Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




NORMANDZKI TEATRZYK KUKIEŁKOWY

Wojciech Grzelak

Dick Harding zwisał jakieś dwanaście stóp ponad ziemią na linach zaczepionego o gałęzie drzewa spadochronu, a trzydzieści jardów dalej tonął w bagnie jego najlepszy przyjaciel Walter Forrester.
- Pomóż mi, Dick! – wołał Walter.
- Cicho, cicho – uspokajająco jak do dziecka szeptał Harding w stronę wyrastającego z brunatnej mazi popiersia Forrestera. Nie mógł mu pomóc. Zbyt silny wiatr zniósł go daleko poza wyznaczony rejon lądowania i zawiesił na konarze jak choinkową zabawkę. Gwałtowne szarpnięcie złamało mu lewą rękę, a kiedy sięgnął po nóż, aby odciąć linki, usłyszał nagle swoje imię tak wyraźnie, jakby było ono wypowiedziane wprost do jego ucha. I wtedy nóż wypadł mu z dłoni. Widział dokładnie drewnianą rękojeść do połowy ukrytą w trawie, cztery metry od czubków swoich butów.
- Dick, tu jestem! – krzyczał Forrester.
- Ciszej, Walter, sprowadzisz Niemców – tak przywitał przyjaciela na ziemi, którą wspólnie mieli zdobywać. Rozstali się zaledwie kilkanaście minut wcześniej. Dick klepnął po ramieniu Forrestera, który miał skakać pierwszy, Walter uśmiechnął się, uniósł do góry kciuk, zrobił krok w pustkę i zniknął, a zaraz potem wyskoczył Harding, ale nie dojrzał już swojego poprzednika: wokół był tylko rozcieńczony odrobiną matowego blasku fiolet i gdzieś tam w dole ziemia. Mieli jedną szansę na tysiąc, żeby wylądować tuż obok siebie, lecz spotkali się i dzielił ich dystans nie większy niż podczas którejś ze wspólnych partii tenisa. Ale nie mogli podać sobie dłoni, bo ramiona Forrestera obejmowało trzęsawisko, Harding zaś, choć prawą ręką mógł dosięgnąć linek spadochronu, nie potrafił niczego zdziałać bez noża. Z oddali dochodziły strzały, to walczyła ich brygada, która musiała wytrzymać kilka godzin, dopóki na plaży nie wyląduje desant.
- Dick, pomóż mi! – wrzeszczał Forrester.
Jego głowa i barki były groteskowo przyczepione do wielkiej płachty spadochronu, która, chociaż częściowo nasiąknięta wodą, pozwalała się jednak jeszcze poruszać wiatrowi, jakby zastanawiając się, czy warto już niczym całunem nakryć to, co pozostawało z ciała Waltera powyżej powierzchni topieli.
- Uspokój się, proszę cię, uspokój się, na Boga! – szeptał Harding, nie zważając na fakt, że prawdopodobnie Forrester w ogóle go nie słyszy. Od chwili, kiedy Walter rozpoznał go w słabym świetle przedświtu i zawołał po imieniu, Dick bał się tylko jednego – Niemców, którzy mogą usłyszeć krzyki Forrestera. Błagał go, żeby się uciszył, ale Walter nie zważał na jego słowa i bez przerwy, bez sekundy przerwy wzywał pomocy przyjaciela. Bagno pochłaniało spadochroniarza bez pośpiechu, tak, jak na towarzyskim przyjęciu zjada się jedyny kawałek tortu, jaki można tam otrzymać. Pozbawione naszywek naramienniki Waltera znikły już całkiem, ale nad powierzchnią błota pozostawała ta przeraźliwie długa szyja Forrestera i osadzona na niej głowa z czerwoną raną wciąż otwartych ust.
„Dick – pomóż mi – Dick – proszę – ratuj mnie – pomóż mi – Dick” – stukało jak telegraf w mózgu Hardinga, a on nawet nie mógł zatkać uszu. Co chwilę spoglądał na zegarek, jakby istniała jakakolwiek godzina, która mogłaby przynieść ocalenie. Był to zegarek Forrestera – zamienili się kiedyś, bo Walterowi bardziej podobała się doxa Dicka. Zegarek Hardinga tkwił teraz na przegubie Waltera, w którym żył jeszcze tylko oszalały puls, gdzieś tam, w trzewiach bagna, oblepiony mułem i Dick pragnął z całej swojej przerażonej duszy i z całego swojego jeszcze bardziej przerażonego ciała, aby wreszcie ten muł – czarny, gęsty i ciężki – wlał się przez wargi oraz zęby Forrestera czepiając się jego języka i zaklejając oślizgłą lawą gardło.
- Dick, błagam cię, pomóż, Dick, Dick...
- Zamknij się nareszcie, ty sukinsynu! – zapiszczał Harding.
- Dick, ratuj mnie, Dick...
Harding widział, jak błoto podchodzi pod trupio bladą szyję Forrestera. Z niesamowitą ostrością rysował się tuż ponad połyskującą mazią podbródek Waltera, ogolony starannie wczoraj wieczorem pożyczoną od Dicka żyletką, a poniżej szamotała się jak obrzydliwe błotne stworzenie rozedrgana grdyka. Harding czuł mdłości i był bliski obłędu.
- Dick, Dick!... – wył Forrester.
Nieprzytomny ze strachu Harding opuścił dłoń szukając pasa.
- Ratuj mnie, Dick, ratuj! – skowyczał rozpaczliwie Walter.
Dick opanowując drżenie ręki strzelał raz po raz, a czaszka Forrestera podrygiwała śmiesznie jak puszka pełna czerwonej farby, aż w końcu uszedł z niej kształt i była już tylko czymś, co patrzyło na Hardinga twarzą wykonanej przez debilne dziecko pacynki. Wtedy w pistolecie Hardinga zabrakło nabojów.
Dick opuścił głowę i płakał bardzo cicho, tak, aby nie usłyszeli tego Niemcy, a wiatr kołysał nim jak popsutym pajacykiem.

* * *

Sturmfuehrer Hermann Ploetz, stojący dziesięć kroków za Hardingiem, odwrócił się od wstrząsanych łkaniem pleców spadochroniarza i lekko skinął dłonią w skórzanej rękawiczce. Był poranek szóstego czerwca 1944 roku i od drugiej w nocy lądowały w Normandii trzy alianckie dywizje powietrzno-desantowe, a Ploetz starał się, aby możliwie jak największa liczba skoczków nigdy nie zdołała oswobodzić się z linek spadochronów. Nad bagno przybył z częścią swoich ludzi w momencie, gdy Harding wśród trzasku łamanych gałęzi zawisnął na drzewie. Strzelec Shaefer uniósł karabin i złożył się do strzału, ale Ploetz, kiedy usłyszał wołanie Forrestera, polecił mu zaczekać. Teraz, po upływie dokładnie siedmiu minut, mógł on już wykonać rozkaz.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -