszych wrzasnęło coś w jego kierunku, jeden nawet kopnął w drzwi pasażera. Brzecki zgrabnie wymanewrował pomiędzy kolejnymi przeszkodami i w parę chwil później, pokonując potężny wybój, dostał się z powrotem na ulicę. Tu jego pas był pusty, gdyż pozostałe wozy, kierujące się w tą stronę, zostały przed tramwajem. Nadkomisarz spojrzał w lusterko i z nieskrywanym zadowoleniem stwierdził, że kilku kierowców poszło w ślad za nim.

Gdy wyjrzała przez okno, z przerażeniem stwierdziła, że podjazd wciąż świeci pustką. Ci, którzy ją ścigali, działali szybciej od policji. Przynajmniej jeden z nich był już w domu. Słyszała jego kroki nad sobą, powolne, zupełnie jakby nie spieszył się z wykonaniem wyroku. Wtem pokój wypełnił trwający krótką chwilę podmuch, a kiedy minął, Alicję uderzył okropny smród rozkładu. Spojrzała na sufit, konkretnie na jedno miejsce, które nagle okryło się nienaturalnym cieniem. Ciemna plama na początku była ledwo widoczna, lecz z każdą sekundą rozrastała się i pęczniała, przeistaczając się w połyskującą materię, podobną do czarnego kryształu. Odór stał się jeszcze silniejszy. Kilka płatów farby opadło na dywan i Alicja wrzasnęła, kiedy na jej oczach czarna plama przeistoczyła się w ludzki kształt, przelewający się niczym maź z sufitu, wprost na podłogę.
Twarz miał ukrytą pod kominiarką. Stał nieruchomo, uważnie przyglądając się swemu ciału, jakby chciał się upewnić, że jest w jednym kawałku. Ciemna substancja ściekała z rąk i nóg, niknąc w materiale dywanu. Gdy podniósł wzrok, wciąż skupiał wokół siebie jakąś swoistą ciemność.
- Gdzie jesteś?! – Alicja krzyknęła do swej opiekunki. Ale odpowiedzią
był tylko tupot butów napastnika, który nie tracą czasu ruszył wprost na nią.
Szarpnęła drzwi i wybiegła na korytarz, natychmiast zatrzaskując je za sobą. Niestety wciąż ściskała klamkę, kiedy nieznajomy pociągnął skrzydło do siebie z taką siłą, że dziewczyna wpadła do pokoju, z którego właśnie uciekła. Podparła się rękoma, aby zamortyzować upadek i w tej samej chwili jej nos nadział się na kolano. Mężczyzna celnym kopnięciem wtrącił ją z powrotem do hallu. Upadła tuż obok stolika na gazety, który stał przy schodach na piętro. Oczy zaszły jej łzami, nos i gardło wypełnił smak krwi. Napastnik podbiegł bliżej i wziął zamach nogą w jej stronę. Tym razem zdążyła się uchylić i kopnięcie trafiło w boazerię. Wciąż leżąc, przewróciła stolik na przeciwnika, boleśnie raniąc mu goleń. Zyskała krótką chwilę, dzięki której zdążyła wstać i skierować się biegiem w stronę schodów. Ruszył za nią i potykając się o stolik runął jak długi na ziemię. Nim upadł, zdołał uchwycić jej kostki, wytrącając Alicję z równowagi. Gdy spróbował podczołgać się bliżej, przywitało go kopnięcie w skroń. Wydarł z siebie jakiś nieartykułowany ryk, lecz wciąż nie puszczał uścisku z nóg swej ofiary. Wtedy poczuł kolejne dwa kopnięcia. Materiał kominiarki zaczął nasiąkać krwią. Kiedy mężczyzna uniósł wzrok, dziewczyna pięła się już po schodach na górę.
Zbyt dużo czasu zajęłoby jej odszukanie kluczy i otworzenie głównych drzwi, toteż musiała ratować się ucieczką na piętro. Obserwowała przez balustradę, jak zamaskowany napastnik potrząsa głową, nie mogąc dojść do siebie. Kopnięcia musiały poskutkować. Sama też czuła zawroty głowy, a ból obitego nosa pulsował jej w całej czaszce. Kiedy wreszcie wspięła się na górę, postanowiła szukać schronienia za drzwiami łazienki. Zamknęła je i rozejrzała się po wnętrzu. Niewielkie okno znajdowało się naprzeciw wejścia i to właśnie z nim wiązał się jej lichy, aczkolwiek jedyny plan ocalenia życia. Otwór był za wąski, aby się przez niego prześlizgnęła, ale napastnik mógł tego nie wiedzieć. Otworzyła więc je na oścież, sama zaś rozejrzała się za jakąkolwiek bronią. Usunęła z domu wszelkie narzędzia i teraz żałowała tej decyzji. W zasięgu ręki nie miała żadnych nożyczek, żadnego śrubokrętu, w ogóle niczego ostrego. Wyjęła z wiadra mop, licząc że zdoła użyć jego sztyl jako broni. Przykucnęła z boku drzwi i nasłuchując, wciąż próbowała przywołać myślami swą opiekunkę.
Za otwartym okienkiem krople deszczu napierały na liście wierzby rosnącej w ogrodzie. Niektóre wpadały do środka i brzęczały uderzając o podłogowe kafelki. Słyszała, jak mężczyzna wbiega po schodach, następnie wykrzykuje jakieś niezrozumiałe obelgi. Najwyraźniej przystanął, rozglądając się w koło. Miała nadzieję, że kiedy wejdzie do łazienki, otwarte okno na tyle przykuje jego uwagę, iż zdoła mu wbić sztyl w oko lub chociaż boleśnie go zranić. Tu plan się urywał i nie wiedziała co dalej. Zresztą na razie skupiała się tylko na tym, aby dobrze trafić. Co będzie potem, to bez różnicy, w myślach dopuszczała nawet możliwość dobicia go skakaniem po głowie, czy przez uduszenie. Tymczasem zza drzwi wciąż nie dochodziły żadne odgłosy. Zupełnie jakby jej kat rozpłynął się w powietrzu.
Powietrze wypełnił znajomy odór. Natychmiast wstała, czując że serce podskakuje jej aż do gardła. Dostrzegła jakiś ruch za zasłoną prysznicową. Gdyby nie sparaliżował ją strach, zapewne natychmiast ratowałaby się ucieczką. Niestety, niczym skamieniała, obserwowała ciemność rosnącą przed jej oczami. Cień nie miał już kształtu ludzkiego, tym razem przypominał czarny opar, który szybko skierował się w stronę lustra. Te natychmiast zaczęło drżeć, a na jego powierzchni zarysowały się podobne do pajęczych sieci pęknięcia. Alicja wiedziała już, co zaraz nastąpi. Czarna materia zasłoniła obraz odbijany przez lustro. Dziewczyna wstrzymała oddech, licząc się z tym, że był to ostatni w jej życiu. Rozległ się huk i lustro rozsypało się na setki pokrytych czernią odłamków.

Wóz Brzeckiego podskakiwał na wyboistej drodze, ciągnącej się zygzakiem pomiędzy niezliczonymi sadami i opuszczonymi chatami. Żadna z mijanych ruin nie posiadała numeru, poza tym wszystko tu wyglądało podobnie, także policjant zaczynał się zastanawiać, czy nie kręci się w kółko. Dziewczyna musiała się czegoś poważnie obawiać, inaczej nie wybrałaby na schronienie podobnego odludzia. Tylko że dzwoniąc na komendę, co prawda podała numer – 13 – nie powiedziała zaś, jak do niego dojechać. Tymczasem błoto spod kół tryskało aż na szybę i wycieraczki rozmazywały je w brązową smugę. Gdy Brzecki czuł, że powoli traci panowanie nad sobą, w oddali dostrzegł dom, zdecydowanie odróżniający się od reszty krajobrazu. Porastające większość terenu chore i powykrzywiane drzewa ustąpiły miejsca przystrzyżonemu trawnikowi, o tej porze roku już bardziej szaremu niż zielonemu, we wszystkich oknach zaś wisiały firanki bądź żaluzje. Jedno tylko okienko, najmniejsze ze wszystkich, było szeroko otwarte i na ten widok Brzeckiego ogarnęły złe przeczucia. Nie mógł jednak dociec, skąd się wzięły. Być może zaniepokoił go fakt, że nikt przy zdrowych zmysłach nie otwiera okna w taką ulewę?
Trzynastka przy wejściu mówiła, że trafił na miejsce. Zaparkował na podjeździe, odbezpieczył broń i wyskoczył wprost w siekącą ulewę. Na wschodzie, gdzie linię horyzontu porastały gęste lasy, rozległ się grzmot, którego echo pobrzmiewało w powietrzu jeszcze wtedy, gdy Brzecki starał się sforsować frontowe drzwi. Dzwonka nie było, a jedyną odpowiedź na pukanie stanowił huk, jaki wypełnił wnętrze domu, dlatego postanowił nie marnować czasu. Kiedy już przymierzał się do przestrzelenia zamka, drzwi stanęły otworem. Policjant wycelował pistolet w ciemność korytarza. W środku nie dostrzegł nikogo, kto mógłby otworzyć drzwi. Na podłodze leżał przewrócony stolik. Od strony schodów prowadzących na piętro dobiegł przerażający krzyk kobiety.

Wciąż żyła, a odłamki potłuczonego lustra jakimś cudem nie zmaterializowały się wewnątrz jej ciała. Stała oparta plecami o ścianę, przysłaniając twarz rękami. Przed sobą zobaczyła znajomą postać, odwróconą plecami. Zakapturzona kobieta ubrana w płaszcz przeciwdeszczowy stała nieruchomo z szeroko rozpostartymi ramionami, chroniąc ją niczym żywa tarcza, choć określenie „żywa” niezbyt do niej pasowało. Roztaczała wokół siebie silny błękitny blask, skutecznie odpychający mroczną materię, która pochłonąwszy lustro, zachłannie sięgała po inne przedmioty. Opiekunka postąpiła krok na przód i Alicja dostrzegła, że cień, przybierający kształt macek, próbuje jej dosięgnąć. Na szczęście im dalej postać w kapturze się posuwała, tym czarna materia stawała się mniejsza, aż w końcu pomieszczenie wypełnił pełen nienawiści, męski krzyk. W chwilę później po ciemnej substancji nie było już śladu, zostały jedynie powypalane plamy wokół ramy lustra.
Postać odwróciła głowę w stronę Alicji. Spod trójkątnego kaptura spoglądały zmęczone i smutne oczy, otoczone skórą przypominającą gnijące jabłko, tyle było na niej zmarszczek i chorych przebarwień. Jej spojrzenie wyrażało ból. Alicja zdążyła zauważyć, że z każdym kolejnym pojawieniem się Opiekunki, wygląda ona coraz gorzej. Walka z siłami chaosu powoli niszczyła jej duszę.
Ktoś wbiegał po schodach. Alicja wychyliła głowę z łazienki i dostrzegła grubego mężczyznę w krótkiej, brązowej kurtce ze skaju. W rękach trzymał pistolet, który wycelował w jej stronę. Jego twarz zamarła w grymasie strachu. Dziewczyna zrozumiała, że musiał dostrzec Opiekunkę. Było to co najmniej dziwne, gdyż jak dotąd zjawa ukazywała się tylko jej. Nie mniej jednak był to wyraźny argument świadczący o tym, że można mu zaufać. Spojrzała na zakapturzoną staruszkę, ale ta powoli znikała w bladej poświacie. Jedna z jej rąk wyciągnięta było w stronę mężczyzny, zupełnie jakby dawała Alicji do zrozumienia, że powinna polegać na tym człowieku.
- Al... Alicja Nowak? – głos przybysza wyraźnie drżał.
Dziewczyna wyszła z łazienki ocierając łzy i lekko skinęła głową. Policjant
zauważył, że jej czarne włosy pozlepiały krwawe strupy. Nos miała opuchnięty, najprawdopodobniej złamany. Cały czas nie mogła powstrzymać płaczu.
- Nadkomisarz Dariusz Brzecki – sięgnął po odznakę, drugą ręką wciąż
trzymając broń gotową do strzału.
- Już w porządku – powiedziała Alicja. – Poszedł sobie.
Brzecki podszedł nieco bliżej. Z tej odległości dostrzegł, że krew wciąż
cieknie z nosa dziewczyny.
- Tam za panią... Kto to był? – zapytał.
Twarz dziewczyny, choć wciąż mokrą od łez, rozpromienił niewielki
uśmiech.
- Nasza jedyna nadzieja –odparła.

Siedzieli w mieszkaniu Brzeckiego, popijając gorącą kawę w absolutnym
milczeniu. Na zewnątrz ulewa ustąpiła miejsca gwałtownej zawiei. Dziewczyna stanowczo zaprotestowała, gdy policjant zaproponował jej wizytę na pogotowiu, a na sugestię zawiezienia na komendę odpowiadała krzykiem. W normalnym przypadku Brzecki nie zwracałby na to uwagi, niestety sprawa, którą próbował rozgryźć, do normalnych nie należała. Pozwolił swemu gościowi przemyć twarz, a krwotok z nosa zatamował kawałkiem zwiniętej w rulonik ligniny. Zatelefonował do szpitala i okazało się, że Dymny, mimo przeciwwskazań lekarza, szykował się właśnie do wyjścia. Złapał go dosłownie w ostatniej chwili i polecił, aby przyjechał najszybciej, jak może. Podkomisarz był na miejscu w dwadzieścia minut później. Zszyte rany ukrywał pod swetrem, na twarzy miał tylko niewielkie zadrapania. Oparzoną dłoń owijał bandaż, co jednak nie przeszkadzało mu w zapalaniu jednego papierosa po drugim, podczas gdy partner relacjonował przebieg ostatnich wydarzeń.
Dziewczyna kurczowo obejmowała filiżankę, chcąc ogrzać dłonie, jakby zapomniała, że drżenie, które odczuwa, niewiele ma wspólnego z jesiennym chłodem. Rozglądała się po mieszkaniu, kiedy gospodarz pospiesznie i dosyć niezdarnie próbował zaprowadzić w nim względny porządek. Pod kanapą dostrzegła zgniecioną puszkę piwa, na fotelach walały się sterty brudnych ubrań. W tym ciasnym domu zdecydowanie brakowało kobiecej ręki.
- A więc.. – zaczął Brzecki, kiedy w końcu usiadł naprzeciw niej. -
Dowiemy się, przed kim uciekasz?
Alicja spojrzała mu głęboko w oczy, chcąc upewnić się, czy będzie brał jej
słowa poważnie.
- Jak zapewne zauważyliście, jakiś czas temu zmuszona byłam opuścić
swoje mieszkanie – zaczęła. – Byłam w nim bezpieczna dopóki mnie nie wytropili.
- Nie rozumiem... – przerwał jej Brzecki. – Kto cię wytropił?
- Po kolei. Wszystko zaczęło się dość dawno temu, w podstawówce. Być
może zabrzmi to banalnie lub śmiesznie, jednak mi w tamtym czasie nie było wesoło.
- Spokojnie, nikt nie zamierza się z ciebie śmiać – Dymny pociągnął łyk
kawy. Przed oczami wciąż stawały mu obrazy z koszmaru, jaki rozegrał się na trzecim piętrze szpitala.
- Tak więc – kontynuowała Alicja – pamiętam ten dzień bardzo
dokładnie. Była jesień, a na dworze podobna ulewa, jak ta dzisiejsza. Wiecie, w tamtym czasie przeżywałam okres młodzieńczego buntu. Rozumiecie: czarne skóry, zafarbowane włosy, makijaż, którego nie powstydziłaby się Mortycja z Rodziny Addamsów.
Brzecki spojrzał na dziewczynę, jej krótką czarną sukienkę i obcisły sweter
tego samego koloru i stwierdził, że wiele od tamtego czasu się nie zmieniło.
- No i pewnego, jak już wspomniałam ulewnego dnia, dostałam za
swoje. Wracałam akurat ze szkoły, szczerze mówiąc dosyć okrężną drogą, gdyż razem z przyjaciółką postanowiłyśmy się trochę pokręcić po mieście. Żeby zaoszczędzić na czasie, wybrałam skrót przez pole. Nie miałam pojęcia, że to się może tak skończyć. Z niewielkiego zagajniku wyłoniło się czterech oprychów z ogolonymi głowami. Nie mówili nic, po prostu jeden z nich zdzielił mnie w twarz, dalej już nic nie pamiętam. Dopiero w szpitalu dowiedziałam się, że miałam wstrząs mózgu, a któryś z tych łysych gnojków potraktował mnie kijem baseballowym.
Brzecki podparł się wygodnie nie odrywając wzroku od dziewczyny, aby dać jej do zrozumienia, że zamienił się w słuch.
- Od tamtego czasu, niemal zawsze, gdy padał deszcz, nawiedzały mnie
dziwne sny. Właściwie nie powinnam nazywać tego snami, ponieważ bardzo dobrze zdawałam sobie sprawę, co się wokół mnie działo. Zdarzało się to podczas oglądania telewizji, czytania książki, raz nawet na śmierć wystraszyłam swoich rodziców, gdy jedliśmy kolację. Wyglądało to doprawdy niesamowicie. W jednej chwili stałam we własnym mieszkaniu, a zaraz potem wszystko wokoło pokrywał coraz ciemniejszy cień, aż w końcu odnosiłam wrażenie, jakbym dryfowała przez nieskończoną, czarną próżnię. Potem pojawiały się gwiazdy, całe miliony gwiazd, przesuwające się tuż obok mnie, niczym latarnie widziane przez szybę podczas szybkiej jazdy samochodem. W końcu następował błysk i cały ten dziwny spektakl ustępował czemuś mniej niesamowitemu. Z powrotem znajdowałam się w normalnym świecie, z tą jednak różnicą, że najczęściej widziałam miejsca, w których nigdy przedtem nie byłam. Obserwowałam tych ludzi, jak wyłaniają się z ciemnej mgły.
- Jakich ludzi? – Dymny nie mógł powstrzymać ciekawości.
- Zamaskowanych, takich jak ten, który przyszedł dziś do mnie.
Wychodzili z dziwnej ciemności, zaskakując swe ofiary, gdy te najmniej się tego spodziewały. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale zdaje się, że jakimś sposobem panowali nad otaczającą ich przestrzenią. Wszystko wokół nich załamywało się, traciło odpowiednie kąty... Wyglądało to tak, jakby rozłupywali rzeczywistość na drobne kawałki, poczym składali wszystko na swój sposób. Wiem, to brzmi jak absurd, ale sprowadza się to do tego, że potrafili sprawić, by fragment ogrodzenia, który nieoczekiwanie zniknął ze swego miejsca, nagle pojawił się w ciele młodego chłopaka. Biedak, niczego nieświadomy, czekał na autobus. Potem pojawiło się to przerażenie, ten ohydny grymas jego twarzy, którego nie zapomnę już nigdy. Dalej była już tylko krew, całe mnóstwo krwi z uszu, nosa i ust. Nie był wstanie nawet krzyknąć.
Policjanci spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- Żeby wszystko było jasne – odezwał się Dymny. – Widziałaś to
zdarzenie we śnie, czy, jak to nazywasz, w wizji?
- Nie tylko widziałam. To było tak, jakbym stała tuż obok. Czasami
wydawało mi się, że odczuwam ból ofiary. Nie mogłam już dłużej wytrzymać. Pragnęłam się tego pozbyć, rozumiecie przecież, że uniemożliwiało mi to normalne życie. Zmieniłam zdanie, kiedy odkryłam w tym wszystkim sens.
Dziewczyna urwała, by wziąć łyk kawy. Rozejrzała się po zadymionym pokoju. Za oknem szalała wichura tak silna, że jej podmuchy włączały alarmy w samochodach. Zauważyła, że obydwaj policjanci słuchali jej w pełnym skupieniu. Po raz pierwszy od długiego czasu, poczuła się nieco bezpieczniej niż zwykle.
- Gdy zaczęłam studia, wizje, które powracały prawie zawsze, gdy na
dworze szalała ulewa, stały się nie do zniesienia. Nazwałam to moją deszczową klątwą. Wtedy zapisałam się na terapię grupową. Szczerze mówiąc, nic mi ona nie pomogła, ale nie żałowałem swojej decyzji. Dzięki niej poznałam Piotra, psychologa, który prowadził zajęcia. On jeden nie patrzył na mnie jak na wariatkę, co więcej, głęboko analizował wszystko, czego byłam świadkiem w swych wizjach. Przynosił mi wycinki prasowe, świadczące o tym, że obserwowane przeze mnie zdarzenie mogły mieć miejsce naprawdę. Kiedy powiedziałam, że w koszmarach nawiedza mnie postać łysego szaleńca grającego na flecie, rozpoczął prywatne dochodzenie. Badaliśmy każdy szczegół, dosłownie wszystko, co udawało mi się zapamiętać z tych majaków. Zależało nam na ustaleniu tożsamości tego człowieka, gdyż z wizji wyraźnie wynikało, że wygrywana przez niego melodia uniemożliwiała tym, którzy wyłaniali się z cienia, posługiwanie się swymi nadprzyrodzonymi zdolnościami. Zupełnie jakby swym fletem potrafił ukołysać tę przerażającą siłę do snu. Poszukiwania przyniosły rezultaty. Piotr korzystając ze swoich dojść znalazł kartotekę człowieka, który wręcz idealnie pasował do mojego opisu. Okazał się nim Mieczysław Kołecki. Z tego, co wiem, macie na niego oko.
- Możliwe, że uratowaliśmy go przed wykrwawieniem – odrzekł
Dymny, gasząc w popielniczce czwartego już z rzędu papierosa. – Jednego tu tylko nie rozumiem. Skąd w bloku, w którym mieszka Kołecki, wziął się nagle twój kuzyn? Jak dla mnie to zbyt duży zbieg okoliczności.
- Bo to nie jest przypadek – ostro urwała Alicja. – Wizje dostarczały mi
coraz więcej szczegółów. Powoli, krok po kroku, dochodziłam do tego, kim są zamaskowani mordercy, potrafiący przemieszczać w przestrzeni niebezpieczne dla życia przedmioty. Widziałam sale prosektorium, stoły operacyjne, rozpłatane ciała i ludzi w białych kitlach poplamionych krwią. Kuzyn już jakiś czas pracował w CBSN. Widziałam ten niepokój na jego twarzy, kiedy zaczęłam zadawać pytania. Rzeczą oczywistą było, że coś przede mną ukrywa. Wyraźnie przestraszyły go moje coraz częstsze wizyty. Gdyby nie jego ciągotki do alkoholu, zapewne nigdy bym się niczego nie dowiedziała. Pewnego razu, mocno już wstawiony, napomknął coś o ludziach z jego działu, którym nie powinnam wchodzić w drogę. Powtarzał w kółko, że jestem zbyt głupia, żeby pojąć, o co w tym chodzi. I rzeczywiście byłam głupia. Chcąc wyciągnąć od niego więcej informacji, niechybnie wspomniałam o Kołeckim. Gdy mu go opisałam, dosłownie skamieniał ze strachu. Oznajmił, że musi znać adres tego człowieka. Wspominał coś, jakoby szaleniec mógł posiadać cenne informacje, które pomogą mu w dokonaniu czegoś naprawdę wielkiego. Domyślam się, że przeprowadzając się do kamienicy, gdzie mieszkał Kołecki, chciał zyskać przychylność tych z CBSN, którzy byli wtajemniczeni w mordercze praktyki. Zapewne pragnął odkryć sposób, w jaki potrafi on przeszkadzać im podczas teleportacji.
- Teleportacja? – Brzecki zrobił wielkie oczy – Wybaczcie mi, ale chyba
nie nadążam. Nie chciałbym, abyśmy zabrnęli zbyt głęboko w labirynt absurdów. Zgadzam się, że dzieje się tu coś niezwykłego, ale...
- Daj jej mówić – stanowczo przerwał Dymny. – Gdybyś widział to,
czego byłem świadkiem w szpitalu, po prostu byś się zamknął i słuchał.
Nieco zawstydzony Brzecki rozprostował kości i wlepił wzrok w
poplamiony obrus.
- Zabicie Kołeckiego nie wchodziło w grę. Pozbywając się go, mój
kuzyn nigdy by się nie dowiedział, w jaki sposób nawiązuje on kontakt z tak potężnymi siłami. Postanowił więc przeprowadzić się możliwie jak najbliżej i podpatrywać. Żałosny dureń. Kiedy po paru miesiącach, jego obserwacje nie przyniosły niczego, towarzystwo z CBSN nabrało podejrzeń, że mój kuzyn nie mówi im wszystkiego. Jak już wiecie, źle się to dla niego skończyło. Ale nie żałuję go. To był potwór, nie człowiek, jak każdy z nich.
- Chwileczkę – odezwał się Dymny – Na komendzie zeznałaś, że
byliście hmm... parą.
- Tak zeznałam, nie wiedziałam wtedy komu ufać, komu nie. Uważałam,
że im mniej wiecie, tym lepiej. Skoro tak poważana instytucja, jak CBSN, rządzona jest przez bandę rządnych krwi szaleńców, jak mogłam ufać policji? Chciałam w jakiś przekonujący sposób wyjaśnić moje częste wizyty na Cichej 14.
- Wytłumacz mi w takim razie rolę, jaką w tym wszystkim odegrał
Hexagon? – poprosił Brzecki – To jakieś towarzystwo niosące pomoc, czy coś w tym rodzaju, tak?
- Wymyśliliśmy tę nazwę z Piotrem, pragnąc przejąć opiekę nad
Kołeckim. Niestety, zanim nam się to udało, mój kuzyn dał mi dobitnie do zrozumienia, że powinnam nie wścibiać nosa w nie swoje sprawy.
- Nie rozumiem? – Dymny zmarszczył brwi.
- Po prostu pewnego dnia Piotr zniknął. Znacie tę sprawę. Jestem pewna,
że to dzieło mojego kuzyna. Zeznania nielicznych świadków potwierdzają, że na krótko przed jego zniknięciem, widzieli dziwny cień, otaczający jego ciało. Gdy CBSN pozbyło się Kazika, na ich celowniku pojawiłam się ja. Najprawdopodobniej wydawało im się, że posiadam wiedzę, niezbędną do rozgryzienia tajemnicy Kołeckiego. Dlatego zmasakrowane ciało Piotra nagle zmaterializowało się w moim przedpokoju. To miało być ostrzeżenie.
- Rzeczywiście, odnaleźliśmy zwłoki nijakiego Piotra Iwańskiego w
twoim mieszkaniu. Zachodziliśmy w głowę, co się stało z tobą?
Alicja odstawiła filiżankę i podeszła do okna. Wiatr zrywał gałęzie
i przeganiał je wzdłuż jezdni.
- To chyba oczywiste, że nie mogłam tam dłużej zostać. Musiałam się
ukryć. Ci ludzie może i posiadają nadprzyrodzone moce, ale dopóki nie zlokalizują swojego celu, są bezradni. Dlatego zamieszkałam pod fałszywym nazwiskiem na wsi poza miastem. Jednak zaraz po telefonie do was, jeden z nich zjawił się w moim mieszkaniu. Możecie mi to wyjaśnić? – odwróciła się w ich stronę ze wzrokiem pełnym żalu.
- Kto oprócz ciebie wiedział, gdzie jej szukać? – Dymny zwrócił się do
Brzeckiego.
- Wiadomość przekazał mi Tomek, ale ufam temu gościowi bardziej niż
sobie.
- Może powiadomił kogoś jeszcze? – Dymny nie dawał za wygraną.
Nadkomisarz nie krył zakłopotania.
- Karcz...
- Słucham? – zapytała Alicja.
- Karcz, nasz komendant! – Brzecki aż wstał z krzesła – Byłem u niego
na dywaniku dokładnie wtedy, kiedy Tomek przekazał mi twoją wiadomość. Zapytał, co się stało i wszystko mu wyjaśniłem. Ten skurwiel musiał maczać w tym palce.
- Zaraz, zaraz – Dymny spróbował ostudzić emocje. – Skąd ta pewność?
- Chwilę wcześniej wydzierał się po mnie, że podzielę los Wieśka, a
jeżeli do jutra nie sporządzę sensownie brzmiącego raportu, to całą sprawę przekaże CBSN.
- Wiesiek zajmował się tajemniczymi zgonami sprzed paru lat,
dobrze mówię? – ożywił się Dymny.
- W rzeczy samej – odparł Brzecki. - Wywalono go za to na zbity pysk.
Dostał takiego kopa, że wylądował w obyczajówce w Grudziądzu.
- Widocznie wiedział za dużo – wtrąciła Alicja.
Dymny zaczął chodzić po pokoju nerwowym krokiem.
- Skoro nie dopadli jej w domu, może będą szukać jej tutaj – powiedział
po chwili. – Karcz zorientuje się, że nie wracacie, a twój adres przecież zna.
Cała trójka spojrzała po sobie niepewnym wzrokiem.
- Racja – przerwał milczenie Brzecki. – Wynośmy się gdzieś, gdzie
będzie bezpieczniej.

11. GŁĘBINA TORTUR

Gwałtownie wyrwał dłoń z czerwonej miazgi i upadł na brudną od krwi podłogę. Przez chwilę jego uszy rozsadzał szum, a oczy wciąż przysłaniała mgła. Ciało umieszczone na stole drgnęło. Z rozdartej klatki piersiowej wystrzelił strumień czarnej substancji, który sięgając sufitu wypalił na nim swój ślad. W całej sali trudno byłoby znaleźć miejsce pozbawione podobnych zabrudzeń. Na wszystkich stołach sekcyjnych i szafkach czerń mieszała się z czerwienią. Nekromanta powoli wyrównywał oddech. Zauważył że wciąż ściska w dłoni błyszczące jelito, które ciągnęło się po podłodze, wiło wzdłuż nogi stołu i znikało w górze mięsa, które jeszcze niedawno kształtem przypominało człowieka.
W otwartych drzwiach Grunt masował skronie próbując pozbyć się bólu głowy.
- Mam rozumieć, że ona wciąż żyje? – zapytał.
Nekromanta spróbował wstać, jednak wciąż był zbyt słaby.
- Ktoś jej pomaga – wysapał ocierając oczy z resztek czarnej substancji.
- Ktoś potężny.
- Kołecki pozbawiony fletu jest dla nas zupełnie niegroźny! – Grunta
rozpierał huragan wściekłości. – Jesteś zwykłym nieudacznikiem! Kolejnym, któremu w swej naiwności pozwoliłem poznać prawdy, przewyższające jego rozumowanie!
- To nie tak – bronił się mężczyzna. – Z nią ktoś był.
- To hańba dla sił chaosu, że przez chwilę ich moc spoczywała w rękach
takiego robaka.
Grunt zatrzasnął drzwi za sobą. Jego wściekłe spojrzenie pojawiło się w
otworze judasza.
Proszę dać mi jeszcze jedną szansę – wyszlochał nekromanta, gdy poczuł, że salę wypełnia przeraźliwy chłód.
- Dostałeś o jedną za dużo – wyszeptał Grunt. Jego głos, dobiegający z drugiej strony drzwi, wydawał się zmieniony, jakby nie należał do człowieka. Wydawało się, że to zwierze próbuje naśladować ludzką mowę.
- Zmarnowałeś energię kolejnej duszy – kontynuował - teraz zrobię z
ciebie właściwy użytek. Innae Sh’kka zin, Innae As’sh Dagg!
- Błagam! – wrzeszczał nekromanta, któremu dopiero teraz udało się
podnieść ze śliskiej od krwi podłogi. Zwierzęcy, zacięty ryk płynący zza drzwi, miał w sobie jakąś dziwną melodię. Wydawała się bardziej przerażająca, niż sam głos, który wypluwał z siebie wszystkie te ohydne słowa.
- Ashto - reth mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgahnagl fhtagn! Y’hah’
As’sh Dagg! Y’hah’ As’sh Dagg!
Temperatura spadła na tyle, że z ust mężczyzny wydobywały się obłoczki
pary.
- Y’hah’ As’sh Dagg Zod!!! – ostatni ryk wypełnił całą salę, która w następnej chwili pogrążyła się w absolutnych ciemnościach. Zaraz po tym wszystko ucichło i do uszu nekromanty docierały już tylko ciche plaśnięcia, dochodzące od strony leżących na stole zwłok. Mężczyzna spróbował odsunąć się jak najdalej od źródła dźwięku. Tymczasem ze zmasakrowanego ciała dobiegł trzask łamanych kości. Nekromanta wyobraził sobie jak coś wypełza z wnętrza krwawej miazgi. Usłyszał kolejny dźwięk – mokre plaśnięcie, jakby uderzenie mięsa o podłogę. A zaraz potem następne i jeszcze jedno. Po omacku zrobił krok w tył. Zahaczył o stolik z narzędziami chirurgicznymi i ciemność wypełnił brzęk upadających skalpeli, kleszczy i nożyc. Zaraz potem coś chwyciło go za głowę, coś mokrego i oślizgłego. Nekromanta poczuł, że traci grunt pod nogami, a jego ciało unosi się w powietrzu. Spróbował wyrwać się z uchwytu machając desperacko rękami. Prawą dłonią uderzył w coś, co w dotyku przypominało błonę nietoperza. W sali rozległ się trzepot skrzydeł. Podczas gdy jedna siła unosiła mężczyznę ku górze, druga zakleszczyła swój uścisk na jego nodze, ciągnąc z ogromną siłą w przeciwnym kierunku. Usłyszał chrupnięcie i stworzenie, które ciągnęła go w dół albo dało za wygraną, albo... Nie chciał w to uwierzyć. Dopiero, gdy dotarło do niego, że jego noga została oderwana w kolanie, poczuł rozdzierający ból. Prosektorium rozbrzmiewało dzikim trzepotem skrzydeł. Wokół, w ciemności wszystko zdawało się wirować, krzyk nekromanty zagłuszył hałas stworzeń wyłaniających się z rozdartego ciała, leżącego na stole. Ból wyrywanych łopatek sprawił, że w końcu stracił przytomność. Ręce, oddzielone od ciała, upadły na podłogę. Trzepot skrzydeł skierował się z powrotem do ciała. Gdy umilkł, słychać było już tylko ciche plaśnięcia, kiedy stworzenia wchodziły w mięso i przeciskały się pomiędzy kośćmi, niknąc gdzieś w czerwonej miazdze. Świetlówki zamigotały i rozjaśniły oblepioną resztkami ciała salę.
Twarz Tomka Baryły, wciśniętą w otwór judasza, wyginał grymas przerażenia. Grunt pozwolił mu oderwać wzrok dopiero, kiedy w prosektorium zapanowała idealna cisza.
- Mam nadzieję, że zapamiętasz tę lekcję – głos mu nieco drżał, widać
nawet nim wstrząsnął widok masakry po drugiej stronie drzwi. – Jeżeli i ty zawiedziesz, insekty przyjdą również po ciebie.
Skóra chłopaka delikatnie pozieleniała, a do oczu napłynęły łzy. Zakrztusił
się, odtrącił Grunta na bok i rzucił się biegiem w stronę najbliższej toalety. Grunt obserwował go, jak znika w głębi oświetlonego jarzeniówkami korytarza, kręcąc z niedowierzaniem głową. Chłopak był słaby, nie nadawał się do tej roboty. Nawet studia na wydziale patologii nie uodporniły go na cały ten syf, w którym Grunt babrał się już tyle czasu. Kroić i badać zwłoki to jedno, zaś rytuał wydzierania duszy z jeszcze ciepłego ciała, to już zupełnie co innego. Czuł się zmęczony. Cała ta zabawa w kotka i myszkę z Alicją Nowak i tym świrem Kołeckim trwała zdecydowanie za długo. Powinien już dawno pozbyć się obu i to tradycyjnymi metodami. Cóż z tego, że wówczas nie poznałby tajemnicy, jaką skrywa misternie zdobiony flet? Może doszedłby do tego samodzielnie. Zabijając Kołeckiego wyeliminowałby najważniejsze zagrożenie. Problem tkwił w tym, że jakaś potężna siła broniła życia tego mizernego wariata. Nekromanta wysłany do szpitala, po prostu rozpłynął się w powietrzu, wchłonięty przez rozwścieczone siły chaosu. Kołeckiego należało trzymać w zamknięciu i przede wszystkim z dala od fletu. To było najrozsądniejsze wyjście.
Rozejrzał się po korytarzu. Brak okien i naturalnego oświetlenia sprawiał, że
choć na zewnątrz panował dzień, Gruntowi wydawało się, że jest środek nocy. Spojrzał jeszcze raz na salę prosektorium i zatrzasnął judasza. W kieszeni fartucha zadzwonił telefon. Grunt spojrzał na wyświetlacz i jego usta wygiął uśmiech.
- Twój człowiek spaprał robotę – usłyszał po odebraniu połączenia. – Na
szczęście panuję nad sytuacją. Nowak jest w rękach moich ludzi. Tym razem się nam nie wymknie.
- Nie byłbym tego taki pewien – Grunt nie krył rozdrażnienia.
- Kończymy zabawę. Czas na plan „B”.
- Oszalałeś? A środki bezpieczeństwa?
- Nie chcę tego słuchać. Za długo to wszystko trwa. Tym razem idziemy
na całość.
W słuchawce zaległa długa cisza.
- Jesteś pewien, że tego właśnie chcesz?
- Tak – odparł Grunt. – Teraz dopiero będzie się działo...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -