Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




DŁUŻNIK

Tomasz Bartosiewicz

Jestem. Czuję krople padające mi na twarz. Pada deszcz? Nie sądzę, za ciepły. Chyba jestem nagi. Czuje pod sobą jakąś śliską powierzchnię. Czemu tu jest tak ciemno? Jestem ślepy? Moje powieki powoli się otwierają. Długo nie widziane światło razi boleśnie moje oczy. Czemu tu jest tak biało? Czy to szpital? Nie. Skąd w szpitalu woda? Wzrok. Bardzo niewyraźny. Powoli jest coraz ostrzej. Widzę swoją dłoń. Gęste krople wody łapczywie ją obmywają zsuwając się z niej z cichym szelestem, by popłynąć dalej po białej, gładkiej powierzchni. Porusz się, nakazuję jej, ale ona nie chce słuchać. Nie wie jeszcze, że musi. Porusz się, nakazuję znowu, a jej palce powoli się zaciskają. Do szelestu spadających kropli dołącza się w idealnej harmonii ostry ból wpijający się piszczącym wiertłem w moją czaszkę.
Myśli.
Porządkują się.
Zmysły.
Wyostrzają.
Mam cel.
Powoli dźwigam się na ramionach. Kolejne krople boleśnie głaszczą moje skronie barwiąc gładką biel pieknym szkarłatem. Wstaję. Chwieję się na nogach. Łapię za jakiś połyskliwy przedmiot by uniknąć upadku. Kran - podsuwa umysł. Rozejrzałem się wśród ogarniającej mnie bieli i matowego szkła. Łazienka. Jestem w kabinie prysznicowej. Oczy wciąż nieprzyzwyczajone, obraz się zamazuje. Wypadam na miękki, zielony dywan lądując na nim twarzą. Znów się podnoszę. Z mojego nosa cieknie czerwona ciecz. Krew. Dużo jej tutaj, na dywanie, kabinie, w płytkim brodziku. Obejmując zlew niczym pijany, podciagam się na wysokość lustra. Widzę swoja twarz. Jestem bardzo blady. Mam nadzieję, że to nie jest mój naturalny kolor skóry. Gdzieniegdzie na moich policzkach widać rozmyte wodą czerwone strużki. W lustrze widać coś jeszcze. Moje oczy. A w oczach jest krzyk. Krzyk więźnia, który uważa, że niesłusznie go zamknięto, krzyk porwanej osoby, która chce wyjść na wolność. Mam cel.
Woda na moim ciele już wyschła. Nienawidzę wilgoci. U nas nigdzie jej nie ma. Już tęsknię za domem, tak jak on pewnie za wolnością. Widzę jeszcze w lustrze, jak uderza dłońmi i pięściami w szybę, jakby chciał się przebić, przedostać. Tak wielu próbowało. Muszę się ubrać. Zaczynam powoli przeszukiwać dom. Jest to niewielkie mieszkanie, całkiem schludne. Pokój z aneksem kuchennym, sypialnia i łazienka, w której się obudziłem. W końcu znalazłem jakieś spodnie i koszulę. Czarne, więc mogą być. Mam cel. Nagle dzieje się coś dziwnego. W środku mnie. Jakby dziwne uczucie pustki i złości. Czy to ciało było tak marne, iż podczas szukania ubioru odpadła z niego jakaś część? Rozglądam się po podłodze. Nigdzie nie widzę czegoś takiego, co mogło ode mnie odpaść. Może szczury to poniosły? Kładę się na podłodze i sprawdzam dywan. Żadnych szczurów. Uczucie pustki ponawia się z jeszcze większą siłą, towarzyszy mu odgłos, jaki wydaje jakieś zwierzę. Pies. Wydaje odgłos jak warczący pies. Pamiętam co to za uczucie. To zapomniany od dawna głód. Gdzieś tu musi być spichlerz. Wchodzę do kuchni. Zaczynam otwierać wszystkie szafki i szuflady. Znajduję wiele talerzy, misek i noży, ale nie sądzę, by te rzeczy się jadło. Otwieram ostatnia, dużą, białą szafkę. Lodówkę - podpowiada mózg. Z każdą chwilą myślę sprawniej, choć nie potrafię narazie zapomnieć o jedzeniu. Wyciągam z lodówki różne mięsa opakowane w przezroczyste papiery i zjadam je nawet nie starając się ich rozpakować. Moje dłonie poruszają się jeszcze nieco chaotycznie. Jeszcze nie do końca chcą mnie słuchać. Głód znika. Podchodzę po raz kolejny do lustra. Widzę w nim przerażone i zmęczone oczy.
- Jak cię zwą? - pytam odbicia, lecz ono nie chce odpowiedzieć. - JAK CIĘ ZWĄ? - powtarzam głośniej. Chyba myśli, ze już gorzej być nie może. Sięgam więc po brzytwę i rozcinam policzek. Odbicie w lustrze krzyczy z bólu. Tak zabawnie wygląda kiedy próbuje zatamować krwotok dłońmi.
- Jak cię zwą? - pytam ponownie, a umysł odpowiada : Jackob.
- Mam cel, Jackobie. Mam cel i muszę go spełnić. Póki tego nie zrobię, pozwolę sobie być twoim gościem. - Odbicie zaczyna wykrzykiwać różne rzeczy, kląć się na Boga i jakąś damę, której nie znam. Oj za późno by wzywać pomocy, Jackobie. Odchodzę od lustra. Moje nogi stają się dziwnie miękkie i niestabilne. Przeklęte, ale to ci, mój miłościwy gospodarzu, nie pomoże. Mam cel. Muszę go znaleźć. Muszę odebrać od niego dług. Podchodzę do okna. Niebo przybrało barwy ciekłego złota. Słońce chyliło się za widnokrąg. Poczekam aż zajdzie. Usiadłem w pokoju z aneksem, na starej, brudnozielonej kanapie. Przede mną stał telewizor. Nigdzie nie było widać pilota, więc wysunąłem dłoń. Nie sięgam. Wysunąłem ją więc bardziej i jeszcze trochę, aż oddzieliła się od fizycznego ciała. Nacisnąłem przycisk. Maszyna cicho puknęła, potem zamigotała i zasyczała. Zaczęły się pojawiać obrazy. Inni ludzie, przedmioty, zdarzenia. Moje oczy się zamknęły. Wsłuchiwałem się w szum krwi płynącej w moich żyłach zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, iż nigdy nie słyszałem obrzydliwszego dźwięku. Moje ciało zwiotczało. Chyba straciłem poczucie czasu. Zapadłem w coś, co on nazywa snem.

Mam cel. Oczy były wciąż zamknięte, lecz reszta zmysłów wyostrzyła się. Na całych plecach miałem gęsią skórkę, zupełnie, jakby kres moich poszukiwań był tak blisko, pomimo, że ich jeszcze nie zacząłem. Czy był w tym mieszkaniu? Czyjś głos powiedział:
- Rozmawiam teraz z Randall'em Gristerem, prezesem Griscorp Industries... - Zmusiłem oczy do tego, by otworzyły się najszybciej, jak to tylko było możliwe. W telewizorze pokazywali jakąś elektrownię atomową z logiem Griscorp. Na tle niej ciemnoskóra dziennikarka rozmawiała z uśmiechniętym mężczyzną w podeszłym wieku. Śmierdział na odległość. Sam jego widok śmierdział. Śmierdział niespłaconym długiem. Podniosłem się na równe nogi. Mój umysł dziwnie zbagatelizował pomysł wskoczenia w telewizor. W jakiś sposób wydało mi się irracjonalne to, że taka czynność pozwoliłaby mi znaleźć się obok nich. Skierowałem się do wyjścia. Na podwieszanej półce przy drzwiach leżał skórzany portfel. Pieniądze. Tutaj mogą załatwić wiele. Wsadziłem go do kieszeni spodni i pospiesznie wyszedłem. Chłodny wiatr nocy obmył moją twarz. Kąciki moich ust podciągnęły się w stronę uszu ukazując niemal wszystkie moje zęby. Prawie zapomniałem, tak się u nich objawia zadowolenie. Sam program w telewizji nie wystarczy by go znaleźć, ale już wiem kogo szukać i gdzie mógłby być. Rozejrzałem się po ulicy. Była nieprzyjemnie oświetlona, wąska i pełna samochodów i przechodniów. To nie są warunki do pracy. Podszedłem do jednej z latarni i położyłem na niej cielesną dłoń. Swoją dłonią zaś sięgnąłem głębiej i głębiej, aż natrafiłem na plątaninę kabli. Złapałem je. Światło błysnęło i nagle cała ulica pogrążyła się w ciemnościach wśród okrzyków zdziwionych i zaskoczonych ludzi. Kiedyś taki okrzyk był zwykle preludium do cudownej rzezi. Dziś miałem jednak cel.
Obróciłem się dookoła, by spostrzec, iż tak naprawdę nie wiem w którą stronę iść. Potrzebuję kompasu, busoli, lub czego tam dziś używają do nawigacji. Gdzie tu jest w okolicy kartograf? Wśród wielu budynków na tej ulicy niewiele pozostało oświetlonych. Część ich ścian była ze szkła. Handlarze. Może u nich dostanę jakieś mapy tej miejscowości. Gdy tylko zacząłem iść w tamtą stronę na ulicy pojawiły się dwa snopy światła rzucane przez pojazd, na którego dachu była dziwna, migająca, niebieska lampa. Policja - podpowiedział umysł, a moje zmysły mówiły mi, że wraz z tym wozem nadciągają kłopoty. Pojazd się zatrzymał tuż obok mnie, zaś zza otwartego okna wyjrzał jakiś ubrany w mundur człowiek.
- Wszystko w porządku obywatelu? - spytał. Światło z deski rozdzielczej jego samochodu lekko oświetlało mu twarz. Było w nim coś obrzydliwego. Coś, co siedziało głęboko w środku jak zaraza. Czułem się jakbym patrzył na trędowatego niewolnika, a jego oczy... oczy zdrajcy i wroga. Jestem pewien, że i on mnie zauważył, że wejrzał we mnie wgłąb.
- Zaiste - odpowiedziałem starając się udawać głupiego. Ludziom przychodzi to o wiele łatwiej - Niezwykle urodziwą mamy noc.
- Jest pan pewien? - spytał. Czułem jak przewierca mnie wzrokiem. Miałem ochotę go zadusić, jednak nie on był celem. - Niebezpiecznie jest tak szwędać się po ulicach nocą. Mogę pana podwieźć do domu, jeśli pan chce.
- Dzięki ci panie ... - powiedziałem, jednak zabrzmiało to dla mnie dziwnie sztucznie, jakby archaicznie. - Nie, dzięki - poprawiłem się po chwili przerwy i tym razem poczułem, że mówię dokładnie w ich narzeczu.
- Dobrze... Proszę na siebie uważać. - odpowiedział z niepewnością w głosie. A ja nie miałem pewności, czy mnie poznał. Wiedziałem tylko, że musze uważać na tego policjanta i starać się nie wchodzić mu w drogę. po chwili odjechał, a jego samochód bardzo szybko stał się tylko migoczącym światłem odbijanym od dziesiątek szyb. Gdy już odzyskałem niejako poczucie komfortu zwróciłem się ponownie w stronę sklepu. Chodzenie to bardzo dziwna umiejętność. Widziałem jak błyszczący wilgocią, czarny asfalt przesuwa się pod moimi stopami. Nie mogłem oderwać wzroku od tego obrazu. Niby sunąłem nad jego powierzchnią, ale jednocześnie co jakiś czas mózg mówił mi, że muszę przesunąć stopę i dotknąć nią jego powierzchni. Znów zatęskniłem za domem. Na szczęście cel jest coraz bliżej. Moje myśli rozproszyło światło sączące się przez ogromne szklane ściany. Było zimne, o delikatnym, błękitnym zabarwieniu... tak bardzo nienawistne. Przez chwilę stałem w tej słabej poświacie zastanawiając się czy iść dalej. Mam cel. Przestąpiłem próg sklepu. Zawieszony nad drzwiami dzwonek zaskrzeczał uciążliwie. Tuż przed drzwiami była obszerna lada sięgająca z jednego końca pomieszczenia do drugiego. Za ladą były dziesiątki półek uginających się od przeróżnych towarów. Jedzenie, napoje, różne alkohole w kolorowych butelkach, gazety, czasopisma, wyłożona na najniższej półce pornografia, całe stosy lepów na muchy, wśród których kilka reprezentatywnie zwieszało się z półki prezentując na swojej powierzchni całe szeregi pryszczy ułożonych z martwych owadów. Niewiele istot jest bardziej okrutnych od ludzi. To jedyna rzecz jaką w nich podziwiam. W całym sklepie unosił się zapach chleba, potu i jakiś środków czystości.
-W czym mogę służyć? - zapytał wychylający się zza lady sprzedawca. Służyć, to ciekawe. Jednak mam cel. Wycierał właśnie ręce w brudny, niegdyś biały fartuch, luźno zawieszony wokół jego pokaźnego brzucha.
- Potrzebuję mapy tej miejscowości - oznajmiłem.
- Turysta się znaczy? Nieciekawą noc sobie pan wybrał na zwiedzanie okolicy. - odpowiedział szukając czegoś pod ladą. - Podobno w całym mieście wysiadło oświetlenie na ulicach. Nikt nie wie dlaczego. - Po dłuższej chwili wyprostował się trzymając w dłoni elegancko złożony arkusz połyskującego papieru. - Proszę.
Rozłożyłem ją. Miasto było dość niewielkie i pomimo tego, że było przedstawione z dość dobrą dokładnością, zajmowało tylko niewielką część mapy.
-Przepraszam, czy mógłby mi pan tutaj wskazać siedzibę Griscorp? - Sprzedawca Spojrzał na mnie spode łba. Coś podejrzewa? Nie on jest celem, ale może powinienem go zabić, póki nie stanął mi na drodze? Oczywiście wyrywając z niego informacje wraz z wątrobą.
- Pan tego na tej mapie nie znajdzie - gdy to powiedział, postanowiłem odłożyć swoje plany na później. Po chwili Wyciągnął spod lady inną mapę, mniej dokładną, zaś razem z nią długopis. - Jeśli pan chce się dostać do Griscorp to musi pan pojechać tutaj - oznajmił zaznaczając kółkiem niewielką miejscowość na wschód od miasta. - jedzie w tamtą stronę tylko linia metra numer dziewięć, drogi są zwykle nieprzejezdne, zaś wokół całego Griscorp jest piękny las. Sam czasami tam jeżdżę powędkować. - rzekł z serdecznym uśmiechem podając mi mapę. Taką samą minę miał celnik jak posyłał na ukrzyżowanie pewnego jegomościa - pomyślałem z czystym uradowaniem. Schowałem mapę do kieszeni i udałem się do wyjścia.
-Jackob! - usłyszałem gdy tylko zdążyłem przekroczyć próg. Od strony ulicy szedł w moją stronę jakiś mężczyzna. Miał opaloną twarz, nosił jasny sweter i dżinsy. Pod jego stopami wesoło stukały buty z twardą podeszwą. Jak on ma na imię? -spytałem umysłu, lecz podsunął mi on tylko krzyki i wołanie o pomoc. Włożyłem arkusz do tylnej kieszeni spodni. Muszę mieć obie ręce wolne. Podbiegł do mnie dziwnie uradowany. Może jest dla mnie kimś z rodziny? Czułem jak mój gospodarz próbuje się wyrwać. Rzucał się wewnątrz jak ryba wyciągnięta na brzeg.
- Jackob, zawszawiony kundlu! Czemu nie było cię dziś na imprezie u Tess? – Zawołał radośnie przybysz. Przyglądałem się mu uważnie przez chwilę starając się wymyśleć jakąś odpowiedź.
- Źle się czułem. – wypaliłem z nadzieją, że nie będzie zadawał pytań.
- Rzeczywiście kiepsko wyglądasz stary. Co ci jest? – zaczął mi się przyglądać podchodząc nieco bliżej. Poczułem jego dłoń na ramieniu. Ogarnęła mną ochota by oddzielić tą rękę od reszty jego ciała i następnie zatłuc go nią na śmierć. Jego wzrok spoczął na mojej głowie. Jestem pewien, że zauważył ślady krwi.
-O Jezu- mruknął na widok samotnej, czerwonej kropli, która postanowiła spłynąć po moim policzku- Gościu, powinniśmy cię zabrać do szpitala. Nie wiem kto ci to zrobił, ani czemu go kryjesz, ale twoja głowa wygląda jakbyś zatrzymywał nią ciężarówki. – skomentował, poczym odwrócił się i zaczął mnie ciągnąć w dół ulicy. Muszę myśleć szybko. On może mnie odciągnąć od celu. Zatrzymałem się. Poczułem jak umysł w pełni oddaje mi władze nad myślami.
- Dobra, nie będę ściemniać. – odparłem i choć zdanie to nie miało dla mnie większego sensu, poczułem, że tak powinienem powiedzieć. Zadziałało. Jegomość odwrócił się ponownie w moją stronę, zaś na jego twarzy pojawiło się zaciekawienie. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- Więc co się stało?
- Dorwał mnie jakiś koleś w zaułku kiedy wychodziłem z domu. Zaszedł mnie od tyłu, dostałem czymś ciężkim i chyba straciłem przytomność. Aż głupio wspominać jak dałem się zrobić. – Zaułek, dobra myśl. Chyba mogę się jakoś pozbyć tego natręta – Chyba zabrał mi portfel. – dokończyłem i patrzyłem jak oczy mojego rozmówcy robią się coraz większe, zaś do jego ciała napływa gniew.
- Gdzie to było? Dorwiemy skurwysyna i tak urządzimy, że go własny kutas nie pozna. – ten dobór słów urzekł mnie swoją prostotą, wyrafinowaniem i przekazywaną treścią. Z uśmiechem wskazałem mroczny zaułek między sklepem a jakąś starą kamienicą z czerwonej cegły. Mój rozmówca raźnym krokiem udał się w tamtym kierunku, nie zastanawiając się nawet dlaczego szedłem z domu drogą, która wcale do niego nie prowadzi. Poszedłem za nim. Wkrótce ogarnął nas mrok tak gęsty, iż nie było szans by jakakolwiek ludzka istota mogła nas spostrzec. Złapałem się na tym, że mój uśmiech robi się coraz szerszy.
- Może znajdziemy jakieś ślady, albo chociaż twój portfel. – oznajmił. – Masz jakąś zapałkę czy co? Ciemno tu jak w dupie.
- Zapewniam, że zaraz ujrzysz światłość. – powiedziałem. Odwrócił się do mnie zdezorientowany, ja natomiast uderzyłem go ludzką dłonią w mostek. Z niej, zaś wyciągnąłem swoją, ponad tą ludzką powłokę i sięgnąłem nią głęboko aż do jego rozgorączkowanego, przerażonego serca. Zacisnąłem ten dudniący, pełen krwi worek i wbiłem głęboko palce. Jego powłoka oziębła i rozdarła się, zaś całe otaczające ją ciało stężało w wyrazie głębokiego, słodkiego przerażenia. Schowałem dłoń z powrotem. Natręt upadł martwy z ustami szeroko rozwartymi niemym krzykiem. Jego szara jak popiół cera idealnie pasowała do popękanego bruku, zaś pomarszczone, zasuszone dłonie zawinęły się pod jego brodą nadając mu niemal komiczny wyraz. Wyprostowałem się i przez chwilę przyglądałem mu, jako artysta wpatrujący się w swoje świeżo ukończone dzieło. Nie mogę tu zostać. Mam cel. Wyszedłem na główną ulicę spokojnym krokiem, starając się nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Ostatnie czego teraz potrzebuję, to zainteresowanie lokalnej policji. Z mrocznego nieba zaczął sączyć się deszcz. Tłuste, obrzydliwe krople spadały z nieba całymi legionami nacierając na twierdzę ziemi. Przynajmniej obmyje mnie z krwi. Stanąłem pod zadaszeniem jednego z domów i spojrzałem w mapę. Linia numer dziewięć była zaznaczona dość wyraźnie. Mógłbym wręcz powiedzieć, że błyszczała na mapie zachęcającą czerwienią. Wyglądała jak obietnica doskonałej zabawy. Ruszyłem dalej. Zakręciłem w lewo. Droga się nieco zwężała i manewrowałem teraz między masywnymi, starymi budowlami. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, spalin i rozkładających się śmieci. Niczego więcej nie spodziewałbym się po ludziach. Nikłe światła wyciekające z niektórych okien ohydnymi wodospadami złota i żółci, odbijały się po stokroć w każdym zagłębieniu każdej wilgotnej cegły. Uwielbiałem patrzeć na płomienie dawniej. Kojarzyły się z dobrymi czasami. Z wrzaskiem kobiet i płaczem dzieci. Z uśmiechami dziesiątek osób twierdzących, iż wyniszczają dzieci szatana i że robią to wszystko dla swojego Boga. Piękne, lecz dawno zapomniane czasy. Nie mogłem sobie pozwolić na zbyt długie trwanie w refleksjach. Znalazłem niewielki, blaszany daszek. Zaraz pod nim znajdowały się schody majestatycznie opadające w czarną paszczę podziemi tego miasta. Prawie jak w domu. Z radością zszedłem w dół. Poczułem się, jakbym znalazł się w betonowej jaskini. Równe, wilgotne ściany ociekały deszczówką dołączając swój wkład do płynących po podłodze strumieni i kałuż. Gdzieś w oddali, zaraz przy kolejnych schodach siedział pijany, brudny dziad ubrany w poszarpany sweter i nie prane od dziesięcioleci dżinsy. Wyminąłem go bez większego zainteresowania. I tak już był nasz. Poza tym mam cel. Tuż przy wyjściu na peron napotkałem na dziwną, stalową bramę. Nie miała zawiasów, łańcuchów, ani mocowań. Złożona była z grubego, stalowego słupa wbitego w ziemię, z którego wystawały pręty blokujące mi drogę. Przejście zaś wieńczyła stalowa framuga. Te ciało nie ma tyle siły, by się przedrzeć. Szarpnąłem za wystające ze słupa pręty. Przypominały mi handszpaki do wciągania kotwicy, które widziałem dawno temu na jednym z hiszpańskich statków. Ani drgną. Może są zepsute lub trzeba je naoliwić? Wewnątrz umysłu panował zamęt. Mój gospodarz krzyczał ze wszystkich sił wyrażając uroczy wręcz gniew i frustrację. Od niego pomocy chyba nie mogę oczekiwać. Obejrzałem framugę. Było w niej kilka otworów, symbole i liczby. Znam te symbole. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem portfel. Wewnątrz znalazłem kilka papierów z cyframi, jakiś kawałek plastiku i kilka bitych monet. Wrzuciłem parę z nich do otworów we framudze, usłyszałem szczęk mechanizmu. Podszedłem do bramy i popchnąłem ją, słup się obrócił pozwalając mi przejść. Niezwykłe są te ludzkie wynalazki. Szczególnie jeśli traktują pieniądze jako klucze. Wnętrze peronu (czy tez przystanku, zależy jak to nazwać) było od sufitu, po podłogę wyłożone jasnymi, zabrudzonymi kafelkami. Zalegające wszędzie kałuże, plamy błota i zaschniętej krwi przywodziły na myśl bardzo wiele miłych wspomnień. Wzdłuż torów szedł jakiś odurzony młodzienieć. Zlepione w brudne strąki włosy, stara, zdarta koszula i blada, pozbawiona wyrazu twarz dawały świadectwo tego, iż młody człowiek od dłuższego czasu pozostaje w tym stanie. Zaczynam lubić to miejsce. Zupełnie jakby im głębiej było się pod ziemią, tym głębiej skrywane ludzkie instynkty wychodziły na wierzch. Podłoga zaczęła lekko drżeć, zaś z głębin tunelu zaczęło dochodzić rytmiczne dudnienie. Zbliżyłem się nieco do torów. Ciekawe jak daleko ujechałby młodzieniec, gdybym go wepchnął pod koła tej maszyny. Podszedł do mnie, jakby zwabiony moimi myślami.
- Przepraszam, szukam swojej mamy. Nie widziałeś mojej mamy? – spytał trzęsąc się, poczym zaczął mamrotać coś pod nosem. Jego myśli były bardziej splątane niż jego włosy. Nie mogłem sobie odmówić.
- Ależ oczywiście, że ją widziałem – odpowiedziałem, zaś na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech. – Przed chwilą weszła to tego ciemnego tunelu, chyba cię szukała młody człowieku. – W jego oczach błysnęła nadzieja.
- Mamo? – mruknął pod nosem, poczym bez chwili namysłu zeskoczył na tory i wbiegł do tunelu. Ledwie pochłonął go mrok, jego sylwetka została zalana jasnym, oślepiającym światłem. Następnie zniknął. Niczym anioł rozpłynął się w powietrzu ogarnięty światłem. Metro zatrzymało się na stacji. Dziwny pojazd przypominający trochę maszynę parową zatrzymał się tuż przy mnie z dźwiękiem piszczących kół i ludzkich wrzasków. Gdy tylko otworzyły się obryzgane krwią i wnętrznościami drzwi, wyskoczyła przez nie grupka rozwrzeszczanych osób, która natychmiastowo rozbiegła się w różnych kierunkach. Z uśmiechem przestąpiłem próg pojazdu. Wnętrze nie wyglądało wiele lepiej. Podłoga była usłana niedopałkami, starymi gumami do żucia i błyszczącymi kawałkami pobitego szkła. Przytwierdzone po obu stronach wagonu siedzenia były obite brudnym, czerwonym materiałem przypominającym skórę. Usiadłem pod jednym z okien patrząc w wybetonowaną ciemność, wkrótce maszyna ruszyła z cichym zawodzeniem. Podłoga lekko trzęsła się pod moimi stopami w rytm nierówności na szynach. Co jakiś czas przez okno padała odrobina światła z rozwieszonych tu i ówdzie lamp. Podparłem brodę pięścią. Wcześniej nawet nie zauważyłem jaką szorstką mam twarz. Niemal jak tarka. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny i wilgoci. Popadłem w pełen zadumy letarg. Snułem wspomnienia o dawniejszych czasach. O wiekach oświecenia, o świętej inkwizycji i dawniejszych, pięknych czasach, kiedy takim jak my ludzie stawiali pomniki. Teraz jest inaczej. Wielu obraca się przeciw nam, więcej zaś nie wie o naszym istnieniu. To daje nam nowe możliwości, pozawala działać w ukryciu nawet jeśli wszyscy na nas patrzą. Nauka to piękna rzecz, tak wspaniale zabija wiarę. Pomimo tego, że pojazd minął już kilka stacji, nikt do tej pory nie wsiadł. Ciekawe dlaczego?. Robiło się powoli coraz chłodniej. Ostatnia stacja. Niespiesznie, powłócząc noga za nogą, wypełzłem z pociągu. Cel jest coraz bliżej, czuję to. Czuję też, że tam, gdzie jest, czuje się bezpieczny. Muszę być gotowy. Wyszedłem po schodach na powierzchnię. Zamiast deszczu, z nieba sypał się teraz jakby srebrzysty, wilgotny pył. Obrzydlistwo. Wokół mnie było kilka domków stojących na skraju lasu i wysoki, rozłożysty budynek otoczony ponad trzymetrowym murem. Wyryta na nim płaskorzeźba przedstawiała logo Griscorp. Mam cel. Tym razem mi nie ucieknie. Zacząłem obchodzić mur dookoła.
- Stój! – krzyknął ktoś zza mnie, usłyszałem do tego znajome szczęknięcie odbezpieczanej broni. Powoli uniosłem ręce i odwróciłem się. Policjant. Wiedziałem, że będą z nim kłopoty.
- Co tu robisz o tej porze? To teren zamknięty. – Jego oczy błyszczały w ohydny sposób, dłonie trzęsły się lekko mierząc we mnie z nieużywanej trzydziestkiósemki. Tak, na broni znam się doskonale.
- Spaceruję. – odpowiedziałem z uśmiechem.
- Nie wiem kim jesteś, ale od samego początku wiedziałem, że coś kombinujesz. Ręce na mur, tak, żebym je widział i nogi szeroko. – Spokojnie wykonałem tą prośbę. Jego nie wolno mi skrzywdzić. Na pewno nie zabić. Stałem jak idiota w rozkroku, kiedy ten skurwysyn oklepywał moje nogawki szukając broni. Czułem jak ohydne, drobne krople deszczu obmywają mi twarz.
- Dobrze wiesz, kim jestem. – Zacząłem i poczułem, że mój oprawca się zatrzymał. Wyprostował się i spojrzał na mnie. Próbował przewiercić mnie wzrokiem. Odwróciłem twarz w jego stronę. Patrzył na mnie z przerażeniem w oczach.
- Jesteśmy bardzo do siebie podobni bracie. – Czułem, że nie wie jak ma odpowiedzieć. Odsunął się nieco i opuścił broń.
- Nie mam ze sobą nic wspólnego. – odpowiedział. – Działamy po przeciwnych stronach barykady. Nie wiem po co tu przyszedłeś, ale nie mogę pozwolić by ci się udało.
- Dobrze wiesz po co tu jestem. – Byłem pewny, że wie. Wiedział. Był świadomy tego kim ja jestem. Był świadomy tego kim on jest. – Prezes Griscorp zawarł z nami umowę z której się nie wywiązał. Więc wy nie macie tu nic do gadania. On jest nasz. – Policjant schował pistolet i wyciągnął kajdanki.
- Wybacz, ale nie mogę cię tak po prostu wypuścić. – powiedział, poczym zaczął podchodzić, by mnie skuć. Czekałem na ten moment. Gdy był odpowiednio blisko, odwróciłem się najszybciej jak mogłem i uderzyłem go nadgarstkiem w prawą stronę karku. Zadziałało tak, jak się tego spodziewałem. Policjant wykrzywił się w grymasie bólu, poczym runął nieprzytomny twarzą w pomarszczoną od spadających kropel kałużę. Popatrzyłem chwilę na jego bezwładne ciało i samotne bąbelki powietrza unoszące się z zanurzonego nosa. Kopnąłem go z całej siły w bok przewracając tym samym na plecy. Jego nie wolno mi zabić. Przeszukałem go. Pod czarną, ortalionową kurtką z eleganckim napisem “Policja” była kabura przypięta brązowym, skórzanym paskiem. Wewnątrz spokojnie spoczywał pistolet. Przyda się. Włożyłem go za pasek spodni. Jeszcze jedno, ostatnie spojrzenie w stronę policjanta. Oddycha, więc nie będę miał kłopotów. Przynajmniej nie tak dużych. Wznowiłem swój spacer wokół muru. Zaraz za rogiem znalazłem bramę wjazdową do budynku. Zamknięta, zaś przy wejściu strażnik i mnóstwo lamp. Nie mogę nikogo zaalarmować. Wyciągnąłem pistolet i luźno trzymając go dłoni podszedłem do strażnika z najbardziej kretyńską i rozbawioną miną jaką tylko mogłem z siebie wykrzesać.
- Przepraszam, szukam toalety. – Rzuciłem bezmyślnie się szczerząc. Strażnik, jak świetnie wyszkolony pies zareagował na broń, jak rasowy rottweiler na kota.
- Rzuć to dupku i ręce na kark! – krzyknął. Mierząc z podobnej trzydziestkiósemki mniej więcej w mój nos. Spojrzałem prosto w jego oczy. Widziałem w nich ukrywany strach. Był młody, ale już nieraz mierzył do człowieka. Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Wysunąłem swoją dłoń poza to cielesne ciało. Mam mało czasu. Strażnik z niecierpliwością patrzył mi w oczy. Przesunąłem dłoń po ziemi, w pobliże jego nogi i stuknąłem go lekko w piętę. Tyle wystarczy. Zaskoczony i zdezorientowany strażnik obejrzał się za siebie zapewne myśląc, że ukąsił go wąż. Nie mogłem czekać. Wziąłem zamach i błyskawicznie rzuciłem w jego głowę rewolwerem. Strażnik jęknął z bólu i zaskoczenia przykładając dłonie do krwawiącej potylicy. Stanąłem za nim, chwyciłem za głowę i szybkim ruchem rąk skręciłem mu kark. Usłyszałem ciche chrupnięcie pękających kręgów i po chwili jego ciało osunęło się bezwładnie do moich stóp. Na chwilę zatrzymałem się nad jego ciałem kontemplując fakt, iż cała ludzkość powinna się wić w ten sposób. Chwyciłem go za rękę i pod pachę, poczym zaciągnąłem go w miejsce, gdzie cień drzewa osłaniał przed rozstawionymi wszędzie lampami, których obrzydliwe, pomarańczowe światło zalewało niewielki podjazd i trawnik przed głównym budynkiem. Zdjąłem ze strażnika spodnie, kurtkę i koszulę, poczym przebrałem się w jego rzeczy. Przy kurtce była niewielka karteczka z jego wizerunkiem i nazwiskiem: Arthur Cobian. Identyfikator – podpowiada umysł – Używają tego by wiedzieć czy jesteś tym, za kogo się podajesz. To może być mały problem. Najszybciej jak mogłem skierowałem się do głównego wejścia do budynku. Muszę wykonać zadanie zanim ktokolwiek odkryje zwłoki strażnika i podniesie alarm. Wewnątrz pomieszczenia podłoga i ściany były wyłożone ogromnymi marmurowymi płytami. Potężne kolumny podpierały sklepienie zawieszone na wysokości kilkunastu metrów. Tuż przede mną było biurko przy którym siedział kolejny strażnik. Na ścianie za nim widniała kolejna płaskorzeźba z logiem Griscorp. Nad tym widać było rzędy okien, które ukazywały to, co się dzieje na kilku następnych piętrach. Po mojej lewej i prawej stronie, tuż przy drzwiach, były kolejne ogromne, sięgające niemal sufitu, po których mozolnie ściekały nagromadzone, tłuste krople wody. Niczym stado bydła pędzone na rzeź. Spostrzegłem, że strażnik mierzy mnie wzrokiem. Miał sporą nadwagę, zaś objętość jego policzków wymykała się wszelkim normom. Pewnym krokiem podszedłem do niego.
- Szef chciał, żebym się u niego zameldował – powiedziałem, zaś umysł wrzeszczał chcąc ostrzec biednego, łysiejącego miłośnika jedzenia.
- Nie znam cię, jesteś z firmy? Nic nam nie mówili, że będzie tu jakiś nowy. – odburknąl patrząc spode łba i najprawdopodobniej próbując wyglądać groźnie. Przypominał raczej buldoga patrzącego jak ktoś zabiera mu miskę.
- Jestem tu w zastępstwie za Athura. Biedak rozchorował się dosłownie przed chwilą i przysłali mnie jako zastępstwo. – wykrzesałem z siebie kolejny głupawy uśmiech. Minie sporo czasu nim dojdę po tym wszystkim do siebie.
- Zanim zobaczysz się z szefem to muszę cię sprawdzić. Identyfikator proszę. – Nie podobało mi się to. Jeśli chcę dalej załatwiać to po cichu to muszę się nieco postarać. Powoli i bez przekonania podałem mu kawałek plastiku patrząc bez przerwy w jego zaspane oczy. Wychyliłem się nieco z mojego cielesnego więzienia i delikatnie chuchnąłem w jego powieki. Mąciłem jego wzrok, przestawiałem litery, rozmazywałem obraz. Po chwili strażnik zaczął widzieć to, czego się spodziewał. Identyfikator z moim zdjęciem podpisany: Jackob Armwell, funkcjonariusz ochrony. Strażnik oddał mi identyfikator nieco zdziwiony, lub zawiedziony tym, że nie będzie mógł się dzisiaj wykazać swoim niezwykłym oddaniem i odwagą. No cóż, awans i służbowy samochód będzie musiał poczekać wraz z satysfakcją, że wszyscy inni strażnicy mówią do ciebie “szefie”.
- Ostatnie piętro, winda po lewej. Tylko śpiesz się bo pewnie niedługo będzie wychodzić do domu.- mruknął poczym wcisnął jakiś guzik koło biurka. Nad jedną z wind zapaliło się niewielkie światełko przy akompaniamencie dźwięku przypominającego nieco dzwonek.
- Dzięki – odpowiedziałem ponownie stosując wypracowaną wcześniej technikę głupiego uśmiechu. Chyba nie wzbudziłem jego podejrzeń. Udałem się w stronę windy. Spodziewałem się w otwartych drzwiach zastać schody lub drabinę prowadzącą wyżej, jednak zamiast tego był tylko panel z kilkunastoma, podświetlonymi przyciskami. Obejrzałem ściany. Żadnych rys, pęknięć, zawiasów. Nic nadzwyczajnego. Tylko jakaś klapa na górze. Zbyt wysoko jednak, bym mógł doskoczyć. Strażnik mówił coś o ostatnim piętrze. Obejrzałem dokładnie panel, poczym wdusiłem guzik z najwyższym numerem. Ponownie dźwięk dzwonka i nim zdążyłem się obejrzeć, jedyne wrota prowadzące z tego pomieszczenia zamknęły się. Czy to pułapka? Czy strażnik się domyślił kim jestem i zagnał mnie w sidła niczym łowną zwierzynę? Coś trzasnęło. Błyskawicznie przywarłem do ściany czekając aż podłoga się zapadnie ujawniając skrzętnie skryty wilczy dół. Cała konstrukcja drgnęła lekko i ruszyła do góry. Przez chwilę się nie ruszałem z miejsca. Potem odetchnąłem z ulgą. Kolejny, niegroźny, ludzki wynalazek. Że też dałem się tak nastraszyć. Za bardzo zaczynam się przyzwyczajać do tej ludzkiej powłoki. Mam cel. Muszę szybko go wykonać. Winda wlekła się chyba w nieskończoność przygrywając z niewielkich głośników nudną i monotonną melodię. Znów usłyszałem dzwonek. Maszyna zatrzymała się, zaś jej drzwi zapraszająco otworzyły. Powoli wyszedłem bacząc na to, gdzie stawiam stopy. Wyszedłem na dość obszerny korytarzyk przedzielony w pół szklaną ścianą zaopatrzoną w drzwiczki z tego samego materiału. Po mojej stronie było kilka donic z różnymi, miniaturowymi drzewkami, na kilku z nich widziałem nawet małe jabłka. Pod ścianami były przytwierdzone krzesła obite czarną skórą. Trochę podobnie jak w tym metrze, z tą różnicą, że tu siedziska przylegały do ściany oparciami. W ich pobliżu stało kilka niewielkich stolików obłożonych gazetami i czasopismami. Na obitej drewnem podłodze leżał miękki, bordowy dywan. Jednolity i nieskazitelny jak stygnąca krew. Po przeciwnej stronie szklanej przeszkody, tnącej to pomieszczenie jak gilotyna kark, było o wiele ubożej. Duże, zdobione, drewniane drzwi i dwóch rosłych mężczyzn w czarnych garniturach, którzy patrząc na mnie nerwowo sięgnęli pod marynarki zupełnie jakby złapał ich nagły skurcz. Chyba już nie dam rady załatwiać wszystkiego po cichu. Spokojnie zacząłem iść w stronę drzwi, które jak sądziłem prowadziły do celu, starając się nie zwracać na nich uwagi. Zastąpili mi drogę i wyciągnęli broń.
- Szef pana nie oczekuje. – powiedział jegomość z mojej lewej. – Proszę stąd odejść. – Zobaczyłem, że powoli dobywają broni.
- Mam do waszego szefa bardzo ważną sprawę. Tak więc zejdźcie mi z drogi. – Nie czekałem długo na ich reakcję. W ułamku sekundy dwie czarne czterdziestkipiątki mierzyły w moją czaszkę. Spojrzałem w oczy delikwentowi po mojej prawej stronie. Temu mniej wygadanemu. Zajrzałem w jego duszę. Brnąłem w nią głęboko zatapiając się w jego myśli, uczucia, wspomnienia. W nadzieję na lepsze jutro, w ślub sprzed trzech lat, w dzieciństwo na podwórku i pierwszą myśl o przyszłości. Zacząłem szeptać. Słowa moje wpadały w jego myśli. Myślałeś, że ona jest ci wierna? Spójrz na swojego kolegę. Jak myślisz? Dlaczego tak często przychodzi na inną zmianę niż ty? Dlaczego twoja żona zawsze jest taka milcząca i niechętna? To wszystko składa się w jedną całość.... Widziałem jak w jego myślach kiełkuje ziarno wątpliwości, jak puszcza korzenie do samego serca i wrasta w nie nienawiścią. Jego dłonie zaczęły drżeć. Na twarzy pojawił się gniew. Nagle skierował lufę w stronę swojego towarzysza. Wargi lekko m. U drgały, w oczach pojawiły się łzy.
- Skurwysynu... –wycedził przez zęby. Jego kolega nie zdążył nawet zareagować. Strzał. Jego mózg ochlapał drzwi tworząc piękny wzór. Mój przyjaciel stał przez chwilę w otępieniu patrząc na swoje trzęsące się ręce. Odwrócił się w stronę windy i, nie zwracając na mnie uwagi, wszedł do środka. Po dłuższej chwili usłyszałem strzał i rozkoszny dźwięk upadającego ciała. Nie czekając dłużej chwyciłem za klamkę i otworzyłem wrota do gabinetu celu. Mojego dłużnika. Pchnąłem. Zastałem go siedzącego za ręcznie rzeźbionym, hebanowym biurkiem. Siedział w jedwabnym garniturze nad rozłożonymi papierami.Za wyjątkiem biurka, wnętrze było dość surowe. Gładkie, białe ściany ozdobione były nielicznymi obrazami, do tego naga, drewniana podłoga. Za biurkiem stał regał z książkami i dość dużym telewizorem. W dłoni podstarzałego właściciela tego przybytku spoczywał rewolwer. Spod głęboko rzeźbionego zmarszczkami czoła spoglądały chłodne, gniewne oczy.
- Kim jesteś i czego chcesz ?! – wrzasnął, zaś ja się uśmiechnąłem. Odnalazłem cel. Podszedłem do jego biurka i położyłem na nim dłonie. Lufa pistoletu była skierowana w moją klatkę. Może starzec nie miał siły by ją unieść wyżej?
- Dobrze wiesz kim jestem... – syknąłem przez zęby starając się powstrzymać od wybuchu euforii. Jego dłoń zadrżała, on zaś zerwał się z miejsca i przywarł do regału.
- Nie.... nie możesz... – wymamrotał.
- Dwanaście lat temu prosiłeś mego pana o pomoc i on ci jej udzielił. – Powiedziałem obchodząc powoli biurko i delektując się każdym słowem. – Chciałeś by ukrył zwłoki zabitej dziewczyny, ukryliśmy je więc. – Mój rozmówca nagle pobladł jego wargi się lekko rozchyliły nadając mu komiczny wygląd. –Chciałeś mieć bogactwo i władzę, daliśmy ci ją. W zamian, po siedmiu latach, miałeś oddać nam duszę. Chciałeś by dokonało się to z twojej ręki, pozwoliliśmy więc na to. Dziś mija piąty rok jak uchybiasz się przed zapłatą, przychodzę więc po dług. – Starzec był tak blady, że zaczął idealnie pasować do koloru ścian.
- Nie możesz... – wydusił z siebie- Nie... ty nie istniejesz... Nie masz prawa..
- Ależ mam prawo starcze. – Uciąłem jego wypowiedź z czystą radością wypisaną na twarzy. – Mam wręcz OBOWIĄZEK odebrać dług.
- Nie możesz ! – krzyknął, poczym usłyszałem huk wystrzału. Rwący ból w ramieniu pojawił się dopiero po chwili. Podskoczyłem do Niego i złapałem za dłoń dzierżącą rewolwer, by nie mógł znów we mnie wycelować. Stałem nieco za nim wdychając zapach jego strachu. Był tak przerażony, że nawet nie próbował się odwrócić. Wysunąłem swoją rękę z ciała i zacząłem wsuwać w jego dłoń niczym w rękawiczkę. Patrzył jak jego palce drętwieją, jak przestają go słuchać. Jak wiedziona obcą siłą dłoń kieruje dymiącą jeszcze, gorącą lufę rewolweru ku jego skroni. Zaczął płakać i szepcząc błagać o litość. Zupełnie jak ta dziewczyna wiele lat temu błagała jego. Miałem nad nim władzę. Byłem teraz, dosłownie, jego prawą ręką. Pogładziłem delikatnie spust.
- Dokonało się – wyszeptałem, po czym wystrzał rozdarł panującą ciszę. Starzec upadł z łoskotem. Rozchlapując przy tym krew na drewnianej podłodze. Cel osiągnięty. Czas wracać do domu. Zacząłem powoli wychodzić zostawiając za sobą fizyczne ciało. Najpierw uwolniłem dłonie, potem głowę, tors. W końcu stanąłem o własnych siłach, zaś mój gospodarz upadł na ziemię, poczym skulił się pod ścianą płacząc, dygocąc i mamrocząc pod nosem coś bez sensu. Chyba jeszcze nie wierzył, że to już koniec. Pochyliłem się nad nim. Wyglądał żałośnie. Będzie próbował się tłumaczyć. Mówić, że coś go opętało. Nikt nie uwierzy, zaś mój gospodarz zasili poczet osadzonych w domu dla obłąkanych. Nauka to piękna rzecz, tak wspaniale zabija wiarę.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -