Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




JESZCZE TYLKO PIĘĆ MINUT

Dominik Kamiński

Mężczyzna maszerował samotnie. W zakurzonym ubraniu, z czarną brodą, zaniedbany i cuchnący. Jego cień podążał za nim ospale. Kilka dni temu przemierzając ulice natknął się na drewniany kościół z przytwierdzoną do niego od frontu dzwonnicą. Wieża była stara, pokryta gontem i spróchniała. Pochylona ku ziemi, zdawało się, że prosi o jałmużnę. Mężczyzna przystanął, opuścił spodnie, a następnie wypróżnił się na środku drogi. Zastygł w żałosnej pozie na podkulonych nogach i przymknął oczy. Chwilę później wyrwał się z otępienia. Złapał za pasek u spodni, wyprostował i ruszył dalej. Po tym incydencie przestał przejmować się tym, gdzie i jak oddaje mocz. Po prostu szedł przed siebie, pozwalając by ciepły strumień spływał po kończynach do butów. Kiedyś podczas pewnej rozmowy śmiał się z tego, że do siódmego roku życia lał w majtki. Opowiadał, że z matką odwiedził dziesiątki specjalistów, że przychodził do niego urynoterapeuta i że tak naprawdę popuszczał, bo go to diabelnie podniecało. Ale teraz było inaczej. Wszelki wartości zamieniły się w proch i nieświęty popiół, którym wiatr posypywał pokrywę Ziemi. Mężczyzna nie interesował się, czy skołtunione i zawszone włosy będzie jeszcze można uczesać. Nie martwił się bakteriami żerującymi na jego tkankach ani tym, że jedynym towarzyszem pozostał ciągnący się za nim cień. A skoro jego to nie obchodziło to nie mogło obchodzić nikogo.
Kilka godzin wcześniej znalazł na chodniku martwą kobietę. Jej szara skóra była sucha i delikatna jak nadpalony papier. Usta otwarte, zęby pokruszone. Puste oczodoły skrywały w sobie labirynty ciemności. Położył się obok i przypatrywał powykręcanej ludzkiej figurze. Po pewnym czasie wyciągnął palec i delikatnie nacisnął niewielkie wgłębienie na policzku kobiety (klik). Wspomnienia wypłynęły na powierzchnię świadomości, serce przyspieszyło swój tętent, a on poczuł zalewające go fale rozgoryczenia; potem dzikiej nienawiści. Zaczął napierać na twarz kobiety z coraz większą siłą, aż przebił się na wylot. Płat sklepienia czaszki runął do wnętrza, wyrzucając w powietrze obłok stalowego pyłu. Proch osiadł na jego spoconej twarzy. Nie wytarł się, po prostu wstał i bez namysłu ruszył przed siebie.
Monotonia otoczenia sprawiała, że podróżnik coraz częściej odnosił wrażenie, że chodzi w kółko. Całe kamienice wydawały się być kopią tego samego modelu. Bezbarwne i nijakie pudła z betonu ułożone wzdłuż ulic, których nazw nie było już sensu pamiętać. W pewnym momencie się zatrzymał. Podążał bez celu i nie robiłoby mu większej różnicy, gdyby rzeczywiście chodził w kółko. Jednak coś sprawiło, że znalazł się właśnie tu. (Bo tu się wszystko zaczęło, skąd wiesz? czuję, idiota). Odchylił głowę i pociągnął wzrok po linii monumentalnej konstrukcji, przed którą stanął. Znajdował się w cieniu świątyni o przytłaczających rozmiarach. Tony betonu i cegieł ciążyły na obszarze setek metrów kwadratowych. Budowla gromiła okolicę spojrzeniem swych wielgachnych okiennic. Powstała na kilka lat przed wybuchem wojny i to właściwie wszystko, co było o niej wiadomo, gdyż historia w tym przypadku nie była skora do odsłaniana swych kart. Aczkolwiek matka powiedziała mu kiedyś, że jej ojciec pomagał przy stawianiu kościoła, ale czy mógł wierzyć jej słowom? Z wiekiem zaczął wypierać z pamięci niemal wszystko, co od niej usłyszał.
Na szczycie w misternej konstrukcji z żelaza i rzeźbionych bel drewna mieścił się kilkunastotonowy dzwon. W lokalnych gazetach z dumą pisano, iż potrzeba było siły aż czternastu mężczyzn, by wybudzić ze snu tego olbrzyma. Całemu wydarzeniu towarzyszyła wówczas wielka uroczystość, bowiem dzwon miał uderzyć pierwszy raz, ale niesiony poprzez tysiące metrów huk spowodował konsekwencje, których nikt nie przewidział. Przeszywający grzmot rozproszył uwagę dziesiątek kierowców, u kilku osób wywołał atak serca, a wiele innych skarżyło się na przeraźliwe uczucie trwogi, jakiej wówczas doznali. Po otrzymaniu mnóstwa skarg i zażaleń urząd miejski wydał rozporządzenie zakazujące korzystanie z dzwonnicy.
Pamiętał, gdy będąc jeszcze dzieckiem, pierwszy raz usłyszał bicie kościelnego dzwonu. Przerażony gromem, jaki dobył się ze świątyni, zaczął płakać. Chwilę później biegł już w kierunku domu, do matki. Jednak w salonie na kanapie leżał tylko niedbale rozłożony koc. Dzwon bił nieubłaganie, a on czuł jakby w ten sposób odliczano ostatnie chwile jego życia. Rozpędzony wpadł do nieoświetlonej toalety, potknął się o podwinięty dywanik pod umywalką i upadł na łokcie. Przeraźliwy ból przebił się przez powłokę mięśni do kości. Zwinął się w kłębek, próbując skupić jak najwięcej ciała na jak najmniejszej przestrzeni. W ciemnym sześcianie łazienki huk dzwonu brzmiał, jak walenie gigantycznego, mechanicznego serca, którego właściciel przybył, aby ukarać wszystkich niegrzecznych chłopców. A on przecież bawił się w niedozwolonym miejscu tego dnia. Jakaś niebywała, atawistyczna trwoga zawładnęła jego organizmem. Pragnął ogarnąć rękoma całe ciało i ścisnąć tak mocno, aby się skurczyło do rozmiaru niewidzialnego ziarnka piasku.
Dopiero wiele minut po tym, jak rozjuszone serce dzwonu przestało bić, odważył się wyjść z łazienki. Stojąc w progu wytężył wzrok w poszukiwaniu matki. W salonie dostrzegł coś, co zakłócało powszechny porządek tego pomieszczenia. Kształt był niewyraźny z powodu łez, które wciąż schły na jego twarzy. Po pokonaniu paru metrów bezkształtna figura zaczęła nabierać ostrzejszych rys. Na podłodze zamajaczyły pstrokate kolory nie pasujące do ciemnej tonacji dywanu. W końcu zidentyfikował, czym był tajemniczy kształt nakryty bawełnianą tkaniną.
Później powiedziano mu, że mamusia źle się poczuła, zachorowała i nie będzie mógł już jej zobaczyć. Z tym, że to nie matkę znalazł tamtego dnia na podłodze. W ciepłych, wełnianych kapciach zatopiona w litrach krwi, z nożycami krawieckimi wbitymi w grzbiet obu dłoni leżała pani Szogun.
Przyjaciółkę jego matki odnaleziono z sześćdziesięcioma czterema ranami kłutymi. Czterdzieści osiem ciosów padło na klatkę piersiową, rozrywając ją na strzępy; reszta uderzeń skoncentrowana była na okolicach twarzy. Zmiażdżone i rozorane wnętrzności przybrały postać tłustej miazgi. Rozrzucone płaty skóry tworzyły na dywanie groteskową mozaikę. Część organów została nabita na połamane żebra, niektóre rozdeptano. Jego matkę natomiast znaleziono na podwórzu na tyłach domu. Upadek z szóstego piętra na betonowy chodnik otworzył jej czaszkę, jakby to był gigantyczny orzech.
"Mamusia źle się poczuła, zakręciło jej się w głowie i spadła z dachu" - zapomniano dodać, że zanim do tego doszło, podziurawiła swą jedyną przyjaciółkę jak sito, a następnie przytwierdziła jej ręce do podłogi stalowymi nożycami. Dopiero potem postanowiła spaść z dachu.
Miasto, które przemierzał mężczyzna zaczynało usychać i szarzeć. Pajęczynę wąskich ulic już dawno obsiadł kurz. Cisza i zatęchłe powietrze wypełniły wnętrza mieszkań. Klatki schodowe pozostały brudne od naniesionego piachu, zapisane na ścianach słowa pobladły i straciły ostrość, w skrzynkach pocztowych leżały nieodebrane listy. Miasto wypełniło się manekinami o perfekcyjnych ludzkich rysach i doskonale oddanej anatomii. Wiele z nich wciąż leżało w łóżkach albo siedziało na ulubionych fotelach. W celach z blachy samochody więziły wysuszone kukły marzące niegdyś o tym, by jak najprędzej dotrzeć na miejsce. Na scenie pozostały już tylko zastygłe figury o imionach, które niczego nie określały. Świat zamienił się w wystawę udekorowaną wedle niepojętego przez człowieka porządku.

* * *

- Bardzo ładnie. Znakomity przykład upadku.
- Tak, wiem. W porządku, przytopiliśmy moje ego, czas na ciebie. Moja duma musi wypłynąć na powierzchnię.
- Twoja duma zatonęła razem z Tytanikiem.
- Starczy, mądralo. Twoja kolej.
- Do siódmego roku życia lałem w gacie...
- Weto! Za małe natężenie tandety na metr kwadratowy zdania.
- To daj mi skończyć, człowieku. I przestań pluć do kieliszków. Ślinisz się jak niemowlę. Następnym razem przynieś ze sobą obrus zamiast chusteczek.
- Hej, źle spałem wczoraj!
- A co to ma do rzeczy? Jakby ktoś powiedział, że jajca mu puchną, bo na Kilimandżaro topnieją śniegi. Słyszałeś? Ten sam bełkot, co u ciebie.
- Pajac jesteś Hubert. Miałem wczoraj cholernie ciężką noc. Koszmary i cały ten neurotyczny bajzel, od którego twoja kanapa zamienia się w łóżko wodne, bo wypociłeś sto litrów płynów. U mnie dodatkowo pojawia się ślinotok. Hubert - pajac wie, czym jest ślinotok, prawda? Podczas stresu gruczoły zalewają mi usta z siłą wodospadu. Wczoraj w nocy było wyjątkowo źle, bo ślinię się już z piętnaście godzin, a zazwyczaj przestaję w dwie, trzy po przebudzeniu.
- Dobrze. Uspokój się już.
- Ta noc to był koszmar, uwierz, mądralo. Położyłem się spać dużo wcześniej niż zwykle i spałem... Gówno - ja byłem nieprzytomny! Trzynaście godzin snu. Kiedy o szóstej zadzwonił budzik, czułem, jakbym się wynurzał z kotła ze smołą.
- Uuu, zaświecić światło?
- Dużo dziś cwaniakujesz, ale tu się zgadzam - dosyć narzekania. Daj mi wreszcie tę historyjkę. Jak widzisz, moje ego naprawdę potrzebuje koła ratunkowego.
- Przez siedem lat lałem w gacie, bo mnie to podniecało. Matka myślała, że byłem chory, więc lekarze latami szturmowali mój pokój. W końcu wezwała urynoterapeutę. Tłusty skurczybyk szczał na mnie z góry na dół, jakby podlewał kwiaty w ogrodzie, a matka wciskała mu za to kolejne banknoty. Wreszcie się przyznałem, bo facet przygotował dwunastomiesięczny cykl zabiegów po cztery razy w tygodniu. Sam Odyn nie dałby rady. Do tego facet śmierdział jak ser żółty.
- I o to mi chodziło. Właśnie o to! Słyszysz bulgotanie? To resztki mojej dumy wypływają na powierzchnię, ale czas zakończyć tę mentalną chłostę. Przyszła twoja gwiazda.
Hubert, Kinga i Palto knajpę opuścili niewiele przed dwudziestą trzecią. Plan zakładał kilkugodzinne posiedzenie i nie mówił nic o tym, że jedno z nich zaśnie na stole. Tymczasem już po niecałej godzinie Palto poczuł, że nie zdoła dotrzymać przyjaciołom towarzystwa. Jego głowa kołysała się, jakby ją zawiesił na rozciągniętej sprężynie.
- Co jest z tobą? - Hubert nie krył rozczarowania. Nie tego się spodziewał w dzień swoich urodzin. Mimo wszystko nie zamierzał dłużej naciskać. Widział, że przyjaciel nieomal traci przytomność.
- Cholera! - tego Palto już nie usłyszał. Ciężko uderzył głową w stół i wywrócił papierowy lampion. Po chwili z ust zaczęły sączyć się strugi śliny. Dla Huberta i Kingi był to ostatni sygnał do opuszczenie lokalu.
Odwieźli przyjaciela, przez co do domu wrócili kwadrans przed północą. Po kąpieli odprężeni i zadowoleni przenieśli się do skromnego pokoju, którego centralną część zajmowało dwuosobowe łóżko. W pobliżu, stawiając opór ciemności, stała lampa z abażurem. Drewnianą podłogę pokrywały dziesiątki książek i gazet - domowe imitacje piramid. W pewnej chwili Kinga bez słowa opuściła pokój. Wróciła dzierżąc w dłoniach futerał na gitarę. Oczy Huberta rozwarły się szeroko, na co Kinga zareagowała uśmiechem, obnażając dwa rzędy małych zębów.
- Wiem, pamiętałam umowę, ale jak tylko znalazłam tego Gibsona, zastanawiałam się z dziesięć sekund. Poza tym pewnie i tak miałeś nadzieję, że nie dotrzymam obietnicy... - zamierzała jeszcze coś dodać, jednak zamiast tego wyciągnęła język.
- Nie mam pojęcia o jakiej obietnicy mówisz - zmarszczył brwi. - Jedyne, co mnie interesuje, to żeby wypuścić tę dzieciną na wolność. - Ledwo skończył, dziewczyna podskoczyła do niego i śmiałym ruchem odepchnęła mu głowę. Zaśmiał się, bo więcej było w tym geście radosnego przekomarzania niż złej woli. To jedna z wielu rzeczy, które w oczach Huberta czyniły ten związek tak udanym.
- Wszystkiego najlepszego - rzekła i nareszcie pozwoliła, by legendarny Gibson Flying V zmienił właściciela.
Grali na zmianę ulubione utwory, aż Kinga zdecydowała położyć się spać. O trzeciej nad ranem, kiedy nie był już w stanie odpędzić od siebie zmęczenia, dołączył do niej Hubert. Rozebrał się i delikatnie wsunął pod kołdrę. Pocałował Kingę i zaczął nasłuchiwać jak oddycha. Jedynym świadectwem, że wciąż pozostawała wśród żywych był puls oraz pracująca niczym rozregulowany miech klatka piersiowa. Przyglądając się dziewczynie odniósł wrażenie, iż słyszy cichą muzykę. Składała się z szeregu obcych, niesprecyzowanych dźwięków: głębokich szumów i radiowych trzasków oraz czegoś, co kojarzyło się z darciem ciężkich, stalowych płyt. W jakiś sposób sącząca się melodia stanowiła swoją własną antytezę. Jej połamany rytm brzmiał, jakby wybijał tempo marszu kalekim żołnierzom. Panujący chaos przewiercał się przez warstwę zdrowego rozsądku, docierając niemal do granic szaleństwa. Jednak ten nieporządek zawierał w sobie pewną przewidywalność, nadając kakofonii znamiona muzykalności.
Hubert rozejrzał się po pokoju. Rzucił okiem na Kingę - dziewczyna spała. Nie odczuwał lęku, nie dostrzegał bowiem wokół siebie fizycznego zagrożenia. Mimo wszystko dręczył go niepokój. Zdawał sobie sprawę, że w danym momencie nie istnieje żadne realne niebezpieczeństwo, ale nie potrafił wykluczyć możliwości, że nigdy... że co? Że się nie pojawi? Daj spokój, człowieku - pomyślał. Muzykę wciąż dało się słyszeć w pomieszczeniu. Dźwięki otaczały cały pokój. Przemykały po podłodze, opadały z sufitu, wiły się w ciemnościach. Nie było możliwości stwierdzić skąd dobiegały. W jednej chwili słyszał je w ścianach, w następnej w głębinach rur kanalizacyjnych. Przykrył twarz dłońmi i zaśmiał się nerwowo. Kolejny raz zlustrował salon i pierwszy raz tego wieczoru nazwał się żałosnym idiotą. Nie miał ochoty przyznać przed sobą, czego właściwie się obawiał. Kapiącej wody z kranu czy drgających pod naporem ciśnienia rur w ścianach? Po chwili melodia ucichła. W pokoju nastała cisza przerywana jedynie odgłosami nocnego życia. Tykanie zegara. Spokojny oddech Kingi. Syk wiatru za oknem. Zgrzyt metalu. Wstrzymał oddech i zastygł w bezruchu. Cokolwiek wydało ów dźwięk, umilkło. Po chwili pojawił się szum. Czuł, jakby jego ucho stało się rurką łączącą szklane bańki klepsydry, przez którą sączy się piasek. W oddali usłyszał bicie dzwonu i jazgot ciętego metalu. Obłąkańcza pieśń znów zaczęła kołysać go do snu
Zerwał się z łóżka i ruszył do łazienki. Kilkakrotnie chlusnął w twarz strugą lodowatej wody. Przeszedł go dreszcz, więc usiadł na brzegu sedesu i zaczął pocierać ramiona.
- Wszystko w porządku? - W drzwiach stanęła Kinga. Niezupełnie jeszcze przytomna zmierzyła wzrokiem siedzącą postać - W porządku?
- Teraz już tak. Chyba. Przez moment myślałem, że wariuję.
Przetarła oczy próbując ukryć zażenowanie. Jej facet siedział na desce klozetowej z opuszczonymi gaciami i wyglądał, jakby za chwilę miał zacząć ssać palec. Podeszła do niego i potarmosiła włosy.
- Spokojnie fajtłapo. Jestem obok.
- Cholera, Kinga, słyszałem... śniło mi się, że słyszę jakieś odgłosy, durną muzykę. Sam nie wiem.
- Nic nie słyszałem.
- Wiem i oto mi chodzi! Wiem, że niczego nie było. Żadnych jęków, szeptów i wycia za oknem. To mój wymysł. - Popatrzył przed siebie niezdrowo. Blady, z sinymi obwódkami wokół oczu i rozmierzwionymi włosami nie stanowił imponującego widoku.
- Jesteś popieprzony, odkąd pamiętam gorylu - szepnęła.
Hubert rozciągnął uśmiech na szerokość twarzy i odepchnął dziewczynę od siebie.
- Dobra. Wracaj do pokoju. Wysikam się i przyjdę. - Wyciągnął palec wskazujący i delikatnie nacisnął nieduży pieprzyk na jej policzku - Klik! Biegnij do łóżka i czekaj na mnie.
Opuściła głowę, ramiona jej oklapły, następnie wstała i potulnie wycofała się do pokoju. Był to ich wspólny żart. On przyciskał pieprzyk na jej twarzy, a ona niczym bezwolny robot wykonywała polecenia. Drobna rzecz, dzięki której potrafił się radować w najmniej pogodnych momentach.
Wrócił do łóżka i przytulił się do ukochanej. Nie był pewien czy wciąż coś słyszy, ale teraz nie miało to znaczenia.
Hubert obudził się o dziesiątej rano. Był spóźniony. Od sześćdziesięciu minut powinien tłumaczyć potencjalnym klientom, dlaczego tytanowe śrubokręty firmy "Klemme" należy kupować razem z podręczną skrzynką na narzędzia. Kiedy przybył do pracy, zegarek wskazywał kwadrans przed jedenastą. Nie było szans, aby jego nieobecność uszła uwadze Wielkodupca. Dokonał właśnie zuchwałego skoku na kasę pancerną zakładu, a dyrektor nie będzie wchodził w koalicję z bumelantami.
- Czy pan pragnie dołączyć do partii bumelantów?! - zapytał dyrektor, gniewnym spojrzeniem ściągając Huberta do gabinetu.
- Pan wie...
- Panie dyrektorze.
- Panie dyrektorze, pan dyrektor wie, że świetnie wywiązuję się z obowiązków...
Owinięta w gruby rękaw marynarki dłoń stanęła przed oczyma Huberta jak znak stopu.
- Doskonałość jest cechą zarezerwowaną dla przełożonych.
Hubert zacisnął zęby. Zdał sobie sprawę, że nadzieje na krótką rozprawę zostały pogrzebane. Wielkodupiec rozpoczął swoją tyradę.
Pobyt W ciasnym gabinecie bez klimatyzacji, za to ze stojącym w rogu powolnym wiatrakiem, prędko zamienił się w torturę. Upał na zewnątrz sprawiał, że temperatura w pokoju sięgała trzydziestu stopni. Po kilku minutach pot perlił się na czole, a mokre dłonie przyciągały wirujące drobiny kurzu.
- ...jest pan jak zardzewiały tryb w perfekcyjnie funkcjonującym mechanizmie, a porządny zegarmistrz nie będzie bez końca oliwił szwankującego elementu, tylko wymieni go na nowy.
Ta metafora robiła nieco lepsze wrażenie, gdy słyszało się ją po raz pierwszy - pomyślał Hubert. Jedną z cech jego przełożonego było eksploatowanie swych złotych myśli tak długo, aż pozostawał po nich tylko bezwartościowy szkielet pustych głosek.
- ...albo zdecyduje się pan na bezwarunkowe podporządkowanie panującym tu zasadom, bezwarunkowe, słyszy pan, albo wyląduje na ulicy i to z opinią, która pogrąży pana na lata. Nie zamierzam...
Wypowiadane słowa stawały się coraz bardziej niewyraźne, jakby mówiący opadał na dno głębokiego jeziora. Ton głosu falował zmieniając swą wysokość wedle jakiegoś ponurego wzoru. Napływające zewsząd dźwięki zaczęły się łączyć, tworząc pieśń, którą Hubert pierwszy raz usłyszał poprzedniej nocy. Odniósł wrażenie, że temperatura podniosła się o kilka stopni. Spływający pot powodował nieznośne swędzenie. Wąskie snopy światła, jakie zdołały przecisnąć się przez opuszczone żaluzje, drażniły oczy. Podobnie jak widok wciśniętego w fotel dyrektora - kiedy się pocił, twarz miał pomarszczoną jak stary twaróg.
- Wiem, że wczoraj obchodził pan urodziny i jestem pewien, iż wyłącznie to jest powodem, dla którego pan i pański kolega nie stawiliście się dziś rano w pracy.
Hubert został wybudzony letargu. Zdumienie wymalowało się na jego twarzy - nie spodziewał się, że Palto będzie nieobecny.
Ciężkie dłonie uderzyły o blat biurka, pozostawiając na nim wilgotne odciski.
- Niech pan ze mną nie igra! Jeszcze dziś znajdę na pana miejsce dziesięciu innych. I to może nawet lepszych. To nie jest cyrk, a ja nie jestem klaunem, chociaż z pana możemy zrobić klauna. Pańscy koledzy popękają ze śmiechu na wieść, że wylałem go z roboty niemal w dzień urodzin.
Hubert opuścił powieki. Nie było sensu czegokolwiek tłumaczyć. Stary cap zamknął się w klatce własnych kompleksów. Teraz będzie kąsał, chłostał i tłukł wyzwiskami każdego, kto się nawinie.
Gabinet opuścił dwadzieścia minut później. Pomimo ostrej reprymendy nie został zwolniony i to było najważniejsze. Wrócił na stanowisko, które znajdowało się w zagraconym pomieszczeniu o pożółkłych ścianach. Dokoła czterech metalowych stołów oddzielonych płytą w kształcie krzyża, poustawiane były stosy opakowań po śrubokrętach. Śmierdziało skisłym potem i niemytym ciałem. Najwyraźniej Wielkodupiec spędził tu cały ranek, uprzykrzając życie pozostałym pracownikom. Hubert przywitał się z towarzyszami skinieniem głowy. Zaczął wykładać niezbędne przybory, kiedy w progu drzwi wejściowych stanął Palto.
Wyglądał jakby go wyłowiono z baniaka z formaliną. Twarz miał pokrytą bąblami potu i śliny. Przy ustach trzymał garść wilgotnych chusteczek. Źrenice utkwił w jakimś odległym, sobie tylko wiadomym punkcie. Ze spodni wystawały pogniecione fałdy białej koszuli. Całość wyglądała na najpodlejszą odmianę kaca, jaką Hubert widział na oczy. Jeśli szef zobaczy go w takim stanie, siądzie na nim, wessie w wielką otchłań swego dupska, a tam - "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie". Chłopak straci robotę. Zanim Hubert zareagował, jego przyjaciel zdążył wcisnąć się do gabinetu dyrektora.
Wizyta zakończyła się niecałe trzy minuty później. Gdyby wszystko miało być porządku, trwałaby przynajmniej pół godziny. Po opuszczeniu pokoju Palto nie sprawiał wrażenia poruszonego. Wciąż pozostawał w swoistym letargu, najwyraźniej nie do końca zdając sobie sprawę z całego zajścia. Odwrócił się do wyjścia i ociężale zaczął człapać w tamtą stronę. Nie odezwał się do Huberta słowem, nawet nie odwrócił w jego kierunku. Po prostu wyszedł.
Tego dnia Hubert zmuszony był zostać w pracy do dwudziestej. Czekało go jeszcze pięć dni nieodpłatnych nadgodzin. I kto wie, jak wiele dni pełnych stresu i żelaznego skupienia. Przez jedenaście godzin nie miał możliwości zadzwonić. Widok Palto, jaki utrwalił się mu w pamięci, coraz silniej zaczynał dręczyć. Zaraz po opuszczeniu firmy Hubert zadzwonił do przyjaciela. W słuchawce odezwał się znajomy głos: "Cześć, nagraj wiadomość, a najlepiej zadzwoń później". Rozłączył się. Równie osobliwy jak choroba Palto był fakt, że nie podniósł słuchawki. Ten facet zabierał ze sobą komórkę nawet do toalety, ba! - kiedyś odebrał telefon na pogrzebie własnej ciotki i zaczął żywo konwersować, mając za plecami dwa tuziny pochmurnych twarzy. Hubert z roztargnieniem podrapał się ze uchem, po czym wezwał taksówkę.
Podczas jazdy przedzwonił do Kingi. Zanim się odezwała, usłyszał hałas - coś trzasnęło sucho i ciężko.
- Cholera!
- Kinga? Hej, Kinga?
- Tak, ja! Kogo się spodziewałeś? - wysyczała. W takich chwilach przypominała mu jaszczurkę. Oczami wyobraźni widział, jak chłoszcze powietrze swym gadzim jęzorem.
- Przestań się czepiać. Chyba telefon ci upadł, nie wiem. Słuchaj, dzwonię, bo coś dziwnego dzieje się z Palto. Jeszcze nie widziałem go w takim stanie jak dziś.
- Hubert - ton jej głos zmienił się diametralnie. Tylko jedno słowo, ale zabrzmiało posępniej niż mowa pogrzebowa. - Jestem teraz u niego i nie wiem, co mam robić. Nie mam pojęcia, co się dzieje. On śpi. Zasnął jakiś czas temu i nie mogę go obudzić. Rozumiesz, nie jestem w stanie. Wrzeszczałam mu do ucha, szarpałam i nic.
- Dzwoniłaś na pogotowie, do jakiegoś lekarza? Nie mam pojęcia do kogo się zgłaszać z czymś takim. Będę tam za kilkanaście minut.
- Powiedziano mi, żebym przestała histeryzować. Nikt nie przyjedzie, bo pizda z pogotowie stwierdziła, że mój chłop zmęczony po pracy pewnie odpocząć chciał; że nie zdążył odsapnąć, a ja mu głowę zawracam. Powiedziałam jej, że jest tępą pizdą i gówno wie o tym, co się dzieje. To był koniec rozmowy.
- I co udało ci się w ten sposób załatwić? Miałaś tylko...
- Wysłać kartkę z życzeniami?!
- Przecież tu nie chodzi o ciebie i twoją durną dumę. Wystarczyło spokojnie wytłumaczyć, zadać kilka pytań. Dla każdego dojrzałego człowieka na ziemi to "tylko tyle", dla ciebie "aż tyle".
- Odwal się, dobrze! Po prostu się odpieprz. Nie było cię tutaj. Palto to też mój przyjaciel. Po prostu tu przyjedź, ale nic już, kurwa, do mnie nie mów. Ani słowa.
Hubert czuł, że nadszedł czas, aby usunąć się w cień i przejść do defensywy. Kinga była teraz niczym rozjuszony bazyliszek i gdyby mogła, przecięłaby go w pół samym spojrzeniem.
- Dobra. Już dobrze. Uspokój się, ok? Wiem, że się denerwujesz. Rozumiem.
- Gówno rozumiesz!
Połączenie zostało przerwane. Hubert wypuścił powietrze z płuc. Nie pierwszy raz ofiarował część swojej dumy dla złagodzenia konfliktu, a ona nie pierwszy raz przeżuła ją i wypluła z pogardą.
Taksówka zatrzymała się przy chodniku leżącym u stóp szarego domu. Prostokątne dziury w ścianach mieściły przegniłe ramy okienne. Szyby mieszkania na parterze były czarne od kurzu i trudnej do zidentyfikowania zawiesiny. Strumienie światła bijące od zwisającej na pojedynczym przewodzie żarówki z trudem przebijały się na zewnątrz. Hubert wbiegł do budynku - na ostatnim piętrze mieszkał Palto.
Klatka schodowa była chłodna, przesiąknięta zapachem starego drewna i, jak zwykle, nieoświetlona. Ostrożnie ruszył przed siebie, odtwarzając w pamięci drogę na górę. Wielkie okno na półpiętrze było zamknięte od lat. Zardzewiały zamek był tego dowodem. Na podwórzu czarne kikuty połamanej ławki wbijały się w gęstą noc. Pokonując następne stopnie, zahaczył o jakiś ciężki i wysoki przedmiot. Natychmiast się zatrzymał i zastygł w napięciu. Przez moment słyszał syk przeszywanego powietrze, po czym na klatce rozległ się huk. Kilkanaście drobnych elementów potoczyło się po ziemi w kierunku schodów. Hubert kucnął i złapał turlający się przedmiot. Była to zwykła, plastikowa kulka. Uderzające o stopnie piłeczki niespodziewanie zaczęły wybijać dziwnie znajomy rytm. Zderzywszy się z oknem na półpiętrze zabrzmiały jak chór dziecięcych dzwoneczków. Czy ten hałas nie zaczyna mu czegoś przypominać? Tak, to była ta sama muzyka, którą słyszał w nocy i dzisiaj w gabinecie. Hubert zawahał się, odniósł nieprzyjemne wrażenie, że melodia towarzyszyła mu w rzeczywistości przez cały czas, skryta i uśpiona gdzieś głęboko w podświadomości i dopiero konkretne dźwięki zaczynały budzić ją do życia.
W tym momencie osobliwa partytura przeszła do finalnego etapu i ostatnie dźwięki wtopiły się szum nocy.
- Nie daj się zwariować człowieku - zaczął badać przestrzeń dookoła. Wyczuł chropowate pręty. W miejscach łączeń miały wystające śrubki. Przesunął dłonie wzdłuż rurek. Czuł, jak płatki rdzy sypią się na ręce. Po chwili skonstatował z czym ma do czynienia - dziecięcy wózek. Rozdrażniony kopnął go pod ścianę. Wózek zazgrzytał hałaśliwie, ciągnąc za sobą pozrywane linki i części połamanych grzechotek.
Po niespełna dwóch minutach dotarł na szczyt i stanął przed mieszkaniem Palto. Zanim zdążył wsunąć się do środka, stanęła przed nim Kinga. Kąśliwy uśmiech oraz brak lini brużdżących czoło sugerowały, iż gniewne chmury zostały rozwiane. Zazwyczaj potrzebowała więcej czasu i jego poświęcenia, by się uspokoić.
- Hej... - wysapał niemrawo.
- Tutaj towarzyszu - słaby i niewyraźny głos Palto dobiegł z wnętrza mieszkania. Hubert zerknął zaskoczony na dziewczynę. Ta uniosła tylko ramiona, jakby mówiąc: wejdź i sam zobacz. Zarumienił się. Wyobraził sobie, jak siedzi wciśnięty w dyby w wesołym miasteczku, a rozbawieni Palto i Kinga rzucają w niego ciastem na papierowych talerzykach.
- Co jest?! - wycharczał.
- Dalej, wchodź. Przed chwilą się obudził. - Dziewczyna wepchnęła go do środka i zamknęła drzwi.
- Szybciutko, bo zanim tu dotrzesz, znowu zasnę - ton głosu Palto z każdym słowem nabierał mocy. Wydawał się być dziwnie uniesiony.
- Jaja sobie robicie? - Jeszcze kilkanaście minut temu Hubert gotów był uwierzyć, że jego przyjaciel poważnie się rozchorował. Rano wyglądał, jak widmo nawiedzające Ebenezera Scrooge`a, a teraz co, po wszystkim? Ot tak? Jednak kiedy wszedł do pokoju, natychmiast się przekonał, że w żadnym wypadku nie mógł mieć do czynienia z żartem.
Odkąd Palto wprowadził się do tego niewielkiego mieszkania, zaczęło ono ulegać przemianie. Czterdzieści osiem metrów kwadratowych wynajmowanej przestrzeni prędko nabrało cech swego lokatora, stając się w podobny sposób ekstrawaganckie. Wydawało się niechlujne w najbardziej widocznych miejscach i przesadnie czyste tam, gdzie rzadko ktoś zaglądał. Jedyny pokój tętnił niezwykle dynamicznym życiem Palto, co dało się odczuć zaraz po wejściu. Ale dziś ten rytm został zachwiany i Hubert czuł to wyraźnie. Widząc przyjaciela, chciałby powiedzieć, że ten nie wygląda najlepiej. Chciałby, ale dobrze wiedział, że byłby to cholernie daleko idący eufemizm. Palto był przeraźliwie blady i wysuszony. Oczy sprawiały wrażenie, jakby zostały wessane do wnętrza czaszki. Ślina kłębiła się wokół ust. Zmięta kołdra leżała na podłodze obok pary rozsznurowanych butów.
- Coś mi mówi, że nie będzie buzi na przywitanie - odezwał się Palto.
Hubert speszył się. Nie sądził, że trwoga, jaką poczuł, odcisnęła aż tak wyraźne piętno na jego twarzy.
- Zrozum człowieka - wyparował - od zawsze przypominałeś mi wypatroszonego śledzia, ale dziś... cholera, dzisiaj nie odróżniam cię od prześcieradła.
- Ho, ho, Hubert wraca do gry - Palto klasnął energicznie. - Drużyna gospodarzy traci punkt.
Przyjaciele uścisnęli sobie dłonie na przywitanie.
- Hej dziecino, zrobiłabyś mi herbatki? - Palto puścił oko do stojącej z tyłu Kingi.
- A ty, książę? Chcesz coś?
- Herbatę, dzięki. - Hubert przymknął oczy i ze świstem wciągnął powietrze - Hej, Kinga, przepraszam. Robię z siebie mądrzejszego niż jestem.
- Niech ci będzie gorylu. - Odpowiedziała i wyszła do kuchni.
Hubert dopiero teraz usiadł na krześle stojącym w pobliżu łóżka.
- A teraz trochę poważniej, ok? Jak się czujesz? Narobiłeś tu trochę zamieszania, wiesz o tym.
- Teraz jest całkiem nieźle. Dużo lepiej niż z rana, chociaż nadal jestem osowiały.
- Widzę.
Hubert zniżył głos i przysunął krzesło bliżej brzegu łóżka.
- Wcześniej, kiedy spałeś, Kinga próbowała cię obudzić, ale za cholerę nie dała rady, mówiła ci? Zaczęła trochę panikować, co, jak wiesz, nie zdarza jej się często. Wtedy i ja zacząłem się pocić.
Hubert drgnął. Własny szept go zaniepokoił. Oddech brzmiał donośniej niż wypowiedziane słowo. Wydawało się, że można niemal usłyszeć kaskady krwi przetaczającej się przez żyły.
Po twarzy Palto przemknął cień zakłopotania.
- Nie przejmuj się człowieku - Hubert krzyknął wesoło. Zdał sobie zaraz sprawę, że wyszło to nieudolnie, więc znów zniżył głos - Nie zacząłeś nagle chorować, bo tak będzie zabawnie. I to pierwszy raz od... cholera, nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś zwaliło cię z nóg.
Przyjaciel uniósł głowę. Spojrzenie tonęło w morzu odległych myśli.
- Na pewno wszystko w porządku Palto?
- Tak. Bez obaw. Po prostu... nic. Naprawdę czuję się lepiej. Nie wyglądam, wiem, ale to nic. Uwierz. Głowa do góry.
Coś w jego głosie nie dawało Hubertowi spokoju. Wciąż nie dawał się przekonać. Czuł, że za murem zapewnień o dobrym zdrowiu czai się tajemnica. Wyczuł to, jak tylko tu przyszedł. Odniósł wrażenie, że gdyby zachował ostrożność, zdołałby dotrzeć do prawdy. Byli w końcu przyjaciółmi od siedemnastu lat. Ich przyjaźń to były niewymuszone gesty, które często przejawiały się na poziomie instynktu. Dlatego nigdy nie składali sobie przysiąg o przyjaźni po grób - wiedzieli, że takimi deklaracjami pieczętuje się znajomości, które dopiero się zaczęły albo te, które wkrótce się zakończą. Tak od zawsze widział to Hubert i dlatego uważał, że jeśli przyjaciel ma jakiś sekret to, wcześniej czy później, go wyjawi.
- Ty pierdoło! Przestań mu szeptać do ucha jak chłopiec, który wlazł do damskiej szatni i pierwszy raz w życiu ogląda cycki. - W progu pojawiła się Kinga. - Albo mówiłeś o mnie, albo ściszyłeś głos, bo uznałeś, że dana sprawa nie powinna mnie dotyczyć. W obu przypadkach jesteś pierdołą!
Hubert wygładził pofałdowane od napięcia czoło. Wiedział, że burza jest blisko. Błyskawicę od grzmotu dzieliły sekundy. Jeśli zaraz tego nie wyjaśni, znajdzie się w samym sercu cyklonu.
- Spokojnie dziecino - Palto zawiesił rękę w powietrzu. - Prosiłem go o to. Wspomniałem, że czuję się lepiej i to prawda, ale i tak ciągle jestem potwornie zmęczony, a momentami łeb mi pulsuje jak serducho u wieloryba. Bez krzyków więc. Nie rób zamieszania. - Ręką wskazał Huberta - uniewinniam chłopaka mocą nadaną mi umową najmu, która czyni mnie tu jedynym szeryfem.
Kinga speszyła się nieznacznie, ale po chwili uczucie wstydu minęło, a twarz przeciął długi uśmiech. Podeszła do Huberta i ucałowała z roztargnieniem czubek jego głowy.
- Jestem dzisiaj wyjątkowo wredna, wiem, ale nic na to nie poradzę, gorylu. A teraz daj mu chwilę odsapnąć i chodź ze mną do kuchni. Potrzebuję twojej wyobraźni. Jesteśmy u Palto, a to ogranicza gastronomiczne wybiegi do smutnej pajdy z masłem.
- I bardzo dobrze - Palto wyraźnie się ożywił.
Po otwarciu, lodówka przypominała jamę ustną bezzębnej staruchy, pomimo tego na stole kuchennym pojawiły się plastry nieznanej wędliny i pomarszczona papryka. Po chwili niepewności Hubert wydobył jeszcze niewielki sześcian żółtego sera. Był równie tajemniczy, co kostka Rubika.
- Mam tu ser specjalnej troski człowieku!
- Wiem - odparł Palto - po prostu zetrzyj na tarce i sypnij na kanapkę. Wiesz, że nigdy nie pozbywam się żarcia inną drogą niż przez własny układ wydalniczy.
Cała trójka zaśmiała się z ulgą. Wyglądało na to, że wszystko wraca do normy. W chwilę po tym Kinga włączyła radio: Joe Cocker chrypiał w utworze "What Becomes Of The Broken Hearted".
Hubert zwrócił się do Kingi:
- Jak to wyszło, że tu przyjechałaś?
- Palto do mnie zadzwonił. Wiedział, że z tobą to się nie uda. Czemu pytasz?
- Powiedz mi, jak to wyglądało? Chodzi mi o to, że... Co się z nim działo przez cały ten czas?
Dziewczyna przerwała krojenie papryki i spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem. Nie miała ochoty teraz o tym rozmawiać, ale była przekonana, że Hubert nie odpuści. Wiedziała, że się martwi, a wtedy był cholernie upierdliwy i potrafił wiercić dziurę w brzuchu, aż nie przebije się na wylot. Po namyśle odpowiedziała leniwie:
- Prawie przez cały dzień nic specjalnie podejrzanego się nie wydarzyło. Nie spał, gdy przyjechałam, ale też nie wyglądało na to, żeby w pełni zdawał sobie sprawę z tego, co dzieje się dookoła. Sporo gadaliśmy, no, ja gadałam. Po jakimś czasie zasnął i nie widziałam w tym niczego dziwnego. Cztery godziny później się obudził, wyglądał na żywszego. - Położyła strzęp wędliny na kromce chleba, zawinęła w pół i wsunęła do środka wąski drucik papryki. - Znów zaczęliśmy rozmawiać. W którymś momencie poszłam do łazienki, a kiedy wróciłam, jego już nie było. Zasnął, ale zrobił to tak niespodziewanie - w przeciągu kilku sekund i w tak cholernie nieprzyjemny sposób - że miałam wrażenie jakbym była z kimś innym.
Hubert nie odezwał się słowem.
- Pieprzenie, wiem - ciągnęła dalej - ale musiałbyś go zobaczyć. Leżał z otwartymi oczami, nie odzywał się, nie ruszał, w ogóle na nic nie reagował. Leżał tam jak cegła. Próbowałam go obudzić z pół godziny, a potem zadzwoniłeś i...
- Tak, wiem - Hubert zbliżył się do Kingi i objął. Stała w jego ramionach przez moment, po czym delikatnie wychyliła głowę i szepnęła:
- Jesteś dla niego jak brat, wiesz. Mało tego, dziś powiedział - uwaga, to będzie dobre - że Bóg otacza specjalną troską takich jak ty.
- Tak powiedział? - skrzywił się. Znał dobrze przyjaciela i wiedział, że nie wyrzuciłby z siebie takich komunałów nawet z litrem spirytusu we krwi.
- Musiał majaczyć - Hubert uśmiechnął się szelmowsko. Wypuścił Kingę z ramion i przyciszył grające radio.
- Nie powiedziałem ci chłopie pewnej ciekawostki! - krzyknął - nie tylko ty miałeś dziś problemy ze snem. Korbiel zasnął nam w robocie. I to na oczach szeryfa. Możesz sobie wyobrazić, co się działo. Myślałem, że przewalcuje biedaka na podłodze.
Nikt się nie odezwał.
- Jak teraz o tym myślę, wydaję się trochę dziwne. Siedzi facet za biurkiem, rozmawia przez telefon i nagle łup! Łeb leci na stół i koniec - skurczybyk chrapie.
Z pokoju nadal dobiegała cisza. Hubert zbliżył się do radia i wyłączył.
- Palto, człowieku, słuchasz mnie? - Poczuł rosnącą w przełyku gęstą grudę. Gdyby przełknął teraz tę porcję strachu, tembr jego głosu pękłby na pół, pozostawiając po sobie tylko jakieś żałosne pomruki.
Kinga ruszyła do pokoju. Ledwo przekroczyła próg, wyrzuciła z ust zduszony krzyk. Po wejściu do pokoju Hubert nie od razu zrozumiał, co się dzieje. Niema i nieruchoma postać nie wzbudziła w nim obaw. Ale kiedy wcisnął się w głąb pomieszczenia, natychmiast zdał sobie sprawę, jak bardzo się mylił. Groza malującej się przed nim sceny zaczęła napływać do świadomości.
Palto siedział na łóżku nieruchomo. Plecy miał wyprostowane i naprężone. Oczy pozostały tak szeroko otwarte, jakby powieki zostały naciągnięte niewidzialnymi żyłkami. Jego wzrok ignorował otaczającą rzeczywistość, ogniskując się na jakimś odległym punkcie poza granicami ludzkiego pojmowania.
- Palto... - wysapała Kinga.
Hubert nie mógł odwrócić wzroku. Czuł jakby patrzył na ułożoną na łóżku groteskową kukłę wypchaną trocinami ludzkich trzewi. Złapał go za ramiona i potrząsnął solidnie - żadnej reakcji. Mięśnie Palto były napięte, a ułożone wzdłuż ciała ręce, wydawały się przytwierdzone do bioder. Hubert uderzył go w twarz: najpierw delikatnie, niepewnie, potem mocniej i bardziej nerwowo.
Kinga rzuciła się do niego i brutalnie odepchnęła od łóżka.
- Co robisz idioto?!
Spojrzenie miała dzikie i pełne wstrętu. Hubert nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział ją w takim stanie. W przeciągu zaledwie kilku chwil sytuacja wymknęła się spod kontroli, choć wiedział, że tak naprawdę od samego początku była to kontrola czysto iluzoryczna. Jednak mimo swej ulotności wysyłała uspokajające sygnały, trzymając ich nerwy na wodzy. A teraz Hubert czuł, jakby całe jego opanowanie miało za moment wyparować do atmosfery.
- Co cię opętało, dziewczyno?
- Kurwa, to ty go waliłeś po pysku!
- Jezu, przecież nie chciałem mu wyrządzić krzywdy.
- Hubert, do cholery, widziałam to już wcześniej i wiem, że czego byśmy teraz nie zrobili to i tak nic nie da. Tak samo wyglądał, kiedy dzwoniłeś i nie pomożesz mu bijąc go po pysku, rozumiesz?
- Nie o to mi chodziło, dobra, zapomnij. Dzwonię po pomoc... Tylko, że trzeba było wcześniej to zrobić. I chciałem, ale wiedziałem, jaka byłaby wasza reakcja. - Hubert chwycił telefon i wycofał się z pokoju.
Kinga poczuła przemożną chęć kopnięcia go w dupę.
Palto został przyjęty do szpitalu z podejrzeniem katalepsji. Brak pokrewieństwa uniemożliwił uzyskanie dokładniejszych informacji. Po kilku próbach przebicia się przez zaporę szpitalnej polityki wywiesili białą flagę. W domu nie zamienili ze sobą słowa. Jedyny temat, jaki kołatał im się w głowach, dotyczył Palto, a o nim rozmawiać nie chcieli. Wyobraźnia nieustannie podsuwała koszmarne wizje, a słowa mogły je uczynić bardziej realnymi. Z drugiej strony, próba poprawienia nastroju wiązałaby się wyłącznie z bagatelizowaniem sprawy, na jakie nie było ich stać, a któremu i tak nie daliby się uwieść.
Po godzinie niespokojnych rozmyślań nadszedł wyczekiwany sen.
Znajdował się pośród kompletnej pustki. Ciemnoskóra, bezkształtna masa miażdżyła pierś i pętała kończyny. Gdzieś z daleka zaczął dobywać się niespokojny dźwięk, który brzmiał jak zakopany w ziemi bęben. Po chwili przeszedł w wyraźny stukot pełen zacietrzewienia. Huk narastał. Przebijał się przez kolejne ściany ciszy z zajadłością żrącego kwasu.
Sen puścił swe mocowania. Hubert otworzył oczy. Ktoś stukał do drzwi. W pełni rozbudzony zarejestrował, że ktokolwiek stał teraz za drzwiami, wcale nie pukał - ten ktoś walił w nie, jakby zamierzał wysadzić z zawiasów. Niespodziewanie wszystko ustało, dając czas na uspokojenie rozedrganych nerwów. Hubert szedł przed siebie, zachowując jak największą ciszę. Od drzwi dzielił go krok, kiedy zauważył, że klamka się poruszyła. Najpierw zaczęła drgać nerwowo, potem gwałtownie uderzać w górę i w dół. Ktoś po drugiej stronie szarpał za uchwyt, wprawiając w drżenie całe drzwi. Hubert wiedział, że powinien czuć złość. Ktoś próbował wtargnąć do jego domu; powinien mieć ochotę dopaść gnoja, złapać za gardło i rozsmarować na ścianie, ale doświadczenia całego dnia sprawiły, że jedyne, co teraz odczuwał to strach. Klamka podrygiwała złośliwie jak ujadający pies. Hubert otworzył niewielką szafkę znajdującą się na podłodze, wyciągnął z niej metalową rurę od odkurzacza i oparł o ścianę. Poczuł się nieco pewniej. W tym momencie klamka stanęła i ustał hałas. Wyjrzał przez wizjer. Na klatce nie paliło się światło, przez co postać na korytarzu stała zatopiona w mroku. Hubert błyskawicznym ruchem przekręcił górny zamek, otworzył drzwi na oścież i cofnął się o krok.
Zamarł.
Przed nim stał Palto. Miał na sobie czerwony szlafrok, idiotyczne kapcie z froty, które otrzymał kiedyś w prezencie od Kingi i wciąż ten sam obcy wyraz twarzy. Jego ciało było tylko skorupą, w której zamknięto ludzką duszę.
- Palto? Co ty tu robisz? Słyszysz mnie?
To niemożliwe - myślał - przecież był w szpitalu. Jezu, zostawiliśmy go tam leżącego na łóżku. A teraz dobija się drzwi! Jakim pieprzonym cudem?
Palto stał nieruchomo. Nie dawał żadnych znaków, które tchnęłoby nadzieję w serce Huberta.
- Powiedz do mnie cokolwiek, chłopie!
- Co się dzieje? - za plecami pojawiła się Kinga.
- Mamy gościa, spójrz, Jezu... i jest w takim stanie, w jakim go zostawiliśmy. Nie wiem, jak to możliwe, ale musiał tu przyjść sam. Jeszcze przed momentem szarpał za klamkę.
- On jest w szlafroku i kapciach...
- Wiem, widzę. Chyba lunatykował, słyszałem o czymś takim... Tylko to mi przychodzi do głowy.
Hubert powoli się uspokajał. Obecność drugiej osoby nieznacznie koiła poszarpane nerwy. Zdrowy rozsądek znów brał górę nad wyobraźnią.
- Złap go za rękę z tej strony. Zaprowadzimy go do pokoju. Hej, Kinga, obudź się. Proszę, rób, co mówię.
W trójkę zaczęli przesuwać się w kierunku pokoju.
- Posadzimy go na łóżku. Zaraz potem zadzwonię do szpitala. Ktoś musi to wyjaśnić.
Kiedy tylko udało się ulokować Palto na miejscu, Hubert złapał za słuchawkę. Wykręcił numer szpitalnego oddziału i połączył się z lekarzem dyżurującym.
- Wasz pacjent, który został dziś przyjęty z objawami katalepsji, i który nadal powinien tam przebywać, znajduje się teraz u mnie w domu. Siedzi obok, wielka, ludzka kłoda, słyszy mnie pan, siedzi i patrzy w ścianę! Przecież to jakiś absurd! Jak to możliwe, słucham - Hubert przerwał. Ostatnie słowa wyrzucił z siebie tak prędko i niedbale, że dopiero po chwili dotarło do niego, co powiedział. Resztki jego opanowania w końcu trafił szlag. Ze złością przypomniał sobie, że kilka godzin wcześniej ochrzanił Kingę, kiedy gryzła wszystkich dookoła z powodu własnej bezradności. Teraz on robił to samo. Brawo Hubert, jesteś władcą tej fortecy!
- Po pierwsze, dobry wieczór - po krótkim milczeniu odezwał się w słuchawce głos. Był chłodny i wyważony. - Dwa słowa, które chciałbym usłyszeć na początku każdej rozmowy. Widzisz, wszystko powinno mieć początek i koniec, to takie proste i estetyczne. Supełek z przodu, supełek z tyłu, nic się nie rozwiąże i będzie porządek, prawda? Porządek to klucz do jasnego przekazu, a ty chyba zostawiłeś go w drugich spodniach, ha, ha.
Hubert znieruchomiał. Przyszło mu do głowy, że rozmawia z jednym z pacjentów.
- Co? O czym...
- Po drugie, i teraz uważaj, chciałbym zerżnąć twoją kosmatą dupę, ha, ha, ha! Tak jest, kolego. Nic nie mówisz, zastanawiasz się, czy dobrze słyszałeś? Powtórzę: chciałbym wypierdolić cię na wskroś i zerżnąć po sam czubek głowy! Ha, ha...
Mężczyzna przerwał gwałtownie. W słuchawce pojawiły się trzaski i niewyraźny charkot. Ktoś głośno wypuścił powietrze. Rozległ się tępy huk i coś twardego zwaliło się na podłogę. Był to ostatni sygnał, jaki przebił się przez linię telefoniczną, zanim przerwano połączenie.
Hubert patrzył tępo na telefon. W tej chwili był gotów się poddać, siąść na tyłku, przyznać, że postradał zmysły i uciec tym samym z więzienia racjonalności. Ciągłe przeciwstawianie zdrowego rozsądku z obłędem tej nocy wyczerpało go psychicznie. Znacznie łatwiej byłoby obwieścić światu, że jest się wariatem i przyjmować nawet najbardziej nieprawdopodobnie zdarzenia jako integralną część swej psychiki. Hubert nie odzywał się przez tak długi czas, aż Kinga zwróciła mu uwagę. Ocknął się, nie dając po sobie poznać, jak bliski był załamania.
- Jedziemy do szpitala. Opowiem ci po drodze... To wszystko to jakiś pieprzony koszmar.
Dotarcie na miejsce zabrało im dwadzieścia minut i nie był to wystarczający czas, by uspokoić skołatane nerwy. Niepokój spotęgowało dziwne zachowanie dozorcy pilnującego wejścia do szpitala. Mężczyzna zadawał mnóstwo pytań i zanim pozwolił wejść, przeprowadził długą rozmowę telefoniczną z przełożonym, w której nieskładnie tłumaczył, kim są i w jakim celu się zjawili.
Ku ich zdumieniu, piętro, na którym mieścił się oddział psychiatryczny, wypełnione było ludźmi. Personel krążył tu nerwowo niczym żaglówki w czasie burzy. Niespodziewanie jeden z przechodzących mężczyzn zatrzymał się i zaczepił Kingę. Wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę, aż rozpoznała w nim dawnego kolegę ze studiów. Miał na imię Bajron i przez pięć lat nauki konsekwentnie, aczkolwiek bezskutecznie, próbował się z nią umówić.
Bajron poprawił najpierw przekrzywiony identyfikator na piersi, po czym przywitał się z nią wylewnie. Zaraz potem wyznał, iż pracuje w szpitalu jako radiolog i zaczął snuć historię swej kariery. Słowa wypadały z niego jak monety ze starej portmonetki - było ich zdecydowanie za dużo i prawie nic nie znaczyły. Kinga wiedziała, jak z nim postępować:
- Bajron, przestań pierdolić! Mów lepiej skąd to zamieszanie i co tu się dzieje?
Hubert skonsternowany dyskretnie skierował spojrzenie na podłogę i niemal podskoczył, kiedy rozległ się gromki śmiech Bajrona.
- Ciągle ta sama Kinia - ostry język zawsze dodawał ci uroku. Tak, ale nie czas teraz na to. Tak, słusznie zauważyłaś, że mamy tu niezłą zawieruchę. Próbuję nad tym zapanować, oczywiście inni też próbują, każdy ma jakiś pomysł, ale każdy jest zły. Poza moim, ale znasz mnie, nigdy nie tracę głowy.
- Bajron, słuchaj, ten facet po lewej to mój serdeczny przyjaciel. Jest chory, powinien być w szpitalu i leżeć w ciasnym łóżeczku, a tymczasem spacerował po mieście jak pieprzony turysta, więc zanim zaczniesz rozkładać dyplomy i woskować ordery, proszę, czy mógłbyś, do kurwy nędzy, zająć się najpierw własnym pacjentem?!
Brzytwa wściekłości wykonała pełne cięcie. Na moment zapadło milczenie.
- Ha, ha, nic się nie zmieniłaś Kinia. Tak jak powiedziałem - ciągle jędzowata i ciągle fascynująca, tak. Poczekaj chwilę, zaraz kogoś przyślę. Musisz zrozumieć, że sytuacja trochę wymknęła się spod kontroli. Przykro mi z powodu twojego przyjaciela. Daję słowo, że osobiście o niego zadbam. - Bajron odszedł powoli i dostojnie. Wrócił w asyście dwóch sanitariuszy, którzy z niespotykaną wrażliwością zabrali ze sobą Palto i skierowali na oddział.
- Nie możesz iść z nim, Kinia. W tej chwili obowiązuje kategoryczny zakaz odwiedzin i nawet ja nic na to nie poradzę.
- Tego jestem pewna. A teraz czekam na wyjaśnienia. Co on robił u nas w domu? I dlaczego jakiś popieprzeniec odebrał telefon na oddziale i próbował namówić mojego faceta na kopulację?! Bajron, kurwa, pękam z ciekawości.
Bajron dopiero teraz spojrzał na Huberta. Jego napęczniałe i ciężkie powieki opadły niemal całkowicie, pozostawiając wąską szczelinę dla oczu, jakby chciały uczynić obraz Huberta mniej realnym.
- Sugeruję spacer w bardziej ustronne miejsce. Od razu uprzedzam, że nie mam zbyt wiele czasu i prawdopodobnie jeszcze mniej do powiedzenia. - Raz jeszcze rzucił okiem na Huberta, po czym ruszył przed siebie. Zatrzymali się w pobliżu wyjścia ewakuacyjnego obok dwóch rzędów wąskich, drewnianych krzeseł.
- W nocy zdarzył się poważny wypadek - głos Bajron uległ wyraźnemu przeobrażeniu. Wcześniej pełen życzliwości i energii teraz był suchy jak zwiędnięty liść.
- Jeden z pacjentów miał wypadek - tyle usłyszy rodzina, a prawda jest taka, że popełnił samobójstwo. Taka tragedia to przede wszystkim wielkie zamieszanie. Musisz wiedzieć, że nikt, ale to nikt, nie był przygotowany na coś takiego. Nie ma specjalnej procedury, jaką należałoby w takich przypadkach wdrożyć. Takie rzeczy się nie zdarzają. Sytuacja się pogorszyła, kiedy część pacjentów nieoczekiwanie obudziła się ze śpiączki. Niezupełnie obudziła - to bardziej przypominało lunatykowanie. Mało precyzyjny termin, ale adekwatny do zaistniałych okoliczności. Żadna z tych osób nie odzyskała świadomości. Z twoim kolegą było podobnie. Mamy obecnie na oddziale parę osób z podobnymi objawami, które zostały przyjęte w ostatnich dwóch dniach i to właśnie oni są odpowiedzialni za tę rebelię. Co do stanu pacjentów to niewiele w tej chwili wiadomo. Powiem tak: gdyby pominąć fakt, że żadnego z nich nie można obudzić, stwierdziłbym po prostu, że śpią. Tak, dokładnie. Wówczas spacerowanie po ulicach, po korytarzach, wrzaski i agresywne zachowania - to wszystko można by nazwać lunatykowaniem. Przyznaję, że sprawa jest dziwna i dlatego traktujemy ją priorytetowo. Niedługo przed twoim przyjściem zostało przyjętych kolejnych dwóch pacjentów. Krążą opinie, że mamy do czynienia z zatruciem i to nie przypadkowym, ale nie wiadomo jeszcze na jak dużą skalę. Trudno brać pod uwagę w tym wypadku wirusa rozprzestrzeniającego się, który niósłby ze sobą tak osobliwe konsekwencje - ten pomysł sugeruję wcisnąć między bajki. To wszystko, co mogę ci powiedzieć, a i tak było tego o wiele za dużo, niż sobie obiecałem. Pamiętaj o tym, kiedy będę chciał zaprosić cię na kawę.
Kinga i Hubert wrócili do domu. Usnęli, pogrążeni w żalu i niepewności, nie zamieniając ze sobą słowa.
Budzik zagrzmiał o 7:30, jak robił to każdego dnia od kilku miesięcy. I po raz drugi - jak robił to od wczoraj - nie wywiązał się z zadania. Kiedy Hubert otworzył oczy, była 9. Zerwał się natychmiast i zaczął ubierać. Wydarzenia poprzedniego dnia wymalowały smętne cienie wokół jego oczu. Biorąc jednak pod uwagę niewielką porcję snu, jaką zagarnął tej nocy i tak czuł się nieźle. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie nękające koszmary i... ta melodia, którą słyszał we śnie.
Hubert skoncentrował myśli na pracy, a ściślej - czy uda mu się tym razem z tego wywinąć. Głosy w jego głowie stawiały 10 do 1 na Wielkodupca. Dwa spóźnienia pod rząd - o tak, był na fali. Mógł tylko liczyć na cud. Licha to perspektywa zważywszy na okoliczności - przyszło mu do głowy - powiedzmy sobie szczerze Tatuśku, ostatnio więcej wokół mnie demonów niż aniołów zsyłających Twoją łaskę.
Kiedy jednak ujrzał przed sobą zamknięte drzwi do siedziby firmy, uznał, że chyba ktoś wbił mu w tyłek strzałę pomyślności. Była godzina 9:45, a jego przełożonego nie było w pracy. Jeszcze nigdy, odkąd tu pracuje, nie doszło do takiej sytuacji. Mogły być tylko dwa powody: świniak w końcu pękł od nadmiaru włoskich pulpetów i leży rozrzucony na podłodze niczym trójwymiarowe puzzle albo - Hubert zasępił się - nie, mógł być tylko jeden powód.
- Czołem Kaleb. Co się dzieje? - rzucił Hubert na widok kolegi z pracy. W jego głosie pobrzmiewały już tylko echa niedawnego niepokoju.
- Grubego nie ma.
- Ha, co za szczęście, akurat dziś. Byłem pewien, że już po mnie. A gdzie reszta chłopaków?
Kaleb odczekał kilka sekund zanim odpowiedział.
- Agrest - nie wiem. A Korbiel w szpitalu. Śpiączka - tak mówią. Nie wiem. Podobno jest takich więcej. Ludzie coś gadają. Wirus, epidemia, jebani terroryści. Nie wiem, możliwe. Może zamontowali jakiś nadajnik. Mąci ci w mózgu i po tobie - zasypiasz z mordą w pomidorowej.
Zamilkł. Nie spodziewał się, że jego słowa wywrą tak silne wrażenie na Hubercie. Zanim zdążył dodać cokolwiek na korytarzu zadudniły ciężkie i nerwowe kroki. Horyzont pokryła okrągła sylwetka ich szefa.
Zbliżał się majestatycznie i groźnie niczym okręt wojenny, ale na szczęście dla nich spojrzenie miał wycelowane w zamek u drzwi. Po otwarciu zaraz skierował się do gabinetu. Wciąż był odwrócony plecami, kiedy wysapał:
- Nieobecnym przekażcie informację o zwolnieniu bez możliwości otrzymania wynagrodzenia. A dzisiejsze opóźnienie i straty odrobicie nadgodzinami. Nie byłoby takiego problemu, gdybym miał do czynienia z kompetentną kadrą - fałdy tłuszczu na ciele zadrżały, gdy się obrócił - z jakąkolwiek kadrą. Wasza mizeria i bylejakość zmusza mnie do nieustannej kontroli, nie potraficie działać samodzielnie, angażujecie mnie, a to drenuje moje siły.
Nastąpiła cisza, a dyrektor sprawiał wrażenie, jakby upajał się wypowiedzianymi przed momentem słowami.
- Efektem są zaległości - kontynuował po chwili - i moje przemęczenie.
Wyciągnął rękę w kierunku Kaleba - do ciebie należy wyszkolenie nowego pracownika.
Mijały długie godziny. Jedynym plusem, jaki odnotował Hubert, było to, że dyrektor ani razu nie wysunął dupska za próg gabinetu. No i fakt, że to nie on musiał trenować nowego. Cała reszta, czyli jałowe, wciąż te same i bezowocne rozmowy, były dziś wyjątkowo nużące. Zmieniające się głosy w słuchawce były senne i odpychające. Żadna z osób, z którymi umówił się na sfinalizowanie kontraktu nie odebrała telefonu. Sygnał oczekiwania na połączenie wwiercał się w jego umysł z coraz większą zajadłością. Irytacja rosła z godziny na godzinę, a wraz z nią niepokój. Zaczęła mu dokuczać myśl, że wydarzy się coś złego, że coś niedobrego czai się za następną sekundą, minutą. Wyczekiwał z dziwnym przekonaniem, że wcześniej czy później los obwieści kolejną tragedię.
W kieszeni zadrżała komórka - SMS. Kinga i Palto wiedzieli doskonale, że kiedy był w pracy, skontaktować się mogą wyłącznie tą drogą. Wyciągnął telefon i przeczytał wiadomość:

PALTO NIE ŻYJE. NIE JEDŹ DO SZPITALA. JESTEM W DOMU.

Hubert zamknął oczy i zobaczył, jak w najciemniejszym kącie wyobraźni los szczerzy ostrza swych zębów w złowieszczym uśmiechu. Napięcie w końcu go opuściło. Już wiedział
- Palto nie żyje - wyszeptał bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Następnie wstał i pomaszerował do gabinetu dyrektora.
- Palto nie żyje - rzucił będąc wewnątrz. Zabrzmiało to jak mantra i rzeczywiście miało w sobie moc zaklęcia, bo Hubert częściowo wyrwał się z otępienia. W tej samej chwili dotarło do niego, że siedzący na ogromnym, skórzanym fotelu dyrektor, nie mógł usłyszeć ani jednego słowa. A to dlatego, że parszywy sukinsyn spał jak gdyby nigdy nic.
Hubert poczuł rosnącą złość. Miał ochotę podejść i splunąć mu w twarz.
- Panie dyrektorze! - krzyknął. Bez efektu. Krzyknął ponownie i tym razem było go słychać na zewnątrz.
Głowa przełożonego drgnęła. Wydęte i śliskie wargi zadygotały. Prawe oko łypnęło szkaradnie, przywodząc na myśl bajkowy peryskop wynurzający się z wody. Po chwili wykonał serię nieskoordynowanych ruchów, po czym speszył wyraźnie, kiedy dostrzegł, że nie jest w gabinecie sam.
- Co? Co to ma znaczyć?!
- Panie dyrektorze, proszę wybaczyć, pan spał, a ja musiałem za wszelką cenę...
- Spał?! Ja spałem?! - zagrzmiał jak wyrwany ze snu nosorożec. - Zapominasz się, zapominasz, gdzie twoje miejsce. Nie, ja teraz mówię. To jest mój gabinet, czyli: nie pozwalam wejść - nikt nie wchodzi. A ty co robisz? Nie próbuj mi przerywać, ty wchodzisz jak do siebie. Wynosić się, natychmiast! - w powietrze wystrzeliła chmura rozpylonej śliny.
- Ale tu nie chodzi o mnie, proszę posłuchać. Palto nie żyje. Wczoraj spóźnił się do pracy, ponieważ był chory. Niech pan tak na mnie nie patrzy, nie powiedziałem, że to pańska wina, ale Palto... Boże, Palto powinien siedzieć wczoraj w domu, ale przyszedł, bo wiedział, jakie byłyby konsekwencje. A pan i tak go zwolnił.
- Dosyć! Nikomu nie jestem niczego winien, a zwłaszcza twojemu koleżce. Nie obchodzi mnie, co się z nim stało. Nie interesuje mnie czy wpadł pod samochód, pod tramwaj, czy zapił się na śmierć. Nie interesują mnie losy twoich znajomych, twojej narzeczonej, twojej rodziny. Obchodzi mnie tylko, czy wykonujesz swoją robotę. A więc zabieraj się stad natychmiast i bierz do pracy!
Hubert stał wyprostowany i napięty jak stalowa sztaba. Nie odzywał się, tylko wpatrywał w twarz swego rozmówcy. Kiedy miesiąc temu po raz pierwszy zabrakło im na czynsz, przyrzekł Kindze, że za nic nie pozwoli sobie na utratę pracy, ale w tej chwili dotarło do niego, że za moment złamie złożoną obietnicę.
Kiedy się odezwał, jego słowa brzmiały jak rwąca lawina niesiona ciężarem od dawna skrywanej pogardy i nienawiści.
- Ty tępy worze! Patrzę na ciebie i wiesz, co widzę? Nic, zupełnie nic, jesteś nikim. Widzę wieprza, który przegrał swoje ludzkie cechy w walce o ciastka, batony i bułki z salcesonem, bo wtedy to się zaczęło - kiedy byłeś jeszcze małym, różowym prosiakiem. Dostawałeś, co chciałeś i kiedy chciałeś, a gdy ktoś się sprzeciwił, darłeś mordę, bo zawsze najważniejszy byłeś ty. Twoja tępa matka rozpuściła cię do granic możliwości, a ojciec tylko się przyglądał, zamiast utopić w wannie, kiedy w końcu zrozumiał, że jego dziecko to kawał gówna, w które Bóg wetknął dwie pary kończyn. Miałeś kiedyś dziewczynę karaluchu? Czy choć raz jakaś kobieta dobrowolnie spędziła z tobą noc? Spójrz na swoje życie - twoi przyjaciele to kubeł mięsa z KFC i płytoteka pornosów z lolitkami. Kiedy zdechniesz nawet muchy się nie zlecą. Potraktuj to jak wypowiedzenie.
Kilkadziesiąt minut później był już w domu. Kingę zastał siedzącą na fotelu z twarzą upstrzoną kroplami łez. Zobaczywszy Huberta wstała i bez słowa wtuliła się w jego ramiona. Stali tak przez chwilę, kołysząc się w rytm melodii, jaką nucił im smutek. Kinga delikatnie wysunęła się z objęć. Usiadła na podłodze, pociągając Huberta za sobą. Minęło sporo czasu, nim zdecydował się odezwać.
- Możesz mi powiedzieć, co się stało? Jeśli nie chcesz, zrozumiem - głos miał spokojny, żadna fałszywa nuta nie zdradzała wzburzenia.
- Powiedz mi, dlaczego tak często na wieść o śmierci kogoś bliskiego na pierwszy plan wysuwa się ciekawość? Zamiast pocieszyć, powiedzieć jak bardzo się tego kogoś kochało, co się robi? Zaspokaja pieprzoną ciekawość.
Hubert milczał. Kinga odwróciła wzrok i odezwała się ponownie:
- Kurwa, wiem, jak to zabrzmiało. Nie chciałam ci nic złego powiedzieć. Ja tylko... wiem, że ze wszystkich osób ty byłeś mu najbliższy.
Chwyciła go za dłonie i ścisnęła nieśmiało.
- Palto zmarł we śnie. Do końca nie odzyskał świadomości. To wszystko, przynajmniej jeśli chodzi o Palto, bo na tym nic się nie kończy. Bajron powiedział mi, że od czasu naszej ostatniej rozmowy pojawiło się kilkadziesiąt osób o podobnych objawach. W innych szpitalach jest tak samo. Słyszysz, co mówię, Hubert? To ma rozmach pieprzonej epidemii, a my tkwimy w samym środku. Bajron mówił, żeby zostać w domu i czekać. "Na co?" - zapytałam, a on: "panujemy nad sytuacją". Gówno! Żałosny burak odgrywał rolę z serialu, a dobrze wiem, że najchętniej wypieprzyłby na Księżyc. Nie chcą wywoływać paniki, ale ludzie i tak już wiedzą. Wystarczy się dobrze przyjrzeć. Zwróciłeś uwagę, że nie ma korków na ulicach? Wiesz, ile osób dziś zaspało albo w ogóle nie przyszło do pracy? Hubert, to widać gołym okiem. Wczoraj układanka przedstawiała zatłoczone ulice, kolejki w sklepach i tłumy w parkach, a dziś tego nie ma - nie w takim stopniu. Kolejne części układanki znikają, obrazek się zmienia, ale nikt na to zwraca uwagi. A to jest obraz pieprzonej epidemii, wypatroszonego miasta, z którego zrobiono jebany poligon doświadczalny.
- Kinga, daj spokój, o czym ty mówisz?
- Wstań. No dalej, nie patrz tak na mnie. Podejdź do okna. Widzisz faceta, który stoi na przystanku? Jest tam od dwóch godzin. Dwie godziny i nawet nie drgnął. Teraz spójrz na chodnik po drugiej stronie, obok piekarni.
Z wnętrza sklepu wyłoniła się kobieta w średnim wieku, miała na sobie skromny, ale zadbany strój. Mechanicznym krokiem przekroczyła próg i zatrzymała się kilka metrów od wejścia. Po upływie niespełna minuty odwróciła się i w ten sam monotonny sposób zaczęła wracać do sklepu. Po chwili znikła w niewyraźnym wnętrzu piekarni.
- Kręci się tak od godziny. I powiedz mi dlaczego gość z piekarni nie zwrócił jej jeszcze uwagi? Śpi za ladą, czy w ogóle dziś nie przyszedł do pracy? Tak czy tak - na jedno wychodzi.
- Nie, Kinga, to jakiś obłęd. Mnie też to niepokoi, ale wszystko dzieje się za szybko.
- Wcale nie dzieje się za szybko. Pomyśl, byliśmy tak bardzo zaabsorbowani chorobą Palto, że na nic nie zwracaliśmy uwagi
Hubert zaczął krążyć po pokoju. Targały nim wątpliwości i coraz większy niepokój.
- Co jeszcze mówił Bajron? - zapytał.
- Już ci powiedziałam: żeby siedzieć w domu.
- Nie wiedział, jakie są sygnały, że coś jest nie tak z człowiekiem?
- Niezbyt chętnie o tym mówił. Pewnie, bał się, że zrobi z siebie durnia. Wspominał jeszcze coś o dźwiękach i dziwnej muzyce, która podobno miała dokuczać niektórym pacjentom.
- Stój, czekaj. Jaka muzyka, jesteś pewna?
- Jaka muzyka? Hubert, ja pierdolę, na pewno nie kolędy ?! Skąd ja mam to wiedzieć? Skąd Bajron ma wiedzieć? Przecież ci ludzie są w śpiączce. Wszystkiego dowiedział się od kilku osób, którym ktoś poskarżył się na panujący rumor w głowie, zanim ten ktoś położył się spać i już nie obudził. Ja też to słyszę. Od jakiegoś czasu, gdzie bym nie poszła i czego nie robiła, ciągle słyszę jakieś gówno. I wiem, że ty też.
- Ale...
- Dwa dni temu w nocy, w toalecie. Powiedziałeś wtedy, że słyszałeś jakąś durną muzykę. Przypomniałam sobie o tym dzisiaj, połączyłam fakty i z równania wyszło, że... mamy przejebane.
Zapadła cisza przetykana ich oddechami. Żadne z nich się nie odezwało, ale oboje myśleli dokładnie o tym samym - żeby za wszelką cenę dziś nie zasnąć. I jutro też.
Dotrwali świtu. Kiedy pierwsze promienie słoneczne objęły ich swym blaskiem, Hubert i Kinga przemęczeni znojami dnia usnęli. Był przekonany, że upłynęło zaledwie kilka minut, gdy znów otworzył oczy, co prawda, kilka obrzydliwych minut, gdyż czuł się fatalnie, ale na pewno nie spał dłużej niż kwadrans. Mimo wszystko odniósł wrażenie, że coś jest nie tak; coś się zmieniło, ale nie mógł zarejestrować co. Spojrzał na zegarek. Tarcza wskazywała 7:23. Spał prawie trzy godziny! Teraz przynajmniej wiedział, dlaczego czuje się taki wypompowany. Jednak uczucie niepewności pozostało. Dokładnie przetarł oczy i ponownie popatrzył na zegarek: 7:24. Poniżej wybita ozdobną czcionką widniała data: 24 VII.
- W życiu! Jak?! - zerwał się strwożony. - Cały dzień. Jezu, przespałem całą dobę.
Nerwowo zaczął rozglądać się za Kingą. Dopiero teraz dotarło do niego, że w pokoju jest sam. Wołał jej imię, sprawdził resztę mieszkania – nadaremno. Kingi nie było w domu.
Odruchowo chwycił za telefon i spostrzegł, iż czeka na niego wiadomość.

JESTEM W DOMU PALTO. SPAŁEŚ, A JA NIE MOGŁAM CIĘ OBUDZIĆ. NIE BYŁAM W STANIE TEGO WYTRZYMAĆ.

Wiadomość została wysłana 23 lipca o godzinie 12:25. Poczuł zawroty głowy i usiadł na łóżku. Jeszcze nigdy, przez całe swoje życie, nie doświadczył tak przeraźliwej trwogi jak teraz. Dziewiętnaście godzin temu Kinga wysłała do niego wiadomość. Dlaczego nie wróciła? Dlaczego nie próbowała się z nim skontaktować ponownie? Łzy napłynęły mu do oczu. Obawiał się, że odpowiedź na obydwa pytania jest taka sama. Ręka mu drżała, kiedy oczekiwał na połączenie z Kingą, ale w słuchawce panowała zupełna cisza. Spojrzał na komórkę - nie mógł nawiązać kontaktu z siecią. Nie czekając dłużej, wybiegł z domu.
Miasto śniło swój martwy sen. Brudny i nikczemny koszmar stał się udziałem wszystkich. Czy ktokolwiek pragnąłby się obudzić, wiedząc że to nie sygnał budzika wyrwie go ze snu, ale zgrzyt ostrzonej kosy? Nie każdy był świadomy, iż na końcu tego ciemnego tunelu stoi śmierć. Hubert wiedział - dotarło to do niego podczas wędrówki ulicami.
Droga do przyjaciela przecinała dwie główne arterie miasta. Zaledwie dwa dni temu pełne chaosu, nieokiełznanego ruchu i hałasu, teraz wydawały się całkiem wysuszone z ludzkiej krwi. Zupełnie jakby Bóg przyłożył palec do ust i nakazał całemu światu milczeć. To nie tak - Hubert zwinął dłonie w pięści - Bóg nie ucisza swoich dzieci, on próbuje je wszystkie wykończyć podczas snu.
Po drodze, przed bramą niedawno wyremontowanej kamienicy natknął się na leżącego mężczyznę. Ubrany był gustowne spodnie i koszulę, u szyi perfekcyjnie uwiązany krawat. Był martwy, a jego skóra przybrała stalowy kolor i przypominała wydartą stronę z gazety. Cały obraz wyglądał jak na starej, zakurzonej fotografii przypadkiem znalezionej na strychu. Huberta przeszedł dreszcz - bał się, że mężczyzna za chwilę obróci się w pył.
Klatka schodowa, przywitała intruza tak samo chłodno, co poprzednim razem. Kroki Huberta dudniły podczas wspinaczki po schodach. Wydawało mu się, że równie głośno łomocze jego serce. Z dzikością doskoczył do drzwi. Jeszcze kilka kroków i dowie się, co się wydarzyło. Tak bardzo chciał zastać Kingę w świetnym zdrowiu, czekającą na niego, tak jak napisała. Jakaś część jego osoby nadal w to wierzyła, chociaż rozsądek pisał zupełnie inny scenariusz.
Zastał ją na łóżku. Jedno spojrzenie wystarczyło, by uzyskać wszystkie odpowiedzi. Padł na kolana, kiedy je otrzymał i wydał z siebie przeraźliwy krzyk. Rozpacz rozrywała mu serce. Spoglądał na Kingę przez gęste łzy - jej obraz wił mu się przed oczami. Może tak było lepiej, bo dzięki temu nie widział, jak bardzo była niepodobna do Kingi, którą wczoraj trzymał w ramionach. Dziś jej twarz była tylko nieruchomą maską. Mglista zieleń jej oczu przestała hipnotyzować.
Nie miał pojęcia, ile czasu minęło nim zaczął się uspokajać. Łzy uschły, a wzrok się wyostrzył, choć nadal wstrząsały nim spazmy. Niechętnie patrzył na Kingę. Nie chciał jej zapamiętać w ten sposób.
Wzrok Huberta spoczął na czymś, czego wcześniej nie zauważył. Na poskręcanej pościeli znajdowało się kilkanaście zdjęć - na paru natychmiast rozpoznał Kingę. Twarz roziskrzona radością, uśmiech od ucha do ucha, wielkie oczy skrywające dziki, nieokrzesany żywioł duszy - właśnie taki obraz pragnął zapisać we wspomnieniach. Nachylił się, pozbierał wszystkie fotografie i zaczął przeglądać: Kinga stojąca przed restauracją z miną udawanego obrzydzenia, Kinga w jej ulubionej pizzerii z palcem zanurzonym w porcelanowym garnuszku z sosem. Hubert drgnął na wspomnienie tego, jak urocza potrafiła być w swym niechlujstwie. Przerzucał kolejne zdjęcia, nie mogąc skojarzyć kiedy i kto je wykonał. Następna fotografia przedstawiała Palto. Siedział na stołku w slipach w barwach tygrysa, w pozie przywołującej skojarzenia ze słynną rzeźbą "Myśliciela". Hubert uśmiechnął się i obrócił zdjęcie.

"Cogito ergo sum"
Ps. Wersję bez gatek, za to z dłuuugim, czarnym paskiem cenzury dostaniesz następnym razem.
Hmmm albo poproszę Huberta, żeby Ci podrzucił - będzie szybciej.

Hubert przyglądał się zapisanym słowom w osłupieniu. Przeczytał tekst kilkakrotnie w poszukiwaniu zrozumienia, ale na niewiele się to zdało. Jakaś złośliwa myśl zaczęła krążyć w głowie, a on nie umiał jej usunąć. Spojrzał na następną fotografię i zastygł w bezruchu.
Idąc dziś opuszczonymi ulicami widział, że świat trzęsie się w posadach. Jednak dopóki miał Kingę, był w stanie przyjąć cały ten koszmar, nie tracąc przy tym zmysłów. Kiedy wszedł dziś do mieszkania Palto i zastał ją martwą, uznał, że na tym świecie nie było już niczego, co czyniłoby go wartym pozostania. Zrozumiał wtedy, że zostało mu tylko jedno miejsce nie dotknięte przez tragedię śmierci - świat wspomnień. A teraz patrząc na zdjęcie, które trzymał w drżącej dłoni, poczuł, że ktoś wdarł się do tej twierdzy, ostatniego bastionu szczęścia i wysadził wszystko w powietrze.
Tym kimś był Palto. Na zdjęciu on i Kinga wciśnięci w siebie całowali się z całą mocą gwałtownej i zbyt długo skrywanej namiętności. Reszta fotografii przedstawiała podobny obraz. Żadna nie pozostawiała najmniejszych wątpliwości co do stosunków, jakie ich łączyły. Na ostatniej Kinga stała zupełnie naga i puszczała oko do obiektywu. W ręku trzymała tandetny puchar, który otrzymała kiedyś w prezencie jako żart. Napis na grzbiecie fotografii głosił:

Puchar dla Palto za trzy razy z rzędu.

* * *

Hubert maszerował samotnie. W zakurzonym ubraniu, z czarną brodą, zaniedbany i cuchnący. Jego cień podążał za nim ospale. Maszerował po pustyni nicości ciągnięty przez chudą nić życia. Stalowe nity, które utrzymywały go nad przepaścią piekła, puszczały jeden po drugim. Coraz częściej spoglądał w czarną otchłań samobójstwa, ale myśl wciąż była za słaba, aby skrystalizować się w czyn. Szedł więc przed siebie tępo i powoli jak oślepione zwierzę, wysysając ostatnie krople z więdnącej woli życia. (Jeszcze dzień, może dwa). Zatrzymał się nagle. Przeraźliwa trwoga przeszyła jego serce niczym oszczep. Ciało zaczęło dygotać, a skóra niemal zrogowaciała od silnych dreszczy.
W oddali zaczął nawoływać dzwon.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -