Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Czarny Lis

Iwo Świetlik

Przemiana zawsze jest zbyt bolesna, żeby mogła być długotrwała. Moja jedyna i prawdziwa postać to zwierzęca, odpychająca dla istot ludzkich. Jednak tym razem zmieniłem się tak pospiesznie, że zapomniałem nawet o ubiorze i mojej kicie. Biegłem nago przez las potykając się o własne nogi, zapadając w śniegu i cierpiąc z zimna. Czaiłem się za drzewami i chowałem w krzakach pozbawionych liści, chciałem wygrzebać jakąś jamę i w niej się skryć, jednak jak można to zrobić dłońmi bez ostrych pazurów. Węszyłem za moimi oprawcami skulony ze strachu, nie miałem już jednak tak dobrego nosa i nie czułem nic oprócz chłodu i zapachu rozgrzebanej ziemi. Nasłuchiwałem w nadziei, że odgłosy lasu zdradzą mi ich obecność, pytałem inne zwierzęta, lecz one uciekały przede mną tak jak ja przed ludźmi. Zrezygnowany i bezradny chciałem już wrócić do lisiej skóry, gdy nagle poczułem uderzenie w głowę i straciłem przytomność. Ciepło i zapach gotowanego mięsa, słodkie, delikatne głosiki kobiet, które krzątały się wokół mnie jak kurki wokół koguta, sprawiły, że przebudzenie było wyjątkowo przyjemne. Jedna z tych istotek troskliwie gładziła mnie po włosach i smarowała śmierdzącą maścią gigantycznego guza na głowie, druga z kolei próbowała wlać mi w usta smaczny, rozgrzewający płyn. Kiedy spostrzegły, że otworzyłem oczy i jestem przytomny natychmiast pobiegły obwieścić tą wiadomość domownikom. Miałem, więc chwilę by rozejrzeć się po komnacie i ocenić, w jakim znalazłem się położeniu. Umyto mnie i odziano w długą, białą koszulę, natarto moje członki rozgrzewającą maścią, położono do miękkiego łoża i napalono w kominku. Zajrzałem pod kołdrę i wymacałem miejsce na plecach, z którego powinien wyrastać mój czarny, puszysty ogon. Jednak niebyło go tam, ręka natrafiła na pustkę, utraciłem moją piękną kitę. Już chciałem się rozpłakać nad tak gigantyczną i fatalną dla mnie stratą, kiedy zrozumiałem, że właśnie dzięki temu ludzie wzięli mnie za jednego z nich. Zdołałem tylko uśmiechnąć się przebiegle, bo bardzo szybko znaleźli się wokół mnie mężczyźni, ci sami, którzy z wielką zajadłością na mnie polowali. Teraz ich twarze były łagodne i spokojne, spojrzenia przyjazne a pytania życzliwe. Najstarszy z nich miał siwe, długie włosy i wyłupione jedno oko, pomimo wieku i kalectwa był wyćwiczony i sprawny. Jego dłonie były silne i twarde, plecy miał szerokie i proste a pierś wypiętą dumnie do przodu. Od razu zrozumiałem, że był ich przywódcą, najsilniejszy i najmądrzejszy tak samo jak w wilczym stadzie. To właśnie on pierwszy się odezwał:
- Jestem Amil Wilczy Łeb, a to są moi trzej synowie – skinieniem ręki przywoływał każdego po kolei przed moje oblicze – pierworodny Ewald mądry i sprawiedliwy, Medard silny i odważny wojownik, oraz Iwo dobry łucznik...
Prawdę mówiąc wcale go nie słuchałem, bo pośród młodych dziewcząt nachylających nade mną swoje zatroskane pyszczki zobaczyłem wyjątkowy okaz rozświetlający całą komnatę jasnymi splotami włosów. Od razu wyobraziłem ją sobie, jako lisiczkę ze srebrną kitą. Rozmarzony, nad wspólnymi wędrówkami po Ciemnym Lesie, romantycznymi schadzkami na Malinowej Polance o wschodzie księżyca, niebezpiecznymi wyprawami na Grzybie Mokradła i śmiałymi napadami na drób okolicznych chłopków, nie zauważyłem jak Amil wyciągnąwszy wielką prawicę pochwycił mnie i serdecznie objął. Wzruszyłem się i oddałem uścisk, choć nie do końca rozumiałem, czemu zawdzięczam tak miłe przyjęcie. Zaraz też jego barczysty syn Medard wyciągną mnie z łóżka i bolesnym, lecz przyjacielskim klepnięciem w plecy zachęcił do przebrania w bogato zdobiony strój. Dwie służki, które już wcześniej się mną zajmowały pomogły mi go włożyć i dopiero wtedy po raz pierwszy zobaczyłem się w lustrze, w swojej nowej postaci. Co prawda bez ogona czułem się trochę nieswojo, żeby nie powiedzieć niemęsko, ale tak ogólnie wyglądałem przepięknie. Prężyłem się, wyginałem i obracałem na wszystkie strony z zachwytem dostrzegając jak moje opiekunki na zmianę czerwieniały i bladły, chichotały podniecone i ciężko wzdychały całkowicie zauroczone. Nasze miłe tete a tete trwało jednak bardzo krótko i zostało niespodziewanie przerwane. W momencie, gdy zabierałem się do próbowania ich mlecznobiałych, cudownie miękkich, gęsich szyjek wszedł do środka najstarszy z synów Amila, wysoki i chudy Ewald. Jego dziwne zachowanie dało mi dużo do myślenia. Sztucznie radosny i beztroski w rzeczywistości napięty był jak cięciwa tuż przed oddaniem strzału. Krążył wokół mnie jak sęp nad padliną, śmiał się za głośno i zbyt gwałtownie mną kręcił.
- Wszystko jest już gotowe, czeka na ciebie wystawna kolacja połączona z tańcami, muzyką i grami. Ojciec zaprosił wiele rodzin z okolicy, dziś spełnią się jego pragnienia. Długo oczekiwaliśmy na tą wyjątkową chwilę, dlatego mam nadzieje, że uczcisz ją razem z nami. – przy ostatnich słowach jego twarz wydała mi się nieco zwierzęca, podobna do wilczego pyska.
Cały dzień zresztą, od pierwszej chwili, gdy ich ujrzałem to porównanie samo mi się nasuwało. Zdziwiłem się nawet i uśmiałem, gdy Amil powiedział, że ma przydomek Wilczy Łeb, gdyż był nieprzeciętnie udany.
„Ludzie widocznie uwielbiają upodabniać się do zwierząt” – w ten niezbyt błyskotliwy sposób skwitowałem moje rozmyślania, bo już nic lepszego nie przychodziło mi do głowy.
- Jestem wielce, przeogromnie, wręcz niewyobrażalnie zaszczycony, że mogę wraz z wami zasiąść do stołu i wziąć udział w uczcie, którą przygotowaliście. – pragnąłem wywrzeć na nim dobre wrażenie ogładą i wytwornym zachowaniem.
- Brawo, niezwykle trafnie to ująłeś. – i znowu ten grymas, błysk w oku, poruszenie szczęką niczym kłapnięcie, aż poczułem ciarki na grzbiecie.
Malinowe całusy, pieszczoty i uściski... Tęczowe kolory i wirująca podłoga, gigantyczne mydlane bańki przepływające powoli w powietrzu, serpentyny wijących się w tańcu sukien, światła migoczące porozumiewawczo w ogrodzie. Słodkie wino i ciężki, lepki miód musiały uderzyć mi do głowy, tak jak i pozostałym biesiadnikom. Tańczyliśmy w szalonym korowodzie, chwytaliśmy się za ręce, wpadaliśmy sobie w objęcia i rozdawaliśmy pocałunki...i w tedy się zorientowałem. Pognałem zaczerpnąć świeżego powietrza do ogrodu i dalej w głąb, między ściany drewnianego labiryntu, gdzie stała jasnowłosa dziewczyna. W środku, pośród swoich odbić i nieskończonej liczby zwielokrotnień poczułem się jeszcze gorzej, dopadły mnie mdłości i straszny ból głowy. Czołgałem się a potem już tylko leżałem u jej zimnych stup, równie zimne dłonie dotykały moich pulsujących skroni.
- Spójrz jak pięknie się bawią. Zaraz nasza kolej. Mam twój ogon, jest taki lśniący i czarny. – wyjęła go z torebki, czule pogładziła i położyła przede mną na śniegu – Kiedy będziemy gotowi dam ci znak, a ty go sobie przytwierdzisz i zmienisz się na powrót w lisa.
Oczekiwałem w napięciu, pot perlił mi się na czole, próbowałem zmusić mózg do myślenia, niestety coraz bardziej opadałem z sił i czułem, że zasypiam.
- Patrz – potrząsała mną jak szmacianą lalką – już czas.
Zacząłem przybierać lisią postać, dosłownie wchodziłem w swoją własną skórę i jak zwykle towarzyszył temu intensywny ból od czubka szpiczastych uszy aż po koniec odrastającego ogona. Przede mną w Sali Balowej rozgrywały się jeszcze gorsze sceny. Pijani i zatruci biesiadnicy zwisali bezwładnie przewieszeni przez poręcze krzeseł, umazani potrawami i sosami leżeli na stołach lub na podłodze i konwulsyjnie przebierali nogami jakby jeszcze tańczyli. Pośród nich krążyły dwa ogromne wilki, wygłodniałe atakowały bezbronnych ludzi, gryzły ich i szarpały. Ewald umazany na twarzy krwią, której zdążył już popróbować, biegał ze sztyletem w ręce i podrzynał im gardła, a Iwo uwieszony żyrandola wył i strzelał do nich z cisowego łuku. Ci, którzy mieli dość sił czołgali się po podłodze do wyjścia, tarzali z napastnikami, krzyczeli ze strachu i wybiegali do ogrodu, gdzie czekała na nich jasnowłosa z bronią palną. Czułem tylko zapach prochu i świeżej krwi po każdym wystrzale, bo mocno zaciskałem ślepia, aby nie patrzeć na ten straszny i przyprawiający o mdłości widok.
- Choć! – krzyknęła na mnie jak na psa i pociągnęła za sobą.
Opierałem się, lecz niemrawo, zesztywniałem cały, zjeżyłem futro na grzbiecie i ogonie, po plecach przelatywały mi ciarki jak od smagania batem, warczałem i szczerzyłem kły. Ślizgałem się po podłodze, łapy miałem umazane krwią, nozdrza zatykał mi odór strachu i zapach czystej furii, która emanowała od ucztujących. Ewald i Iwo zdążyli przyjąć swoją prawdziwą postać i zgromadzili się wokół Amila. Stary wilczur rozpoczął ucztę i pochłaniał wątrobę jednej z ofiar, bracia rywalizowali między sobą o pierwszeństwo, podgryzali się i strofowali nawzajem krótkimi warknięciami. Jasnowłosa, która jako jedyna wcale się nie zmieniła, nakłaniała mnie gestem ręki do wzięcia udziału w konsumpcji. Serce, ciepłe jeszcze i parujące, czekało na mnie, kusiło swoim wyglądem i zapachem. Było młode, zdrowe, dałoby mi upragnioną siłę i odwagę gdybym je zjadł. Nęcony w ten sposób biegłem z wielką ochotą by popróbować ludzkiego mięsa. Już lizałem krew z podłogi, brałem na język słodki prezent od wilczych braci, żułem go i smakowałem, gdy przypomniałem sobie gdzie jestem i co się tu wydarzyło przed chwilą. Moja zwierzęca natura nakazywała mi zawsze polować i zabijać tylko dla zaspokojenia głodu, nie mogłem, więc przyłączyć się do bandy, która łamał przyjęte przez nas wszystkich zasady i robiła coś tak bezsensownego. Nie rozumiałem ich postępowania i nie chciałem zrozumieć, wycofałem się i wybiegłem na zewnątrz. Na dworze poczułem się o wiele lepiej, po prostu bezpieczniej, ponieważ w każdej chwili mogłem uciec do lasu. Czekałem jednak i spoglądałem w stronę domostwa w nadziei, że jasnowłosa podąży za mną. Stała na progu, smutna i zrezygnowana, szeptała zamiast krzyczeć:
- Uciekaj, nie będą cię gonić, są zbyt zmęczeni i obżarci.
- Możemy uciec oboje. – czułem jak słowa więzły mi w gardle.
- Chciałbyś tego? – spoglądała na mnie bardzo uważnie.
- Tak! – krzyknąłem z całych sił.
- Nie mogę. – dziwnie się zaśmiała - Nie umiem się przeobrażać, a w ludzkiej postaci nie dałabym sobie rady w lesie, nie mogłabym tam z tobą żyć. Żegnaj.
Weszła z powrotem na Salę Balową , a ja wcale nie próbowałem jej zatrzymać i jak tchórz z podkulonym ogonem wróciłem do siebie.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -