Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




CICHA NOC

Kamil Mania

1

- Spóźniają się - powiedziała do męża Elizabeth Scottmayer patrząc na duży zegar stojący w jadalni. Było wpół do siódmej, a goście mieli przyjechać punktualnie o szóstej.

Andrew przechadzał się po pokoju nerwowym krokiem. Jego brat za bardzo cenił punktualność, żeby się spóźnić. I to jeszcze w Wigilię Bożego Narodzenia, gdzie stół jadalny czekał zastawiony na sześć osób, a olbrzymi indyk, którego Liz przygotowywała tak skrupulatnie stygł w piekarniku. Słysząc słowa żony Andrew uśmiechnął się lekko pod nosem i podszedł do żony.

- To nie w stylu Freda. Wierz mi, nigdy nie udało mu się spóźnić. Chociaż… -podszedł do okna i ledwo co zobaczył na zewnątrz. - Przez taką pogodę dzieją się różne rzeczy. Korki na ulicach, wypadki (Tu Elizabeth zakryła twarz rękoma)… dużo rzeczy. Daj spokój Liz, nie martw się, lada chwila zjawią się.
- Mam nadzieję - uśmiechnęła się blado do męża.
Minęła siódma, dochodziła kwadrans po, kiedy Monica zaczęła marudzić. Była już na pewno głodna i dochodziła jej pora snu. Podbiegła do matki domagając się jeść, pić i wszystkiego naraz. Wtuliła swoją małą główkę w pierś Liz i zaczęła płakać.

Elizabeth, która siedziała przy kominku wstała i poszła z małą do salonu, gdzie Andrew oglądał telewizję.
- Może byś zadzwonił do Freda lub Very?
- Dzwoniłem już do ich domu i na komórki, nikt nie odbiera - odparł zrezygnowany.
- Zjedzmy coś szybko i kładźmy się spać, wszyscy jesteśmy wyczerpani.

Całą trójką ruszyli do jadalni. Tam Elizabeth podała im indyka odgrzewanego w mikrofali z ziemniakami. Jedli w milczeniu, ubrani w odświętne stroje, Andrew w swój najlepszy garnitur, którym miał zaimponować swojemu bogatemu bratu, Elizabeth w ciemną garsonkę i elegancką spódnicę. Nawet czteroletnia Monica miała na sobie swoje najlepsze ubranie. Przez cały czas nic nie mówili, wszyscy wściekli na rodzinę Freda, których nie widzieli od kilkunastu miesięcy i którzy już dawno planowali wspólną Wigilię. Cała trójka była głęboko zamyślona i wpatrzona w swoje talerze, że na dźwięk dzwonka u drzwi podskoczyli przestraszeni.
- No trochę po czasie - mruknął Andrew. Wstał od stołu, wytarł ręce serwetką i skierował się w stronę hollu. Za nim pobiegła Elizabeth poprawiając swoją sukienkę. Jedynie Monica została na swoim miejscu. Swoimi zielonymi, dużymi oczami wpatrywała się w wirujące płatki śniegu za oknem, które coraz szybciej przekształcały się w wielką i potężną śnieżną zamieć.


2

Kiedy Andrew otwierał drzwi frontowe spodziewał się zobaczyć rodzinę swojego brata i ich zaparkowany pod domem nowy samochód. Jednak zamiast przystojnego czarnowłosego mężczyzny z wysoką blondynką i młodym chłopcem, zobaczył niskiego, puszystego mężczyznę, z wielką czapą na głowie. Mężczyzna miał przy sobie torbę podróżną i widać nie przyjechał tu samochodem, tylko przyszedł na piechotę prawie dwie mile od najbliższej drogi asfaltowej.

- Mogę wejść? – zapytał tubalnym głosem.
Andrew odsunął się z wejścia i wpuścił mężczyznę. Ten tupając ośnieżonymi butami o wycieraczkę wszedł do pomieszczenia. Zdjął cienkie rękawice i futrzaną czapkę z głowy.
- Proszę mi wybaczyć za tak późne najście i to jeszcze w tak uroczysty dzień -powiedział patrząc na eleganckie stroje Andrew i Elizabeth. - Ale chciałbym skorzystać z telefonu. Mój samochód, już dość stary dodge, stanął mi na drodze, akurat przy ścieżce prowadzącej do waszego domu. Mam do pokonania jeszcze trochę kilometrów i chciałbym skontaktować się z miejscowym mechanikiem albo z pomocą drogową.

Andrew spojrzał na Elizabeth. Ta kiwnęła lekko głową.
- Telefon jest tam, panie…
Mężczyzna podszedł szybko do Elizabeth i ucałował jej dłoń.
- Nazywam się Stone. Kevin Stone - powiedział zmieszany ściskając rękę Andrew’a.
Uśmiechnął się do małżeństwa serdecznie. Miał rumianą twarz i był ostrzyżony na jeża. Wyglądał na sympatycznego człowieka, jednak miał trochę przenikliwy, świdrujący wzrok.
- To moja żona Elizabeth. A ja jestem Andrew. Miło nam pana poznać. Bardzo proszę za mną. Zaprowadzę pana do telefonu. Jest w jadalni.
Stone ruszył za Andrew’em, Elizabeth za nimi. Rzucała ukradkowe spojrzenia na gościa. Stone cały czas trzymał swoją torbę, nawet nie zdjął kurtki. Przypominał kaczkę, gdy głośno człapał za Andrew’em. Gdy dotarli do jadalni, Stone od razu spostrzegł Monicę, która nieruchomo siedziała przy stole grzebiąc niedbale widelcem w swojej porcji indyka.
- Widać że macie państwo śliczną córkę, hę?
- To Monica, ma cztery latka. Jest trochę nieśmiała. Monico przywitaj się z panem.
Stone podszedł do dziecka uśmiechając się szeroko. Wyciągnął rękę w stronę dziewczynki. Jednak ta patrzyła się tylko na nieznajomego i nie miała zamiaru witać się z człowiekiem.
- Monico przywitaj się z wujkiem Kevinem - powiedział pod nosem Stone pokazując zęby w jeszcze szerszym uśmiechu.

Dziewczynka się rozpłakała. Elizabeth od razu podbiegła do córki i wzięła ją na ręce. Zaczęła ją uciszać i całować po twarzy, powtarzając że nic jej nie grozi.
- Bardzo mi przykro pani Scottmayer, ja nie chciałem…
- Tutaj jest telefon - zawołał z drugiego końca jadalni Fred wskazując aparat leżący na małym stoliku. Stone znowu się uśmiechając podszedł to telefonu i podniósł słuchawkę. Zaczął wybierać numer i stukać w widełki.
- Widać zamieć zerwała łącza i telefon nie działa - powiedział w końcu.
Andrew wziął od mężczyzny słuchawkę. Rzeczywiście. Słychać tylko było ciągły, głuchy sygnał.
- Proszę zaczekać, mam komórkę w salonie - powiedział Andrew. - Proszę ze mną panie Stone, zaraz skontaktuje się pan z pomocą drogową… A ty Liz - rzekł do żony. - Połóż małą spać, widać jest już zmęczona, zwykle jest otwarta dla ludzi -uśmiechnął się lekko do Stone. Ten odpowiedział mu swoim szerokim uśmiechem.
Wszyscy wyszli z jadalni. Elizabeth z Monicą poszły schodami na piętro, a mężczyźni weszli do pomieszczenia, w którym Andrew oglądał telewizję. Był to duży, przestronny salon z używanymi, ale ładnymi i starannie dobranymi meblami. Andrew podszedł do stolika na którym znajdował się jego telefon komórkowy, jednak stolik był pusty. Sprawdził swoje kieszenie, zajrzał pod sofę. Ukradkiem zobaczył jak Stone rozgląda się po salonie, oglądał szafki z książkami, z porcelaną, podszedł do kominka…Andrew w dalszym ciągu szukał komórki.
- Gdzie ja ją podziałem? Przecież zostawiłem ją tutaj…
Odwrócił się i przed nim stał Stone. Jak zwykle uśmiechając się od ucha do ucha.
- Mógłbym przysiąc, że widziałem ją niecałe pół godziny temu. Proszę wybaczyć Panie Stone, ale będziemy musieli poczekać chwilkę na moją żonę, może ona wie gdzie jest mój telefon. Nie wiem gdzie zapodziałem swojego Samsunga…
Stone cały czas wpatrywał się we Freda:
- Nic nie szkodzi Panie Scottmayer, w tak pięknym salonie mógłbym czekać całą wieczność.
Stone wziął ze stolika pilot do telewizora i włączył go. W telewizji leciał akurat koncert kolęd. Mężczyzna momentalnie zwiększył dźwięk odbioru programu.
- Zaraz, co pan robi, skąd pan zna…
Lecz były to ostatnie słowa Andrew Scottmayera. Stone wyciągnął zza siebie pogrzebacz, który znalazł przy kominku, kiedy Scottmayer zajęty był szukaniem telefonu i zanim mężczyzna zdołał wydać jakiś krzyk, przybysz podniósł pręt, i uderzył nim w sam środek głowy Andrew’a. Mężczyzna upadł na podłogę, przewracając przy tym stolik. Próbował krzyknąć, lecz krew która zaczęła mu ściekać dużym strumieniem na twarz, powodowała dławienie się mężczyzny. Stone podszedł do Scottmayera, który chciał się podnieść, lecz ten kopnął go swoim butem w nos. Mężczyzna próbował czołgać się po podłodze, jednak Stone, chcąc mu zaoszczędzić cierpień uderzył go pogrzebaczem jeszcze raz, co spowodowało pęknięcie czaszki i szybką śmierć Scottmayera.
Stone dumnie stanął nad ofiarą, zdjął grubą kurtkę i zrzucił ją sofę. Nieźle się spocił przy tej robocie. Schował pogrzebacz do swojej torby podróżnej. Przyciszył trochę telewizor i uśmiechnięty szeroko wyszedł z pokoju.


3

Kiedy Monica leżała już spokojnie pod kołderką, a Elizabeth zaczynała czytać jej bajkę, z dołu dobiegł ich hałas telewizora. Liz zdziwiła się nieco, gdyż Andrew miał pomagać skontaktować się Stone’owi z pomocą drogową, a nie zapraszać na miły wieczór kolędowania. Akurat leciała kolęda "Cicha noc" w wykonaniu jakiegoś znanego chóru, kiedy dało się słyszeć jakiś ledwo słyszalny, przytłumiony huk. "Jakby coś spadło"- pomyślała Elizabeth i spojrzała na swoją córkę, której oczy robiły się coraz większe.

- Mamusiu, gdzie jest tatuś?- spytała lękliwie patrząc na matkę.
- Poszedł pomóc panu Stone’owi zadzwonić po pomoc drogową - odpowiedziała nerwowo uśmiechając się.
Nagle telewizor momentalnie ucichł. Jednak cały czas dało się słyszeć cichy dźwięk kolęd. To wszystko wina tego domu. Przez ściany z najtańszego materiału wszystko było słychać. Kupili go niecały rok temu, kiedy mieli dość mieszkania w przyczepie kempingowej. Nowego domu szukali dość długo, ale znaleźli i to po bardzo okazyjnej cenie. Czteropokojowy domek, słaba konstrukcja, przeciekający dach i prawie dwie mile od głównej drogi. I tylko za dziesięć tysięcy dolarów. Ucieszona perspektywą dobrej okazji rodzina Scottmayerów bez słowa sprzeciwu, zamieszkała w Clutterblink, nie zdając sobie sprawy z tego, że kolejne dziesięć tysięcy dolarów będą musieli przeznaczyć na remonty.
- Mamusiu - przerwała rozmyślania Liz jej córka.
Elizabeth spojrzała na Monicę, oderwana od swoich myśli.
- Ten nowy pan jest jakiś dziwny. Tak na mnie dziwnie patrzył i uśmiechał się do mnie… Kiedy przyjdzie tatuś?
- Już pewnie wraca, pewnie odprowadza pana Stone’a do drzwi… Idź już spać kochanie. Tatuś na pewno do ciebie zajrzy - pocałowała córeczkę w czoło i zapaliła nocną lampkę.
- Mamusiu, nie zostawiaj mnie, proszę, ja się boję.
Elizabeth w głosie córki rzeczywiście wyczuła strach.
- Zaczekaj kochanie, mamusia zejdzie zobaczyć gdzie jest tatuś…
Monica zaczęła cicho płakać. Liz podeszła do niej i wzięła ją na ręce. Zaczęła kierować się w stronę drzwi na malutki korytarzyk. Gdy była już przy drzwiach, usłyszała jak ktoś idzie w stronę schodów.
- Widzisz kochanie, tatuś już wraca - uśmiechnęła się szeroko do córki. Ta jednak cały czas wyglądała na przestraszoną. Liz podeszła do drzwi i przekręciła klamkę. Wyjrzała na korytarz. Był mały i ciasny. Pokój Monici znajdował się na końcu korytarza, po jednej stronie była sypialnia Freda i Liz, po drugiej zaś mała łazienka. W drugim końcu korytarza zaczynały się wąskie schody, z których dochodził stukot ludzkich stóp. Elizabeth trzymając za rękach Monicę podeszła bliżej załamania korytarza.
- Andrew! - zawołała.
Nikt nie odpowiedział. Kroki ustały na pół piętrze. Elizabeth jednak nic nie mogła dostrzec.
- Andrew, Andrew. To ty? - jej głos zaczynał drżeć. Monica mocniej przytuliła się do matki. Znowu było słychać kroki. Ciężkie buciska stąpały po skrzypiących schodach, idąc w górę. Elizabeth szybko podeszła do balustrady. Schodami szedł uśmiechnięty Kevin Stone, teraz bez kurtki i bez włochatej czapy. Od razu spostrzegł Elizabeth i jeszcze szerzej się uśmiechnął, pokazując swoje żółte zęby. Do podestu dzieliło go jeszcze kilka kroków, więc Elizabeth cofając się powoli w stronę pokoi zawołała:
- Co tu robisz? Gdzie jest Andrew? - krzyknęła w stronę Stone’a.
Ten zaczął się głośno śmiać i przyspieszył lekko kroku. Znalazł się na podeście. Elizabeth z płaczącą Monicą zaczęły uciekać w tył. Dopadły pierwszych drzwi po lewej. Weszły do sypialni małżonków. Elizabeth zrzuciła córkę na podłogę i zatrzasnęła drzwi. Przekręciła klucz w zamku. Posadziła płaczącą Monicę na ich łóżku. Sama stanęła przed drzwiami i zaczęła nasłuchiwać. Kroki ustały. Przybliżyła ucho do drzwi, kiedy potężne uderzenie odrzuciło ją na podłogę. Monica zaczęła głośno płakać. Słychać było głośny śmiech Stone’a za drzwiami. Kobieta pospiesznie wzięła córkę na ręce i oddaliła się od drzwi, podchodząc bliżej okna. Zapaliła przy tym nocną lampkę, która oświetliła pomieszczenie. Na drzwiach wejściowych widniało długie pęknięcie.
- Andrew!, Andrew! - zaczęła wołać swojego męża.
Kevin Stone za drzwiami wybuchnął śmiechem. Wtedy dopiero Elizabeth zdała sobie sprawę co się stało. Wzywała Andrew, lecz ten nie odpowiadał. Możliwe, że leżał gdzieś w salonie skrępowany, nieprzytomny lub, przychodziło jej to z trudem, ale mogła być taka możliwość. Andrew był martwy.
- Czego od nas chcesz draniu? –przeraźliwie krzyknęła w stronę drzwi. Za drzwiami słychać było kolejny wybuch śmiechu. - Co my ci zrobiliśmy? –krzyczała już przez łzy Elizabeth. Monica również płakała. Mocno przytulona do matki, cały czas zawodziła "Ja chcę do taty! Gdzie jest tatuś?!’’.

Kolejne uderzenie w drzwi spowodowało, że klamka zaczęła odpadać. Elizabeth znowu zostawiła córkę i podbiegła do drzwi. Nie mogła dopuścić aby ten drań zrobił krzywdę jej i jej córce. Nie mogła. Próbowała podeprzeć drzwi, lecz było kwestią czasu to, że następne uderzenie Stone’a wyważy słabą konstrukcję. Lecz Elizabeth nagle zaświtał jakiś pomysł. Przy ścianie stała duża, staroświecka komoda. Mogłaby przesunąć mebel w drzwi, aby opóźnić wejście Stone’a do pokoju. Liz szybko podbiegła do komody i z trudem zaczęła ją pchać. Była dość ciężka, ale jakoś dała radę sprostać tej czynności. Akurat wtedy gdy noga Stone’a miała zamiar doszczętnie rozwalić drzwi, na jej przeszkodzie stanął ciężki, solidny mebel. Rozległ się trzask pękniętego drewna, a potem suchy trzask kości. Stone głośno zawył i słychać było głośny upadek na podłogę w korytarzu. Elizabeth pobiegła szybko do córeczki. Ta cały czas płakała.
- Zostało nam jedyne wyjście – powiedziała szeptem i podeszła do wąskiego okna.

4

Na dworze szalała śnieżyca. Wiatr dmuchał w szyby domu Scottmayerów z taką siłą, że słychać było ich dzwonienie we framugach. Gdy Elizabeth podeszła do okna nic przez nie zobaczyła. Cała szyba była pokryta śniegiem. Jej córka stała przy niej przytulając się do jej nogi. Elizabeth poprosiła córeczkę o ciszę. Ta przestała płakać. Twarz miała całą mokrą od łez. Jej czarne włosy były mocno potargane, zielone oczy rozszerzone ze strachu. Na korytarzu zaległa cisza, jednak po chwili dało się słyszeć głośne sapanie. Elizabeth dokładnie wyczuwała obecność mężczyzny za drzwiami. Nie myliła się. Gdy ona próbowała otworzyć okno, kolejny huk doleciał od strony drzwi. Teraz odpadła, plastikowa część futryny u góry.
- Już nie żyjesz Lizzy! – krzyknął Stone. W jego głosie nie wyczuwało się już uprzejmości. Na pewno też się nie uśmiechał. Wionęło od niego morderczym zamiarem i chęcią zabijania.

Elizabeth z trudem otworzyła okno. Spowodowało to wpadnięcie dużej ilości śniegu na podłogę sypialni. Mroźny wiatr zaczął chłostać twarze matki i córki.
- Zimno mi - powiedziała Monica spoglądając na matkę.
- Zaraz coś znajdę.
Szybko podbiegła do dużej szafy. Wyciągnęła dla siebie jakąś starą kurtkę, natomiast dla Monici swój stary sweter i czapkę. Gdy zaczęła pospiesznie ubierać córeczkę, Stone znowu się odezwał:
- Nie próbuj uciekać. I tak cię dorwę - głośno wybuchnął śmiechem po czym znowu zaczął walić w drzwi. Tym razem uderzenia były o dziwo lekkie, jakby mężczyzna pukał do nich swoją wielką ręką. Na szczęście komoda spełniała swoje zadania, uniemożliwiając mężczyźnie wtargnięcie do sypialni.

W pomieszczeniu zrobiło się momentalnie zimno. Jeszcze przed przybyciem Stone’a na dworze było dziesięć stopni na minusie. W miarę upływu czasu temperatura spadała, możliwe że było o pięć stopni mniej. Elizabeth pospiesznie ubrała Monicę, którą potem okryła lekko kołdrą. Sama w starej kurtce podeszła do okna zmierzyć wysokość jaką mają do pokonania. Śnieg prószył jej w twarz, dlatego mało co zobaczyła. Pod oknem miała mały drewniany dach, który osłaniał tylne wyjście z domu. Miał może koło trzech metrów kwadratowych. Był spadzisty i na pewno bardzo śliski. Jednak nie miały wyjścia. Szaleniec czekał na nich za drzwiami co raz wybuchając śmiechem i pukając lekko w drzwi. "On się z nami bawi. Wie, że chcemy uciec i wie że nas dopadnie" pomyślała Elizabeth. W końcu wzięła Monicę na ręce i ledwo weszła na parapet. Przed nią majaczył co najmniej metr do daszku, a potem koło dwóch na ziemię.
- Kochanie, musisz posłuchać mamusi. Będziemy musiały zeskoczyć na sam dół, aby zły pan nie mógł zrobić nam krzywdy. Pierwsza pójdziesz ty, dobrze kochanie?
Monica tylko pokiwała głową. Bardzo się bała i tak samo jak matka chciała jak najszybciej opuścić dom i znaleźć się jak najdalej tego mordercy.
Pukanie powoli przybierało na sile. Drzwi coraz bardziej trzęsły się we framudze. Komoda automatycznie odsuwała się od wejścia. Słychać było ciche pomruki Stone’a i nowe wybuchy śmiechu.

Elizabeth trzymając małą za obie rączki, schyliła się maksymalnie, by córeczka mogła dosięgnąć stópkami dachu. Gdy Monica znalazła się już nad drzwiami, Elizabeth kazała jej czekać i trzymać się ściany. Sama spuściła już swoje nogi i była gotowa do wejścia na daszek, kiedy komoda została odepchnięta, drzwi się otworzyły i stanął w nich , pałając żądzą mordu Stone. Kuśtykając ruszył w stronę okna. W ręku trzymał pogrzebacz cały oblepiony krwią. Gdy zobaczył Elizabeth znikającą w oknie przyspieszył kroku.
- Nie uciekniesz mi Lizzy! - zawył głośno.
Elizabeth z córką już szykowały się do skoku na ziemię, kiedy nad głowami zamajaczyła im głowa Stone, który wymachiwał pogrzebaczem. Elizabeth podniosła głowę w górę i pogrzebacz uderzył ją prosto w zęby. Poczuła okropny ból. Kilka z nich wyleciało z ust kobiety, jednak ta nie tracąc zimnej krwi, złapała mocno córkę i skoczyła. Wtedy Stone wydał szalony wrzask i zniknął z okna. Elizabeth poniosła się i zwróciła twarz ku Monice.
- Nic ci nie jest kochanie? Boli cię coś?
- Mamusiu, uciekajmy szybko- krzyknęła Monica zanosząc się płaczem.
W oddali zobaczyła zbliżającego się Stone’a, który bardzo szybko znalazł się na dole. Elizabeth podniosła córkę i zaczęła biec w stronę zachodniej strony domu. Za nią słychać było kroki Stone’a i jego ciężkie sapanie. Zaraz znalazły się przy frontowym wejściu. Na przeciwko nich stał stary sedan Andrew. Elizabeth nie umiała prowadzić ,a po drugie kluczyki zapewne miał jej mąż, który nie wiedziała co się z nim stało. Mogli skierować się z powrotem do domu, jednak tam na pewno dopadłby je Stone i na pewno zabiłby je. Elizabeth odwróciła się za siebie i zobaczyła kulejącego Stone’a, który zaczął przyspieszać. Mając jedyne wyjście, z Monicą na ręce pobiegła czym sił, brnąc w głębokim śniegu w stronę autostrady.

5

Elizabeth z córką na ramieniu biegły już co najmniej pięć minut. Pokonały zapewne jedną dziesiątą drogi do autostrady. Kobieta musiała oddychać przez nos, gdyż usta miała całe we krwi. Na szczęście krew już zaschła i Elizabeth nie groziło zadławienie. Na dworze było przeraźliwie zimno. Płatki śniegu opadając na jej oczy, zasłaniały jej widoczność. Monice łzy zaczęły zamarzać na twarzy. Już nie płakała. Nie miała siły, żeby nawet coś powiedzieć. Matka i córka co raz wpadały w większe zaspy śniegu, z trudem się uwalniając. Elizabeth instynktownie odwracała głowę, by sprawdzić czy Stone biegnie za nimi. Na szczęście go nie było. Czyżby zaniechał gonitwę za nimi i poszedł w swoją stronę? Miała taką nadzieję. Chciała jak najszybciej dostać się do głównej drogi. Tam bez problemu zatrzymałaby jakiś samochód, który by wezwał policję. Może by złapali tego drania, który chciał je zabić. Gdy pomyślała o tym słowie zaczęła płakać. Co się stało z jej mężem? Czy Andrew żyje? Myśląc, że tak jest przyspieszyła i w oddali zobaczyła charakterystyczny pagórek. Jeszcze zostało im około mili, połowę drogi do ulicy. Gdy znalazły się przy pagórku, zatrzymały się na chwilę. Elizabeth postawiła Monicę na ziemi by chwilę odpocząć. Zaczęła się rozglądać dokoła czy w pobliżu nie ma Stone’a . Mężczyzna chyba dał sobie spokój, bo wiedział, że ze skręconą nogą daleko nie dobiegnie i tylko może pogorszyć swój stan, wpadając w ręce policji. Po kilkudziesięciu sekundach, Elizabeth sprawdziła czy z Monicą wszystko w porządku. Dziewczynka milcząco wpatrywała się w matkę, już nawet nie płakała. Przytuliła się do jej szyi, matka ją objęła i obie zmierzały w kierunku drogi. Po przejściu kilkunastu metrów, Monica ożywiła się. Zaczęła się wiercić i pokazywać matce coś po prawej. Elizabeth skierowała tam swój wzrok i zawołała:
- To samochód. Kochanie jesteśmy uratowani.
Pocałowała córeczkę i podbiegła kilka metrów. Rzeczywiście. Na środku polany, z oddali majaczył kształt dużego samochodu osobowego. W środku było ciemno, jedynie przednie światła miał zapalone. Oświetlały one kawałek polany. Elizabeth z córką zaczęły zbliżać się do niego, lecz nagle kobieta zatrzymała się.
- A jeżeli to samochód tego mordercy? - zapytała siebie. - A jeżeli on tam jest?
Spojrzała na córkę, która cały czas trzęsła się z zimna. Potrzebowała jak najszybciej znaleźć się w ciepłym miejscu. Możliwe, że ktoś znajduje się w samochodzie, nie musi to być morderca, również samochód może okazać się pusty, może będą miały szczęście i znajdą w nim kluczyki albo komórkę, chociaż w tym rejonie nie ma co liczyć na zasięg.

Elizabeth ostrożnie podeszła do samochodu. Był to duży, srebrny mercedes, częściowo przykryty przez śnieg. Światła ledwo przebijały przez biały puch osadzony na masce i tworzyły mały, żółty krąg przed samochodem. W środku nic nie było widać. Nowoczesny model mercedesa miał przyciemniane szyby. Na dachu kołysała się cienka antena satelitarna. Elizabeth postawiła córeczkę na śniegu. Ta zaczęła podskakiwać i biegać w kółku, by się chociaż troszeczkę ogrzać. Kobieta zapukała w drzwi od strony pasażera. Nikt nie odpowiedział. Zapukała jeszcze raz. Nic.
- Mamusiu, czy ktoś jest w środku? - zapytała Monica podchodząc do matki.
- Nie wiem kochanie, mam nadzieję że tak. Może ktoś sobie śpi. Mama sprawdzi drugie drzwi.

Elizabeth podeszła do drzwi kierowcy. Otworzyła je i krzyknęła cicho.
- Co się stało mamusiu? - Monica chciała zobaczyć co jest w samochodzie.
Elizabeth odepchnęła lekko córkę, każąc jej się nie zbliżać do środka. Sama bardziej wetknęła głowę w głąb skórzanego mercedesa. To co zobaczyła miała nigdy nie zapomnieć. Na miejscu kierowcy siedział martwy Fred Scottmayer. Miał tak zmasakrowaną twarz, że nie ciężko go było rozpoznać. Elizabeth jedynie pamiętała jego złote okulary, które teraz dyndały na czymś co kiedyś było nosem. Obok niego na fotelu pasażera siedziała blond włosa Veronica. Jej biała, droga spódnica była porozrywana. Rajstopy i majtki leżały pod siedzeniem. Miała kilka ran kłutych na piersi. Elizabeth zamknęła oczy i spojrzała na tył samochodu. Wśród kolorowych prezentów leżał nieruchomy siedmioletni Larry, syn Freda i Veronici. Szyja jego była purpurowa, owinięta stanikiem matki, niebieskie oczy wychodziły mu z orbit, usta miał szeroko otwarte, jakby chciał coś powiedzieć. Został uduszony. Elizabeth nie mogła już dłużej tu przebywać. Jednak gdy się wycofywała, w stacyjce spostrzegła kluczyki. Sięgnęła do nich i przekręciła je. Samochód zapalił. Ucieszona kobieta wyszła z samochodu , chciała zawołać córkę. Lecz nigdzie jej nie było. Zaczęła szukać jej przy samochodzie, zajrzała pod samochód, rozglądała się wszędzie…
- Tego szukasz Lizzy – usłyszała głęboki, tubalny głos.
Odwróciła się i spostrzegła, że za kręgiem światła, które rzucał samochód stoi Kevin Stone. Jego rumiana twarz była cała czerwona. Na jego ustach gościł wielki uśmiech. Jednak to co przeraziło Elizabeth najbardziej było, że ten parszywy drań trzyma na rękach jej córkę. Monica miała zakneblowane usta, a Stone przy jej delikatnej szyi trzymał wielki rzeźnicki nóż.


6
- Puszczaj ją ty draniu !
Elizabeth jak kocica rzuciła się za swoim małym. Podbiegła do Stone’a, lecz ten zatrzymał ją metr przed sobą przyciskając nóż do szyi Monici. Z jej szyi pociekło kilka kropel krwi. Dziewczynka zaczęła płakać.
- Chyba nie chcesz Lizzy by twojej córeczce coś się stało, co? – uśmiech na ustach Stone’a zmienił się w potworny grymas. - Chyba, że chcesz abym z nią zrobił to samo co z twoim bratankiem.
Tu wybuchnął śmiechem. Elizabeth spojrzała na niego ze złością i nienawiścią. Chciała go zabić, zrobić z nim to samo co zrobił z Fredem, Veronicą i małym Larym, co pewnie zrobił jej mężem i ojcem Monici.
- Czego od nas chcesz ? Czemu nam to robisz? Co ci zrobiliśmy?!- krzyczała Elizabeth.
Stone spojrzał na Monicę i pocałował ją w policzek. Ta jeszcze bardziej zaczęła płakać.
- Wy? Ależ nic. To wasi krewni mnie tutaj przywieźli. Tak, tak… Dzięki uprzejmości państwa Scottmayerów zostałem zabrany ich luksusowym samochodem i dojechaliśmy tutaj. Miałem z wami spędzić Wigilię jako biedny człowiek, samotnik, który nie ma rodziny i domu… - tutaj otarł ręką swoje oczy - Ale nie mogłem dopuścić, żeby ktoś mnie przypadkiem zdemaskował, pełno informacji o mnie w gazetach i telewizji w tym stanie, jednak wasi krewni, którzy mieszkają tak daleko, skąd mogli o mnie wiedzieć, co? Tak więc uciszyłem pana Scottmayera i jego syna, natomiast z panią Scottmayer pofiglowałem sobie dłuższą chwilę… - tu zaśmiał się głośno i spojrzał na Monicę. – Następna będzie ta młoda dziewica, a potem ty.

Elizabeth przypatrzyła się lepiej mężczyźnie. Istotnie kojarzyła go sobie z jakiegoś źródła informacji. Nagle przypomniała sobie. Tydzień temu czytała o nim w gazecie, jako "Wesołym Gwałcicielu", który popełnił już ponad dwanaście gwałtów i dwadzieścia morderstw na mężczyznach, kobietach i dzieciach. Poszukiwany był już od miesiąca, kiedy uciekł ze stanowego zakładu dla umysłowo chorych.
- Twoje niedoczekanie - krzyknęła Elizabeth i skoczyła na Stone.
Stone za późno zareagował. Elizabeth przewróciła mężczyznę na śnieg. Ten wcześniej opuścił nóż i małą Monicę. Dziewczynka zaczęła szybko uciekać w stronę samochodu. Weszła do mercedesa i siadła na swoim martwym wujku Fredzie, zamknąwszy drzwi. Była okropnie przestraszona. Na śniegu dalej trwała szarpanina. Elizabeth próbowała dosięgnąć noża, który leżał w zasięgu ręki. Jednak Stone był szybszy. Dobył noża i odrzucił z siebie Elizabeth. Kobieta upadła koło samochodu. Stone pomału podchodził do niej szeroko uśmiechając się. Elizabeth zaczęła się podnosić. Stone rzucił się na nią z nożem. Ta szybko odskoczyła i złapała się lusterka, by zachować równowagę i nie upaść. Morderca odbił się od samochodu i znowu upadł na ziemie. Elizabeth rzuciła się do drzwi samochodu i już prawie otwierała je, kiedy nagle z powrotem do samochodu przycisnął ją Stone. Był tego samego wzrostu co ona. Przygwoździł ją strasznie mocno i złapał ją za szyję. Monica patrząc na to co ten okropny człowiek robi z jej matką, próbowała wydostać się do samochodu. Wybrała drzwi od pasażera i wyszła na zewnątrz. Podbiegła na około samochodu i wzięła leżący na śniegu duży nóż. Podniosła go i ruszyła w stronę mężczyzny. Ten coraz mocniej dusił Elizabeth a drugą ręką rozpinał swój rozporek. Gdy już zaczął zdzierać spódnicę kobiety, nagle w okolicach uda poczuł potworny ból. Krzyknął i odwrócił się. W jego udzie dyndał nóż. Obok stała przestraszona Monica i patrzyła się na niego zimnym wzrokiem. Krew dużymi strumieniami lała się mu po nodze, Monica trafiła go w tętnicę udową. Stone puścił Elizabeth, z krzykiem wyjął sobie nóż i rzucił się za dziewczynką. Jednak przewrócił się, gdy kobieta podstawiła mu nogę. Upadł ciężko na śnieg i zaczął ryczeć. Elizabeth odwróciła jego głowę, wzięła nóż i wbiła mu w twarz.
- To za mnie, to za moją córkę, za Freda, za Veronicę - kolejny cios szarpał Stone’owi twarz. - Za Larry’ego i za Andrew - tu rozpłakała się na dobre i ostatni cios skierowała prosto w serce.

Puściła nóż. Monica podbiegła do niej i przytuliła matkę. Ta wzięła ją na ręce i obie zaczęły płakać. Płakały nie tylko z bólu, i ze smutku po śmierci najbliższych. Płakały ze szczęścia, że wreszcie mogły się uwolnić od tego bezlitosnego potwora, który chciał je skrzywdzić i który pozbawił ich rodziny.

Minęło kilka minut. Śnieg przestał padać. Elizabeth wzięła Monicę za rękę i obie poszły do samochodu. Elizabeth z trudem przeniosła oba ciała na tylne siedzenie. Posadziła Monicę na siedzeniu dla pasażera, a sama usiadła na kierownicą. Już wcześnie zapalony silnik zdążył się rozgrzać. Mimo, że kobieta nie miała zielonego pojęcia o prowadzeniu samochodu, na szczęście mercedes miał automatyczną skrzynię biegów to bez trudu ruszyła w stronę autostrady.
Dwadzieścia minut później Field Lane jechało pięć policyjnych radiowozów i cztery karetki pogotowia.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -