Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Dziewczynka i Manekin

Piotr Mirski

„Further down the nest
Further down the id
Cold, inert”

Mgła “Further down the nest I”

Kim jestem?
Błądzę palcami po bliznach lustra. Twarde, srebrne pasma tną moją twarz na figury geometryczne. Jest trójkąt z bladym policzkiem ozdobionym równie bladym pieprzykiem, jest trapez ze spierzchniętymi, drżącymi ustami, jest również romb z okiem przysłoniętym przez mokre od potu, czarne strąki włosów. Za mną odbija się wnętrze łazienki – wykrzywione we wszystkich trzech wymiarach i białe jak umysł katatonika.
Drgnięcie mięśni. Skaleczenie. Czerwona kropla spada wolno do zlewu, po czym spływa zygzakiem prosto w czerń kanalizacji. Jestem brudna. Czuję, jak mokra od potu koszulka oblepia moje ciało i paruje nieświeżym zapachem. Drżę. To choroba. Lekarz zaprzeczy, ale ja to wiem – coś złego i gęstego krąży w moich żyłach, niedługo zakazi mózg i serce. Muszę uciec, muszę znaleźć szybko odpowiedź, inaczej cały świat będzie wkrótce przypominać rozbite lustro.
Kim jestem?
Wiem.
Jestem Dziewczynką. Po prostu. Moje imię znikło gdzieś w kakofonii głosów zrozpaczonych matek, których dzieci zgubiły się w ciemnym lesie. To zresztą nieważne. Wszystkie jesteśmy Dziewczynkami. Mamy długie włosy, grzywki, sukienki z szelkami i pasiaste rajstopy. Wszystkie biegamy wśród złośliwych, starych drzew, huśtając się na ich gałęziach, skacząc przez konary i robiąc sobie korony z liści. Królowe lasu! To nic, że czasem potkniemy się w mroku lub nietoperz zaplącze się w naszych włosach. I tak zawsze wracamy w ciepłe objęcia matek, w słodki zapach ich łez. Brudniejsze, bledsze i starsze, ale wciąż żywe i przez kogoś kochane.
Wszystkie jesteśmy Dziewczynkami, ale nie każda jest taka, jak ja. Nie, ja jestem wyjątkowa. Tylko ja pewnego wieczoru spotkałam Czarodziejkę. Kiedy przyglądałam się wiewiórkom, ona bezszelestnie wyrosła z mokrej ziemi, liści i mchu tak, jakby cały czas była w nich zagrzebana. Miała na sobie prostą, biało – niebieską suknię a twarz przesłoniła bladoróżową maską bez wyrazu – tylko gładka powierzchnia i wąskie szpary na oczy i usta. Jej włosy były czarne i gęste, zupełnie jak moje tylko dłuższe.
– Witaj – usłyszałam głos tak cichy, że nie wiedziałam czy to ona, czy wiatr – jestem Czarodziejką, a Ty zostałaś wybrana na Kluczniczkę Głębokiej Krainy…
– Czemu ja?
– Bo kiedy się rodziłaś, o ziemię rozbiła się spadająca gwiazda i jej okruch masz ciągle w swoim sercu – powiedziawszy to, sięgnęła w moją stronę. Jej smukłe palce przeniknęły przez materiał sukienki, dotknęły skóry i wtedy poczułam dziwne ciepło rozlewające się po całym ciele. Kiedy cofała dłoń, błyszczał na niej srebrny przedmiot w kształcie trójkąta.
– Oto klucz. Teraz Kraina stoi przed tobą otworem
– Co to za miejsce?
– Głęboka Kraina istnieje pod skórą świata, jest jego kośćmi i sensem. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciała uciec przed niebezpieczeństwem, schroń się tam. Wystarczy nakłuć wargę kluczem i przełknąć kropelkę krwi.
Potem znikła, a ja po raz pierwszy udałam się do Krainy.
Jaka była? Była snem. Marzeniem. Bezpieczeństwem. Była ciepła jak łono matki, o którym pamięć czasem jeszcze do mnie wracała…
Lustro drży i jęczy. Nagle mam sto przerażonych oczu, sto rozszerzonych źrenic, sto kłów i sto języków. Wyglądam jak spotworniała mucha, obrzydliwa i ogłupiała. Lustro drży, poczwara rośnie, szkło wydyma się niczym wrzód. Zaraz pęknie i chluśnie mi w twarz milionem lśniących igiełek…
Nie!
Wciąż pamiętam. Jestem Dziewczynką. Jestem Dziewczynką. Jestem Dziewczynką!

Jestem szelestem trawy. Jestem brązowymi tumanami kurzu. Biały jak kość księżyc wisi na czarnej płachcie nieba, a ja biegnę poprzez gąszcz zielonych, dwumetrowych łodyg. Pachną bardzo intensywnie, ale ich wonie jedynie muskają moje nozdrza. Mijam brązowego owada o wielkich oczach, w których miga moje odbicie – lalka z wodogłowiem i szalonym spojrzeniem. Biegnę dalej. Pęd pulsuje we krwi, prędkość łopocze we włosach.
Zarośla się kończą. Dalej trawa jest już normalnych rozmiarów. Ląd ciągnie się dalej jeszcze przez kilkanaście metrów, a potem gwałtownie urywa, ustępując miejsca morzu. Zwalniam i podchodzę trochę bliżej. Aż po horyzont ciągnie się fioletowy przestwór – teraz spokojny, ale w białych grzywach fal czai się groźba sztormu.
– Witaj, Kluczniczko.
To Czarodziejka. Pojawia się obok mnie bezszelestnie, tak jakby była liściem przyniesionym przez wiatr. Odwracam głowę i patrzę na nią. Jest posągowa, tajemnicza i skupiona jak zawsze. Zmienił się tylko jeden szczegół. Na powierzchni jej zazwyczaj gładkiej maski, tuż pod otworami na oczy, wyryte są dwie łzy. Ich krawędzie są cienkie i złote.
– Witaj – mówię cicho.
W powietrzu czuć jakieś napięcie. Czarodziejka robi kilka kroków do przodu, mija mnie i zbliża się do krawędzi klifu. Stoi tam długo, spoglądając w stronę morza, a ja w tym czasie zauważam masywne kształty chmur wyłaniające się zza horyzontu. Wokół moich kostek wije się lekki wietrzyk
– Stało się coś złego. Bardzo złego i niebezpiecznego – gdy moja towarzyszka wypowiada te słowa, pierwszy silniejszy podmuch odrzuca jej włosy do tyłu.
– Musisz uciekać. Twój Anioł umarł i zamienił się w Manekina. Jego umysł pękł jak bombka, a ciało stało się twarde i śliskie. Szuka cię i chce, żebyś teraz ty umarła za jego grzechy.
Włosy i suknia Czarodziejki łopoczą na wietrze niczym czarno – biała flaga. Tuż przed nią huczy bezmiar sinego morza. Pomimo tego, że cała drżę z zimna, czuję, jak pojedyncza kropelka potu ścieka mi po plecach. Gdzieś wśród odrętwiałych, niezbornych myśli brzmi echo trzech słów.
Anioł. Manekin. Grzech.
W oddali, nad niewyraźną kreską horyzontu słychać pomruk nadchodzącej burzy. Wiatr nasila się i uderza w ląd ze zdwojoną siłą, wyrywając z gleby pojedyncze źdźbła trawy. Słyszę głos Czarodziejki:
– Uciekaj! Idź do Południowej groty i znajdź Syreny. One cię ukryją.
Piorun rozpruwa matowe zwały chmur, a ja czuję na głowie i ramionach pierwsze, nieśmiałe krople deszczu. Coraz więcej trawy i ziemi wiruje w powietrzu, jakby były spanikowanymi szczurami, szykującymi się do opuszczenia statku.
– Uciekaj!
Zrywam się i biegnę przed siebie.

Pędzę, a za mną huczy burza. Szybko. Jeszcze szybciej. Powietrze płonie w moich płucach.
Anioł! Manekin! Grzech!
Uciekaj!
Zarośla są teraz jedynie pozbawioną szczegółów ścianą zieleni. Choć ich liście nie są zbyt ostre, w biegu kaleczę sobie dłonie i kostki. Mam wrażenie, że coś chce mnie tu zatrzymać – ziemia usuwa się spod moich nóg, a rośliny pochylają się, celowo zasłaniając mi drogę. Coś uderza mnie w twarz, coś wplątuje mi się we włosy. Nieważne. Biegnę dalej.
W końcu wybiegam na drogę. Dzieje się to tak niespodziewanie, że nieomal się przewracam. Przede mną ciągnie się wielka połać zieleni z brązową wstęgą znikającą za jednym z pagórków. Nad tym wszystkim unoszą się ciemne chmury, ale burza jeszcze tu nie dotarła.
Dalej. Muszę się śpieszyć.
Przystaję na chwilę, opieram dłonie na kolanach i głośno oddycham. Kręci mi się w głowie. Sukienkę mam, tak jak się spodziewałam, podartą i całą w brudnozielonych smugach. Jeszcze tylko kilka haustów zimnego powietrza i ruszam dalej. Najpierw powoli, ostrożnie, później przyśpieszam. Kamienie i drzewa stają się tylko wydłużonymi smugami, które błyskawicznie znikają z pola widzenia. Wiatr chłoszcze mnie w twarz, pył rani oczy.
Dalej!
Kiedy docieram do rozwidlenia drogi, cała jestem mokra od potu a moje kości wypełnia ołów. Dotykam dłonią piersi – przemęczone serce wyje z bólu.
Wybieram południowe rozwidlenie. Kryjówka Syren jest już niedaleko. Od tej chwili tylko maszeruję, zresztą nie mam siły na dalszy bieg. Czuję się jak żelazna, ociężała marionetka mająca zaraz uderzyć w ziemię z łoskotem.
Droga nagle znika we mgle. Biała, wijąca się chmura wisi parę centymetrów nad zielenią trawy. Wyciągam ręce przed siebie i wchodzę w nią. Jestem teraz ślepa, czuję tylko wszechobecną wilgoć muskającą moją twarz, wślizgującą się za kołnierz i wywołującą dreszcz w dolnej partii pleców.
Po jakimś czasie mgła przerzedza się. Jakieś dziesięć metrów przede mną dostrzegam dziurę w ziemi. Wzdłuż jej brzegów ułożono okrąg z szarych kamieni. Podchodzę bliżej i patrzę w czarną otchłań.
Oto Południowa Grota. Droga do Kryjówki Syren.
W nagłym odruchu odwracam głowę i spoglądam przez ramię. Tylko ślepa biel mgły. Nikt mnie nie ściga.
Rozpościeram ręce i rzucam się w dół. Pęd powietrza uderza we mnie, a potem zmysły pożera ciemność.

Twardo, ciepło, wilgotno.
Otwieram oczy i widzę zawieszony nade mną ciemny strop jaskini, na którym drży błękitna poświata. Leżę na lekko pochyłej, skalnej płycie. Ma tak gładką powierzchnię, że kiedy próbuję wstać, od razu zsuwam się w dół.
Kryjówka Syren to kompleks wykutych w kamieniu kanałów i basenów. Leży głęboko pod powierzchnią ziemi i prowadzą do niej tylko cztery groty – Południowa, Północna, Zachodnia i Wschodnia. Rozrzucone są po całej Głębokiej Krainie i ukryte wśród mgły, lasu i śnieżnej zamieci.
Przede mną ciągnie się kanał, wzdłuż którego ścian biegnie linia świecących kamieni. Otrzepuję się i ruszam przed siebie zasłuchana w niesiony przez echo szum.
Strach i napięcie powoli mijają – burza i mroczne słowa Czarodziejki wydają się tak odległe, jakby pochodziły z innego świata. Miejsce to wypełnione jest przyjemnym ciepłem, woda lekko paruje. Czuję jak po moich kościach rozlewa się miękka senność, jak powieki coraz bardziej ciążą ku dołowi. Już niedługo zrzucę z siebie brudne ubranie i zanurzę się w jednym z basenów.
Nagle coś przykuwa moją uwagę – smuga czerwieni na granicy pola widzenia. W wodzie unosi się purpurowa wstęga, która znika za zakrętem korytarza. Idę za nią jak kot za nitką prowadzącą do kłębka.
Za rogiem widzę kształt unoszący się w wodzie. Podchodzę bliżej. To syrena. Jest blada, napuchnięta i martwa. Przede wszystkim martwa.
Struga krwi rozszerza się, otaczając głowę rozmazaną, czerwoną aureolą. Włosy niczym wodorosty falują wokół roztrzaskanej czaszki. Oczy są tak wybałuszone, jakby miały za chwilę wysunąć się z oczodołów i popłynąć dalej z prądem.
Czuję nagły skurcz w brzuchu i z trudem powstrzymuję mdłości.
Coś nie gra. Coś poszło nie tak.
Odwracam głowę i ruszam dalej niczym automat. Bezwiednie wodzę palcem po ścianie. Serce wali mi niczym kościelny dzwon. Mam wrażenie, że wraz z nim kurczą się i rozszerzają wszystkie tkanki mojego ciała. Cała jestem nerwowym, panicznym rytmem.
Idę dalej. Woda szumi tajemniczo. Pamiętam, że za rogiem mieści się główny basen. Jeszcze tylko kilka kroków. Skręcam a moje serce nagle przestaje bić.
Widzę czerwień, całe morze obrzydliwej czerwieni. Unoszą się w nim martwe syreny – niektóre całe, niektóre rozkawałkowane. Wokół odciętych rąk, zmiażdżonych twarzy i nieruchomych ogonów wiją się obłe sznury jelit. Rozprute brzuchy pulsują niczym meduzy.
Cały ten koszmar pływa w wielkim zbiorniku, którego ściany i dno pokrywają fantazyjne płaskorzeźby. Są tu postacie z trójzębami, muszle i przeróżne morskie potwory. Wszystko to dopracowane jest w najdrobniejszym szczególe, ozdobione złotem i klejnotami. W końcu to ich główny basen, królewska macica Syren. Teraz dostojeństwo miesza się z odorem śmierci.
Patrzę na tą zupę z ciała i krwi i czuję, jak coś we mnie trzeszczy. To ciemne, smutne uczucie – tak, jakby ktoś zaciągnął czarne zasłony, zdusił w tobie opór zastrzykiem, wyciągnął zardzewiały nóż i wykastrował twoje szczęście. Otwieram szeroko załzawione oczy. To niemożliwe, ale świat pęka na pół, wygina się, faluje. Jest jak tafla wody, pod którą kotłuje się tonący człowiek. Cienie wypływają z kątów, kontury łamią się.
Nagle potężny huk rozrywa wszystko na kawałki. Stoję teraz na posadzce łazienki – włosy oplatają twarz niczym czarny welon, nogi mam podkulone, ręce z tyłu. Kafelki przypominają lód. Bolesny chłód ściska dłonie. Wokół walają się rozbite kawałki lustra, w poszczególnych odłamkach każdą komórką krzyczy moja twarz. Oko, usta, policzek. Roztrzaskane, umierające.
Kim jestem!?
Spomiędzy kafelków tryska ciemność, owija mi wokół nadgarstków i kostek swoje kolczaste macki, a potem ciągnie w dół. Opieram się, ale ona jest silniejsza. Szarpie mocno, a moje dłonie rozjeżdżają się na śliskiej powierzchni podłogi. Uderzam o nią głową i nagle czuję, że spadam w dół, w dół, w dół.

Tańczymy.
Wokół nas fruwają kandelabry – gwiazdy z ognia i złota ciągnące za sobą wstęgi roztopionego wosku, który ostatecznie zastyga na lśniącej podłodze. Cały ten migotliwy spektakl odbija się w ustawionych przy ścianach rzędach luster. To dzięki niemu ma się wrażenie się, że sala balowa jest pełna ludzi, że to towarzystwo z całego świata śmiga teraz po parkiecie, a nie robi to tylko nasza dwójka.
Tańczymy.
Z wystających z podłogi rur ustylizowanych na morskie muszle płynie muzyka. Długie, matowe skrzypce, iskry przeskakujące między strunami harf, nieśmiałe trójkąty, silne i brutalne trąby. To ta symfonia jest silnikiem, energią napędzającą ruch na całej sali. Nie wiadomo, co jest jej źródłem. Może to jakiś mechanizm schowany pod podłogą, coś na kształt monstrualnej pozytywki przebierającej tłokami i dźwigniami niczym przewrócony na grzbiet owad. Może jest tam ukryta prawdziwa orkiestra, zastęp duchów skazanych na wieczne odgrywanie tej samej melodii. Nieważne. Ważne, że my…
Tańczymy.
Ja i mój Anioł.
Ja z czerwonymi wstążkami powiewającymi u sukni. Anioł z dumnie rozpostartymi skrzydłami, które otaczają mnie półkolem. Patrzę w jego ciepłe i brązowe oczy. W tej chwili wydają się być wszystkim – cały świat zostaje zredukowany do jednego miłosnego spojrzenia. Są coraz bliżej. Towarzyszą im gładka skóra i delikatny uśmiech. Niespodziewanie nasze usta stykają się a między brzegami warg przeskakuje elektryczny impuls.
Sen pryska jak bańka mydlana.

Rzygowiny wydają się być żywą istotą – uparcie pełzną w górę obolałego przewodu pokarmowego, parzą język, rozpuszczają zęby i ciekną nosem. W końcu wydostają się na zewnątrz i chlustają na kamienną posadzkę po to, aby potem spłynąć w stronę basenu. Patrzę na nie i kręci mi się w głowie.
Po wymiotach przychodzą łzy. Ich już nie staram się powstrzymać. Podnoszę zaropiałe powieki i pozwalam im płynąć. Po chwili wszystko zdaje się mieć ich słony i gorący smak.
Jestem tu – wśród zimnych skał, ciepłej wilgoci i wypatroszonych syren, których ciała obijają się wciąż o siebie w basenie tuż obok mnie. Nie wiem, kim jestem i co się właściwie stało. W mojej głowie pulsuje teledyskowy kalejdoskop urywków wspomnień i uczuć. Pamiętam, że byłam Młodą Kobietą a zarazem Dziewczynką. Wiem, że codziennie malowałam usta szminką i nakładałam puder na policzki i że w tym samym czasie biegałam wśród wrzosowisk Głębokiej Krainy. Wracają do mnie różne obrazy i sceny, ale wszystkie są wyrwane z kontekstu i przez to pozbawione znaczenia. To jest jak przeglądanie cudzego albumu ze zdjęciami. Przy tym wszystkim mam świadomość jakiejś potwornej zbrodni, czegoś na kształt grzechu pierworodnego, który pozostaje jednak poza zasięgiem mojej pamięci.
Ocieram łzy i podnoszę się. Muszę iść, muszę wydostać się stąd, muszę przeżyć. Instynkt samozachowawczy zrobi z człowieka szmatę nawet wtedy, gdy zbawić go może tylko honorowa śmierć. Prowadzona przez niego błądzę wśród korytarzy Kryjówki Syren. Chyba gubię się, bo wokół robi się coraz ciemniej, żadne magiczne kamienie nie oświetlają mi już drogi. Mrok gęstnieje z każdym moim krokiem. W końcu dochodzi do tego, że muszę poruszać się po omacku. Błądzę dłońmi po śliskich, kamiennych ścianach, kaleczę się i potykam.
Po jakimś czasie robi się jednak jaśniej. Na początku myślę, że to złudzenie optyczne, że od wytężania wzroku zaczynam dostrzegać już różne odcienie czerni. Mam jednak rację. Zielona poświata pozwala mi z powrotem zobaczyć drogę. Jej źródło znajduje się za zakrętem. Wdrapuję się ostrożnie (nogi mam już całe poranione) na kamienny stopień i wchodzę do wielkiej jaskini. Jej ściany pokryte są przypominającymi grzyby organizmami – bulwiaste narośle z falującymi lekko rzędami czułek. To właśnie one są źródłem światła.
Pośrodku dostrzegam ciemną jamę. Podchodzę do jej krawędzi i widzę, że wypełnia ją czarna, bulgocząca woda. Śmierdzi. Na powierzchni zaczyna pojawiać się coraz więcej bąbli i nagle tafla wybrzusza się i pęka.
Cofam się przestraszona.
Z wody wynurza się szaro-zielona góra mięsa, ciemne strugi ściekają po jej pofałdowanej powierzchni. Widzę oplatający ją bluszcz sinych żył, wśród których wykwitają guzy i wrzody. Widzę trzy trupie głowy wystające w różnych punktach jej zdeformowanego ciała. Widzę gigantyczne, czarne oko spoglądające ślepo w dal. Widzę macki i przyssawki. Widzę to wszystko i czuję, jak strach wbija paznokcie w dolną część moich pleców.
– Witaj, Kluczniczko – to jedna z głów. Ma haczykowaty nos i odstające uszy, co upodabnia ją do goblina.
– Witaj – odpowiadam ostrożnie – skąd wiesz, kim jestem?
– Ja wiem wszystko, moja droga. To ja hipnotyzuję wszystko, co żyje moją pieśnią, prowadzę aż na skraj urwiska, gdzie czekam już osobiście z otwartą paszczą. To ja splatam i rozplatam wszystkie tkanki. Niektórzy myślą, że jestem rozwojem, ale tak naprawdę moją istotą jest rozkład.
– Kim więc jesteś?
– Mam na imię Ewolucja, jestem do twoich usług.
– Ewolucjo, powiedz mi, co tu się stało? Kto zabił syreny?
Czemu się pytasz? Przecież dobrze znasz odpowiedź.
– Zrobił to pewien nieświadomy wykonawca mojej woli. To cudowne, jak rzucony z błahych powodów kamyczek staje się przyczyną lawiny o skali wręcz ontologicznej, o eschatologicznej nie wspominając.
– Powiedz mi jeszcze, jak mogę się stąd wydostać? Zgubiłam się w tym labiryncie.
– Słoneczko ty moje gasnące, sprawa jest prosta. Klucz, który nosisz przy sercu nie służy wyłącznie do podróży między światami. Kiedy jesteś tu – w Głębokiej Krainie – możesz go wykorzystywać jako środek transportu, który zabierze cię w losowe miejsce. Wystarczy spróbować.
Sięgam pod sukienkę i dotykam twardego kształtu zawieszonego na mojej szyi. Wyciągam go i patrzę. To dziwne – moje wspomnienia dotyczące Głębokiej Krainy są jasne i poukładane. Czyżby więc świat pełen domów z betonu i szkła oraz autobusów (skąd ja w ogóle znam tą nazwę?) był tylko snem?
Nie mam pojęcia.
Obracam jeszcze chwilę w palcach klucz, po czym przekłuwam sobie nim wargę. Połykam kroplę krwi i wraz z nią spadam w dół ciemnego tunelu.

Inne niebo, inne gwiazdy.
Znajduję się pośrodku miasta, a ono płonie i trzeszczy. Ciemne kształty domów giną w jasnym ogniu, a wiatr parzy twarz popiołem. Coś za mną wybucha z głośnym hukiem. Odwracam się, ale widzę tylko szarą chmurę dymu. Kolejna eksplozja. Kątem oka dostrzegam wielki kształt lecący w moją stronę – to ściana walącego się domu. Otwieram usta z przerażenia.
Ktoś chwyta mnie za rękę i ciągnie do tyłu. Przewracam się, a tuż obok ściana roztrzaskuje się z impetem. Fala uderzeniowa ogłusza mnie, dym dusi, iskry oślepiają. Mdleję.

Kiedy się budzę, ciągle jeszcze czuję swąd spalenizny. Podnoszę się i odkrywam, że znajduję się w małym pokoju o białych ścianach. Naprzeciwko łóżka, na którym leżę, stoi metalowy stolik. Pokrywa go las wiatraczków – małych, dziecięcych zabawek, tym razem wyciętych z blachy a nie z papieru. Wszystkie obracają się synchronicznie, szumiąc usypiająco.
Przyciskam dłonie do nosa. Ogień. Popiół. Widma zapachów. A więc nic się już nie pali, wiatraczki sumiennie wykonują swoją pracę, a pożar istnieje tylko już pod postacią traumy w mojej głowie. Dobre i tyle.
Gdzie ja jestem?
Podchodzę ostrożnie do drzwi. Kiedy dotykam ich palcem, same odsuwają się, odsłaniając na chwilę rząd tłoków i trybików. Widocznie trafiłam do tej części Głębokiej Krainy, w której rozwinęła się technika.
Za progiem czeka na mnie jeszcze więcej urządzeń. Stoję teraz na średniej szerokości balkonie a przede mną rozpościera się hala pełna ruchu i hałasu. Najpierw moją uwagę przykuwa gigantyczny zegar o barwie ciemnego złota. Setka żelaznych części obraca się bezgłośnie za szklaną powłoką. Są tu jeszcze rusztowania, wokół których owijają się rurki wypełnione różnokolorowymi płynami, ruchome wózki załadowane przeróżnymi towarami i małe laboratoryjne stanowiska pełne mikroskopów oraz probówek.
Nagle słyszę za sobą czyjeś ciche kroki. Ktoś kładzie rękę na moim ramieniu. Sztywnieję początkowo ze strachu, ale w dotyku przybysza jest coś delikatnego i uspokajającego. Odwracam się ostrożnie i widzę postać w bieli. Duch - to moje pierwsze skojarzenie, drugie - zakonnica. To smukła i wysoka kobieta ubrana w coś pomiędzy habitem a mundurem wojskowym. Długa szata ciągnie się aż do ziemi, a na ramionach pysznią się srebrne pagony. Twarz nieznajomej zasłania woalka i widzę tylko oczy w kolorze intensywnego błękitu.
-W wyniku pożaru hale techniczne musiały zostać częściowo przekształcone na szpital – wyjaśnia niespodziewanie.
Nic nie mówię, tylko spoglądam na nią pytająco. Po chwili ciszy moja towarzyszka pochyla głowę, wzdycha i zaczyna mówić:
-Manekin. Tak, to on. Zniszczył już wiele osad Głębokiej Krainy, teraz dotarł do nas. Szedł za nim magiczny ogień, który trawił nawet stal i beton. Mieliśmy broń, mieliśmy nasze roboty, ale nie byliśmy w stanie odeprzeć jego ataku. To diabeł, który chce tylko zagłady naszego raju. Szukał kogoś – tu zawiesza głos – szukał ciebie, Kluczniczko.
Powiedziawszy to, wyjmuje z przedniej kieszeni szaty rozerwany sznurek z moim odłamkiem gwiazdy, po czym wyciąga go w moją stronę. Kiedy biorę go od niej, klucz rozbłyskuje na chwilę pod dotykiem moich palców.
-Dobrze się czujesz? – pyta mnie po dłuższej chwili.
-Tak – odpowiadam.
-W takim razie przyszedł chyba czas byś porozmawiała z Małym.
-Kim on jest?
-To nie takie łatwe pytanie. To coś na kształtu mózgu naszego miasta. Zrozumiesz, jak sama go zobaczysz. Chodź za mną.
Prowadzi mnie do windy. Zjeżdżamy w dół wśród stukotu i zgrzytu. Patrzę na moją towarzyszkę i uświadamiam sobie, że ciągle nie znam jej imienia.
Nagle wszystko zaczyna się trząść, ma moją głowę spada deszcz iskier, a ja sama padam na podłogę. Winda zatrzymuje się
-Wybacz niedogodności. Nasza infrastruktura techniczna uległa poważnym uszkodzeniom i nawet tu – w najlepiej zachowanej jednostce – nie wszystko działa tak, jak powinno.
Kobieta w bieli pomaga mi się podnieść i razem wychodzimy na zewnątrz
Krajobraz za drzwiami jest stalowo szary. Przede mną wśród dymu majaczą widma budynków - stopionych i zniekształconych niczym cynowe żołnierzyki wrzucone do ognia. Wieże przypominają świece ze stalowymi łzami ściekającymi po ich bokach. Jest jeszcze popiół, cała pustynia popiołu, który chrzęści pod stopami i niesiony wiatrem gryzie w oczy.
-Dalej. Mały znajduje się na granicy miasta.
Po drodze dołączają się do nas kolejni ludzie. Nic nie mówią, zerkają tylko na mnie ukradkiem. Wielu z nich ma na sobie jeszcze opatrunki, niektórzy pozbawieni są nawet kończyn. Widząc ich okopcone twarze i puste oczy, zaczynam czuć coraz większy niepokój. Cisza jest jak flegma – gęsta, gorzka, dławiąca.
W końcu zniszczone zabudowania zaczynają rzednąć i docieramy do czegoś na kształt namiotu cyrkowego. Jego czarną powierzchnię pokrywają białe, podobne do arabskiego pisma wzory. Wewnątrz pełno jest piasku i kamieni. Pośrodku wykopano dość głęboki dół, przy jego ścianie majaczy jakiś kształt.
Ktoś z tyłu niespodziewanie mnie popycha, ktoś inny podstawia nogę. Upadam z łoskotem na ziemię.
-Teraz się zabawimy, mała dziwko.
Podnoszą mnie do góry i wloką po ziemi w stronę dołu. Kamienie rozcinają skórę na moich nogach, stare strupy ponownie zaczynają krwawić. Teraz już wszyscy się na mnie patrzą – cała galeria szyderczych i nienawistnych twarzy.
-Myślisz, że wszystko ujdzie ci na sucho? Myślisz, że cały świat będzie nadstawiał za ciebie karku? Już zabiłaś Anioła, a teraz prawie wykończyłaś nas. Koniec z tym! On już na ciebie czeka, a nam pozwolił jeszcze trochę się z tobą zabawić - to kobieta w bieli, napastliwa, wściekła.
W końcu docieramy do krawędzi i zostaję zrzucona w dół. Kiedy kurz opada, widzę co kryło się przy ścianie. To istota złożona ze zdeformowanego niemowlaka o żółtej skórze oraz zwojów różnokolorowych kabli i drutów. Jest jak meduza – faluje i nadyma się.
-Bierz sukę, Mały!
-Smacznego!
Podnosi zdeformowaną czaszkę i widzę jego tęczówki rozlewające się po całej powierzchni ogromnych oczu niczym plamy oleju. Rusza w moją stronę. Na wpół kroczy na metalowych odnóżach, na wpół pełznie śliskim brzuchem po piasku. Chaos poranionego ciała i zimna pewność technologii.
Kulę się i wtulam w twardą ścianę. Czuję wijące się w żołądku obrzydzenie. Krzyczę. Nie chcę, żeby to coś mnie dotknęło. Zabierzcie to ode mnie. Zabierzcie!
Tłum na górze śmieje się i wiwatuje.
Nagle w moją stronę wystrzeliwuje macka skręcona ze skóry i kabli. Chwyta mnie za lewą rękę, druty wbijają się w skórę, sięgają głębiej aż słyszę zgrzyt kości. Są jak spragnione mięsa robaki. Czuję potężne szarpnięcie. Ścięgna pękają, krew miesza się z piachem. Pozostaję bez ręki. Na początku endorfiny zamrażają ból, ale cierpienie i tak rozlewa się w końcu po całym kikucie.
Wszystko staje się białe i jasne. Kontury wydają się niezwykle wyraźne, wręcz skrzą się i emanują mlecznym światłem. Mały pochłania mnie. Przyciąga mnie do siebie aż dotykam jego galaretowego ciała. Wnikam w nie i nagle znajduję się w ciemnym, wilgotnym łonie obcego organizmu. Wnętrzności wiją się i bulgoczą, a płyny organicznie zalewają mi usta cuchnąca breją. Gdzieś blisko mnie bije jego potworne serce. Nagle, kiedy już tylko chwila dzieli mnie od omdlenia, słyszę dziwny dźwięk. To odgłos umysłu pękającego jak bombka.

Jest biel a z niej wyłaniają się kształty – kroplówka, oparcie łóżka, stolik z jednym, samotnym kwiatkiem w wazonie. Czuję potworne swędzenie, moja skóra wręcz płonie. W wyobraźni widzę, jak pojawiają się na niej kolejne krwistoczerwone bąble.
-Gdzie ja jes….
Zanim udaje mi się zadać pytanie, wszystkie przedmioty cofają się i nikną w białym świetle. A potem jest znów tylko ciemność.

Pokój wypełnia zapach róż. Otwieram oczy, widzę nad sobą fioletowo-złoty baldachim i przez chwilę jest mi dobrze. Przez chwilę, bo potem wracają wspomnienia i ból znów odżywa w kikucie.
Leżę w wielkim, królewskim łożu a wokół otaczają mnie staroświeckie meble. Ktoś zawinął pozostałości mojej ręki w bandaż, który teraz jest już czarny od krwi. Mam coś na twarzy. Dotykam ręką i czuję pod palcami śliską, pełną bruzd powierzchnię.
Ignorując zawroty głowy, zrywam się z łóżka i podbiegam do lustra wiszącego obok bogato rzeźbionej komody.
Świnia. To maska świni pozszywana ze skrawków poszarzałej skóry. A więc tak mnie napiętnowano. Sięgam do tyłu, odszukuję palcami we włosach węzeł, rozplątuję go i odrzucam to ścierwo z obrzydzeniem.
Rozglądam się. Nagle rozpoznaję miejsce – to zamek, nasz zamek, ten sam, w którym kiedyś mieszkałam z Aniołem, kiedy jeszcze łączyła nas miłość. To znaczy, że on jest niedaleko. Na myśl o tym czuję, jak na moim sercu zaciska się wielka, lodowata pięść, ale obok strachu pojawia się także coś na kształt pełnej rezygnacji ulgi.
Przekręcam złotą gałkę w drzwiach i wychodzę na korytarz, gdzie dostaje od razu gęsiej skórki. Białe ściany emanują trudnym do zniesienia zimnem. Mój oddech zamienia się w parę.
Wybieram prawą odnogę. Po drodze mijam puste ramy po obrazach, które teraz wypełnia tylko bezdenna ciemność. Wszystkie sny zgasły, to miejsce jest teraz martwe.
Docieram do schodów. Są niewiarygodnie długie i śliskie. Prowadzą do sali balowej z mojego snu – tym razem jednak brak tu świec i muzyki. W kątach zalega mrok.
Nagle dostrzegam go. Wyłania się bezszelestnie z cienia. Pozbawiony twarzy, gładki kształt o cielistej barwie. W podzielonej na trzy segmenty ręce trzyma kosę.
-Ty!
Mój Boże, głos ma ciągle taki sam. Teraz wypełnia go tylko chłodna nienawiść, ale zachował starą barwę i melodię. Uginają się pode mną kolana.
Rusza w moją stronę. Kosa błyszczy złowrogo. Jego kroki są niczym pogrzebowe dzwony. Odbijają się od ścian sali, uderzają w moje bębenki, paraliżują mnie strachem. Nie jestem w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa, chcę odwrócić się i biec przed siebie z krzykiem, ale nie potrafię. Nie potrafię! Nagle…
Huk. Błysk. Krzyk:
-Giń!
To Czarodziejka. Pojawia się znikąd i zaklęciem posyła Manekina na ścianę. Stoi w postrzępionej i osmalonej szacie, a małe wyładowania elektryczne przeskakują między jej palcami.
Manekin podnosi się z ziemi i zaczyna się walka. Skaczą, odbijają się od ścian, w końcu lewitują tuż pod zdobionym freskami stropem. Czarodziejka miota w niego piorunami, ogniem, kwasem, lodem. Z jej rąk wylatują druty kolczaste i noże. Powietrze aż trzeszczy od magicznej energii, ściany sali balowej wybrzuszają się i pękają, plując wkoło gruzem i pyłem.
Jej przeciwnik wydaje się być bezsilny – potrafi jedynie unikać ataków i zasłaniać się kosą. Nagle Czarodziejce udaje się go trafić i połowa lewej ręki Manekina znika w strumieni żrącej substancji. Ten upada na ziemię z hukiem i zastyga nieruchomo.
Wstrzymuję oddech. Umarł? Nie. Próbuje się podnieść, ale głowa opada mu na ramiona. Zgina i rozprostowuje nogi.
Czarodziejka nie czeka na dalszy rozwój wypadków. Unosi w górę ręce i zaczyna krzyczeć. Głośno, wściekle i przeraźliwie. Kilka centymetrów nad koniuszkami jej rozczapierzonych palców formuje się kula światła, która stopniowa się powiększa. Skupia w sobie wszystko – żywioły scalone ze sobą w jedną ryczącą masę energii, skałę, która raz po raz zmienia stan skupienia, nawet tkanki i żyły uwolnione z harmonii ludzkiego ciała, wijące się i pulsujące.
To bardzo potężne zaklęcie. Przez chwilę myślę, że jest już po wszystkim.
Przez chwilę, bo nagle Manekin podrywa się z ziemi i z niewiarygodną szybkością doskakuje do Czarodziejki. Powietrze przecina kosa. Na białej szacie wykwita czerwona wstęga, a magiczna kula rozpada się na miliony świecących drobin. Drugi cios rozłupuje na pół maskę Czarodziejki. Jej głowa odskakuje do tyłu wśród kłębów czarnych włosów.
Patrzę na nią i widzę siebie. Starszą i pokrytą bliznami, ale ciągle siebie. Co to znaczy?
Nie poznaję odpowiedzi. Trzeci cios Manekina zamienia twarz Czarodziejki w chmurę krwi i kości. Jej cało opada ciężko w dół.
Klęczę na ziemi całkowicie bezradna. Wiem, że to już koniec. Manekin też wie. Odrzuca na bok kosę, podchodzi do mnie wolno i wyciąga do mnie rękę.
-Chodź. Teraz dowiesz się, co zrobiłaś.
Podnoszę i dotykam jego dłoni. Nie jest ani ciepła, ani zimna. Jest więcej niż martwa – jest plastikowa.
Jedna ze ścian rozsuwa się przed nami i wchodzimy do korytarza, którego podłogę wyścieła czerwony dywan. Na końcu znajduje się coś na kształt kapliczki. Za przedstawiającymi zdeformowane i okaleczone postacie witrażami czai się mrok. Pośrodku, na pełniącym rolę ołtarza podwyższeniu znajdują się dwa wysokie świeczniki i wielkie lustro. Jego powierzchnia zaczyna powoli migotać, pojawiają się na niej pierwsze obrazy i kształty.
Patrzę. Chłonę. Przypominam sobie. Kształty, postacie, zdarzenia migotają przede mną. układając się w niepokojący kształt – kształt prawdy. Lustro karmi mnie, syci, tuczy, zabija. Czuję jak to wszystko – delikatność, smutek, strach, ból, cała kopalnia bólu – wypełnia mnie niczym balon. Puchnę, krew przyśpiesza w żyłach, uderza do mózgu, który pęcznieje czerwienią niczym dojrzały owoc, tak bardzo, że prawie nie rozsadza czaszki i nie ścieka po tworzy i policzkach. Dojrzewa we mnie kwiat goryczy – rozkłada czarne płatki i owija się wokół duszy swoją kolczastą łodygą. Nie płaczę już, nie potrafię – łzy pozostają gdzieś w głębi oczodołów, paląc mnie solą. To nie egzekucja przeprowadzana wśród krzyku i protestu. To lincz, podczas którego nawet kamień nie potrafi zmazać z twarzy skazańca szarej apatii. Kiedy seans dobiega końca, biorę stojący obok świecznik i rzucam nim w lustro. Srebrne odłamki jeszcze długo wirują na podłodze.
Patrzę na nieruchomego Manekina/Anioła, po czym klękam i podnoszę jeden z kawałków o kształcie trójkąta. Wyciągam go w jego stronę.
-Bierz.
Bierze. Podchodzi do mnie i odgarnia mi włosy z twarzy. Przez chwilę mam wrażenie, że chce mnie pocałować, ale przecież nie może – zamiast ust ma plastik. Zamiast tego podnosi w górę rękę, a potem z zamachu tnie szkłem wzdłuż mojego gardła. W krótkim przebłysku widzę na jego powierzchni znajomą postać – to zdeformowany kształt Ewolucji. Uśmiecham się gorzko, bo teraz już wszystko wiem. Już wszystko wiem.





Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -