Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Dom przy cmentarzu

Robert Kucharczyk

Mark Wadle często skracał sobie drogę do domu, idąc wąską, wyludnioną uliczką wzdłuż muru starego cmentarza. Oczywiście słyszał o ludziach, którzy w ciągu ostatnich kilku miesięcy zaginęli w tajemniczych okolicznościach. Wiedział, że zawsze znajdowano ich zmasakrowane zwłoki właśnie na XVIII-wiecznym Cmentarzu Trzech Róż. Podobno trupy wyglądały przerażająco – z twarzami z zastygłym grymasem niewyobrażalnego bólu i strachu, licznymi śladami ostrych, mocnych zębów i wyszarpanymi – lub wyżartymi, jak twierdzili niektórzy – dużymi kawałkami ciała. Często zwłoki były pozbawione jednej lub kilku kończyn. Mówiono, że było to dzieło jakieś piekielnej, olbrzymiej bestii, ale skąd znalazłby się taki potwór w środku dwustutysięcznego miasta?
Mark wiedział o tym wszystkim, ale bynajmniej nie miał zamiaru z tego powodu nadkładać drogi. Nigdy nie był człowiekiem strachliwym. Poza tym ufał w siłę swych twardych pięści. Jego zdaniem jakiś maniakalny, seryjny zabójca grasował w Portsmonth lub jego okolicach i podrzucał ciała na cmentarz, by skierować tu trop, podczas gdy faktycznie zabijał zupełnie gdzieś indziej.
Wadle był dwudziestopięcioletnim, przystojnym kawalerem. Miał sześć stóp i dwa cale wzrostu, czarne, kręcone włosy i szczery uśmiech, rozbrajający kobiety. Szczupły, ale barczysty i muskularny, poruszał się lekko i zwinnie niczym czarna pantera. Pracował jako dziennikarz sportowy w lokalnym tygodniku i mieszkał w kawalerce na Black Marry Street. Jednak od kilku tygodni większość nocy spędzał w pewnym domu przy Cmentarzu Trzech Róż.


Wszystko zaczęło się pewnej ciemnej, wietrznej, bezksiężycowej nocy, gdy Mark wracał do domu z suto zakrapianej parapetówki. Właśnie minęła północ, gdy skręcił w cmentarną uliczkę o nazwie Eternal Memory Street. Po lewej stronie znajdowały się gęste krzewy i zarośla zdziczałego parku, w nikłym, żółtawym świetle nielicznych latarni sprawiające wrażenie czarnej ściany, poruszającej się dzięki porywom zimnego, listopadowego wiatru. Z drugiej strony stał wysoki, zniszczony mur z czerwonej cegły, odgradzający chodnik od cmentarza. Uliczka wybrukowana kocimi łbami pięła się w górę, na całej długości skręcając w prawo.
Mężczyzna minął wielką, szeroką i wysoką na ponad dwanaście stóp bramę z kutego żelaza, zwieńczoną emblematem przedstawiającym trzy róże, od którego cmentarz wziął nazwę. Spojrzał przez kraty bramy – z ciemności rozświetlonej jedynie światłem ulicznej latarni wyłaniały się duże, zdewastowane grobowce. Nie zauważył, by gdziekolwiek paliła się świeczka lub znicz.
„To bardzo stary cmentarz” – pomyślał. - „Zaniedbany i zapomniany. Pewnie rodziny pogrzebanych tu ludzi też już powymierały.”
Tuz nad jego głową przeleciała sowa i głośno zahukała. Przyspieszył kroku, by jak najszybciej być w domu. Podmuchy wiatru były coraz mocniejsze i zimniejsze. Zaczął padać deszcz, zacinający Markowi prosto w twarz. Nagle zrobiło mu się dziwnie nieswojo. Postawił kołnierz płaszcza i spuścił głowę.
Niespodziewanie oprócz własnych kroków usłyszał inne, głośne i szybkie. Odwrócił się na pięcie. W jego kierunku biegła młoda kobieta. Mimo słabego światła natychmiast zauważył, że jest zniewalająco piękna. Miała długie, czarne włosy i szczupłą twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Między rozchylonymi połami czarnego, sięgającego kolan płaszcza dojrzał wiśniową sukienkę z dużym dekoltem.
Co się stało?! – krzyknął do niej. - Ktoś panią goni?
Tak! – odpowiedziała trochę zdyszanym, zmysłowo niskim głosem. - Jakiś zbir! Niech pan mi pomoże!
Młodzieniec nie dał się dwa razy prosić. Bez zastanowienia przeskoczył na drugą stronę uliczki i urwał z młodego drzewka mocną gałąź. Szybko oberwał mniejsze gałązki, ułamał czubek i tak uzbrojony ruszył w dół Eternal Memory Street. Kobieta zatrzymała się i obserwowała jego poczynania. Mark zdążył pokonać kilkanaście metrów, gdy zza załomu cmentarnego muru wybiegł mężczyzna z dużym nożem w ręku. Był stary, siwy i odrażająco brzydki. Twarz miał wykrzywioną z wściekłości, a w oczach żądzę mordu.
Stój! – warknął Mark, zagradzając drogę starcowi.
Mężczyzna zatrzymał się, zaskoczony. Chłopak wyglądał na zdecydowanego, by podjąć walkę. Siwy człowiek zawahał się, a chwilę potem odwrócił się i rzucił do ucieczki. Biegł w dół uliczki. Mark bez namysłu popędził za nim. Starzec dobiegł do bramy cmentarza, skręcił w nią i zniknął w ciemnościach. Młodzieniec w pierwszej chwili chciał kontynuować pościg, ale opamiętał się. W mroku czarnym jak sumienie mordercy łatwo mógłby się nadziać na nóż starca.
Poszedł w górę ulicy i ze zdziwieniem zauważył, że kobieta czeka na niego. Jeszcze dyszał po szybkim biegu.
Przepędziłem go! Uciekł na cmentarz i zniknął – poinformował dziewczynę, patrzącą na niego z zainteresowaniem i dziwnym błyskiem w oczach. Była przejęta pościgiem, na co wskazywał nerwowy ruch, jakim poprawiła włosy.
Och, dziękuję za pomoc - uśmiechnęła się szeroko, ale nie otwierając ust. – Ale mnie przestraszył ten psychopata! Gdyby nie ty, to nie wiem, co by się ze mną stało! – odetchnęła głęboko z widoczną ulgą. – Przepraszam, nie przedstawiłam się. Mam na imię Violetta.
Miło mi! Jestem Mark – wyciągnął rękę, by ująć jej zimną i delikatną dłoń.
Dopiero teraz mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Jej strój, włosy i ciemne, duże oczy kontrastowały z bardzo bladą cerą. Wydatne, szerokie usta pomalowała szminką o kolorze identycznym z krwistoczerwoną sukienką. Biust Violetty, wypchnięty do przodu przez ciasny gorset, falował przy każdym jej głębokim oddechu, a wraz z nim oryginalny amulet z czarnego obsydianu, zawieszony na złotym łańcuszku i bezskutecznie próbujący skryć się między dużymi, jędrnymi kulami piersi. Widać było, że jeszcze przeżywa swoją ucieczkę i pościg Marka. Mimo chłodu, ciągle padającego deszczu i rozpiętego płaszcza nie zauważył, żeby było jej zimno.
Dlaczego tak się wpatrujesz w mój dekolt? – spytała ze słodkim, niewinnym uśmiechem na pełnych wargach. – Podobają ci się moje piersi? – przesunęła palcami wzdłuż dekoltu i dotknęła dłonią pokaźnego biustu.
Masz bardzo ciekawy wisiorek – odparł dyplomatycznie.
Ach, to tam patrzyłeś – zalotnie poprawiła włosy, a Mark poczuł, że rośnie w nim pożądanie. – Ta figurka to XVI- wieczny amulet, przedstawiający Władcę Ciemności. Chroni przed nocnymi potworami i bestiami mroku.
Takimi jak wampiry? – kobieta coraz bardziej go intrygowała.
Wampiry, nocnice, upiory, wilkołaki, mamuny i inne straszydła.
Skąd go masz? Wygląda na bardzo cenny i unikalny.
Przywiozłam z Rumunii. Niedawno byłam tam na wspaniałej wycieczce – uśmiechnęła się leciutko.
Karpaty, zamki na wyniosłych skałach, Dracula i te sprawy?
Dokładnie – roześmiała się.
Miał wrażenie, że stara się nie uśmiechać zbyt szeroko. Zrobiła na nim wrażenie młodej, dystyngowanej arystokratki, którą nauczono, by nie okazywać swoich uczuć przy obcych. Pomyślał sobie, że jest bardzo atrakcyjną kobietą i chciałby poznać ją lepiej. Sprawić, by w jego towarzystwie śmiała się w głos i nie musiała hamować swoich emocji.
- Co tak się mi przyglądasz? – spytała zmysłowym głosem, spoglądając mu w oczy. Spodobałam ci się? Chciałbyś się ze mną umówić? – jej wzrok niemal go zahipnotyzował.
Tak. Chciałbym. Bardzo.


Kilka dni później, po długim spacerze z Violettą wzdłuż rzeki Jangren, pierwszy raz odwiedził jej duży dom. Mieszkała przy Cmentarzu Trzech Róż w starej, jednopiętrowej willi. Znajdowała się ona kilkaset metrów od miejsca, w którym się poznali – przy końcu Eternal Memory Street, w najwyższym punkcie ulicy.
Zewnętrzna elewacja budynku była dość mocno zniszczona, ale miała bardzo ozdobną fasadę. Przed głównym wejściem, które stanowiły rzeźbione, dębowe drwi, stał portyk, podtrzymujący czterema smukłymi kolumnami trójkątny fronton. W jego rogach stały czarne, kamienne gargulce, w czasie deszczu efektownie wypluwające strumienie wody. Wewnątrz dom był ładnie utrzymany: cały wyłożony drewnem, pełen starych obrazów, rzeźb i antycznych mebli.
Zdziwił się, że samotną kobietę stać na taką posiadłość. Wyjaśniła mu, że dom dostała w spadku, a urządziła go za pieniądze zarobione na handlu dziełami sztuki. Często podróżowała do Rzymu, Wenecji, Florencji, Londynu, Paryża, Bukaresztu, Pragi, Budapesztu i Moskwy, by kupić mało znane, ale cenne obrazy, meble lub rzeźby, a potem sprzedać je z dużym zyskiem. Wspomniała, że jest historykiem sztuki i nieskromnie dodała, że zna się na antykach jak mało kto.
Tym, co najbardziej łączyło Marka z Violettą, był seks. W łóżku była niesamowita. Prawdziwy wulkan inwencji i namiętności. Chyba nie było takiego miejsca w ponad trzystumetrowym domu, w którym się nie kochali. Prawdopodobnie trudno byłoby również znaleźć pozycje, których nie wypróbowali. Zastanawiały go tylko dwie rzeczy. Violetta nie chciała całować się „z języczkiem”. I nigdy nie zdejmowała swojego krwistoczerwonego gorsetu.
Najczęściej kochali się w sypialni o ścianach i suficie wyłożonych lustrami na olbrzymim, zabytkowym łożu. Pokój tonął w półmroku, bo miał tylko jedno niewielkie okno, wychodzące na cmentarz. Oprócz łóżka o bogato zdobionych, drewnianych bokach i dużego regału z cennymi, zabytkowymi, oprawionymi w skórę i często liczącymi sobie kilka wieków książkami, stało tam też kilka wykutych z marmuru rzeźb dłuta dawno zapomnianego, średniowiecznego mistrza. Wszystkie przedstawiały ludzkie postaci naturalnych rozmiarów. Dwie z nich były nagimi nimfami, stojącymi w wyuzdanych pozach i głaszczącymi się po wyjątkowo obfitych biustach. Pozostałe cztery prawdopodobnie miały wygląd zbliżony do ideału mężczyzny Violetty, bo zawsze, gdy je odkurzała, czyniła to z dużą delikatnością i zmysłowością w ruchach, czule całując muskularne torsy wyrzeźbionych młodzieńców, stojących w stroju Adama i ich nienaturalnie duże członki w pełnej erekcji. Spoglądała przy tym łobuzersko i zaczepnie na swojego kochanka, ciekawa jego reakcji, a Mark udawał wtedy obojętność. Kiedyś zwierzyła się chłopakowi, że w jej fantazjach erotycznych ci kamienni, bardzo hojnie obdarzeni przez naturę mężczyźni, często odgrywali główne rolę, będąc w nich ludźmi z krwi i kości. Pewnie dlatego uwielbiała leżeć na plecach z szeroko rozłożonymi nogami i rękoma, trzymając w dłoniach kamienne penisy herosów, ustawionych po obu stronach łoża, gdy Mark, leżący między jej udami, czynił swą samczą powinność.
Pewnego ranka, gdy Violetta obudziła swojego kochanka, pieszcząc go po francusku, a potem wypinając w jego kierunku seksowne półkule twardych pośladków, by zaprosić chłopaka do miłosnych igraszek, Mark zauważył coś intrygującego. Jak zwykle jednym mocnym ruchem wszedł od tyłu w swoją kobietę, pochyloną do przodu i opierającą się na kolanach i łokciach. Wykonując w niej mocne, rytmiczne ruchy, przesunął wzrokiem z tyłeczka kobiety na posąg lubieżnej, bezwstydnej nimfy, rozświetlonej promieniami wschodzącego słońca, a potem, podążając za złotymi promieniami, spojrzał w okno. Widok na zewnątrz spowodował, że znieruchomiał. Dopiero karcące spojrzenie dziewczyny sprawiło, iż znów zaczął pieścić waginę kobiety mocnymi pchnięciami swej męskości.
Za oknem rozpościerał się zaniedbany Cmentarz Trzech Róż. Między wiekowymi grobami szedł zgarbiony, brzydki, obleśny starzec. Ubrany w brązowy, ubłocony płaszcz, miał na głowie staroświecki kapelusz, a na ustach uśmiech szaleńca. Minął kilka rozpadających się grobów, pchnął blaszane, przerdzewiałe drzwiczki prowadzące do środka dużego grobowca i zniknął w jego wnętrzu.
Gdy tylko Mark zaspokoił zarówno swoje, jak i kochanki żądze, wstał i bez słowa podszedł do okna. Stał nagi, opierając się dłonią o pierś kamiennej nimfy, mocno wygiętej do tyłu i eksponującej łono. Wpatrywał się w cmentarz, pełen zdewastowanych, opuszczonych grobów. Jego kochanka podeszła do niego od tyłu. Była ubrana tylko w swój wiśniowy gorset, rozsznurowany u góry i dlatego odsłaniający sterczące brodawki dużych, jędrnych piersi.
Czego lub kogo tam wypatrujesz, mój ogierze? – spytała, jedną dłonią bawiąc się jego penisem, a drugą pieszcząc jądra.
Przed chwilą widziałem tam człowieka. I przysiągłbym, że to ten sam starzec, który wtedy gonił cię w nocy.
Fred. Hiena cmentarna. Często widzę, jak buszuje między grobami.
Hiena cmentarna?
Tak, okrada groby, wyrywa trupom złote zęby, ściąga im z palców pierścionki i naszyjniki z szyi.
Takich ludzi powinno się zamykać u czubków! – Mark był wyraźnie zniesmaczony postępowaniem Freda, czemu przeczył jego sterczący członek.
Masz rację, że to świr – Violetta delikatnie ugryzła go w szyję. – Kiedyś był profesorem na londyńskim uniwersytecie i dość znanym poetą, ale po tragicznej śmierci swojej żony i córki bardzo zdziwaczał.
Dlaczego nie zadzwonisz na policję, żeby go zamknęli? Przecież wtedy chciał cię zabić! – Mark odwrócił się do kochanki i czując, że znów jest gotów, wszedł w nią jednym ruchem.
To bezcelowe. Nic mu nie udowodnią... – odpowiedziała cicho.
Objęła go i poddała się miłosnym pchnięciom. Mark lekko pchnął ją do tyłu, a Violetta, opierając głowę o łono nimfy i podpierając się rękoma, wygięła się w kuszący łuk i rozszerzyła nogi. Chłopak, podtrzymując dłońmi pośladki kobiety, poruszał się w niej coraz szybciej, aż Violetta zaczęła pojękiwać z rozkoszy. Na czole chłopaka zaczął pojawiać się pot, ale jeszcze zwiększył tempo, czując, że szczyt ekstazy jest blisko. Dziewczyna zamknęła oczy, a na jej twarzy i dekolcie pojawił się rumieniec. Chwilę później głośno krzyknęła w ekstazie, a kilkanaście sekund później Mark również osiągnął orgazm.
Wyszedł z Violetty i zmęczony położył się na podłodze. Dziewczyna przytuliła się do niego. Mark objął ją i pocałował w usta. Głaszcząc Violettę po piersiach, szepnął kochance do ucha:
Jest mi z tobą bardzo dobrze, wiesz?
Wiem – zamruczała jak kotka i wypięła piersi, podając się jego pieszczotom.
Muszę ci coś wyznać – dodała po chwili, kładąc dłoń na jądrach chłopaka – Boję się tego zwyrodnialca, Freda. Jest bardzo niebezpieczny dla otoczenia, a czuje się zupełnie bezkarny. Nie mówiłam ci o tym, ale już kilka razy chciał mnie zabić!
Kilka razy?! – dłoń Marka zatrzymała się na piersi dziewczyny. – Wiedziałem tylko o tej sytuacji przy cmentarzu. Dlaczego cię prześladuje? Co mu zrobiłaś, że czyha na twoje życie?
Kiedyś weszłam na cmentarz, żeby obejrzeć zabytkowe grobowce XIX-wiecznych patrycjuszy i przyłapałam go na okradaniu zmarłych. Od tej pory ten psychopata chce mnie zabić. Raz niemal mu się udało, ale skończyło się na tym, że mocno mnie zranił nożem. Wiem, że gdy będzie miał okazję, zabije mnie.
Nie pozwolę na to! – Mark tak się zdenerwował, że aż puścił dziewczynę i usiadł, zaciskając pięści.
Obronisz mnie, mój bohaterze? – Violetta delikatnie ścisnęła jego członka.
Pewnie, że tak! Nie pozwolę mu cię skrzywdzić!
Kochasz mnie, Mark? – dziewczyna spojrzała mu w oczy.
Tak, kotku
To zrób coś dla mnie. Zabij tego świra! Jeśli tego nie zrobisz, on zabije mnie!


Na początku grudnia Violetta miała zaplanowaną podróż do Budapesztu. Musiała dojechać pociągiem do Dover, tam przesiąść się na prom, by po drugiej stronie kanału La Manche znów skorzystać z usług kolei. Noc przed jej wyjazdem, jak zresztą każdą, gdy dziewczyna była w Portsmonth, Mark spędzał u swej kochanki. Jak zawsze chciał zostać do rana, ale około pierwszej w nocy kobieta poprosiła go, by poszedł już do siebie:
Idź, kochanie, do domu, bardzo cię proszę. O piątej rano mam pociąg i chciałabym się trochę wyspać, bo w Budapeszcie mam sporo spraw do załatwienia i muszę być wypoczęta. Wiesz, co się stanie, gdy tu zostaniesz tutaj na noc. Oczywiście zamiast spać, ciągle będziemy się kochać! – zaśmiała się głośno. – I rano znów będę cieniem samej siebie.
Choć nie był z tego zadowolony, spełnił jej prośbę, bo czego się nie robi dla ukochanej kobiety? Tak, kochał ją. Zdał sobie z tego sprawę dopiero kilka dni przedtem.
Początkowo było to tylko seksualne zauroczenie, pociąg fizyczny do atrakcyjnej, pełnej temperamentu, tajemniczej kobiety. Potem, gdy zaczęli się coraz lepiej poznawać, okazało się, że to coś więcej niż pożądanie. Dużo więcej.
Jak to często bywa na początku znajomości, bardzo dużo rozmawiali ze sobą. Mark dowiedział się, że ojciec Violetty był Rumunem, a matka Angielką. Dziewczyna wychowała się Bukareszcie, gdzie jej ojciec był kustoszem Muzeum Narodowego, a matka pracowała w angielskiej ambasadzie. To on właśnie jej tata, gdy była małą dziewczynką, zaszczepił w niej miłość do sztuk pięknych i był pierwszym, bardzo kompetentnym przewodnikiem po świecie malarstwa i rzeźby. Zgodnie ze swoją życiową pasją zaczęła studiować historię sztuki na Uniwersytecie Bukareszteńskim, w międzyczasie zajmując się handlem dziełami sztuki. Dzięki rozlicznym znajomościom ojca nawiązała bardzo dobre kontakty z licznymi handlarzami i kolekcjonerami w całej Europie, co szybko zaczęło przynosić jej znaczne profity. Rok temu Violetta ukończyła z wyróżnieniem studia, a kilka miesięcy później umarła starsza siostra jej matki, zapisując dziewczynie w spadku zabytkowy dom przy Eternal Memory Street.
Violetta bardzo imponowała Markowi swoją wiedzą dotyczącą sztuki, a szczególnie malarstwa, w którym się specjalizowała. O obrazach wiszących w jej domu mogłaby opowiadać godzinami. Zaintrygowała go zwłaszcza historia makabrycznego płótna, przedstawiającego kilka wampirów w górskiej scenerii, z których jeden był cały skąpany w krwi i z okrutnym uśmiechem na wykrzywionych ustach trzymał długą, ostrą kosę. Bestie miały przerażające, nieludzkie twarze, a w ich oczach czaiło się coś nieuchwytnego. Ohydnego i budzącego grozę. Coś będące kwintesencją zła. Było to dzieło wyśmienitego, choć mało znanego rumuńskiego malarza, Iliana Gordanescu, zatytułowane „Śmierć jest początkiem cierpienia”. Obraz został namalowany w 1574 roku i był ostatnim dziełem artysty, zainspirowanym ponoć osobistymi doświadczeniami autora z wampirami. Legenda mówi, iż malarz cudem uszedł z życiem, zaatakowany przez kilka wampirów w posępnej Transylwanii, ale ta koszmarna przygoda odcisnęła zabójcze piętno na jego psychice. Ilian zaczął cierpieć na dziwną chorobę psychiczną, charakteryzującą się napadami panicznego lęku, przeplatanymi wielodniowymi okresami bezsenności, co w krótkim czasie doprowadziło go do śmierci. Na szczęście zdążył jeszcze ukończyć płótno, które stało się największym i zarazem najmroczniejszym dziełem jego życia. Według niektórych przekazów Ilian Gordanescu został ukąszony przez wampira, co sprawiło, iż sam zmienił się w potwora – dlatego po śmierci wbito mu w serce osinowy kołek, by nie mógł powstać z grobu.
Mark w milczeniu wpatrywał się w niezwykły obraz, gdy Violetta, podsumowując niezwykłą historię obrazu, nienaturalnie stłumionym, niepokojącym głosem wyrecytowała wiersz obłąkanego, starożytnego poety, Dracosa z Samotraki.

„Nie płacz, głupcze, że twoje nędzne życie właśnie się skończyło,
Ciesz się, żałosna istoto, iż przeżyć je dane ci było,
Bo śmierć to dopiero początek twej krwawej, straszliwej kaźni,
A kat piekielny nie zna granic sadystycznej wyobraźni.
Teraz dowiesz się, co oznacza słowo bezkresne cierpienie,
Gdy demon zła pozbawi cię resztki nadziei na zbawienie.”

Wiersz sprawił, iż chłopakowi przeszły po plecach zimne dreszcze. Od tego dnia zawsze, gdy spoglądał na dzieł rumuńskiego artysty, czuł niepokój, którego źródła nie potrafił sobie wytłumaczyć. Bez dwóch zdań Violetta była bardzo intrygującą, tajemniczą kobietą, która coraz bardziej fascynowała młodzieńca. Czuł, że do dziewczyny przyciąga go siła, której nie potrafi się oprzeć.
Mark, choć by raczej skrytym człowiek, z biegiem czasu zaczął zwierzać się swojej kobiecie. Opowiadał jej, że wychował się w Porstmonth, a każde wakacje spędzał w ich przepięknie położonej letniej rezydencji, mieszczącej się na podmiejskiej wsi. Jego ojciec handlował bydłem na dużą skalę, dzięki czemu dorobił się pokaźnego majątku, a matka zajmowała się u niego księgowością. Młodzieniec miał też młodszą siostrę, Ann. Wesoła jak szczygieł i żywa jak iskra dziewczyna była oczkiem w głowie całej rodziny. Mark dbał o nią bardziej niż o siebie, nie pozwalając nikomu skrzywdzić swojej siostrzyczki, choć często się z nią przekomarzał i robił sobie z niej żarty. Do dziś jednym z jego najpiękniejszych wspomnień były ich wspólne konne przejażdżki oraz rodzinna wycieczka statkiem po Tamizie.
Rodzinę Marka było stać na to, by chłopak miał swojego prywatnego nauczyciela i dlatego dzięki gruntownemu wykształceniu bez trudu dostał się na Uniwersytet Londyński, gdzie studiował anglistykę. Podczas pięciu lat nauki poznał wszystkie jasne i ciemne strony życia stolicy Albionu, wytworne rezydencje i obmierzłe speluny. W Londynie zaprzyjaźnił się z Yanem Vermanem, którego pokochał jak brata. Tam też zainteresował się sportem – trenował zapasy i szermierkę, pasjonował się walkami bokserskimi oraz wyścigami psów i koni. Połykał wręcz książki podróżnicze i detektywistyczne, a jego największym konikiem stał się okres napoleoński i wszystko, co z nim związane. Wyrazem tego był temat jego pracy dyplomowej: ”Postać Napoleona w literaturze europejskiej”.
Jego zaborczy ojciec chciał, by Mark został jego prawą ręką w rodzinnej spółce handlowej, a później przejął po nim interesy, ale chłopak nigdy nie mógł znaleźć z nim wspólnego języka. Dlatego postanowił pójść swoją drogą i został dziennikarzem sportowym. Żył na własny rachunek, nie korzystając z pieniędzy i koneksji ojca – i co więcej, był z tego dumny.
Mark nabrał do dziewczyny takiego zaufania, że opowiadał jej o rzeczach, których nikomu przedtem nie wyznał. O tym, że w wieku szesnastu lat zakochał się w trzydziestoletniej zakonnicy ze swojej parafii; że kiedyś był tak pijany, iż pomylił przyjaciela ze swoją dziewczyną i chciał go zaciągnąć do łóżka; a także o tym, że kiedyś zaraził się wstydliwą chorobą od pewnej ladacznicy z londyńskiej dzielnicy Soho, co na szczęście zakończyło się wyleczeniem. Kiedyś nawet zwierzył się Violecie, że choć miał w życiu kilka kobiet, tak naprawdę jeszcze nigdy nie był zakochany, ale ma nadzieję, że niedługo się to zmieni.
Teraz, po półtoramiesięcznej znajomości, czuł, że z każdym dniem kocha ją coraz mocniej. Źle znosił nawet krótkie rozstania, wręcz cierpiał, gdy Violetta wyjeżdżała. Uwielbiał spędzać z dziewczyną każdą chwilę, rozmawiać z nią, spacerować, żartować i kochać się do upadłego. Dyskutowali o swojej pracy, polityce, sztuce, obejrzanych przedstawieniach teatralnych i przeczytanych książkach. Zwiedzali razem muzea i galerię obrazów, jeździli na krótkie wycieczki za miasto, chodzili na mecze i koncerty. Była równie piękna, co dowcipna i inteligentna. Często śmiali się jak szaleni, dziwiąc się potem, co ich tak bardzo rozśmieszyło. Po raz pierwszy w życiu miał wrażenie, że spotkał kobietę, która świetnie go rozumie – jego uczucia, zachowanie, plany, ambicje, marzenia. Czuł, że w końcu spotkał kobietę swojego życia. Dziewczynę, z którą chciałby być razem na zawsze.


Gdy następnego dnia rano poszedł po gazetę, przeżył szok. Na pierwszej stronie dziennika „Portsmonth Time” zamieszczono zdjęcie martwego mężczyzny z nogami kończącymi się tuż pod kolanami, jakby ktoś uciął podudzia siekierą. Ciało zostało znalezione na Cmentarzu Trzech Róż około godziny trzeciej w nocy. Ósma ofiara maniakalnego mordercy. Yan Verman. Najlepszy przyjaciel Marka już od czasów szkolnych. Chłopak zaklął szpetnie. Wściekły i zarazem zrozpaczony, pomyślał, że dużo dałby, żeby w końcu złapali tego skurwiela. Otarł łzy, które pojawiły się w kącikach oczu i siedział z głową skrytą w dłoniach.
Przed oczami stanęły mu obrazy z ich wspólnych, biednych i wesołych studiów w Londynie. Zwiedzanie muzeów, wycieczki za miasto, ściąganie na egzaminach, pijackie imprezy, bójki w pubach na pięści i noże, wspólne dziewczyny, dzielenie się pieniędzmi, ubraniami, jedzeniem. Tyle lat, tyle wspomnień! Ile razy jeden z nich stawał w obronie drugiego, ile razy wyciągali się wzajemnie z różnych tarapatów? Tak wiernego i lojalnego przyjaciela jak Yan można szukać ze świecą! A teraz nie ma już starego druha…
Kwadrans później Mark doszedł do siebie na tyle, że zaczął logicznie myśleć. Postanowił pomścić przyjaciela. Kupił myśliwską lornetkę. Postanowił, że będzie co noc obserwować cmentarz, aż w końcu zobaczy, kto podrzuca ciała zabitych. A może morderca przyprowadzał tam swoje przyszłe ofiary, by zabić jej wśród starych grobów? Musiał się tego dowiedzieć.
Violetta zostawiła mu klucze od domu, by zajmował się nim pod jej nieobecność. Sypialnia dziewczyny, mieszcząca się na pierwszym piętrze, była znakomitym punktem obserwacyjnym. Myśli Marka pobiegły w kierunku kochanki. Violetta. Gdyby tu była, wiedziałaby, jak go pocieszyć po śmierci przyjaciela.
Przez siedem kolejnych nocy siedział po kilku godzin w oknie z lornetką w ręku, ale nie zauważył niczego podejrzanego, oprócz tego, że kilka razy na cmentarzu pojawił się Fred, który przemykał między mogiłami i wchodził do niektórych grobowców. Violetta kilkakrotnie prosiła go, żeby zabił starca, ale odpowiadał jej wtedy, że nie jest mordercą i nie może tego zrobić, chyba że w obronie własnej lub ukochanej kobiety.
Przez ten czas nikt nie zginął.
Ósmego dnia zadzwoniła Violetta. Powiedziała mu, że przyjedzie do Portsmonth nazajutrz o czwartej piętnaście rano.
- Przyjadę po ciebie na dworzec - zaproponował.
- Nie, nie kłopocz się. Wezmę taksówkę. Nie ma potrzeby, żebyś jeździł po nocy. Poradzę sobie, naprawdę.
- Ale to nie jest dla mnie żaden kłopot, kochanie!
- Lepiej wyśpij się, mój ogierze, nabierz siły i przyjdź o dziesiątej rano. Do tego czasu ja też zdążę wypocząć po podróży, więc będziemy mogli w łóżku nadrobić dni, w których się nie widzieliśmy! Proszę cię, zrób to dla mnie! Tak będzie lepiej.
Była druga w nocy, gdy zamknął na klucz frontowe drzwi domu swojej kochanki. Chciał wyspać się we własnym łóżku. Szedł wzdłuż cmentarza. Nagle niewiadomo skąd pojawiła się olbrzymia sowa. Okrążyła go, zakukała głośno i zniknęła w ciemnościach nocy.
Zadrżał. Przypomniał sobie, co opowiadała mu babcia. Sowa jest zwiastunem śmierci. Kto usłyszy jej hukanie, temu w krótkim czasie umrze ktoś bliski. Nigdy w to nie wierzył. Jednak gdy zerwał się wiatr i poruszył gałęziami drzew, Mark poczuł podświadomy strach. Nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Przecież nie przejmował się zabobonami.


Nazajutrz punktualnie o dziesiątej stał przed domem Violetty. W dłoni ściskał poranną gazetę, której nawet jeszcze nie przejrzał, podniecony powrotem swojej ukochanej. Gdy mu otworzyła drzwi, była ubrana tylko w czerwony gorset i amulet z obsydianu. Piękna i seksowna jak zawsze – pomyślał. Na przywitanie słodko pocałowała Marka w usta. Potem rozpięła mu rozporek i chwyciwszy członka, pociągnęła za sobą po schodach na górę, prowadząc chłopaka jak za rękę. Nie mógł oderwać oczu od delikatnie zarysowanych mięsni na jej nagich pośladkach, napinających się i rozluźniających z każdym krokiem.
Po wejściu do sypialni Violetta jak kocica skoczyła na łóżko. Położyła się na plecach i przyjęła swoją ulubioną pozycję, rozchylając szeroko uda i chwytając w dłonie fallusy herosów stojących przy łóżku. Mark usadowił się między jej nogami i położywszy głowę na nagim, kobiecym łonie jak na poduszce, rozłożył gazetę.
Kochanie, proszę, daj mi pięć sekund. Zaraz się tobą zajmę, tylko przeczytam nagłówki. Ciekawy jestem, czy morderca znów grasował.
Daję ci trzy – rozczesała mu włosy na głowie.
Jasna cholera! – zaklął głośno. – „Ofiara numer dziewięć seryjnego mordercy – czytał. – Dziś o piątej rano przy bramie Cmentarza Trzech Róż znaleziono kolejną ofiarę psychopaty. Dwudziestodwuletnia dziewczyna, zgodnie z opinią biegłych, zginęła około czwartej rano. Brutalny zabójca uciął kobiecie rękę i uszy. Wstępnie zidentyfikowano zmarłą jako Agnes Merton.
Agnes! – Mark rzucił gazetę na podłogę i uderzył pięścią w udo. – To moja kuzynka! Opowiadałem ci o niej. Wychowaliśmy się razem! Byliśmy ze sobą tacy zżyci! Przyjeżdżała do nas na wieś na wakacje! – chłopak zazgrzytał zębami, a potem zerwał się i kopnął w ścianę.
Kara śmierci dla takiego skurwysyna to za mało! Jak go w końcu złapią, powinni go torturować miesiącami i dopiero potem zabić! – Mark oparł głowę o zimny mur i w poczuciu smutku i bezsilności bezwiednie zaciskał pięści.
Sam wymierz mu karę – szepnęła Violetta, głaskając go po głowie i przytulając się do pleców mężczyzny. - Najpierw twój przyjaciel, teraz ukochana kuzynka. Wiesz przecież, kto to zrobił!
Fred?! Tak, Fred! – znów zacisnął pięści i zazgrzytał zębami.
Oczywiście, że to on. Zabij go! Ziemia nie powinna nosić takich bestii jak Fred! Zrób to, zanim znów ktoś zginie!
Tego dnia Mark nie miał już ochoty na seks. Rozmyślał o Yanie, Agnes i Fredzie. Myśl o zabiciu obleśnego starca ciągle krążyła mu po głowie. Przerażało go to. Przerażało, bo był coraz bliższy tego, by w końcu to zrobić.


Violetta była w Portsmonth tylko trzy dni. Znów musiała wyjechać w interesach. Miała nocny pociąg, tym razem do Bukaresztu. Mark wyszedł od niej przed północą, by dziewczyna mogła się choć trochę wyspać. Wyjazd o czwartej dwadzieścia rano z pewnością był dla niej męczący. Nie mógł zasnąć. Chodził z kąta w kąt i rozmyślał. Przypomniał sobie, że gdy ostatnio Violetta wyjeżdżała do Budapesztu, tej samej nocy zginął jego najlepszy przyjaciel. Postanowił spotkać się jeszcze ze swoją ukochaną, choć prosiła go, żeby się wyspał, a ona pojedzie taksówką.
„I tak nie śpię” – pomyślał sobie. – „Na pewno się ucieszy, że odwiozę ją dorożką na dworzec kolejowy.”
Obudził mieszkającego w sąsiedztwie dorożkarza, zapłacił mu ekstra za nocny kurs i kazał się zawieźć na Eternal Memory Street. Gdy zadzwonił do drzwi jej domu, nikt mu nie otworzył.
To dziwne – powiedział sam do siebie. - Przecież powinna być jeszcze w domu. Nigdy nie wychodziła szybciej niż godzinę przed wyjazdem pociągu.
Otworzył drzwi kluczem, który mu zostawiła. Violetty nie było w domu. Wszedł do sypialni i dotknął dłonią pościeli. Była zimna. Musiała wyjść dawno temu. Zaczął się denerwować.
Cholera! Może jej się coś stało! Przecież żeby dojść do postoju taksówek, musiała przejść obok cmentarza!
Wyciągnął z kieszeni płaszcza lornetkę, by obserwować cmentarz z okna sypialni. Wpatrywał się tak intensywnie w półmrok rozświetlany tylko przez księżyc i gwiazdy, że zaczęły go boleć oczy. Co chwilę spoglądał na jedyną bramę wejściową, prowadzącą na cmentarz, ale nikogo nie zauważył. O czwartej trzydzieści odłożył lornetkę.
Jeśli nic się jej nie stało, jest już w pociągu i jedzie w kierunku Dover – powiedział do siebie.
O czwartej trzydzieści dwie na Cmentarz Trzech Róż wszedł Fred.


Położył się w łóżku Violetty. Srebrne światło księżyca, wpadające przez odsłonięte okno, tworzyło niesamowity nastrój, pełen spokoju i nieuchwytnego piękna. Marmurowe posągi nagich nimf i herosów rzucały fantastyczne cienie na ściany wyłożone lustrami i przesuwały się powoli z szybkością, z jaką księżyc leniwie poruszał się po nieboskłonie. Gra świateł i półcieni tworzyła dziwną mozaikę, w której postaci wydawały się być splatane w miłosnych uściskach. Głowy, nogi, ręce, brzuchy, pośladki, duże piersi i olbrzymie penisy w nieskończoność odbijały się w ustawionych naprzeciw siebie lustrach, rozmazując się w półmroku. Chłopak długo wpatrywał się w idealnie piękne ciała wyrzeźbione przed wiekami. Wydawało mu się, że gdyby się nagle odwrócił, zobaczyłby za sobą Violettę, stojącą w wyuzdanej pozie, z obnażonym wzgórkiem łonowym i gorsetem rozsznurowanym do połowy, nie kryjącym widoku jej jędrnych piersi. Czuł dziwne podniecenie pomieszane z niepokojem i lękiem. Jakby zaraz miało się wydarzyć coś strasznego.
Zrobiło mu się duszno. Otworzył okno na oścież i usiadł na łóżku. W tym momencie do pokoju wleciał coś ciemnego i dużego. Stwór przeraźliwie zahukał. Sowa! Ptak zwiastujący śmierć! Zerwał się i odruchowo cofnął pod ścianę. Sowa okrążyła pokój i wyleciała. Oblany zimnym potem z hukiem zamknął okno. Serce biło mu tak, jakby chciało się wyrwać z piersi. Przecież to tylko ptak! Co się tak przestraszyłeś?! Sam się sobie dziwił.
Usiadł na łóżku, głośno oddychając. Nie mógł się uspokoić. Nie wiedział, z czego to wynikała, ale miał pewność, że w najbliższym czasie wydarzy się jakieś nieszczęście. Zrobiło mu się zimno. Przekonywał sam siebie, że strach ma wielkie oczy. Nigdy nie należał do bojaźliwych ludzi, ale najwyraźniej ostatnie wydarzenia wyprowadziły go z równowagi. Gdy ostatni raz słyszał hukanie sowy, kilka godzin później zginęła Agnes. Przypomniał sobie, że krótko przed śmiercią swojego najlepszego przyjaciela również słyszał przerażające dźwięki, wydawane przez tego nocnego ptaka. Było to tej nocy, w czasie której poznał Violettę. Dlaczego nagle zrobił się taki przesądny? Przecież nigdy nie wierzył w zabobony i ludowe przepowiednie.
Nagle kątem oka zauważył jakiś duży cień. Odwrócił się przestraszony. Odetchnął z ulgą, dziwiąc się własnemu zachowaniu. To tylko wyrzeźbiony z kamienia heros stał w półmroku, bo księżyc właśnie zaszedł za chmurę. Odetchnął z ulgą. Położył się i przykrył kołdrą, ale nadal drżał z zimna. Zamknął oczy, ale sen nie przychodził. Myśli galopowały mu w głowie jak oszalałe. Od czasu do czasu podnosił głowę, by rzucić okiem na sypialnię. Marmurowe rzeźby stały jakby nigdy nic. Jakby znały przyszłość, ale nie przejmowały się tym, co ma się wydarzyć.


Zasnął, gdy już świtało. Obudził się tuż przed południem, choć o dziewiątej rano miał być w biurze. Zadzwonił do szefa i poinformował go, że jest chory i przyjdzie do pracy za trzy dni. Wciągnął spodnie na gołe ciało, ubrał płaszcz i w tym stroju pobiegł po gazetę. Usiadł na ławce przed domem Violetty i rozłożył „Portsmonth Time”.
- Nieeeeeeeeeee!!! – jego rozpaczliwy wrzask zwrócił uwagę przechodniów. – Zabiję! Zabiję tego skurwysyna!
Na pierwszej stronie rzucało się w oczy duże zdjęcie straszliwie zmasakrowanego ciała, pozbawionego obu rąk i uszu. Wielkie, czerwone litery informowały beznamiętnie: „Ofiara numer dziesięć. Dziś o szóstej dwanaście patrol policji znalazł na Cmentarzu Trzech Róż ciało zabitej w okrutny sposób Ann Glane.” Pod zdjęciem była krótka informacja: „Ann Glane, dwudziestojednoletnia siostra znanego dziennikarza Marka Wadle, trzy miesiące po swoim ślubie stała się kolejną ofiarą maniakalnego zabójcy. Psychopata przegryzł jej tętnice szyjną, odciął piłą jedną rękę, a drugą prawdopodobnie odgryzł. Rąk nie odnaleziono. Wstępne oględziny ciała wskazują, że denatka została zgwałcona, prawdopodobnie już po śmierci, która nastąpiła około godziny drugiej trzydzieści rano”.
Ann. Śliczna, niewinna, urocza, zawsze słodko uśmiechnięta Ann. Dziewczyna roztaczająca wokół siebie aurę ciepła i radości. Młoda kobieta, na której ślubie był świadkiem. Jego Annie. Ukochana siostrzyczka.


- Żarty się skończyły – szepnął do siebie Mark, wchodząc przez żelazną bramę na Cmentarz Trzech Róż. – Będziesz mnie błagał o śmierć, ale ta nie przyjdzie szybko, ty pierdolony bydlaku!
Nikomu by się do tego nie przyznał, nawet Violecie, ale przez cały dzień płakał jak bóbr. Mark kompletnie się załamał. Nigdy jeszcze nie był w takiej depresji. Rozpacz, bezsilność, smutek i niewypowiedziany żal wypełniały jego duszę. Dopiero teraz, gdy już nie było Annie, zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo kochał swoją siostrzyczkę. Bardziej niż matkę, nie mówiąc już o ojcu. Ann zawsze przypominała mu jego szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo. Wspólne zabawy, spacery, rozmowy. Zawsze wzajemnie się wspierali. Gdy dostawał lanie od ojca, ona go pocieszała, a Mark z kolei uspokajał ją, tulił do siebie i głaskał po głowie, gdy przychodziła do niego, bojąc się burzy z piorunami. Pamiętał, jak pocieszał siostrę, gdy rzewnymi łzami opłakiwała utraconą miłość, po tym, jak jej pierwszy chłopak rzucił Ann dla innej dziewczyny. Jej pierwszy bal, śpiewanie kolęd przy świątecznym stole i radość w oczach dziewczyny, gdy otwierała prezenty. Doskonale pamiętał też dzień, kiedy poszli nad rzekę i uratował jej życie. Ann złapał wtedy skurcz, zaczęła się topić i zniknęła pod wodą, a gdy wyciągnął ją na brzeg, odzyskała przytomność dopiero po długiej reanimacji.. Nigdy nie zapomni, jaka była szczęśliwa, gdy w dniu swojego ślubu stała przed ołtarzem w prześlicznej, białej sukni, śmiejąc się całą sobą. Pamiętał tyle różnych wydarzeń związanych ze swoją siostrą – i wesołych, i smutnych. Nie mógł się pogodzić z faktem, że już nigdy więcej nie ujrzy uśmiechniętej twarzy i wesołych oczy Annie.
Ból po utracie kochanej osoby powoli zaczął ustępować, stopniowo zastępowany przez pragnienie zemsty. Uzbrojony był w pistolet z magazynkiem załadowanym dziewięcioma nabojami, nóż sprężynowy i drewnianą pałkę, Mark był zdeterminowany i gotowy na wszystko. Wyjął lornetkę i przez dłuższą chwilę obserwował cmentarz, szukając obrzydliwego starca. Widoczność była słaba z powodu zachmurzonego nieba, przysłaniającego księżyc. Nikogo nie zauważył. Dwa razy musiał się kryć między grobowcami przed patrolami policji. Po ostatniej zbrodni co pół godziny policjanci zaglądali na cmentarz. Cierpliwie czekał, choć był coraz mocniej zdenerwowany. Przyszedł tu, żeby zabić. Pomścić Yana i Agnes. A przede wszystkim Ann!
Nagle został mocno uderzony w tył głowy. Pociemniało mu w oczach i stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, siedział oparty plecami o ścianę w małym, bardzo ciemnym pomieszczeniu. Miał związane ręce i nogi, a zakneblowane usta nie pozwalały na wołanie o pomoc. Mrok rozpraszało jedynie światło palącego się znicza. Straszliwy ból pulsował z tyłu czaszki. Rozejrzał się dookoła. Siedział między dwiema spróchniałymi trumnami. Przed sobą dostrzegł ginące w mroku duże podłużne przedmioty. Domyślił się, że to również były trumny.
„O cholera!” – pomyślał przestraszony. – „Jestem w grobowcu!”
Na drugim końcu mauzoleum coś się poruszyło. Ciemna, ledwie widoczna postać zbliżyła się do niego, wchodząc w zasięg światła roztaczanego przez migotliwy płomyk. To był Fred. Usiadł na trumnie przed Markiem i uśmiechnął się obleśnie. Spróchniałe drewno ugięło się mocno, z ledwością wytrzymując ciężar.
No i co teraz, chłoptasiu?- odezwał się starzec. – Z myśliwego stałeś się zwierzyną! Pewnie myślisz, że zaraz cię zabiję i staniesz się kolejną ofiarą seryjnego zabójcy? Robisz pod siebie ze strachu? – zaśmiał się gardłowo. Bój się, bój, masz do tego powody!
Mark faktycznie był śmiertelnie przerażony. Ręce miał związane na plecach, a nogi w kostkach, wiec nie był w stanie ani walczyć, ani uciekać.
Zaraz się zdziwisz, jak ci coś powiem – starzec wykrzywił wargi w grymasie będącym jakąś upiorną parodią uśmiechu, pokazując brzydkie, popsute zęby. – To nie ja jestem seryjnym mordercą. Nie zgadniesz, kto nim jest? Ta dziwka, do której tak często przychodzisz i która napuściła cię, żebyś mnie zabił. Celowo mordowała w mieście, a potem podrzucała trupy na cmentarz, żeby skierować podejrzenia na mnie. Pieprzona zdzira! Dobrze wie, że często tu przebywam, bo szukam... No nieważne, czegoś szukam... Policja przesłuchiwała wszystkich ludzi mieszkających w okolicach cmentarza. Ją również. Stałem na cmentarzu w pobliżu jej otwartego okna, gdy jakiś młody dzielnicowy wypytywał ją o morderstwa. Słyszałem wyraźnie, jak powiedziała: „Jestem pewna, że zabójcą jest Fred Fireham. Bardzo często widzę przez okno, jak w nocy kręci się po cmentarzu, wchodzi do grobowców, ciągnie jakieś duże, ciężkie przedmioty”. Cholerna suka.
„A co, może to nieprawda, że dzień w dzień kręcisz się po cmentarzu?” – chłopak zadał sobie w myślach retoryczne pytanie.
Wiem, wiem, nie wierzysz mi. To sam sobie odpowiedz na pytanie,: dlaczego ludzie ginęli tylko wtedy, gdy Violetta była w Portsmonth? Dlaczego trzy ostatnie ofiary to bliscy ci ludzie: przyjaciel, kuzynka i siostra? Zbieg okoliczności? Wykluczone! – uderzył pięścią w trumnę, robiąc w niej dziurę. – Zostali zabici z premedytacją przez tę sukę.! A ty dałeś sobie wmówić, że to ja za tym stoję!
„Tak, jasne, ty obleśny psychopato!” – pomyślał Mark i zazgrzytał zębami. – „Ty pierdolony kłamco! Violetta jest morderczynią?! I to Violetta zgwałciła zwłoki mojej siostry, a potem odrąbała jej ręce? Niech tylko się stąd wyrwę, to zrobię z tobą porządek!”
Myślisz, że Violetta jest normalną kobietą? – Fred kontynuował swój monolog. – Ona jest bestią wcieloną, ty głupcze! Wampołakiem. Założę się, że w życiu nie słyszałeś o wampołakach. Pocieszę cię, że mało kto słyszał. Jest to bardzo rzadka odmiana wampira, praktycznie rzecz biorąc wampirzy mutant. Powstał około dwieście lat temu w Kijowie z chorego związku wampirzycy i mężczyzny. Przez tysiąclecia istnienia wampirów nieraz zdarzały się takie sytuacje, ale nigdy ich owocem nie było dziecko. Teoretycznie rzecz biorąc spółkujący ze sobą przedstawiciele dwóch różnych gatunków nie mogą mieć potomstwa, ale Matka Natura bywa okrutna i ma czasem swoje dziwne, niewytłumaczalne wybryki. Wampołaki, jak łatwo się domyślić, mają cechy zarówno człowieka, jak i wampira. Żywią się krwią ludzką, ale tylko samce przez ugryzienie człowieka sprawiają, że w ciągu kilku miesięcy zamienia się on w wampołaka. Samice mają za to inną możliwość przedłużenia gatunku. Mogą zajść w ciążę z człowiekiem i urodzić małego wampołaczka. Jeśli będzie on samcem, oczywiście dalej będzie zarażał, kąsając ludzi. Dziwne jest to, że samica wampołaka nie może mieć młodych z wampołakiem, jest to możliwe tylko z mężczyzną.
„Co za wierutne brednie! – pomyślał Mark. – „Moja Violetta jest wampirzym mutantem! Śmiechu warte. Przecież wampirów nie ma! A nawet gdyby były, to co z niej za wampir, skoro odbija się w lustrze i chodzi po dworze w pełnym słońcu?”
Starzec zamilkł na chwilę i wpatrywał się w rozszerzone źrenice Marka. Chłopak słuchał go ze strachem, pomieszanym z nienawiścią, odrazą i zaskoczeniem.
Wiesz, po co ci to mówię? Wampołakom obce jest uczucie przyjaźni i miłości. Podobnie jak wszelkie inne ludzkie uczucia. Prawdopodobnie ta suka związała się z tobą tylko po to, byś ją zapłodnił, bo chce jeszcze przed śmiercią przedłużyć gatunek. A nastąpi to już niedługo, bo jest śmiertelnie ranna – postrzeliłem ją srebrną kulą. U wampołaków srebro, które przebije się przez warstwę ochronną skóry, tworzy straszne, gnijące i ropiejące rany, powodujące śmierć w ciągu góra kilkunastu miesięcy. Trafiłem ją w najczulsze miejsce każdego wampołaka, czyli w brzuch. Pewnie ukrywa ranę i nigdy nie rozbiera się przy tobie do naga. Dobrze się domyślam – zaśmiał się szyderczo, widząc grymas na twarzy Marka.
„Gorset!” – chłopaka oblał zimny pot. – „Nigdy nie zdejmuje gorsetu! Musiał ją naprawdę postrzelić!”
Jeśli zajdzie z tobą w ciążę, będziesz w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Samice wampołaków są jak modliszki. Po zapłodnieniu zabijają swoich partnerów. Pewnie dlatego, że obawiają się, iż gdy przyszły ojciec dowie się, jakim potworem jest jego ukochana i jakim będzie dziecko, zabije i ją, i swojego potomka.
Starzec przysiadł się trochę bliżej chłopaka i spojrzał mu w oczy. Po plecach Marka przeszedł zimny dreszcz.
Widzę, że nadal mi nie wierzysz. Coś ci podpowiem. Gdy będzie spała, sprawdź, jakie ma zęby. Przekonasz się, że kły, czyli czwórki, będzie miała znacznie dłuższe niż człowiek. Sprawdź to, a potem ją zabij. Ale to nie jest takie proste, bo to nie wampir, tylko wampirzy mutant. Musisz użyć specjalnego stropu metalu – połączenia srebra, rtęci, ołowiu i czegoś jeszcze, co pozostanie moją tajemnicą. Kilka dni temu udało mi się w końcu wykonać ostrze z takiego metalu i użyłem go do zrobienia noża sprężynowego. Jest mały, więc łatwo go ukryjesz przed tą bestią i użyjesz w odpowiednim czasie. Zrób to z ukrycia, najlepiej atakując o tyłu lub gdy uśnie, bo wampołaki są znacznie silniejsze od ludzi, więc w otwartej walce nie masz szans.
Fred podszedł do Marka i włożył mu nóż sprężynowy w wewnętrzną kieszeń kurtki. Młodzieniec, skręcając się w więzach, próbował temu przeszkodzić.
„Co ten świr sobie wyobraża?!” – pomyślał. – „Nigdy nie zabiłbym mojej kobiety. To jego zabiję, jeśli mnie puści wolno!”
Sam bym ją zabił – po chwili milczenia powiedział starzec – ale nie mogę się do niej zbliżyć na odległość mniejszą niż dziesięć metrów. To przez ten jej cholerny amulet z obsydianu. Ciągle go nosi, suka. Figurka zamienia falę mózgowe w pole energetyczne nie do przejścia dla... Dla takich jak ja. Na ludzie nie działa, ale ja, po ostatnich przeżyciach, już nie do końca jestem człowiekiem. Wtedy, gdy mnie goniłeś, próbowałem dostać się na odległość wystarczającą do oddania rzutu nożem, ale mi przeszkodziłeś.
Nienawidzę tej zdziry! – nagle wybuchnął gniewem. – To ona zabiła moją żonę i córkę! Nie pochwaliła ci się?! Mnie też by chętnie zabiła, ale zabezpieczyłem się przed tym. – wyciągnął spod koszuli amulet z zielonego jaspisu, wiszący na jego szyi na grubym rzemieniu. - Ten drobiazg również tworzy pole energii, ale inne niż amulet Violety. Żadna samica wampołaka nie podejdzie do mnie, bo prędzej by jej mózg wyparował z bólu.
No dobrze, pogadaliśmy sobie, czas się zbierać! – starzec zaśmiał się złośliwie i zdmuchnął znicz. - Jutro rano ktoś ci stąd wypuści.
Fred wyszedł z grobowca, zostawiając młodzieńca w absolutnych ciemnościach. Po chwili strzec wrócił, by przylepić do drzwiczek mauzoleum kartkę z dużym napisem: „ W środku jest człowiek. Wypuście go!”.


Dzień przed pogrzebem Ann ukochana Marka wróciła do Portsmonth. Violetta przyjechała o trzeciej czterdzieści rano. Młodzieniec czekał na nią na dworcu kolejowym, choć jak zawsze prosiła go, by wyspał się i przyszedł rano. Pod zniewalającym uśmiechem ukryła zaskoczenie i zaciągnęła chłopaka do damskiej toalety.
Jestem strasznie napalona – szeptała mu, zamykając drzwi kabiny i rozpinając mu spodnie. – Nie uprawialiśmy seksu już kilka dni!
Zsunęła mu do kolan jeansy razem ze slipkami i odwróciła się tyłem do Marka, pochylając się i opierając rękoma o spłuczkę. Chłopak zadarł jej sukienkę, odsunął na bok wąski paseczek stringów i wszedł w nią jednym, mocnym ruchem, nie zaprzątając sobie głowy zdejmowaniem majteczek. Violetta tak mocno go podniecała, że zapomniał o wszystkim innym. Kochał się z nią, skupiając się wyłącznie na jej seksownym ciele.
Gdy podjechali taksówką do jej domu, podniecenie chłopaka opadło i wpadł w depresję, myśląc o swojej biednej siostrze i okrutnym mordercy. Miał do siebie żal, że na dworcu na moment zapomniał o jej śmierci i kochał się z Violettą. Przygnębienie, złość i bezsilność sprawiły, że przestał się odzywać do kochanki i zamknął się w sobie.
Co ci jest, mój ogierze? – spytała Violetta, zdejmując z siebie wszystko oprócz gorsetu.
Nic nie odpowiedział. Rzucił jej na łóżko „Portsmonth Time”. Dziewczyna szybko przeczytała artykuł o zabójstwie Ann Glane.
Tak mi przykro, kochanie – objęła go i pocałowała.
Jutro o jedenastej rano pogrzeb – odpowiedział nie patrząc się na nią.
Napijemy się wina. To uśmierzy twój ból – wstała i poszła po butelkę krwistoczerwonego trunku.
Mark uznał, że to niezły pomysł na chwilowe zapomnienie o ostatnich bolesnych przeżyciach. Przy niewielkim udziale Violetty wypił półtora butelki wina i zanim zasnął, znalazł ukojenie w ramionach rozgrzanej dziewczyny, kochając się z nią dziko i namiętnie. Ta kobieta działała na niego tak mocno, iż wystarczyło jedno jej dotknięcie, a już tracił głowę i zapominał o bożym świcie.


Obudziły go pierwsze promienie wschodzącego słońca, święcące mu prosto w oczy. Leżał nagi obok śpiącej dziewczyny, pomijając gorset gołej jak ją natura stworzyła. Zrzucona kołdra przykrywała podłogę między łóżkiem, a regałem z książkami.
Ciągle chodzi w tym gorsecie! Dlaczego nigdy go nie zdejmuje? Fred mówił, że ją postrzelił i jest śmiertelnie ranna. Bzury! Musi być inny powód.. Spojrzał na kobietę. Spała na wznak, głośno oddychając. Jej piersi, wysunąwszy się z rozsznurowanego u góry gorsetu, rytmicznie unosiły się i opadały. Pomyślał, że wygląda bardzo seksownie – z lekko rozłożonymi nogami, podgolonymi włosami łonowymi i jedną ręką pod głową. Poczuł, jak rośnie jego męskość.
Już chciał obudzić Violettę, by powtórzyć nocne miłosne igraszki, gdy znów przypomniał sobie słowa Freda. Podniecenie natychmiast go opuściło. Postanowił sprawdzić, czy szalony starzec mówił prawdę. Pochylił się nad głową dziewczyny. Spała mocnym snem, cicho posapując. Delikatnie dotknął palcami jej warg, bacznie obserwując, czy się nie obudzi. Powoli podniósł kąciki ust dziewczyny. Zamarł z przerażenia. Violetta miała kły znacznie większe od pozostałym zębów! Jak wampir!
Mark usiadł na łóżku, oblany zimnym potem. Myśli w jego głowie kotłowały się jak oszalałe. „Przecież to niemożliwe! Ona nie może być wampołakiem. Fred kłamał! To nie Violetta zabiła moich najbliższych. Przecież ja ją kocham! Ona mnie tez kocha! Tak cudowna istota nie mogłaby nikogo skrzywdzić, a tym bardziej zabić! No dobrze, ale dlaczego morderca grasował tylko wtedy, gdy Violetta była w Portsmonth.? I dlaczego uwziął się na moich krewnych? Czy to zbieg okoliczności? Kto zginie następny? Może moja matka! Muszę temu zapobiec!”
Promień słońca powoli i niepostrzeżenie przesunął się po podłodze na regał ze starymi, cennymi książkami. Spojrzał na jasną, żółta plamę. Rozjaśniała brzegi grubego, oprawionego w zieloną skórę woluminu. „Wampiry, strzygi i inne potwory” – przeczytał napis ze złoconych, wypukłych liter. Nigdy przedtem nie zwrócił uwagi na tę książkę. Nie interesował się taką tematyką i nie wierzył w istnienie wampirów.
Wstał i wziął do ręki opasły tom. Otworzył go na spisie treści. Książka miała formę leksykonu z hasłami ułożonymi alfabetycznie. Poszukał litery „W”. Wampiry, wampiryzm – przewrócił kartkę i poczuł, jak ogarnia go strach. Wampołaki – strona 568. Szybko przekartkował na interesujące go hasło.
„Wampołaki – rzadko spotykana mutacja wampirów, powstała w wyniku skrzyżowania wampirzycy z człowiekiem. Pierwszy raz spotkano się z osobnikami tego dziwacznego i przerażającego gatunku w Kijowie w roku 1731. Niemal nie do odróżnienie od ludzi. Nie mają takich wampirzych cech jak alergia na światło i czosnek oraz brak odbicia w lustrze. Jedyną zewnętrzną różnicą są bardzo długie kły. Jednak wielkość, kształt i funkcje organów wewnętrznych wampołaków są zdecydowanie inne niż ludzkie. Żywią się identycznie jak człowiek, z jednym wyjątkiem – bez spożywania ludzkiej krwi nie przeżyją dłużej niż pięć do siedmiu dni. Ugryzienie przez samca powoduje zarażenie wampołactwem, samice nie zarażają. Zarażony człowiek w ciągu trzech do pięciu miesięcy staje się wampołakiem. Pierwsze objawy wampołactwa to wzmożona agresja, popęd seksualny i apetyt na świeże, surowe mięso, co w późniejszym stadium choroby zmienia się w napady szału, niepohamowaną żądze krwi i mordu, padlinożerstwo i kanibalizm oraz różnego rodzaju zboczenia seksualne, od sadyzmu i zoofilii do bardzo częstej nekrofilii.”
Mark przerwał czytanie. Przed oczami stanął mu artykuł o śmierci Ann. „Psychopata przegryzł jej tętnice szyjną, odciął piłą jedną rękę, a drugą prawdopodobnie odgryzł... denatka została zgwałcona, prawdopodobnie już po śmierci...”. Zrobiło mu się słabo. Morderca najpierw zabił, a potem zgwałcił jego siostrę! Ukochaną Ann, która zawsze była wulkanem energii i radości! A teraz leżała w kostnicy, martwa, zbezczeszczona i okaleczona, a za kilka godzin miał się rozpocząć jej pogrzeb! Na wszystkie demony piekieł! Dlaczego nie potrafił temu zapobiec?! Gdyby udało mu się wcześniej zabić Freuda, to wtedy Ann...
Usłyszał, że Violetta poruszyła się. Obejrzał się za siebie. Dziewczyna przewróciła się na lewy bok i spała dalej, leżąc przodem do niego. Wziął kilka głębokich oddechów, trochę się uspokoił i szybko czytał dalej:
„Samce są bezpłodne. Samice zachodzą w ciążę tylko z ludźmi, o co nietrudno gdyż przeważnie mają wygląd bardzo atrakcyjnej kobiety i zachowują się wysoce prowokująco. Ciąża u wampołaków trwa trzy miesiące. Praktycznie do drugiego miesiąca jest niewidoczna. Jedynym objawem są jaskrawożółte ścianki pochwy. Bardzo często w trakcie ciąży lub krótko po porodzie samice zabijają ojca dziecka, chorobliwie bojąc się o bezpieczeństwo swojego miotu.
Młody wampołak wygląda przerażająco, jak skrzyżowanie nietoperza ze szczurem i hieną. W początkowym okresie życia żywi się wyłącznie mlekiem matki, krwią i surowym mięsem, później jest wszystkożerny. Dopiero przekroczywszy szósty miesiąc zaczyna przypominać człowieka, a w wieku dwóch lat, pomijając nienormalnie długie kły, jest praktycznie nie do odróżnienia od ludzkiego dziecka. Jeśli jest samcem, po osiągnięciu dorosłości również będzie mógł zarażać.
Wampołaków nie można zabić srebrem i osikowym kołkiem jak wampiry. Z powodu grubej warstwy skóry i swoich niesamowitych zdolności regeneracji są też bardzo odporne na strzały z broni palnej. Wprawdzie srebro, jeśli uda się nim przebić grubą warstwę ochronną skóry, tworzy bardzo rozległe, głębokie i gnijące rany, które po dłuższym czasie mogą prowadzić do śmierci, ale jedynym pewnym sposobem zabicia wampołaka jest użycie specjalnego stropu metalu. Jego skład nie jest do końca znany. Wiadomo, iż zawiera srebro, rtęć, ołów, węgiel, bromek metylu i kilka innych substancji.
Populacja wampołaków jest nieduża, a jej przyrost w wyniku zarażenia ludzi wampołactwem jest niewielki, gdyż z powodu swojej dużej agresji samce w większości przypadków zabijają pogryzione przez siebie osoby. Liczniejsze są przypadki ciąż u samic zapłodnionych przez człowieka. Obecnie szacuje się ich liczbę na kilkanaście do kilkudziesięciu sztuk, ale niektórzy eksperci twierdzą, że te dane są znacznie zaniżone”
Mark odłożył książkę na półkę. Był blady jak ściana, a serce biło mu jak oszalałe. Obejrzał się za siebie. Violetta z powrotem położyła się na wznak. Usiadł obok niej i delikatnie rozsznurował cały gorset. Rozchylił jego poły. Z trudem opanował się, żeby nie krzyknąć. Gnijąca, głęboka rana nad pępkiem była olbrzymia! W życiu nie widział czegoś podobnego. Drżącymi rękoma zakrył brzuch dziewczyny gorsetem. Serce biło mu jak oszalałe.
Musiał jeszcze coś sprawdzić, by mieć pewność. Dotknął palcami łona Violetty. Spojrzał na jej twarz. Nadal spała, głośno oddychając. Bardzo powoli i delikatnie rozszerzył wargi sromowe i wejście do pochwy. Jedno spojrzenie wystarczyło. Na ułamek sekundy serce mu zamarło. Ścianki waginy miały intensywny, żółty kolor!
Co ty robisz?! – głos kobiety sprawił, że niemal podskoczył.
To, co bardzo lubisz, kochanie – pocałował jej najbardziej intymne miejsce.
Usadowił się między nogami dziewczyny, by zająć się oralnymi pieszczotami swojej kochanki. Dziewczyna pojękiwała cicho z rozkoszy, gdy całował, lizał i ssał jej różyczkę. Objęła nogami głowę Marka, splatając je na plecach mężczyzny. Szybko robiła się wilgotna. Mark starał się jak nigdy w życiu. Zapamiętale pieścił kobietę ustami i językiem. Na szczęście dla chłopaka, Violetta nie widziała jego przestraszonej, bladej twarzy.
Gdy dziewczyną zaczęła unosić biodra, targana spazmami rozkoszy, wiedział, że jest bliska orgazmu. Wtedy w tył głowy Marka z dużą siłą wbiło się coś ostrego.
A więc już wiesz! – powiedziała pełnym złości głosem.
Wrzasnął z bólu. Próbował się wyrwać z uścisku ud kobiety, ale Violetta trzymała go mocno między swoimi nogami. Spodziewał się następnego ciosu. Na oślep zasłonił się ręką. W samą porę. W jego dłoń wbił się ostry przedmiot, który niewątpliwie był wymierzony w głowę. Wpadł w panikę. Miał tak zginąć?! Z nosem w pochwie ukochanej dziewczyny?
Przez głowę jak błyskawica przemknęła mu myśl. Pomysł, jak się uwolnić. Ugryzł ją w najczulszy punk ciała kobiety. Ogłuszający wrzask rozdarł powietrze. Violetta puściła go i zsunęła się na podłogę. Ból zranionej łechtaczki rozchodził się po jej całym ciele.
Mark wyrwał z dłoni dużą szpilkę do włosów. Krew leciała mu z ran na głowie i ręce. Chciał uciec, ale jedyne wyjście z sypialni znajdowało się tam, gdzie leżała kobieta. Obiegał łóżko, gdy dziewczyna wstała. Rozpięty krwistoczerwony gorset spadł na podłogę. Jednym błyskawicznym ruchem wyciągnęła spod poduszki nóż z dużym, dwustronnym ostrzem. Chłopak odskoczył do tyłu.
Violetta zawarczała groźnie jak rozjuszony doberman. Wyglądała przerażająco – naga, z przekrwionymi z wściekłości oczami, szeroko otwartymi ustami, odsłaniającymi duże, ostre kły, nożem w ręku i olbrzymią, ropiejącą raną na brzuchu. Kochanków dzieliło tylko duże łoże.
Co ty, oszalałaś?! – krzyknął Mark. – Ja cię kocham, a ty mnie chcesz zabić?
Chciałam cię oszczędzić, ale przedłużenie gatunku jest najważniejsze. – Violetta odpowiedziała zduszonym głosem. – Zew krwi jest silniejszy. Muszę cię zabić, zanim ty zabijesz mnie!
Przecież ja nie chcę się zabić! Jesteś miłością mojego życia!
Teraz tak mówisz! Gdybyś zobaczył nasze dziecko, zamordowałbyś je bez wahania!
W życiu nie zabiłbym własnego dziecka!
Wiem co mówię! Przerabiałam to nieraz!
Skoczyła na niego przez łóżko. Z ledwością zdążył uskoczyć. Dziewczyna spadając na podłogę zawadziła biodrem o rzeźbę herosa, utrącając mu gigantycznego fallusa. Kamienny mężczyzna zachwiał się, ale nie upadł. Mark skoczył w stronę okna. Potknął się o kołdrę. Wyciągnął się jak długi. Błyskawicznie przekręcił się na plecy. Zdążył w ostatniej chwili. Violetta już spadała na niego, mierząc nożem w serce. Chłopak podciągnął kolana do brody. Oparł stopy o jej klatkę piersiową. Szybkim, mocnym wyprostem nóg wyrzucił kobietę wysoko w górę. Obróciła się w powietrzu i z łomotem spadła na podłogę.
Violetta zwinęła się z bólu. Mark zerwał się z podłogi. Kobieta przekręciła się na brzuch niczym kot. Próbowała wstać jak najszybciej. Była już na czworakach, tyłem do chłopaka, gdy Mark do niej dopadł. Podniósł z podłogi olbrzymiego, kamiennego penisa. Jednym silnym, bardzo szybkim pchnięciem wsadził go dziewczynie między nogi. Prosto w odbyt. Wrzasnęła z bólu. Mężczyzna zwinął dłoń w pięść i uderzył nią jak młotem. Wbił fallusa do połowy jego długości. Uderzył jeszcze dwa razy. Przyrodzenie herosa zagłębiło się w odbycie aż po duże, kamienne jądra. Violetta wyła jak opętana.
Mark nie tracił czasu. Doskoczył do swoich spodni i wyciągnął z kieszeni nóż sprężynowy. Jednak skok i był przy drzwiach. Gdy jej otworzył, usłyszał jadowity głos kobiety:
Zamknij drzwi, bo rzucę cię nożem!
Zatrzasnął drzwi. Szybko się odwrócił. Nie chciał ryzykować, że zostanie trafiony nożem w plecy. Violetta zdążyła już pozbyć się fallusa i choć straszliwy ból jeszcze jej nie opuścił, stała przy łóżku z nożem w ręku. Po udach ściekały jej strużki krwi. Zbliżyła się do niego. Mark nacisnął guzik, uwalniając ostrze. Ciekawe, ile jest wart ten nóż od Freda – pomyślał, szykując się do śmiertelnej walki.
W milczeniu krążyli po pokoju, omijając kamienne posągi i patrząc sobie w oczy. Chłopak nie chciał zaatakować pierwszy. Bał się, że może zostać zabójczo skontrowany. Violetta była szybka jak tygrysica, a jej nóż miał dwa razy dłuższe ostrze od sprężynowca. Odległość między nimi była coraz mniejsza. Krew zmieszana z potem spływała po ich ciałach, lśniąc w promieniach wschodzącego słońca.
Mark postanowił oszukać dziewczynę. Gdy stanął przodem do okna, zmrużył oczy. Udał, że słońce go oślepiło. Dała się nabrać. Uderzyła jak kobra, celując nożem w brzuch. Chłopak zablokował cios lewą ręką. Precyzyjnym pchnięciem zatopił ostrze sprężynowca w sercu Violetty. Kobieta skrzywiła się z bólu, wyglądając w tym momencie bardziej jak zwierzę, niż jak człowiek. Mark wykręcił jej rękę. Puściła rękojeść i nóż upadł na podłogę.
Życie szybko z niej uciekało. Tajemniczy stop metalu spełnił swoje zadanie. Plama krwi na piersi kobiety szybko rosła. Oczy jej zmętniały, a ciało stało się wiotkie.
Wybacz – powiedział Mark. – Musiałem to zrobić, zanim ty zabiłabyś mnie.
Z żadnym mężczyzną nie było mi tak dobrze jak z tobą – wyszeptała cicho. – Pocałuj mnie... – poprosiła. – Ostatni... raz..
Pochylił się, by dotknąć wargami jej ust. Od pocałunku dzieliły ich milimetry, gdy oczy dziewczyny rozbłysły. Błyskawicznie zniżyła głowę, chcąc wpić się długimi, ostrymi kłami w jego szyje. Odepchnął ją w ostatniej chwili. Upadła na plecy i znieruchomiała, leżąc miedzy dwoma kamiennymi nimfami.
Mark chwilę patrzył na swoją kochankę, a potem usiadł na łóżku. Schował twarz w dłoniach i płakał. Nie zdarzyło mu się to, odkąd przestał być dzieckiem. Przeklinał okrutny los. W ciągu dwóch tygodni stracił wszystkich, których kochał. Przyjaciela, kuzynkę, siostrę. I teraz ukochaną kobietę, miłość jego życia. Za kilka godzin rozpoczynał się pogrzeb jego siostry, a on czuł, że też pragnie umrzeć. Z rozpaczy uderzał pięścią o kolano i przygryzał wargi.
Niespodziewanie drzwi otworzyły się i stanął w nich ktoś, kogo Mark absolutnie się nie spodziewał. Starzec spojrzał na zwłoki Violetty, uśmiechnął się obleśnie i powiedział:
- W końcu zabiłeś tę sukę! Widzę, że nóż się przydał…
- Wynocha! – ryknął chłopak. – Bo zaraz do niej dołączysz!
Mark wstał, podniósł z podłogi nóż i doskoczył do Freda, chcąc go wyrzucić za drzwi.
- Spokojnie, chłoptasiu – starzec wymierzył do niego z pistoletu, który pojawił się w jego dłoni nie wiadomo skąd. – Najpierw musimy coś razem zrobić, a później sobie grzecznie pójdę, więc się nie denerwuj!
- Skąd się tu wziąłeś? – chłopak stał tak blisko Freda, że niemal dotykał lufy. – Mówiłeś, że nie możesz się zbliżyć do Violetty.
- Do żywej nie, ale do martwej – jak najbardziej! Zabite wampołaki nie wytwarzają fal mózgowych, więc amulet nie ma czego przekształcać na pole energetyczne – zaśmiał się złośliwie i kopnął trupa.
- Pytałeś, skąd się wziąłem… Właśnie spacerowałem sobie po moim ukochanym cmentarzu ulubioną cmentarną aleją wzdłuż murów, gdy usłyszałem krzyki. Dochodziły właśnie z tego pokoju. Postałem chwilę, a gdy hałasy ucichły, poczułem, że zanikło pole energetyczne. Przedtem czułem jego obecność nawet w odległości stu metrów od tej dziwki. Domyśliłem się, że zrobiłeś z nią porządek, więc wpadłem na pogawędkę.
- Słuchaj, świrze! – wycedził Mark. –Twój żartobliwy ton w ogóle mnie nie bawi, więc skończ te błazenady. I nie waż się więcej nazywać Violetty dziwką! Nie boję się twojego pistoletu. Możesz mnie zabić, ale pamiętaj – jestem tak blisko, że mogę cię zabrać ze sobą na tamten świat!
- Nie sądzę, ale nie przyszedłem tu po to, żeby się z tobą kłócić.
- A po co?
- Upewniłeś się już, że ta… - starzec ugryzł się w język. - Że była wampołakiem i w dodatku w ciąży z tobą. Ma w swoim brzuchu małego potwora, a młode wampołaków są tak żywotne, że jeśli jest już dość duży, może przegryźć się przez martwe ciało swojej matki i wyjść na świat. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, jakie stanowiłoby to zagrożenie dla wszystkich.
- No i co dalej? – chłopak domyślał się, do czego zmierza Fred.
- Trzeba rozpruć jej brzuch i zabić płód! Po to właśnie przyszedłem! Zabiła moją rodzinę i nie dopuszczę, żeby jej potomstwo panoszyło się po świecie i zabijało ludzi.
- Nawet o tym nie myśl! – Mark cofnął się o kilka kroków. – Ja tego nie zrobię! Nie jestem w stanie cię powstrzymać, ale ręki do tego nie przyłożę.
- Spodziewałem się, że tak zareagujesz. Wystarczy, że nie będziesz przeszkadzał. Usiądź sobie wygodnie. Zaczynamy przedstawienie! Kurtyna w górę!
Chłopak usiadł na łóżku plecami do zwłok. Nie chciał na to patrzeć. Czuł, że zaraz zwariuje. Jego ukochana okazała się potworem. A teraz leży martwa i będzie rozpruwana jak zaszlachtowana świnia!
Fred nie tracił czasu. Wyszarpnął z piersi Violetty nóż sprężynowy i wprawnym ruchem rozciął jej brzuch od pochwy do mostka. Potem wykonał cztery podłużne cięcia wszerz tułowia, chwycił brzegi rozpłatanego ciała i pociągnął tak, jak otwiera się książkę. Miał już dostęp do wnętrza zabitej kobiety – duży, prostokątny otwór. Zanurzył w nim nóż i rozciął macicę. Mocno pchnął w jej wnętrze. Poczuł, że coś nabiło się na ostrze. Pociągnął.
Coś głośno, upiornie zaskrzeczało. Mark odruchowo odwrócił się. Pożałował, że to zrobił. Po podłodze chodził mały, czarny, trzydziestocentymetrowy stwór. Koszmar z najgorszych snów. Miał krótki pysk przypominający hienę, pękaty, owłosiony tułów i błoniaste skrzydła jak u nietoperza. Machał długim, nieowłosionym ogonem i skrzeczał, aż chłopaka przechodziły ciarki. W otwartym pysku było widać małe, ostre zęby i czarny, wąski język. Jednak najstraszniejsze były jego ślepia. Potwór miał duże, ciemne, lśniące oczy, takie same jak… Jak Violetta!
- Zobacz! Masz syna! – zakpił Fred. – Jaki podobny do taty...
- Zamknij mordę, sukinsynu! – Mark przeraźliwie wrzasnął. – No co czekasz?! Zabij go!
- Dobra, dobra, nie denerwuj się. Panie są proszone o zamknięcie oczu, bo scena będzie drastyczna.
Chłopak ukrył twarz w dłoniach. Łzy żalu i upokorzenia same cisnęły mu się do oczu. Natomiast na starcu widok żyjącego płodu wampołaka nie zrobił żadnego wrażenia. Butem przycisnął ohydnego potworka do podłogi i wprawnym ruchem odciął mu głowę. Cofnął nogę i patrzył, jak mały, bezgłowy wampołak biega po całej sypialni. Stwór przemknął między nogami Marka, przewrócił się i zakończył swój krótki żywot pod łóżkiem.
- No i po wszystkim! – głośno powiedział Fred.
Mark wstał i starając się nie patrzyć na zwłoki Violetty, skierował się w stronę drzwi.
- A ty co? Oszalałeś – zatrzymał go Fred. – Chcesz w grudniu wyjść nago na dwór?
Dopiero teraz Mark zauważył, że nadal jest goły. Cofnął się, a wtedy kątem oka zauważył, że coś poruszyło się w rozciętym brzuchu kobiety. Starzec też zwrócił na to uwagę. Nachylił się nad trupem i pogrzebał sprężynowcem w rozciętej macicy.
- O! Chłopcze, musiałeś jej nieźle dogodzić! Masz jeszcze córeczkę!
Tego było już za wiele na Marka. Z jękiem osunął się na podłogę. Fred nawet się nie obejrzał w jego stronę. Wyciągnął na świat drugiego wampołaka i potraktował go dokładnie tak samo, jak jego potwornego brata.


Chłopak szybko doszedł do siebie na tyle, że wstał i ubrał spodnie. Spojrzał na Freda. Starzec był od niego odwrócony plecami. Mark pochylił się, błyskawicznie podniósł z podłogi nóż i schował go do kieszeni. Fred spojrzał na martwe wampołaki i odezwał się zimnym, okrutnym głosem:
- W końcu udało mi się pomścić moją rodzinę. Już nikt więcej nie zginie przez tę pieprzoną wampołaczkę!
Kiedy ich zabiła? Chyba niedawno? – spytał Mark.
W sierpniu.
Słyszałem coś o tym. Żonę i córkę?
Nie tylko. Całą moją rodzinę. Byliśmy za miastem na pikniku. Pojechaliśmy nad rzekę – córka z mężem i dwójką dzieci, moja żona i ja. Wszyscy oprócz mnie zginęli.
Violetta sama zabiła tyle osób?
Niezupełnie. Pojawiła się niewiadomo skąd i zagryzła moją najmłodszą wnuczkę. Pobiegłem z zięciem w jej kierunku, a wtedy jak spod ziemi pojawił się drugi wampołak. W kilka sekund te potwory zagryzły zięcia i jego drugą córkę. Próbowałem walczyć, ale nie miałem z nimi szans. Gdy zginęła moja córka i żona, udało mi się jakimś cudem dobiec do automobilu i uciec.
Ten drugi wampołak... – Mark wyraźnie zainteresował się tą historią. – To też była samica?
Nie, samiec.
Wygląda na to, że miałeś dużo szczęścia. Wyszedłeś z tego bez szwanku?
Tak – Fred nie chciał kontynuować tematu.
A ten ślad na szyi? – Mark dostrzegł z lewej strony karku starca zabliźnioną rankę. – Co ci się stało?
Pies mnie pogryzł.
Mark podszedł do starca i próbując zachować spokój powiedział:
Twierdzisz, że Violetta swoje ofiary przywoziła na cmentarz, żeby skierować podejrzenia na ciebie?
Dokładnie tak było – Fred w wyzywający sposób spojrzał mu się prosto w oczy. – A do czego zmierzasz?
Jedno mnie zastanawia – chłopak włożył ręce do kieszeni spodni. Skoro Violetta zabijała tych ludzi i podrzucała ich na cmentarz, kto zgwałcił Ann i Agnes? Bo chyba nie ona?! I kto odcinał i ogryzał im ręce i nogi?
Nie wiem. Może to ten samiec Violetty – starzec nie spuścił wzroku.
Nie wiesz?! A ja, kurwa, wiem!
Mark błyskawicznie wyciągnął z kieszeni nóż Violetty i ugodził Freda w pierś. Starzec zachwiał się, ale zdołał dobyć broni. Wymierzył w chłopaka. Mark w ostatniej chwili odbił w bok lufę pistoletu. Huk wystrzału ogłuszył ich na chwilę. Kula trafiła w duże, wiszące na ścianie lustro, rozbijając je w drobny mak. Chłopak mocnym kopnięciem wytrącił pistolet z dłoni starca. Potem zadał nożem kilka ciosów w pierś i brzuch Freda. Gdy ten padł na ziemię, Mark szybko podniósł nóż sprężynowy, leżący przy zwłokach Violetty.
Dlaczego to robiłeś, zboczeńcu? – wysyczał, nachylając się nad starcem.
Bo już nie... – Fred mówił z dużym trudem – bo już... nie jestem człowiekiem, a jeszcze... nie jestem wampołakiem.
Mark wbił nóż sprężynowy o ostrzu z bardzo rzadkiego stopu metalu w pierś Freda. Wyciągnął sprężynowca i pchnął ponownie. Tym razem trafił w serce. Starzec zgasł jak zdmuchnięta świeczka i osunął się na podłogę, nieruchomiejąc.
Potem wrzucił do torby pistolet i oba noże, powycierał wszystkie odciski palców, ubrał kurtkę i skierował się w stronę drzwi. – Jeszcze będę tu musiał wrócić – pomyślał sobie – żeby pozbyć się zwłok.
Chwytał już za klamkę, gdy poczuł dłoń zaciskającą się na jego kostce i ugryzienie w łydkę. Śmiertelnie zaskoczony, kopnięciem odrzucił Freda na bok. Wyciągnął pistolet i dwa razy strzelił mu w głowę.
Mark usiadł na łóżku i podciągnął nogawkę. Na łydce miał tylko mały, prawie niewidoczny ślad po zębach. – Dobrze, że jeszcze nie był wampołakiem i że ugryzł mnie przez spodnie – powiedział do siebie z ulgą. – bo by mnie zaraził. Miałem szczęście...



Po pogrzebie siostry Mark wziął dwa tygodnie urlopu. W domu Violetty dokładnie wytarł wszystkie miejsca, gdzie mógłby zostawić odciski palców. Starannie starł ślady krwi, posprzątał, a potem zapakował dziewczynę, Freda i dwa małe wampołaki do dużych worków na śmieci, by wywieźć ich automobilem ponad sto mil od Portsmonth i zatopić w małym, leśnym jeziorku.
Gdy wrócił do pracy i rzucił się w wir dziennikarskich zajęć, powoli zaczął dochodzić do siebie. Zastanowiła go tylko jedna rzecz. Zaczęła mu się podobać Helen Carr.
Helen była jego koleżanką z pracy, sześćdziesięcioczteroletnią tłustą i niską kobietą. Jej brzydka, nalana twarz, złośliwe oczy i popsute zęby zawsze wzbudzały w nim obrzydzenie. A teraz nagle zaczęła go podniecać. Coraz częściej przyłapywał się na fantazjowaniu o seksie z tą obleśną kobietą, o tym, jak brutalnie kocha się z nią na biurku, na faksie, na podłodze. Jak Helen leży pobita i związana, a on zaspokaja swoje żądze, podniecając się jej pełnymi bólu i upokorzenia krzykami. Przerażało go to, bo nigdy przedtem nie miał sadystycznych upodobań. Najgorsze było to, że z każdym dniem fantazje nasilały się i coraz trudniej było mu ukryć przed Helen erekcję.
Pewnego dnia Mark poczuł, że jest coś nie tak z jego zębami. Czuł dziwny dyskomfort, jakby coś przeszkadzało mu w zamknięciu ust. Poszedł do łazienki i w lustrze przejrzał się swoim zębom. Wydawało mu się, że górne czwórki były trochę dłuższe niż powinny. Spojrzał na dolny rząd zębów i odniósł takie samo wrażenie. Przysiągłby, że kły są o milimetr lub dwa dłuższe niż dotychczas.
To niemożliwe – pomyślał. – Zaczynam wariować. Za dużo tragicznych przeżyć w ostatnim czasie.
Wrócił do swojego biura. Przy szafie na dokumenty stała Helen Carr i wyciągała z niej gruby segregator. Spojrzał na jej tłusty, obwisły tyłek. Wyobraził sobie, że zdziera z niej spódnicę, wiąże ją, kopie i brutalnie wchodzi w nią od tyłu. Znów miał erekcję. Czuł, że niedługo będzie musiał wprowadzić w życie swoje fantazje, bo inaczej zwariuje.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -