Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




NA PLAŻY

Wojciech Grzelak

Kiedy upadł na mokry piasek plaży, zapragnął nagle zagrzebać się w nim cały, jak zgubiona przez dziecko zabawka. Przypomniał sobie wakacje spędzone w dzieciństwie nad morzem, piaskowe fortece strzeżone przez ołowianych żołnierzy, których często nieuważnym ruchem strącał z potężnych obwarowań i odnajdywał dopiero po wielu bitwach stoczonych bez ich udziału. Z zadziwiającą wyrazistością pamiętał ulubionego kapitana kirasjerów, znalezionego dopiero w ostatnim dniu wakacji: farba zeszła częściowo w wyniku działania wody morskiej i głowa żołnierzyka upodobniła się do jego hełmu, ale właśnie dlatego zdołał spostrzec oślepiającą kroplę srebrnego światła pośród ruin którejś z kolei twierdzy.
Teraz sam był żołnierzem.
Przyglądał się śladom butów na piasku, zwróconym w jednym tylko kierunku, i obserwował, jak podłużne zagłębienia powoli napełniają się wodą. Widział odciśnięty dokładnie rysunek podeszwy swojego poprzednika Davida Blooma, pod nim częściowo zamazany protektor Cyrila Vicka, a gdzieś jeszcze głębiej znajdowała się wdeptana w piasek duża dziesiątka sierżanta Clarka. Ślady żołnierzy z poprzednich kompanii nakładały się na siebie równo jak papierowe tacki w barze i przyszło mu do głowy, że kiedy za sekundę poderwie się i postawi swoją stopę na wierzchołku tej piramidy, te, które będą na dole - buty saperów albo ludzi z grupy specjalnej - pospadają diabłom na ich rogate łby. Nie zawsze wierzył w piekło, teraz jednak miał wrażenie, iż znajduje się ono gdzieś bardzo blisko, może tuż pod lśniącą, pręgowaną skórą plaży, do której bezradnie tulił swoją twarz.
Mimo to ufał chłodnemu piaskowi jak własnej poduszce i poczuł, że najwspanialszą rzeczą na świecie byłoby podkurczyć teraz nogi i zasnąć choćby na chwilę. Kiedy był chłopcem, robił tak zawsze; gdy musiał wstawać o świcie: zachłannie chwytał w parominutowym półśnie rozcieńczone już marzenia i dopiero na ponowne, stanowcze wezwanie matki wstawał z głową pełną czegoś, co właśnie stawało się nierealne, chociaż z perspektywy łóżka wydawało się przecież cudowną lub przerażającą rzeczywistością.
Musiał podnieść się i biec jak najprędzej przed siebie w stronę brzegu, który nie chciał go przyjąć. Nie myślał wcale o tym, że gdzieś tam, w głębi tej ziemi, wznoszą się te wszystkie gotyckie katedry, kamienne zamki, pałace oraz bramy, które oglądał na zdjęciach i filmach. Kilka drzew porastających szczyt górującej nad plażą skarpy wydawało się celem równie odległym jak Paryż lub Berlin, a białe brzuchy odwracanych przez wiatr liści sprawiały wrażenie pozdrowień przesyłanych z jakiejś baśniowej krainy.
Plaża wzywała go, już sama jej nazwa - miano jego rodzinnego miasta - była zaproszeniem, zalotną zachętą. Wiedział jednak, że naprawdę nazywa się ona zupełnie inaczej, w obcym języku, że jeszcze niedawno dziewczęta mówiące tym językiem przebiegały ją w pogoni za kolorową pitką w ciągu minuty, podczas gdy ci, którzy nadali jej parę miesięcy temu to nowe imię, ustalili, że trzeba będzie zrobić wszystko, aby przebyć ten piaszczysty skrawek w czasie dwóch godzin. Nowa nazwa plaży była jeszcze bardziej obca niż ta prawdziwa - nie nazywała ona plaży, nazywała coś, w co dzisiaj zamienił się ten brzeg: miejsce o całkowicie innych wymiarach, poznaczone przejściami i kierunkami, które szwendający się bez celu letnik mógłby przecinać nie zdając sobie sprawy, że co parę chwil jego stopa przestępuje granice między zupełnie pewną śmiercią a śmiercią możliwą do ominięcia. W tej masce zjawiło się piekło, ale kiedyś znowu będzie tu plaża - słoneczna, niewinna i nie pamiętająca. Nic nie skutkuje na rozlaną krew lepiej niż piasek.
Wstał, ponieważ w jego ciele nie tkwił jeszcze metal, z którego odlewa się kule i zabawki małych chłopców, ani jedna kość nie była strzaskana i wszystkie one stanowiły sprawne, pewne zaczepy, dźwignie i podpory dla stwardniałych włokienek silnych mięśni. Jego płuca brały powietrze przez nos i lekko otwarte usta, nie zaś bezpośrednio przez dziury w piersi. Mógł biec i nakryć ślad buta Davida Blooma własnym butem z pełną świadomością faktu, że po nim będzie ktoś następny i następny, i jeszcze następny, i tak aż do momentu, kiedy nadejdzie przypływ i powróci ocean, który zetrze ślady ich wszystkich, jak po długo wyczekiwanym dzwonku gąbka ściera ze szkolnej tablicy skomplikowane zadanie odbierając mu wszelką magiczną moc.
Teraz, gdy biegł, jego głowa była o prawie sześć stóp bliżej nieba, lecz nie zdołał ani na milimetr oddalić się od piekła. Miał przed sobą plecy Davida, starał się biec dokładnie za nim, a kiedy nagle Bloom upadł, przeskoczył zręcznie przez jego ciało i podążał jak pisklę za matką pod osłoną potężnego grzbietu sierżanta Clarka. Próbował odmówić modlitwę, ale jej słowa plątały mu się, zapominał je, z niewiadomych otchłani jego pamięci wypływały nieoczekiwanie strzępy zapamiętanych niegdyś wierszy i w pewnej chwili uświadomił sobie, że przyzywa na pomoc Królową Wróżek. Miał wrażenie, iż kilka głosów mówi w nim naraz rzeczy zupełnie sprzeczne, modlitwy i bluźnierstwa, bezsensowne rymowanki dziecięce i cytaty z instrukcji obsługi broni, a gdzieś w oddali słyszał wciąż ten sam fragment psalmu: „Obłok i ciemność wokół niego, sprawiedliwość i prawo są podstawą tronu jego, błyskawice jego oświetlają świat, widzi to ziemia i drży".
Ogromny tułów Clarka wypełniał bez reszty bluzę munduru. Nie od razu zrozumiał, dlaczego sierżant spocił się nagle i materiał pod jego lewą pachą nasiąknął wilgocią. Dopiero, kiedy Clark zwolnił, pochwycił jego spojrzenie i zanim źrenica sierżanta nie uciekła gdzieś w górę, zdołał dostrzec w niej przerażającą pustkę. W oku Clarka odbijały się puste niebo, puste morze i całkowicie pusta plaża. Obejrzał się za siebie i ujrzał pochłaniany przez ocean czołg, którego wieża obracała się nieporadnie, jakby chciała odepchnąć szarą, ruchliwą wodę. Spojrzał na niebo bez chmur, a potem na bezludną plażę. Był zupełnie sam i kiedy znowu obejrzał się w stronę morza, nie było już czołgu. Znalazł się na początku świata, na początku czasu, w dniu, gdy była już zmętniała jak oczy sierżanta Clarka światłość, ale wody, sklepienia i ląd pozostawały jeszcze czymś nierozłącznym i jednakowo pustym. Nie potrafił poruszać się w tej pustce pozbawionej jakichkolwiek kierunków, w próżni nie posiadającej łaski różnicowania wielkości oraz punktów odniesień. I nie było nadziei, że coś może zmienić się w tym zawieszonym trwaniu choćby po miliardach lat, ponieważ nie było tu nawet czasu.
Nagle wypowiedział to słowo. Właściwie ono samo przyszło do niego, było to jedyne słowo, jakiego nie pochłonął ten niepodzielny embrion kosmosu, słowo to rozbłysło przed nim tuż przed rozpłynięciem się w matowej światłości, a on zrozumiał i pochwycił je z rozpaczą, nie zważając na jego przypadkowe znaczenie. Wysiłkiem stwórcy odczytał powoli zamglone już litery: Królowa Wróżek.
Wtedy ocean pękł na pół, a jego wody osunęły się jak śliski jedwab, odkrywając kryształowe pałace i koralowe ogrody, i rozwarło się niebo błyskające lodowymi igłami zimnobłękitnych wieżyc. Przed nim wznosił się zamek i był pewien, że tam wewnątrz powstaje właśnie słońce, bo nowa jasność - nie ta jasność szarej pustości - ale światło ciepłe i bezpieczne, prześwietlała mury z zielonego kamienia. A na murach stała Królowa Wróżek, jej długie ciemne włosy bawiły się z wiatrem, uśmiechała się i miała twarz jego dziewczyny.
Potem coś osunęło mu się do stóp. Było to ciało sierżanta Clarka.
Pochylił się nad sierżantem i zajrzał w jego białe oczy. A później wyjął mu z ręki rewolwer.
Kiedy wyprostował się znowu, ocean, niebo i plaża powróciły, nadal puste, lecz już od siebie oddzielone. Na miejscu zielonego zamku tkwił poczerniały sześcian bunkra. Oparł o biodro thompsona i ścigając krótkie serie z automatu wspiął się błyskawicznie na skarpę dopadając wejścia do schronu. Wpadł do środka i rozrzucił po wnętrzu cała zawartość magazynka. Nie liczył zabitych, którzy po kolei padali bezgłośnie, przewracając skrzynki i pojemniki. Kiedy skończyły się naboje w thompsonie, zaległa cisza. Odłożył broń, wziął do ręki rewolwer Clarka i ostrożnie przeszedł w głąb bunkra. Ale nic się nie poruszyło.
Wtedy usiadł na ziemi za jakąś pustą skrzynią. Wciąż trzymał gotowy do strzału rewolwer. Postanowił czuwać i prawie natychmiast zasnął.

* * *

Szóstego czerwca 1944 roku podczas lądowania w Normandii na odcinku zajmowanym przez 5 Korpus I Armii Amerykańskiej wytworzyła się - przede wszystkim w wyniku poważnych niedociągnięć w organizacji dowodzenia - dosyć trudna sytuacja. Ze spuszczonych tam z okrętów desantowych trzydziestu dwóch czołgów na ląd wyszło tylko pięć, pozostałe zatonęły. Niedopracowane współdziałanie spowodowało pozbawienie pierwszego rzutu wsparcia artylerii, gdyż oddziały jej wylądowały z dużym opóźnieniem. Dlatego jednostki desantowe poniosły duże straty od ognia artylerii oraz broni maszynowej przeciwnika. W kompanii dowodzonej przez sierżanta Jima Clarka wyniosły one niemal sto procent.
Jednym z zaginionych podczas pierwszego dnia operacji byt szeregowiec Edward Logan z kompanii sierżanta Clarka, lat dziewiętnaście, z Omaha w stanie Nebraska. Został on odnaleziony dopiero szóstego czerwca wieczorem, o czym mówi raport sporządzony przez kaprala Bradleya, który przetrząsał ze swoimi saperami zdobyte niemieckie umocnienia w rejonie plaży „Omaha".
„Około godziny 19 wszedłem wraz z szeregowcem Campbellem do dość zaniedbanego schronu, stojącego tuż nad skarpą. Jak się przekonaliśmy, był to tylko skład starych opakowań. Naszą uwagę zwrócił panujący tam nieporządek. Skrzynie były poprzewracane, a niektóre posiekane kulami na drzazgi. Za jedną z nich znaleźliśmy śpiącego szeregowca Logana. Kiedy Campbell zdołał go z trudem obudzić, zerwał się i zranił go w pierś, a potem skierował broń na mnie. Nie mogłem wiedzieć, że bęben rewolweru ma już pusty; był niebezpieczny i dlatego musiałem go zastrzelić".



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -