Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




KARCIARZ

Przemek Wilczyński

I.

Wybiła północ. Szczupły mężczyzna, ubrany w ciągnący się po ziemi płaszcz, stanął w drzwiach podmiejskiego baru. Atmosfera przepełniona wszechobecnym, szczypiącym w oczy dymem oraz zapachem potu uderzyła w niego niczym prawy hak zawodowego boksera. Do jego uszu doleciała głośna, rokowa muzyka, która wypełniała wnętrze pomieszczenia. Przybysz nieznacznie uniósł daszek starej czapeczki z logiem Nike, po czym rozejrzał się po lokalu. Gruby, lekko łysiejący barman krzątał się przy ladzie, myjąc szklane kufle. Miał na sobie brudny fartuch oraz poplamioną, niegdyś pewnie białą koszulę, przypominającą teraz ścierkę do podłogi. Przy stoliku stojącym pod ścianą siedział staruszek, który pomału sączył wygazowane piwo. Robił to tak dostojnie, jakby przeczuwał, że będzie ono ostatnim w jego i tak za długim już życiu. Na środku obszernego pomieszczenia widniał stół do bilardu, przy którym partyjkę rozgrywało trzech, wielkich jak amerykańskie sekwoje, harleyowców. To do nich musiały należeć motocykle stojące przed barem. Każdy z nich, wytatuowany niczym sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej, nosił na sobie czarną, skórzaną kurtkę, lateksowe spodnie oraz ciężkie glany. Wizerunek mężczyzn dopełniały przeciwsłoneczne okulary oraz złote łańcuchy luźno wiszące na masywnych karkach.
Mężczyzna pewnym krokiem podszedł do lady i usiadł na wysokim krześle. Nie zwrócił na siebie uwagi nikogo z czwórki gości znajdujących się w barze. Spoconą, śliską dłonią wyjął z kieszeni paczkę marlboro. Włożył papierosa do ust, po czym rozpoczął obszukiwanie garderoby w celu znalezienia zapałek. Gdy nie wyszperał niczego, ochrypłym głosem zapytał barmana:
- Masz ognia?
Grubas krytycznym wzrokiem spojrzał na przybysza. Zauważył, że płaszcz chudzielca pozostawił na podłodze mokry ślad ciągnący się od samego wejścia. Najwyraźniej na zewnątrz padało. Deszcz w listopadzie nie był niczym nadzwyczajnym, ale kapryśność aury o tej porze roku mogła doprowadzić do szewskiej pasji nawet najbardziej obojętnego na częste jej zmiany.
- Nie wytarłeś butów – oznajmił z wyrzutem barman, ignorując zapytanie mężczyzny.
Przybysz ściągnął z głowy wypłowiałą czapeczkę, odsłaniając krótkie, siwiejące włosy. Przeszył grubasa groźnym spojrzeniem, które wystraszyłoby nawet umarłego, po czym ponownie wycharczał:
- Pytałem, czy masz ognia.
Mocno ociągając się, tłuścioch wyjął spod lady zapalniczkę, którą podał siedzącemu. Mężczyzna podpalił papierosa, zaciągnął się tak głęboko, jakby nie czuł smaku nikotyny w ustach do wielu dni, po czym wypuścił z płuc wielki kłęb dymu prosto w twarz grubasa. Ten zakasłał kilka razy, ściągnął brwi z niezadowoleniem, ale powstrzymał się od wybuchu złości. Widać z chamstwem spotykał się nie po raz pierwszy. Praca w pubie wymagała umiejętnego podejścia do ludzi, anielskiej cierpliwości oraz obojętności na zaczepki. Ilość pieniędzy zostawiana w kasie była dla barmana ważniejsza, niż duma osobista, której po latach pracy w zawodzie niewiele mu zostało.
- Kiepuj do popielniczki. Nie chcę mieć syfu na ladzie – ostrzegł pouczającym tonem.
Na twarz chudzielca wstąpił nieznaczny uśmiech. Sprawiał wrażenie rozbawionego uwagą grubasa. Bywał już w wielu takich miejscach i za każdym razem doświadczał tego samego. Barmani uważali się za mądrali, którzy mają prawo do pouczania klientów. Niewiele wiedzieli o prawdziwym życiu, obserwując je zza lady, co nie przeszkadzało im udawać mentorów i sypać radami jak z rękawa. Dopóki na takie zachowanie mógł patrzeć z przymrużeniem oka, dopóty wszystko było w porządku. Gorzej, jeśli puszczały mu nerwy…
Grubas podniósł brwi jakby bezgłośnie pytał, co podać mężczyźnie. Ten bez wahania zamówił butelkę whiskey, po czym jednym haustem wypił szklankę. Najwyraźniej był bardziej spragniony alkoholu, niż uprzednio nikotyny. Barman podejrzliwie przyjrzał się przybyszowi niewyglądającemu na kogoś, kto dysponuje dużą ilością gotówki. Butelka jednego z lepszych alkoholi, które sprzedawał, kosztowała naprawdę sporo. Nie chciałby być stratny, bo przecież prowadził poważny interes. W biznesie nie ma miejsca na sentymenty. Wychodząc z założenia, że nie warto ryzykować i czekać do ostatniej chwili, zażądał zapłaty.
- Masz szmalec? – zapytał jakby od niechcenia, gładząc łysinę.
Przybysz uśmiechnął się szeroko, szczerząc spróchniałe zęby. Brakowało mu górnej i dolnej jedynki, a pozostała część uzębienia była czarna niczym smoła.
- Szmalec? – powtórzył mężczyzna, jakby nie zrozumiał pytania.
- No wiesz, kasę, mamonę, flotę, forsę – wyliczał wyraźnie zirytowany grubas.
- Nie mam – oznajmił chudzielec wychylając duszkiem drugą szklankę whiskey. – Stanowi to jakiś problem? – dodał pytająco.
- Jak to, kurwa twoja mać, nie masz? – Twarz barmana zrobiła się czerwona ze złości. W jednej chwili zdał sobie sprawę z tego, że ohydny przybłęda, który siedział przy ladzie, pił alkohol na koszt firmy. Dla poważnego biznesmena, za jakiego się uważał, taka sytuacja była niedopuszczalna. Nie mógł pozwolić na to, żeby jakiś szczerbaty jegomość drwił z niego w jego własnym pubie.
- Hej, chłopaki – rzucił wściekle w stronę mężczyzn grających w bilard. – Mamy tu darmozjada. Skurwiel nie ma ani grosza, a żłopie waszą ulubioną whiskey, której zapasy powoli się kończą. Pewnie zechcecie coś z tym zrobić?
Trzymając w rękach kije, harleyowcy podeszli do siedzącego przy barze. Największy z nich położył masywną dłoń na wątłym ramieniu mężczyzny. Ścisnął je tak mocno, że ten powinien zawyć z bólu, tymczasem nawet nie drgnął. Uśmiechnął się tylko i nalał kolejną szklankę alkoholu. Zdumiony herszt motocyklistów sucho zagroził:
- Zapłać panu, kiedy prosi, inaczej już nigdy więcej nie napijesz się nie tylko whiskey, a nawet moich sików, gdy zechcę się odlać.
Dwóch pozostałych harleyowców zaniosło się głośnym śmiechem. Nie wyglądali na bystrzaków, ale potężne sylwetki i zakazane twarze mogły budzić strach. Byli jednymi z tych, którzy nie cofną się przed niczym, aby dopiąć swego. Blizny na policzkach świadczyły o tym dobitniej, niż jakiekolwiek groźby.
Mężczyzna przeczuwał, co się święci. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma nawet najmniejszych szans w starciu z osiłkami. Spojrzał na twarz wściekłego barmana i przeszył go wzrokiem. Wydawało się, że próbuje przeniknąć umysł i ciało, by zawładnąć duszą tłuściocha. Zmrużył oczy, które przybrały dziwny, szarawy kolor. Jego czoło pokryły głębokie bruzdy. Sprawiał wrażenie hipnotyzera, który zniewala swojego pacjenta.
Grubas ugiął się pod władczym spojrzeniem przybysza. Z każdą chwilą tracił fason i pewność siebie. Poczuł, jak zimna kropla potu spływa po skroni i policzku, po czym spada na ladę. Jego oczy zmatowiały, tracąc pierwotny blask. Siła wydobywająca się z najgłębszych zakamarków podświadomości nakazała mu chwycić za shotguna ukrytego pod barem. Zrobił to na tyle szybko, że szef motocyklistów nie zdążył zareagować widząc wycelowaną w swoją twarz lufę potężnej strzelby. Mężczyźni, którzy jeszcze przed chwilą śmiali się z żartu bossa, wybałuszyli oczy i otworzyli szeroko usta w wyrazie wielkiego zdziwienia. Cała sytuacja zdecydowanie przerosła możliwości logicznego rozumowania oprychów.
- Co jest, do kur…
Herszt próbował zakląć, ale nie zdążył, bowiem barman pociągnął za spust. Potężny huk wstrząsnął całym pomieszczeniem, niemal rozsadzając uszy. Głowa szefa rozprysła się na kawałki, a ciało bezwiednie opadło na podłogę. Poprzez siłę odrzutu barman zachwiał się na nogach, jednakże utrzymał równowagę. Skierował lufę shotguna najpierw w pierś drugiego, a potem trzeciego motocyklisty. Jego twarz nie zdradzała cienia emocji. Wyglądał jak beznamiętna maszyna wykonująca polecenia programisty.
Odgłos kolejnych dwóch wystrzałów odbił się echem od ścian lokalu. Wytatuowani mężczyźni upadli martwi na ziemię. Wnętrzności wypłynęły z roztrzaskanych korpusów, w których pociski pozostawiły dziury wielkości wulkanicznego krateru. W powietrze uniósł się zapach smażonego mięsa, jakby ktoś przyrządzał żeberka na grillu. Parujące zwłoki spoczywały na zalanej krwią podłodze. Staruszek siedzący w kącie nawet nie spojrzał na martwe ciała, zajęty sączeniem wygazowanego piwa. Muzyka lecąca z głośników nadal wypełniała wnętrze pubu.
Przybysz wypił kolejną szklankę whiskey, jakby zdarzenie, którego był uczestnikiem, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Otarł twarz rękawem płaszcza, by zetrzeć kawałki mózgu i krew. W uszach czuł nieprzyjemne szum powstały wskutek wystrzałów, lecz doskonale wiedział, że za jakiś czas ucichnie i wszystko wróci do normy. Wyjął z kieszeni trzy talie kart oraz bawełnianą chustkę, którą wyczyścił przybrudzoną ladę. Nie chciał, aby krew i ludzkie szczątki poplamiły narzędzie pracy i zabawkę w jednym. Spoconymi dłońmi zgrabnie potasował karty, po czym ułożył je przed sobą, jedna koło drugiej, tak, że powstały trzy kupki – zielona, czerwona i czarna.
Kątem oka spojrzał na barmana. Ten wciąż trzymał w rękach dymiącego shotguna i tępo wpatrywał się w twarz chudzielca. Wyglądał na przerażonego i zupełnie nieświadomego, co zrobił. Oddychał tak ciężko, jakby jego tors przygniatał wielotonowy ciężar.
- Zaczynaj – rzucił złowieszczo mężczyzna siedzący przy barze. Jego krzywy uśmiech był bardziej przerażający, niż widok trupów leżących na podłodze.
Grubas – jakby dokładnie wiedząc, co ma robić - wyjął z każdej talii po jednej karcie. Zielona przedstawiała kobietę ubraną w kusą spódniczkę, czerwona rekina pływającego z rozwartą paszczą, a czarna eleganckiego mężczyznę w marynarce. Przybysz uważnie przyjrzał się wylosowanej kombinacji. Doskonale wiedział, co oznaczała.
- Będzie się działo – wycharczał.

II.

Postawny mężczyzna ubrany w dobrze skrojony garnitur zapukał do drzwi. Usłyszał stłumiony odgłos romantycznej muzyki dobiegającej z wnętrza. Zaczął nucić słowa jakiejś piosenki, wyraźnie zadowolony z tego, gdzie się znajduje. Po ciężkim tygodniu pracy relaks był bardzo wskazany.
Odczekał kilkadziesiąt sekund, by po chwili usłyszeć zgrzyt otwieranych drzwi. W wejściu stanęła piękna kobieta, ubrana w czerwoną, krótką spódniczkę. Posłała mu zalotny uśmiech i to cudowne spojrzenie, którym rozgrzewała do czerwoności swoich klientów. Wiedział, że ta noc będzie kolejną, której długo nie zapomni.
Wszedł do środka prowadzony przez urodziwą gospodynię. Już w progu poczuł woń delikatnych, drogich perfum, wypełniającą wnętrze mieszkania. Drażniła nozdrza niczym morska bryza. Uśmiechnął się. Kate była najlepszą dziewczyną, z jaką kiedykolwiek miał do czynienia. Korzystał z usług wielu prostytutek, ale żadna nie dorównywała tej szczupłej, blondwłosej seksbombie. Był niezmiernie zadowolony, że spotkał ją na swojej drodze. Zaspokajała wszystkie, nawet najbardziej wyuzdane potrzeby, a miał ich naprawdę sporo. Słowo „pruderia” dla niej nie istniało. Liczyła się tylko dobra zabawa i niczym nieograniczony seks.
Kate, kołysząc niesamowicie kształtnymi biodrami, zniknęła w łazience. Mężczyzna powiesił ciemnoszarą marynarkę na oparciu krzesła, a sam usiadł na kanapie. Odpiął ostatni guzik białej koszuli, by nie krępował szyi. Założył nogę na nogę i czekał na przyjście swojej gospodyni. Kobieta pojawiła się w salonie ubrana tak, jak poprzednio, jednak tym razem trzymała w dłoni cztery czarne szarfy. Uwielbiali te wspólne, lekko masochistyczne igraszki. Nigdy jednak nie przekroczyli cienkiej linii dzielącej dobrą zabawę od brutalności. Oboje byli ludźmi na poziomie i potrafili odróżnić przyjemność od bólu. Chcieli się rozerwać, nie krzywdzić.
Mężczyzna położył zwitek banknotów na szklanym stoliku. Nawet dokładnie nie przeliczył, ile płacił za usługę. Kate była warta każdych pieniędzy. Chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą do sypialni, zawadiacko się uśmiechając. Muzyka dolatująca z głośników była idealna do tego, co miało nastąpić.
Wchodząc do przybytku rozkoszy, mężczyzna zobaczył dobrze mu znane, wielkie łoże oraz kilka palących się świec i kadzideł stojących na komodzie. Nigdy nie był zbyt romantyczny, lecz taka otoczka okazała się bardzo przyjemna.
Kobieta pchnęła mężczyznę na łóżko i usiadła na nim okrakiem. Rozdarła jego białą koszulę, po czym obsypała czułymi pocałunkami owłosiony tors. Odpięła skórzany pasek eleganckich spodni, które ściągnęła jednym szybkim ruchem. Działała jak profesjonalistka, która ma w tym niezłą wprawę. Nie narzekała na brak klientów – dzisiejszy był jednym z wielu.
Mężczyzna leżał już tylko w samych bokserkach. Kobieta zeszła z posłania, wzięła w dłoń szarfy i przywiązała jego kończyny do drewnianych ram łóżka. Robiła to z wielką gracją i rozbrajającym uśmiechem na twarzy. Był to stały rytuał w ich nocnych harcach.
Gdy ręce i nogi zostały unieruchomione, prostytutka ponownie wskoczyła na biodra swojego gościa. Zaczęła całować jego sutki, po czym zeszła na brzuch. Oddech mężczyzny stał się krótki i płytki. Szerokie czoło zrosiły krople potu, które rozpoczęły powolna wędrówkę w kierunku twarzy. Jego członek stał się twardy jak kamień i niemal rozrywał bawełniane bokserki.
Kobieta poczuła, jak ogarnia ją władcza siła, wkradająca się w najgłębsze zakamarki podświadomości. Spostrzegła, że coś pęta umysł, ukierunkowując go na jeden cel. Próbowała otrząsnąć się z chwilowego ubezwłasnowolnienia, lecz nie była w stanie. Wrażenie opętania przybierało na sile z każdą biegnącą minutą. Oczy kobiety straciły swój blask, który jeszcze przed chwilą dodawał jej mnóstwo uroku. Stały się matowe i niemal czarne, jakby coś pozbawiło je życia. Prostytutka traciła kontrolę nad swoimi myślami i ciałem. Przestała cokolwiek odczuwać, przeobrażając się w beznamiętną istotę pozbawioną ludzkich odruchów.
Silnym szarpnięciem zdarła z mężczyzny bokserki. Wielki członek wyrósł przed jej twarzą, domagając się pieszczot. Wciąż całowała brzuch klienta, masując dłonią penisa. Językiem schodziła coraz niżej i niżej, w stronę pulsującej męskości. Spragniony czułości kochanek oddychał spazmatycznie niczym pozbawiony tchu sprinter. Napiął wszystkie mięśnie, wijąc się po pościeli. Kiedy kobieta ujęła w usta ukrwionego fallusa, ciało mężczyzny przeszył dreszcz przechodzący od stóp po czubek głowy. Poczuł się jak w niebie, pieszczony zwinnym językiem prostytutki. Uwielbiał miłość francuską, a Kate była prawdziwą mistrzynią w tym fachu.
Gdy podniecenie osiągnęło apogeum zauważył, że kobieta zaciska szczęki na penisie. Ból był tak nieznośny, że zawył głośniej niż zarzynane zwierzę. Z całej siły szarpnął szarfy krępujące ręce i nogi, próbując oswobodzić się z więzów. Kiedy stwierdził, że nie jest w stanie nic zrobić, zaczął miotać przekleństwami. Niezrażona obelgami, kobieta cały czas wbijała zęby w członka, energicznie potrząsając głową. Fallus oderwał się od reszty ciała, pozostając w jej ustach. Mężczyzna naprzemian wył i złorzeczył, szarpiąc przy tym ramy łóżka. Z jego krocza polała się struga krwi, zalewająca pościel. Czerwona plama w mgnieniu oka powiększała swoje rozmiary, skapując z prześcieradła na podłogę.
Z każdą upływającą sekundą klient słabł. Przed oczami zobaczył wszechogarniającą nicość. Jego spazmatyczny oddech przeistoczył się w miarowe, prawie niesłyszalne tchnienie. Ubytek krwi był tak wielki, że nie miał szans na przeżycie. Umierał na łożu, które wcześniej dostarczało mu tyle rozkoszy.
Gasnący wzrok skierował na stojącą nad nim kobietę.
- Ty pieprzona suko – wyszeptał.
Po chwili serce bijące w piersi zaprzestało rytmicznych skurczów. To był jego koniec.
Kate przez moment patrzyła na martwego mężczyznę. Jej umysł nie skalała żadna, nawet najprymitywniejsza myśl. Wypluła z zakrwawionych ust kawałek ciała, który jeszcze przed minutą był częścią umarłego. Nie zwracając uwagi na potargane włosy i zakrwawioną twarz poprawiła spódnicę, po czym wyszła z mieszkania.

III.

Mężczyzna siedzący przy barze wypił kolejną szklankę whiskey. Kiedy spostrzegł, że butelka jest pusta, zamówił następną. Barman podał mu alkohol bez zbędnych pytań. Był tak przestraszony tym, co dzieje się w pubie, że nie miał nawet krztyny odwagi, by oponować. Pierwszy raz w życiu spotkał tak niesamowitego człowieka, który jakąś nieznaną, potężną siłą zmuszał innych do całkowitego posłuszeństwa. Powierzchowność przybysza w żaden sposób nie odzwierciedlała drzemiącej w nim ogromnej charyzmy. Wyglądał bardziej jak uliczny włóczęga, a nie hipnotyzer dysponujący mocą obezwładniającą umysł i ciało. Po tym, co zobaczył, grubas wolał usługiwać siedzącemu nie wtrącając się w jego sprawy. Tylko w ten sposób mógł zachować życie.
Staruch przesiadujący w kącie lokalu dopił wygazowane piwo, po czym beknął tak głośno, że omal nie obudził martwych harleyowców leżących na podłodze. Powoli wstał z krzesła, rozprostował dotknięte osteoporozą kości i podszedł do baru. Nawet nie spojrzał na zwłoki spoczywające w wielkiej kałuży krwi. Nie interesowało go nic, prócz własnych myśli i złocistego trunku, który uwielbiał. Oczywiście pod warunkiem, że bąbelki gazu nie drażniły przeżartych ścianek żołądka.
Przybysz przyjrzał się starcowi, który na oko mógł mieć z osiemdziesiąt lat. Jego pomarszczona skóra przypominała łupinę włoskiego orzecha. Oczy, kiedyś pewnie żywe i ciekawe świata, stały się teraz matowe. To ciężar lat i doświadczeń, który mógł przytłoczyć nawet największego optymistę. Siwe, przetłuszczone włosy opadały dziadkowi na zmęczoną twarz. Łupież sypał się z głowy niczym piasek w odwróconej klepsydrze. Spękane usta wyglądały jak ziemna skorupa poddana długoletniemu działaniu słońca. Drżące dłonie pokrywały wątrobowe plamy, a zrogowaciałe paznokcie mogły odepchnąć nawet najbardziej nieczułego na estetykę.
- Piwo – rzucił sucho starzec. Zgrabiałym palcem podłubał w nosie, a z kieszeni spodni wyjął wymiętą chusteczkę i zaczął smarkać. Był tak odrażający, że nawet przybysz wykrzywił usta w zdegustowanym uśmiechu.
- Uważaj dziadku, by nie potknąć się o śpiących kolegów. – Mężczyzna odwrócił głowę za siebie i spojrzał na stygnące zwłoki. – Szkoda browaru na tę padlinę – zakpił.
Staruszek zerknął na martwe ciała, wziął alkohol z lady, po czym bez słowa pokuśtykał do stolika. Postawił kufel przed sobą i wlepił wzrok w bąbelki, które ulatywały z zimnego piwa. Cierpliwie czekał, aż gaz ulotnił się całkowicie.
- Niezły oryginał. – Przybysz zwrócił się do barmana.
Ten, czując na sobie przeszywający wzrok, kiwną głową dla potwierdzenia. Gdyby mógł, już dawno zamknąłby lokal i poszedł do domu, ale miał na głowie psychopatę, który bawił się z nim w jakieś karciane sztuczki.
- Jedziemy dalej? – Chudzielec spojrzał na tłuściocha. – No dawaj, dopiero zaczęliśmy – zachęcił widząc niezdecydowanie na jego twarzy.
Barman rzucił okiem na talie leżące na ladzie. Drżącą ze strachu dłonią wyjął z każdej z nich po jednej karcie. Zielona przedstawiała czarnoskórego szofera, czerwona żółtą taksówkę, a czarna ludzi stojących pod charakterystyczną wiatą. Przybysz uśmiechnął się szyderczo.
- No, no. – Pokiwał z uznaniem głową. – Masz dobrą rękę.

IV.

Przemoczony do suchej nitki mężczyzna zajął miejsce na tylnej kanapie żółtej taksówki. Odgarnął mokre włosy z nalanej twarzy, ściągnął skórzaną kurtkę, po czym rozsiadł się wygodnie krzyżując grube dłonie na wydatnym brzuchu.
- Klub „Fantasy” – rzucił oschle.
Czarnoskóry szofer spojrzał we wsteczne lusterko. Ruszył pod wskazany adres wiedząc, że grubas jedzie do burdelu wydać kilkaset dolarów. Wyglądał na bogatego sukinsyna, który pozjadał wszystkie rozumy. Takich cwaniaczków wyczuwał na odległość. Lokal, do którego zmierzał, określał pasażera bardziej, niż neon reklamowy bijący swoim blaskiem po oczach przechodniów.
– Paskudna pogoda – powiedział nie chcąc być wziętym za niekulturalnego. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego rola polegała nie tylko na wożeniu pasażerów z jednego miejsca do drugiego, ale również na rozkręcaniu swobodnej rozmowy. Dobry taksówkarz musi umieć w interesujący sposób zagadnąć klienta, co jest jedną z dróg na przetrwanie w zawodzie.
- W rzeczy samej. – Tłuścioch poklepał się po opasłym brzuszysku. – Pogoda jest odzwierciedleniem światowej gospodarki, która przechodzi załamanie. Mam dosyć zawieruchy na giełdzie, zapaści w budownictwie i przemyśle motoryzacyjnym. Całe szczęście, że państwo pompuje sporo pieniędzy w system bankowy, co pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość.
- Ma pan całkowitą rację – przytaknął szofer, choć doskonale wiedział, że anemia trawiąca jego portfel nie jest spowodowana kryzysem, lecz możliwościami zarobkowymi w profesji, którą wykonywał. – Analitycy przewidują, że zapaść potrwa góra sześć miesięcy. Nie ma więc co narzekać, bo mogło być znacznie gorzej.
- Możliwe, ale i tak jest bardzo źle. W tamtym roku mogłem pozwolić sobie na trzy dwutygodniowe wyjazdy za granicę. Byłem z żoną na Seszelach, Madagaskarze i w Peru – wyliczał pasażer. - Teraz ledwo wystarczy mi na miesiąc w Meksyku. Dobrze, że zdążyłem z zakupem i kompletnym wyposażeniem domu jeszcze przed kryzysem, bo w tej chwili muszę ostro zacisnąć pasa.
Słysząc te słowa, szofer poczerwieniał ze złości. Ten sukinsyn narzekał na rzeczy, na które on nigdy nie będzie mógł sobie pozwolić. Mieszkał w obskurnej kawalerce z dziewczyną dorabiającą jako kelnerka, by nie musieli żyć na skraju ubóstwa.
- Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem na wczasach – oznajmił z posępną miną. - Jedyny remont, jaki zrobiłem, to naklejenie na ściany kibla zmywalnej tapety, by czas spędzany w sraczu był bardziej przyjemny.
- Dostaniesz sowity napiwek Może wystarczy na nową deskę klozetową – zadrwił tłuścioch.
Tego było za wiele. Murzyn podkręcił radio i docisnął stopą pedał gazu. Samochód przyspieszył, tnąc nasączone wilgocią powietrze niczym pocisk. Wycieraczki kołysały się przed oczyma szofera, zbierając wodę z przedniej szyby. Deszcz mocno zacinał mocząc oświetlone ulice. Mimo, że była głęboka noc, metropolia tętniła życiem.
- Aż tak mi się nie śpieszy. - Z głosu tłuściocha biła nuta obawy. – Proszę zwolnić – rozkazał.
- Spoko, panuję nad sytuacją – warknął kierowca, po czym dodał gazu.
Taksówka wpadła w wyboje na jezdni i podskoczyła do góry. Pasażer chwycił rączkę umieszczoną nad głową, by utrzymać równowagę. Brawurowa jazda Murzyna wywoływała odruch wymiotny, więc bał się, że zapaskudzi wnętrze samochodu. Zaczynał żałować, że po obfitej kolacji nie pojechał z przyjacielem do domu, lecz postanowił zaspokoić swoje potrzeby seksualne. Nie mógł jednak przypuszczać, że trafi na tak nieodpowiedzialnego szofera. Będzie musiał zapisać jego numer identyfikacyjny i nazwisko, by ubiegać się odszkodowania od firmy przewozowej. Przecież nie pozwoli, żeby traktowano go jak śmiecia.
Czarnoskóry kierowca poczuł, że popada w letarg i emocjonalną znieczulicę. Coś zaczęło krępować mu umysł, próbując przejąć kontrolę nad ciałem i duszą. Mimo, że nie miał zamiaru przyspieszać, nogą mocno przycisnął pedał gazu. Odgłos wyjącego silnika zmieszał się z szumem deszczu. Koła zatańczyły na mokrej nawierzchni, wpadając w poślizg. Samochód zarzucił tyłem, zjeżdżając na chodnik. Kobieta kurczowo trzymająca parasol w zziębniętej dłoni, ledwo zdążyła odskoczyć na bok. Taksówka minęła ją o włos, omal nie potrącając. Grubas zaczął drzeć się w niebogłosy i miotać przekleństwami na wszystkie strony. Poczuł silne zawroty głowy i ból żołądka, który raz za razem przypominał o sobie silnymi skurczami.
Szofer stracił kontakt z rzeczywistością, przestając odróżniać fikcję od jawy. Jechał przed siebie na oślep, kontrolowany przez nieznaną siłę. Nie zważał na inwektywy tłuściocha całkowicie zapominając, że tylne siedzenie taksówki zajmuje pasażer, którego powinien dowieźć na miejsce. Sprawiał wrażenie, jakby zapomniał o całym świecie, pogrążając się w obłędzie.
Gdy samochód osiągnął prędkość stu mil na godzinę, wjechał na próg ustawiony przed przejściem dla pieszych i wyskoczył w powietrze. Tłuścioch siedzący na tylnej kanapie uderzył głową w sufit, nabijając sobie guza. Taksówka spadła na przystanek wypełniony mieszkańcami czekającymi na autobus. Potężny huk wstrząsnął całą okolicą. Impet uderzenia porozrywał ludzkie ciała na kawałki. Dwie najbliżej siedzące osoby zostały wbite w chodnik i rozjechane niemal na miazgę. Ich mózgi rozlały się na mokrym betonie, tworząc wielką kałużę, a kończyny oderwane od korpusów poleciały w bok, spadając na asfalt. Staruszka stojąca w kącie została staranowana przednim zderzakiem urwanym od pozostałej części auta, po czym padła martwa na ziemię z przebitą klatką piersiową. Mężczyzna przywalony jedną z roztrzaskanych ścian wiaty krzyczał z bólu bardziej, niż wilk wyjący do księżyca, nie zdając sobie sprawy z tego, że zaraz umrze z połamanym kręgosłupem. Więcej szczęścia miała niepełnoletnia dziewczyna, która nie powinna o tak późnej porze wychodzić z domu. Wskutek uderzenia przednia szyba samochodu pokruszyła się w drobny mak i runęła na jej twarz wyłupiając oczy. Nastolatka upadła na plecy, głośno szlochając, co było wyraźną oznaką tego, że żyje. Była zresztą jedyną osobą stojącą na przystanku, która przetrwała wypadek. Wszyscy inni zginęli.
Miejsce zdarzenia wyglądało jak pole bitwy. Odgłosy płaczu i szum padającego deszczu przenikały się nawzajem, tworząc swoistą orkiestrę. Poobijany grubas ostatkiem sił wysiadł z taksówki i zwymiotował. Drzwi, którymi wychodził, odłamały się i zleciały na chodnik. Czarnoskóry szofer rękawem potarganej bluzy wytarł twarz, po czym prawą dłonią dotknął pulsującej głowy. Pod palcami wyczuł dziurę w czaszce, z której obficie leciała świeża krew. Krótkie włosy błyskawicznie zabarwiły się na czerwono, tracąc swój pierwotny kolor.
Nie zważając na rany, kierowca odpalił silnik samochodu i ruszył przed siebie. Jego spojrzenie wydawało się martwe, niczym ludzie, których wysłał na tamten świat. Pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co zrobił tej feralnej nocy. W obecnej sytuacji nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Był nieobecny wtedy, kiedy zabijał i teraz, gdy odjeżdżał.

V.

Zegar wiszący nad głową barmana wskazywał czwartą nad ranem. W całym lokalu unosił się smród zwłok. Początkowo prawie niewyczuwalny, teraz był tak intensywny, że drażnił nozdrza bardziej niż fetor fekaliów dolatujący z toalety. Starzec siedzący w kącie wciąż walczył z wygazowanym piwem, a przybysz wlepiał czarne ślepia w karty wylosowane przez grubasa. Atmosfera w barze stała się senna i tylko ciała harleyowców przypominały o tym, co miało tu miejsce kilka godzin temu.
Specyficzny nastrój został przerwany przez trzask otwieranych drzwi, które z impetem uderzyły o ścianę. Do pubu wszedł potężny mężczyzna, ubrany niemal jak kowboj. Na nogach miał wysokie, skórzane buty, muskularny tors opinała zamszowa, brązowa kamizelka przykrywająca jasną koszulę w kratę, a głowę ozdabiał zmoczony deszczem kapelusz. Całość dopełniały niebieskie, klasyczne dżinsowe spodnie, podarte na obu kolanach. Szczupły przybysz siedzący przy ladzie przez moment zastanawiał się, czy dziury zostały zrobione celowo czy też były efektem upadku.
- No proszę, ominęła mnie niezła zabawa – rzucił z przekąsem kowboj widząc trupy leżące na podłodze.
Powolnym krokiem podszedł do umarlaków, kucnął i uważnie przyjrzał się podziurawionym korpusom. W okamgnieniu wywnioskował, że rany tej wielkości musiały powstać pod wpływem działania broni o dużej sile rażenia. Palce prawej dłoni zamoczył w gęstej, częściowo już skrzepłej krwi, sprawdzając konsystencję. Spojrzał na twarze motocyklistów. Wydawały się znajome. Przebywał w tym lokalu niejeden raz i doznał dziwnego uczucia, że już kiedyś je widział.
– Randy, ty opasły dusigroszu, załatwiłeś stałych klientów swoim wielkim shotgunem. Czyżby nie chcieli zapłacić za alkohol? – Szyderczy uśmiech wykrzywił usta kowboja. – Nalej mi piwa… Oczywiście na koszt firmy – dodał siadając przy barze.
- Na koszt firmy? – powtórzył niczym echo grubas, spoglądając ukradkiem na siwego chudzielca.
- A jak to sobie wyobrażałeś? – zapytał mężczyzna. – Przychodzę do lokalu, wszędzie widzę syf i porozwalane ludzkie szczątki. Mam dwa wyjścia: albo zadzwonię na gliny albo pomogę ci posprzątać. To jedyny pub w okolicy, gdzie nie szczają do browara. Wolałbym, żeby nadal był otwarty.
- Jasne, rozumiem – z wysiłkiem wydukał barman. – Już nalewam.
Przybysz siedzący dwa miejsca dalej przysłuchiwał się rozmowie. Z dialogu między tłuściochem i kowbojem wynikało, że ten pierwszy to Randy. Potężny mężczyzna wyglądał na prawdziwego twardziela, ale gdyby musiał, to i z nim poradziłby sobie bez problemu. Chciał jeszcze ze dwa razy zabawić się w karciane losowanie, by później odejść w swoją stronę. Kolejnej nocy odwiedzi inny lokal i będzie kontynuował to, co stanowiło jego profesję i rozrywkę w jednym. Żył tak od lat i nie wyobrażał sobie zmian.
Wypijając z kufla kilka łyków piwa, kowboj zerknął na ubranego w długi płaszcz mężczyznę, który zajmował miejsce obok niego. Był tak szczupły, że gdyby chciał, połamałby go jednym uderzeniem masywnej pięści. Być może z jego oczu biła jakaś siła, której nie potrafił nazwać, ale ciało wydawało się tak słabe, jak nowo posadzone drzewko.
- Chcesz się zabawić? – zagadnął niespodziewanie chudzielec.
- Do mnie gadasz, ćwoku? – W głosie kowboja dało się słyszeć zdziwienie. Nie przypuszczał, że ktokolwiek oprócz barmana będzie miał odwagę, by do niego przemówić.
- Proponuję ci układ. – Szczupły mężczyzna nie ugiął się pod piorunującym wzrokiem swojego rozmówcy. – Postawię butelkę whiskey, jeśli wyciągniesz po jednej karcie z trzech leżących przede mną talii.
Barman lekko poczerwieniał, bowiem wiedział, że przybysz pije na koszt firmy, podobnie jak znajomy kowboj. Nie prowadził charytatywnej instytucji, która za darmo wlewa alkohol w spragnione gardła opryszków. Gdyby miał więcej śmiałości, wyrzuciłby całe to szemrane towarzystwo na zbity pysk, jednak nie mógł nic zrobić w obliczu mocy bijącej z niepozornego, siwego mężczyzny. Na własnej skórze odczuł, do czego był zdolny. Miał związane ręce.
- Flaszkę whiskey za wyciągnięcie trzech kart? – zapytał lekko zdezorientowany kowboj. Nie chciał uwierzyć, że w tak łatwy sposób może dostać butelkę kosztującą więcej, niż sam zarabiał każdego dnia. W propozycji przybysza wyczuwał szwindel, jednak była ona na tyle kusząca, że postanowił zaryzykować. – Robisz mnie w balona? – dodał ukrywając chęć skorzystania z oferty.
- Nigdy bym nie śmiał. Wcześniej karty ciągnął Randy, ale cała zabawa polega na tym, że jeden gracz może losować tylko dwukrotnie. Ja, jako prowadzący, wybierać nie mogę, a grubas wykorzystał swój limit. Staruch siedzący w kącie jest bardziej zajęty liczeniem ulatujących z piwa bąbelków, niż godziwą rozrywką. Zostałeś mi tylko ty…
- Chwileczkę – zastanawiał się kowboj. – Powiedziałeś, że karty można ciągnąć dwukrotnie? To znaczy, że…
- Masz rację – przerwał mu w pół zdania chudzielec. – Za każde z dwóch losowań dostaniesz po flaszce whiskey. Zajmie ci to dosłownie kilka chwil. Czyż gra nie jest warta świeczki?
Potężny mężczyzna zamyślił się. Sprawa śmierdziała bardziej niż oddech tłuściocha, który wlepiał w niego swoje przebiegłe oczy. Gdyby nie skorzystał z propozycji, straciłby dwie butelki wyśmienitego alkoholu. Czy może pozwolić sobie na takie marnotrawstwo? Tej nocy i tak pije na koszt barmana, ale… Whiskey to trunek, którym nigdy nie gardził. Spojrzał na zobojętniałą twarz siwowłosego, próbując dojrzeć w niej jakiekolwiek oznaki ukrytego podstępu, jednak oblicze chudzielca pozostawało nieprzeniknione.
- Wchodzę w to, ale jeśli mnie wykiwasz, to nie wyjdziesz stąd żywy, bydlaku – przestrzegł ochrypłym głosem.
Lekko uśmiechnięty przybysz odchylił się do tyłu, robiąc więcej miejsca grożącemu. Ten błyskawicznie wyciągnął po jednej karcie z każdej leżącej na barze talii. Zielona i czarna przedstawiały kowboja, natomiast czerwona butelkę.
Chudzielec spojrzał na wylosowaną kombinację. Zmarszczył brwi czując, że nie należała do najszczęśliwszych. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby czas i obszar wybranej sytuacji były zbieżne z miejscem, gdzie dokonano typowania. Zrozumiał, że zaczynał tracić kontrolę nad tym, czym wcześniej kierował od początku do końca. Czyżby siła, którą wyssał z mlekiem matki, przestawała działać?
- Daj panu flaszeczkę whiskey – zwrócił się do barmana. – Zasłużył na solidną nagrodę.

VI.

- Jesteś największym frajerem, jakiego w życiu spotkałem – rzekł z szelmowskim uśmiechem kowboj. – Za trzy szybkie ruchy ręką zarobiłem butelkę najdroższego alkoholu, jaki podają w tej zawszonej norze.
- Jak sam widzisz, interesy ze mną to czysta przyjemność – odparował ze stoickim spokojem przybysz. – Mam nadzieję, że nie zniechęcisz się do dalszej gry.
- Pozwól, że najpierw wypiję kilka szklaneczek, by ugasić potworne pragnienie palące gardło, a dopiero później pomyślę, czy zrobić z ciebie kompletnego idiotę. Nawet moja stara ma więcej oleju w głowie.
- Oby pożar trawiący krtań nie przerzucił się na umysł – zakpił chudzielec.
Potężny mężczyzna szybkim krokiem podążył do stolika stojącego przy ścianie. Po drodze obrzucił pogardliwym spojrzeniem starca siedzącego w kącie, by za chwilę zająć miejsce na drewnianym krześle. Położył kapelusz na blacie, nalał whiskey do niedomytej szklanki, po czym jednym haustem opróżnił jej zawartość. Głośny, gardłowy rechot wypełnił wnętrze baru. Kowboj ukradkiem patrzył na przybysza i mamrotał coś pod nosem, śmiejąc się z jego naiwności. Nigdy niczego nie zarobił tak łatwo, oczywiście nie licząc drobnych kradzieży i wymuszeń. Ta korzyść była zdecydowanie legalna.
Chudzielec przyglądał się barmanowi. Grubas powoli odzyskiwał rezon, jednak wciąż nie prezentował początkowej postawy butnego pyszałka. Niepewnie mył kufle i porządkował ladę, próbując przywrócić czystość. Przybysz pomyślał, że praca tłuściocha pójdzie na marne, bowiem dobrze wiedział, że to nie ostatnie ofiary tej nocy. Zabawa ciągle trwała, a do końca pozostało jedno losowanie, które mogło przynieść znaczące zmiany.
- Randy, jeszcze nie wypadłeś z gry – zagadnął.
- Słucham? – Barman zrobił wielkie oczy, nie przyjmując do wiadomości tego, co właśnie usłyszał. – Przecież powiedziałeś, że każdy może losować tylko dwa razy, a ja wypełniłem swój limit.
- Kłamałem. – Przybysz nie pozostawił tłuściochowi żadnych wątpliwości. – Zrobisz to ostatni raz i już więcej mnie nie zobaczysz… Nigdy.
- Ale…
- Albo grasz dalej albo… umierasz.
Grubas pogładził się po łysinie. Był pewien, że chudzielec nie rzucał słów na wiatr. W ciągu ostatnich godzin zobojętniał na to, co działo się w lokalu. Miał serdecznie dość smrodu zwłok, starca siedzącego w kącie, kowboja mówiącego do siebie i przybysza, który przywlókł za sobą zło. To właśnie od niego wszystko się zaczęło. Gdyby nie przyszedł do baru, już dawno on, uczciwy biznesmen, spałby głośno chrapiąc, a zamiast tego tkwił po uszy w czymś, co niektórzy bez ogródek nazwaliby gównem. Jeśli tej nocy ujdzie z życiem, to zrobi wszystko, żeby dopaść chudzielca i odpłacić mu pięknym za nadobne. Nie od dziś kierował się zasadą, że sprawiedliwość musi być po jego stronie.
Gdy miał z każdej talii wyjąć po jednej karcie, usłyszał dziwny dźwięk. Odwrócił głowę w stronę, z którego dochodził. Siedzący na krześle kowboj zerwał się na równe nogi, zrzucając ze stołu szklankę. To ona, roztrzaskując się w drobny mak, była przyczyną powstałego hałasu. Potężny mężczyzna chwycił rękoma za gardło, charcząc okrutnie. Próbował wydusić z siebie choćby kilka słów, ale nie był w stanie. Coś ścisnęło krtań mocniej niż żelazne imadło. Jego twarz poczerwieniała, a spokojny dotychczas oddech zaczął świszczeć niczym wiatr wiejący przez słomę. Kowboj wykonał kilka niezdarnych kroków w przód, po czym zachwiał się na nogach, potknął o zwłoki i runął na twarz, rozbijając łuk brwiowy. Krew trysnęła z czoła szerokim strumieniem, zalewając i tak już zapaskudzoną podłogę. Mężczyzna tarzał się po ziemi, trzymał za spuchnięte gardło i jęczał. Wyginał tułów na wszystkie strony, chcąc poluzować uchwyt odbierający dech w piersi. Oczy wyszły mu na wierzch, wyglądając jak dwie piłeczki golfowe, a na usta wstąpiła piana, która bulgotała łechtana spazmatycznym oddechem.
Po chwili ciałem kowboja wstrząsnął potężny dreszcz. Jego palce z taką siłą ścisnęły krtań, iż wydawało się, że paznokcie przebiją skórę. Z ust dobiegło ostatnie, przedśmiertne tchnienie. Ręce bezwładnie opadły wzdłuż tułowia, uwalniając gardło z mocarnego uchwytu. W miejscu, gdzie jeszcze przed momentem spoczywały, pozostały wielkie, czerwone ślady. Mężczyzna umarł ze zdziwieniem na twarzy nie mając pojęcia, co go zabiło.
Barman poczuł, jak wielkie krople potu ciekną po łysinie, wsiąkając w kołnierzyk zabrudzonej koszuli. Serce waliło mu jak młotem, intensywnie pompując krew do skurczonych ze strachu członków. Przerażony tym, co właśnie zobaczył, zsikał się w spodnie. Gdyby nie smród ciał spoczywających przed ladą, wnętrze baru wypełniłby odór moczu spływającego po nogawkach do czarnych pantofli.
Starzec wciąż sączył piwo, które już dawno utraciło swój pierwotny smak, a przybysz wlepił zmęczony wzrok w karty. Doskonale wiedział, co spowodowało śmierć kowboja i nie widział żadnego sensu, aby się nad nim rozczulać. Kolejny głupiec do bogatej kolekcji ofiar karcianej gry. Pozostało jedno losowanie, by zadośćuczynić obowiązującym regułom. Mimo, że był panem sytuacji, to musiał postępować zgodnie z zasadami. Nie wszystko zależało od niego.
- Kim… Kim jesteś? – wydukał wystraszony grubas. Nawet nie chciał poznać odpowiedzi na to pytanie, jednak wrodzona ciekawość pokonała obawy związane z wiedzą, którą mógł posiąść.
- Wysłannikiem śmierci – odrzekł z butą i błyskiem w oku przybysz. – Decyduję o ludzkim losie i marnej egzystencji. Ode mnie zależy, kiedy umrzesz ty i tobie podobne gnidy. Gdybym chciał, już byłbyś martwy, jednak oszczędziłem cię, by rozgrywka trwała dalej.
- Ale… Ale… - jąkał się barman. – Karty… Co z nimi?
- To tylko narzędzie pracy w moich rękach. Dostarcza dobrej zabawy, o którą w dzisiejszych czasach wcale nie tak łatwo. Chyba nie sądzisz, że zabijanie powinno być przykrym obowiązkiem? – Chudzielec spojrzał na Randy’ego z udawanym wyrzutem. – Daj spokój, stary, każdemu należy się trochę rozrywki.
- No tak, lecz…
Tłuścioch próbował coś powiedzieć, ale został zagłuszony przez pisk hamującego samochodu. Po chwili drzwi baru z hukiem otworzyły się na oścież, a do środka weszły dwie, przemoczone do suchej nitki, osoby.

VII.

Barman wlepił wzrok w postacie przybyłe do pubu. Jedną z nich był czarnoskóry mężczyzna z silnie krwawiącą głową, w której widniała dziura sporej wielkości. Drugą szczupła, blondwłosa kobieta, ubrana w czerwoną spódniczkę. Jej usta, zapewne zbyt mocno i nieumiejętnie umalowane – tak przynajmniej przypuszczał Randy – sprawiały wrażenie niemal groteskowych. Oboje wyglądali niczym wycięci z komiksu, lecz tej nocy w pubie działy się tak osobliwe rzeczy, że grubasa przestało cokolwiek dziwić.
Przybysz spojrzał za siebie, by sprawdzić, kto pojawił się w lokalu, po czym z naganą w głosie rzucił do barmana:
- Chyba nie odprawisz swoich klientów z kwitkiem? Nalej wszystkim whiskey, nie zapominając o mnie.
Tłuścioch sięgnął po butelkę, ustawił na ladzie dwie brakujące szklanki i napełnił je alkoholem. Nieproszeni goście podeszli do baru, zostawiając na podłodze mokre ślady. Murzyn położył obok siebie olbrzymi, połyskujący w bladym świetle tasak, po czym wypił whiskey oblizując mięsiste wargi. Kobieta zrobiła to samo, odciskając czerwone usta na szklanym naczyniu. Oblicza obu postaci były nieprzeniknione. Sprawiały wrażenie nieobecnych, jakby ich umysły zostały odcięte od zasilania. Na twarzach nie rysował się nawet cień emocji, a matowe oczy wyglądały na martwe.
- To co, Randy, ostatni ruch należy do ciebie – zagadnął z uśmiechem przybysz. – Finałowe losowanie i już mnie więcej nie zobaczysz. Czyż to nie piękna i kusząca perspektywa?
Barman nie miał wyjścia – musiał podjąć wyzwanie. Wyciągnął z każdej talii po jednej karcie. Z napięciem rzucił okiem na to, co przestawiały. Zorientował się, na czym polega tajemnica gry i mógł z dużą dozą prawdopodobieństwa określić, co za moment nastąpi.
Wylosowane połączenie było następujące - zielona karta prezentowała Murzyna i kobietę, czerwona tasak, a czarna chudego mężczyznę ubranego w długi płaszcz.
Widząc leżącą na ladzie kombinację, barman uśmiechnął się szelmowsko. Być może nie był bystrzakiem, ale miał na tyle oleju w głowie, by zrozumieć jej znaczenie.
Przybysz ze zdziwieniem spojrzał na karty, przełykając ślinę. Wątpliwości, które już wcześniej wykiełkowały w jego głowie, rozwinęły się teraz do rozmiarów olbrzymiego dębu. Zdał sobie sprawę z tego, że traci grunt pod nogami. Napotykając wzrok czarnoskórego mężczyzny, który chwycił w dłoń tasak, zdążył jedynie wycharczeć:
- Sukinsyn…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -