Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Kraina Lalek

Olga Kaszuba

Odkąd umarł Stwórca, niebo zawsze przyćmione jest dymem...

Judy karmiła Niana drewnianą łyżką. Zawsze to robiła. Odkąd dziadkowie do orzechów oberwali mu obie rączki, Nian był w stanie tylko jeść. Człapać swoją krzywą buzią. Ruszać swoją malutką główką wypchaną szarym puchem. Ale Nian poprzysiągł zemstę. Rozerwie skurwysynów na strzępy, wyrwie im cały plusz z ich kwadratowych pacynek i nakarmi ich tym, co z nich zostanie. "Co z tego, że nie mam rączek!", krzyczał często Nian, "Jak tylko Hiau uszyje mi nowe, to dopiero zobaczą!". Judy często płakała odkąd Cios zabił Stwórcę. Musiała patrzeć na to wszystko, co wyrządza innym lalkom. Ją też skręcało, gdy patrzyła na umęczone marionetki pracujące nieustannie w fabrykach Ciosa, na wyprute z waty ciała, które odważyły się sprzeciwić jego dziadkom do orzechów. Ale nie mogła nic zrobić, żyła daleko za krajem lalek, głęboko w ciemnym lesie, gdzie skryła się z wszystkimi marionetkami, lalkami palca, ręki i cienia, którym udało się uciec od Ciosa:
Zabójcy Stwórcy. Tylko razem mogli planować ataki na królestwo Ciosa i jego chłopców. Lecz lalek ubywa. Giną w Krainie zgubione strachem i potęgą Ciosa. Ostatnim razem, gdy niszczyli dom zabaw, wypruto cztery lalki palca. Akcja się nie udała. Ktoś musiał ich wydać, tylko kto?

Gdybyś teraz tam był, głęboko w czarnym lesie, między drzewami starszymi od wojen, które zniszczyły ziemię. Gdybyś stał przed jednym z wielu malutkich domków i zajrzał do środka, ujrzałbyś smutną rudą dziewczynkę karmiącą czarną, bezręką lalkę o złym, krzywo wyszytym czarną nitką grymasie. Gdybyś nachylił się jeszcze bardziej, zobaczyłbyś, że siedzą oboje na drewnianych stołeczkach i oboje jedzą pomarańczową zupę. A gdybyś przypadkiem zapytał się, co to za zupa. Dziewczynka odpowiedziałaby Ci: "Cytrynowa" i westchnęła przecierając lewe szare oczko.

Ale przecież Ciebie tu nie ma. Są tylko małe, kamienne domki o drewnianych dachach. Małe lalki chodzące podenerwowane w tą i z powrotem. Te najmniejsze, wielkości Twego kciuka, to lalki palca. Są szybkie i zwinne, ale silniejszy podmuch wiatru unosi je w powietrze. Te większe, kopią co chwila jakieś kamienie i chodzą swoim niezbyt prędkim tempem. Te wielkości Twego ramienia, to marionetki. Nie jest ich zbyt wiele, są bardzo silne, ale ruszają się tak wolno i zajmują tyle miejsca, że inne lalki mijają je niecierpliwie. Są też lalki cienia, małe, zwinne, ale nie trudź się - nie zobaczysz ich zbyt często. Tym bardziej, że miejsce to zasnute jest Mrokiem, przesłonięte konarami wyschniętych, czarno-białych sosen i szarych dębów.

Do domku Judy zapukała marionetka, była bardzo uśmiechnięta i dumna, a w dłoniach trzymała malutkie coś.

- Proszę! - odpowiedziała Judy i odwróciła główkę.
- Cześć Judy! Cześć Nian, mam coś dla ciebie - powiedziała marionetka nie wchodząc do domku. Domek był przecież zbyt mały.
- Cześć Hiau! - krzyknął Nian i niemrawo zeskoczył ze stołka udając się w stronę drzwi.

Nian wyszedł na dwór i uśmiechnął się paskudnie. Zawsze jak patrzył na Hiau uśmiechał się paskudnie. Hiau był mimem, jego biała twarz była straszno-śmieszna. Czarne guziki oczu ziały pustką, a pasiasty strój wywoływał nagły atak śmiechu. Stąd i paskudny uśmiech.
Hiau wyciągnął swą białą dłoń w stronę lalki ręki. Były na niej dwa długie błyszczące przedmiociki. Dwa ostrza.

- Proszę, teraz możesz się mścić. - Hiau zobaczył błysk w białych, plastikowych oczach Niana.
- Ale nie sam... pójdziesz ze mną jutro do kraju lalek?
- Nie Nian, to twoja zemsta. Ja tylko ukradłem to z magazynów fabryki złomów. Ta wyprawa kosztowała mnie zbyt wiele, mogłem przez to zginąć i wyjawić naszą kryjówkę. Idź sam.
- Dobrze. JUDY! - zawołał Nian - Judy, chodź, przyszyjesz mi rączki!
Ruda, smutna dziewczynka wyszła z szarego domku i wzięła bez słowa ostre przedmiociki z dłoni marionetki, potem zginęła w otchłaniach szarości swych ścian.
- Ile to już trwa? - spytał zmartwiony Hiau, wykrzywiając swoją buzię w krzywym, bladym uśmiechu.
- Odkąd zniszczyliśmy trzeci dom zabaw. Płakała przez cały dzień, a potem jedyne słowa, które wypowiadała to: "Dobrze", "Dziękuję" i "Przepraszam". Mówię ci Hiau, nie jest dobrze z naszą Judy, o nie. Ale jak tylko laleczka przyszyje mi rączki, to im pokażę! Cały plusz wypruję, tymi rękami! - powiedział surowo Nian próbując pokazać jakimi rękami, ale mu nie wyszło.

Hiau wpatrywał się swymi pustymi, guzikowymi oczami w małego Niana. Patrzył się na niego i nie mógł uwierzyć. Było tak spokojnie, tak cicho, z dala od wszystkich złych ludzi, którzy szarpali Cię i kazali Ci siedzieć w jakichś wózkach, czy twardych łóżkach. Tak cicho...

- Dziękuję ci mimie, jestem twoim dłużnikiem. - Nian skłonił swą niewielką główkę i zatrząsł czarną plecionką nitek. Włosów.
- Wiem, będę o tym pamiętał.

Rozeszli się pozwalając pustce wypełnić przestrzeń między nimi. A każda lalka szła w swoją stronę. Każda w inną. Każda sama.

Płatki śniegu spadły na zgaszone trawy. Zamgliły wszelkie ścieżki. Zamazały drzewa. Przykryły okna i dachy.

Widzisz dziewczynkę, rudą laleczkę, jej czarną spódniczkę, czerwony sweterek, igłę i nitkę w jej dłoni. Widzisz jak przeplata nić przez nową rączkę złego Niana. Robi to z zamyśloną miną, z oczkami wlepionymi w kąt swego pokoju. Patrzysz się na Niana - szarą lalkę o wystrzępionych szwach na podartym kubraczku, dojrzałych oczach - czarnych oceanach smutku. Pod maską bólu widzisz jego ukryty uśmiech, a w nim cichy triumf i pewność siebie. Nian Szponoręki. Te słowa rdzewiały w jego głowie z sekundy na sekundę. Wyruszył późnym popołudniem. Szesnaście małych Słońc właśnie kończyło swe życie. Tanzley zabijał gwiazdy strzelając w nie z łuku. Ożywały cztery Księżyce, które leniwie budziły się ze swego krótkiego snu.

Kraina Lalek - był tam kiedyś. Próbował sobie przypomnieć, ale ryk spadających Słońc zagłuszył jego myśli i wszystkie inne bodźce, które był w stanie odbierać. Nie czuł więc dotkliwego chłodu, szronu, który bezlitośnie zwilżał jego czarny kubraczek. Nie zauważał tych wszystkich połamanych, szarych drzew, które ciągle zmuszały go do wybierania najtrudniejszych ścieżek i kluczenia wśród labiryntu czerni i bieli, jak w starym zniszczonym filmie. Zmrok już dawno wkradł się pod powieki Niana, ale lalka brnęła coraz głębiej w płytkie zaspy i smoliste krzewy. Przebijała się przez zamgloną Krainę Snów, gdzie każdy oddech niszczył jej pluszowe płuca, a każdy ruch ręki promieniował ostrym, rwącym bólem na całym ciele. Ale to już nie były jego ręce. To były szpony, druty wbite głęboko w pluszową łapkę. Dlatego tak bolało.

Gdzieś w oddali zobaczył światła. Tam, gdzie kończył się martwy las, zaczynała się Kraina. I miasto, Miasto Lalek, ale światła, którymi było oświetlone, nadawały mu trupi blask. Bo było w nim mniej życia, niż w drzewach wysuszonych dymem i odpadami z fabryk Ciosa. Bo życie w Mieście Lalek było trupiobladym blaskiem, które rzucały latarnie na lasy i na gęste kłęby brunatnego dymu, zastępujące chmury i niebo.

Miasto wlepiało w niego swoje jasne, cierpiące oczy. Każdy budynek, dom, fabryka, ulica, wpatrywały się w niego z nadzieją i prośbą. Rozkazem.

Ocalisz mnie - krzyczało - Ocalisz, albo zginiesz jak ja.

Ale miasto nie mogło mówić. Nian słyszał tylko cichy szelest wiatru i gałęzi, które bezowocnie próbowały oderwać się od drzew. A potem wszystko krzyczało, ale nic nie mogło krzyczeć. Zmęczone jęki i głosy Krainy jakby zduszone w sobie, głuche na wszystko i wszystkich. Ból i odraza chowana od czasu mordu na Stwórcy. Wszystkie dzieci płaczą. Wszystkie lalki płaczą.
Zimno, zimno i potem tylko cisza. Wszystkie lalki muszą zginąć, wszystkich kiedyś ona dopadnie.

To był długi rząd. Przedtem go nie zauważył. Myślał, że to nie do końca zerwane konary zwisające z wykrzywionych drzew.

To był długi rząd. Wiatr kołysał nim jak w tańcu małych balerinek, tak zręcznie i subtelnie.

To był długi rząd powieszonych lalek. Ich małe ciała kręciły krzywe kółka w powietrzu. Ale to był przecież tylko wiatr.

Tylko cichy, cholerny wiatr.

Jaisa bała się. Wieczorem zawsze bała się chodzić po ulicach miasta, dreptała niezgrabnie chodnikiem niosąc w dłoniach kwiatki, wracała z cmentarza. Jej tatę zabił Pogrom, ot tak, dla zabawy. Patrzyła wtedy na oderwaną od tułowia głowę swego tatusia, była taka szczęśliwa.
Uciekł, jemu się udało. Jaisa też by chciała uciec, ale miała młodszą siostrę. Nie mogła jej zostawić.

Chyba, że uciekłyby razem...

Jaisa widziała dzisiaj jak dziadkowie do orzechów rozrywają jakiegoś chłopca. Słyszała zduszone krzyki, i suche dźwięki dartego materiału. Bała się podejść bliżej, bo było bardzo ciemno, o mało co nie potknęła by się o twardy przedmiot, błyszczący się blado w blasku czterech księżyców. Ze strachem podniosła go i krzyknęła. To coś było ostre, podarło jej rączkę. Uklęknęła, by przyjrzeć się jeszcze raz, nie dotykając.

Oderwana rączka. I druciki.

Nie wiedziała, czemu do jej guzikowych oczu napłynęły łezki. A jej serce ukłuła niewidoczna igła nienawiści. To wszystko nieważne. Wróciła do swego domku i płakała całą noc.
Ale cichy, chłodny wiatr wysuszał jej łzy. Strach zdusił w niej chęć krzyku.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -