Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




DETOX

Jarosław Klonowski


Czarna, latająca limuzyna zlądowała wprawiając wszystko wkoło w taneczny wir. Przy wtórze ryku z ruchomych silników usiadła w sektorze 2d poziomu 2, na zaśmieconej, brudnej i pokrytej graffiti ulicznych gangów ulicy, z której roztaczał się widok na tzw. Obszar Wojenny. W rzeczywistości były to okolone drutem kolczastym i kordonem pancernego wojska dawne fabryki, gdzie od około 80 lat nadal funkcjonowały nieliczne zbuntowane, zmechanizowane jednostki robotnicze. Według mediów jednostki te, nie do wytropienia na obszarze blisko dwudziestu kilometrów, nadal stanowiły poważne zagrożenie dla reszty miasta.
Limuzyna przywiozła mnie tutaj. Tyle pamiętam. Mało, ale zawsze coś. Nie pamiętam natomiast wielu lat mojego życia. Szczegółów, jak twarze rodziców, czy przyjaciół. Efekt jak sądzę terapii ambulatoryjnej, jakiej mnie poddawano.
No dobra... Pamiętam jeszcze strzykawki.
Gdzie właściwie jestem? Cóż, przede wszystkim nie jestem sama. Jest ze mną Nikodem. Mój przyjaciel, którego podejrzewam o to, że poszedł na współpracę z władzami. Sprzedając przy okazji mnie.
Ja i mój przyjaciel Nikodem znajdujemy się w tak zwanym „ośrodku badawczym”, wdrażającym nowe sposoby wykorzystywania podejrzanych o sabotaż i działanie przeciw Polis. W skład kompleksu wchodzą liczne laboratoria, oraz olbrzymia klinika, zawierająca najprzeróżniejsze zakłady nanochirurgii, neurochirurgii i bioinżynierii. Część, gdzie nas umieszczono nazywa się Czyśćcem, ze względu na to, że umieszcza się tu wszystkich tych, co do których nie podjęto jeszcze konkretnych decyzji. Podają nam liczne narkotyki i testują odporność, zanim nie oddadzą nas w ręce konkretnych lekarzy. Na razie nasz los nie jest jeszcze przesądzony.
W rzeczywistości od momentu powstania miejsce to jest głównie burdelem dla funkcjonariuszy bezpieki i wojska. Wielu aresztowanych nigdy nie trafia na stoły operacyjne i nigdy nie staje się królikami doświadczalnymi. Element, który jest tu przetrzymywany nie posiada w świetle kodeksu żadnych praw na czas aresztu. Więźniowie stanowią liczną i barwną grupę. Najczęściej należą do nizin społecznych. Zapewnia to duży wachlarz możliwości, tak jeśli chodzi o płeć, zainteresowania seksualne, czy liczne filie klienteli. Jest to powód, dla którego boję się o siebie. Jeśli na mnie cokolwiek znajdą, to po mnie. Jakikolwiek ślad w życiorysie mojej karty ID świadczący o współpracy z podejrzanym elementem i ląduję w pokoju rozkoszy. Na Koreanki jest wielki popyt.
Czuję policzek Nikodema tuż przy moim policzku. Ciepły oddech łaskocze mnie w ucho. Śmiesznie... Drobne włoski sterczące z małżowiny stają dęba. Zimnoniebieski blask bijącego z ulicy holoneonu przesuwa się po plecach mojego faceta, a zaraz potem po mojej twarzy. Spływa niżej, coraz niżej, aż znika w zakamarkach pościeli. Potem wraca. I tak na okrągło.
Nikodem dyszy. Wciąga łapczywie powietrze. Prawie go nie wypuszcza. Czuję pot na udach. Pot i gorąco. Wentylator opada raz jeszcze po naszych rozognionych skórach. Słyszę buczenie z drugiego pokoju. To jedna z dziewczyn zasnęła przed holowizorem. Światło z odbiornika wpada na ślepo skurczonym świeceniem przez uchylone drzwi. Duszno. Pot spływa mi po udach. Potem wypływa ze mnie coś jeszcze. Sperma Nicka. Nikodem dawno skończył. Sama nie wiem czemu tak długo zajęło mu opadanie na poduszkę. Wszystko dzieje się wolniej. A jeszcze przed chwilą tak się nam spieszyło. Pościel jakby parowała od gorąca. Czuję jaka jest ciężka. Klei się do piersi, łydek, całego ciała. Zrywam ją więc, siadam, łapię oddech, wkładam twarz w dłonie. Po chwili coś słyszę. Rozszczepiam więc palce. Uspokajam się. Gładzę Nikodema po jego gołej głowie. Natrafiam na gniazdo wszczepu, zainstalowane na jej czubku. Uśmiecham się smutno. On dotyka mnie opuszkami palców. Zachowujemy się jak dwoje zarażonych wirusem dzieciaków.
- Wydałeś nas? - pytam jak zwykle. Według prawa możliwe jest wydanie osoby z tego samego poziomu uprzywilejowania, aby trafić na poziom wyższy. Nie wymaga to dowodów, wystarczy słowo. Gdy Ustawa o Denuncjacji i Amnestii weszła w życie, nastąpiła masa łapanek i aresztowań. W ich wyniku, oraz w związku z tym, że ujęci najczęściej byli niewinni, ograniczono liczbę możliwych wydań do ośmiu tygodniowo.
Zamęczam Nikodema tym pytaniem, a on cierpliwie zaprzecza. Takie "pomyłki" przy denuncjacjach się zdarzają. Umożliwia to większą kontrolę aresztowań, ponieważ cały czas jesteśmy inwigilowani. Słyszą i analizują wszystko co mówimy i robimy. Oczywiście nie ma na to sankcji prawnej. Jak się jest już w areszcie, nie jest ona potrzebna.
Tutaj mamy tylko siebie. Dlatego nie mam zamiaru powiedzieć Nikodemowi, że z kolei to ja sprzedałam jego. Mieszkaliśmy razem z Nickym. I ja miałem tego dość. Czułam, że brakuje mi już powietrza. Nie wiedziałam, jak inaczej pozbyć się natręta z mieszkania. Nie byłam z nim. Nikodem nie zasłużył sobie jednak na takie traktowanie. Zaraz na początku, gdy nas aresztowali obiecał mi, że się mną zaopiekuje. Że razem ze mną przez to przebrnie. Że nie zostawi mnie tutaj samej.
Tkwimy tu drugi tydzień. Wczoraj byliśmy w jakiejś klinice, znajdującej się w tym samym pasie zabudowań, co nasz instytut. Pokazali nam jakiegoś człowieka, rzekomo naszego przełożonego, reakcjonistę i terrorystę, niejakiego Eliasza Bella.
Nikodem nie domyśla się, że to ja go wydałam. Myśli po prostu, że miał ogromnego pecha. To się czasami zdarza. Ktoś denuncjuje denuncjującego.
Oboje wpadliśmy jak śliwki w kompot.
Do kliniki zabrali nas funkcjonariusze bezpieki. Bell wykrzykiwał, coś bez sensu, kiedy weszliśmy do jego pokoju. Spostrzegłam na stoliku holowersję mp5 „Lotu nad kukułczym gniazdem” z Jackiem Nicholsonem w roli głównej. W jednej chwili stało się dla mnie jasne, że wskutek tortur ambulatoryjnych i farmakologicznych zalecanych w przesłuchaniach reakcjonistów Eliasz Bell zbzikował.
- Cześć kochani - warknął na nasz widok, szczerząc się tak, jakby ktoś przytrzymywał jego usta kneblem. Sanitariusze mnożyli się wkoło jego łóżka. Posłanie Bella cuchnęło uryną. Sam Eliasz wyglądał zaskakująco dobrze. Włosy przystrzyżone, wygładzona, ogolona twarz, rumieńce. Oczy czasem przytomne, tylko wściekłe jak diabli. Nie błyszczały chorobliwie, jakby się mogło wydawać.
To po pierwszej takiej wizycie przespałam się z Nikodemem. Pieprzyliśmy się godzinę. Potem zaczęłam płakać. Na dobitkę na jednej ze ścian puścili nam film. Robili Bellowi terapię elektrowstrząsami. Powiedzieli oczywiście że nas też to czeka, jeśli, jak to się wyrazili "sprawa nie ruszy do przodu". Bell podrygiwał jak szalony, a potem stracił przytomność.
W tym pokoju jest tak duszno... To brak powietrza sprawia, ze śnią mi się same koszmary.
- Kim oni są? - rozległ się głos. To nie Nikodem. Tylko ostatnie słowa przesłuchującego mnie funkcjonariusza. Pobrzmiewają mi w głowie. Tysiące hologramów, które mi pokazywał miało mi coś mówić. Osoby, miejsca. Musiałam się rozpłakać, żeby dał mi spokój.
Nicki ściera mokre włosy z czoła, jakby to był pot. Unosi dłoń do góry, ale nic nie widzi. Ociera polik, ale przecież tam też jest spocony. Bo my chyba jesteśmy w przedsionku piekła. Nigdzie nie jest tak koszmarnie gorąco, jak tutaj. Instytut mieści się na poziomie 0, gdzie oprócz nas funkcjonują tylko dbający o kanały technicy i trochę wojska. Laboratorium jest tajne. Nie sądzę, żeby Rząd o nim wiedział. Nie wskazuje na to położenie kompleksu. Ci z rządu nie pozwoliliby, aby taka technologia, jak ta tutaj narażona była na klimat poziomu 0. Natomiast nanotechnicy i medycy którzy pracują w laboratorium występują normalnie tylko na poziomie 3 i wyższych. Pewnie sowicie im płacą albo szantażują jakimiś szczegółami z życia osobistego. Projekty zaś z pewnością zostały odrzucone przy próbach legalnego patentowania. Stąd przywędrowały na poziom 0.
Pewnego ranka obudziłam się sama. Myślałam, że on uciekł, zostawił mnie tutaj. Zeszłam na dół, ciągnąc za sobą nogi, aż doszłam do kuchni. Zacisnęłam dłonie na barierce tak kurczowo, że zbielały mi kostki palców. On tam siedział, na krześle, a wokół niego krążył jeden z pilnujących nas mężczyzn. Bezpiek. Stanęłam jak wryta. Ogromny karaluch poruszał się po gołej czaszce Nicka, szukając czółkami drogi. Zemdlałam. A to była tylko zwyczajna golarka.
Po terenie instytutu możemy się poruszać wolno. Gorzej, jeśli byśmy chcieli dostać się do laboratorium lub na zewnątrz. Wojskowi strzelają bez uprzedzenia. I to nie w nogi.
Może to lepsze wyjście. Nie słyszałam, żeby ktoś aresztowany kiedykolwiek wrócił na zewnątrz.
Wzrok Nickiego wędruje w górę. Jego pot pachnie miło.
Niewielu znałam takich facetów jak Nikodem. Wszyscy poprzedni byli wypacykowani, wydezodorantowani, ale w środku gnili, jak cały poziom 2. Adonisy ze smrodem pod pachami i sadystycznymi marzeniami. Nikodem zawsze pachniał mydłem. Teraz też tak jest, choć zapach ten prawie zniknął pod grubą warstwą śliskiej skóry.
Nie, Nick nie jest tak naprawdę moim chłopakiem. Był podobno analitykiem sądowym, zanim z powodu redukcji etatów został zwolniony z korporacji i zdegradowany o poziom uprzywilejowania.
Strugi wody leją się z szyb, jakby ktoś przemienił oba okna w wodę. Nie jest to jednak prawdziwy deszcz. Na poziomie 0 często dochodzi do awarii kanalizy. Różnica temperatur czy jakoś tak, wpływa na rury, które nie wytrzymują ciśnienia.
Dopiero teraz zauważam pewną rzecz. Szum. Wcześniej myślałam, że to gra. Deszcz szaleje w rynnach. . Sztuczny deszcz w sztucznym mieście.
Okna są jak z lodu od odbitego w nich światła lamp. Migoczą mieniącym się złotem. Efekt sztucznego oświetlenia. Bliskość generatorów atomowych powoduje, że na poziomie 0 w niektórych miejscach światło ma większe natężenie. Oczywiście jest to, jak wszystko tutaj, niezwykle szkodliwe.
Wczoraj… Po tym, kiedy pozwolono nam spojrzeć na Bella przez szkło weneckie, wprowadzono nas nagle do jego sali. Bell przyjrzał się nam, ściągając brwi.
- Kim oni są? Czy ja ich powinienem znać? - przyjrzał mi się z miną kretyna, a potem spytał pielęgniarki z poufałością w oczach o to samo. Ona zerknęła na nas, przestraszona. Miała przepraszający wyraz oczu. Od odpowiedzi zależał jej los, zrozumiała. Ktoś odpowiedział za nią, a potem pacjent błyskawicznie złagodniał na twarzy. Pozostał taki do końca wizyty. Był spokojny nawet w chwili, gdy jakiś niepilnowany przez nikogo psion użył swoich zdolności, aby wzniecić na naszym piętrze prawdziwe szaleństwo. Sanitariusze pozostawili psiona przy windzie koło pokoju pielęgniarek. Nagle wszystkie lampy na korytarzu pękły. Uwolniły iskry, które zasypały odsuwających się ze strachem ludzi świetlnym deszczem.
Żarówki po prostu zamarły i pękły. Wybuchło w ten sposób sześć stuwatówek na pierwszym i osiem na drugim oddziale. Pacjent, którego możliwości psioniczne były przyczyną wybuchów pozostał nieruchomy, uwięziony skórzanymi pasami bezpieczeństwa na łóżku. Z zadowoleniem badał reakcję otoczenia. Głowę miał odrutowaną kablami, a mózg na wierzchu. Miało go to powstrzymywać od robienia podobnych rzeczy. Inni pacjenci wili się w tym czasie w spazmach, zasłaniali uszy, wpadali w szał, spadali ze schodów i tłukli głowami w kraty, albo siatki na szybach.
Bell jako jedyny na całym oddziale pozostał spokojny. Sanitariusze zapomnieli o wszystkim. Także o Eliaszu. Bell wpatrywał się w drzwi prowadzące na korytarz. Jakaś tłusta pielęgniarka gładziła go po głowie. My i bezpiecy staliśmy w bezruchu.
Jednej rzeczy nie potrafiłam zrozumieć. Dlaczego wszyscy pracujący, przynajmniej na tamtej zmianie byli tłuści, a nawet obli. Obli, cycaci i obrzydliwi jak rosyjskie laleczki.
- Jeśli umrę, zanim się obudzę, siostra mi pomoże? - spytał, ze sklejonymi oczami pielęgniarki Bell. Pielęgniarka prawie podskoczyła na te słowa. Eliasz otworzył oczy, wstał machinalnie i podszedł do okna. Dotknął siatki. Jeden z mężczyzn w kitlach, gruby, nieprzyjemny cham zauważył to, założył Bellowi nelsona i przeniósł go na jedno z najbliższych łóżek. Gdy Eli próbował wstać, pielęgniarz posłał pacjentowi między oczy prawy prosty. Pielęgniarka wrzasnęła przeciągle, że to nie miejsce na bójki. Banda grubasów z drugiego sortu wbiegła do pokoju, żeby zrównać go z ziemią.
Psion śmiejąc się ponowił atak. Bezpiecy próbowali wypchnąć nas na korytarz. W tym czasie już wszystko fruwało. Zasłony zerwane razem z żabkami, płócienne parawany, prycze, baseny pełne sików leciały z jednego kąta w drugi. Pacjenci stali na łóżkach i śpiewali.
- Oto prezentujemy, panie i panowie!- wrzeszczał Bell, zepchnięty kopniakami pod ścianę. - Gwiazda filmowa, piękna jak grzech, oraz jej osobisty żigolak! Oboje piękni jak zamarznięte róże, zatopione w niebieskim soplu lodu! Zgadzacie się ich widzieć?!
Spoglądał cały czas w naszą stronę. Bez cienia wesołości w ciemnych, szalonych oczach.
- Nieeee!!!!- wrzasnęło kilku pacjentów, podchwytując pytanie, po czym wszyscy rozpruli poduszki. Puch wybuchnął w powietrze.
- Wstrzymali się od głosu. Szkoda.- Eliasz wskazał nas oskarżycielsko, jak jakiś kaznodzieja. Wszedł na stołek, odprowadzany zdziwionymi minami pielęgniarzy. Spojrzał na oddział.
- A wy? Wy brudne, wstrętne, piękne czarne tulipany?!
Wykrzyczał to wszystko, nim kopniak zwalił stołek pod nim. Pielęgniarze chwycili Bella w ramiona. Następny kopniak prawie wybił mężczyźnie szczękę. Ale nawet posłany na wypastowaną, wyłożoną PCV podłogę w szachownicę Eli dalej rzęził.
- Nie ufajcieee... Nieeeee... Ufajcieeeee... - potem jakby ktoś zmienił mu program sterowany guzikiem na plecach.
- Zamknijże się! - warknął pielęgniarz.
- Historie...- Bell opadł w ramiona kafarów. Spojrzał na mnie przelotnie. - Wszystko to historie... Historie twojego dotyku. Pocałunku. Oddechu.
Znienacka przeniósł spojrzenie na Nikodema.
- Ty poznałeś kilka takich historyjek, co Nick? Znasz kilka jej historii? Historie jej marzeń...
Poznał wiec Nikodema! Choć to przecież… Niemożliwe. Chyba że... Chyba że sam był psionem, albo innym telepatą!
Dlatego nie zareagował jak inni pacjenci na atak uwięzionego psiona!
Zgasło światło. Padło na Bella. Błękitnoróżowe, jak w sklepie rzeźniczym. Przemieniło rumieńce Eliasza w zapadnie, oczy w dwie zasuszone, zropiałe kulki. Usta mężczyzny pękły zdławionym krzykiem. W zakamarki oczu zakradły się sińce. Zaczęły rosnąć. Eliasz Bell warczał.
- Historie jej dotknięć - mruczał, szamocząc się. Nagle zmienił mu się głos. Był teraz rozmarzony.
- Chodźmy na plażę - powiedział.
Uśmiechnął się łobuzersko.
- Obudź się, śpioszku, mama i tata są tutaj - mruknął nieswoim głosem Bell. - Przyszli cię pozbawić złudzeń i życia. Przyszli cię zabrać na plażę.
Mówił tak bez przerwy i śmiał się do siebie. W pewnym momencie jego głos zmienił się i przypominał teraz głos dziecka.
Obrotowe drzwi na końcu korytarza poruszyły się. Wszedł przez nie, drepcząc dziarsko mężczyzna w kitlu. Jego cień poruszał się w ciemności jak woda. Facet przyświecał sobie latarką umieszczoną w cyberoku. Musiał to być jakiś lekarz. Mężczyzna wiedział co robi. Podszedł do nas. Obnażył igłę strzykawki przytwierdzonej do jego wielofunkcyjnego paznokcia. Poświecił w twarz Bella. Poprosił pielęgniarkę, żeby przytrzymała rękę pacjenta. Kobieta odszukała żyłę. Mężczyzna był świetny. Taki opanowany, że musiał stanowić bożyszcze na swoim oddziale.
- To już się zdarzało. - objaśnił bezpiece lekarz. - Proszę panów o spokój.
Ci wymienili spojrzenia w czarnych okularach.
- Mamy to, po co przyszliśmy - powiedział bezpiek, chwytając Nikodema.
Doktor nie przerywał pracy. Osuszył igłę. W tej samej chwili zapaliło się światło. Z zadowoleniem wyrwał igłę. Siostra przytknęła wacik.
Miałam rację. Bell był psionem. Stąd znał imię Nickiego.
Doktor chyba poczuł dziurę, wywiercaną mu w plecach laserowymi oczami Nikodema, bo postanowił poświęcić mu spojrzenie.
- To pana imię wymienił? - spytał, a potem dodał słabo. - Przykro mi. Naprawdę.
- Ale on jest telepatą! - krzyknęłam. - Odczytał imię Nicka w naszych umysłach!
Mój protest nie zrobił na doktorze wrażenia.
- To nic nie zmienia. Przykro mi - odparł.
Po czym nie czekając na odpowiedź oddalił się, wypróbowując przyczepność wypastowanej na wysoki połysk podłogi.
Bell spoglądał nadal na nas, lecz zapadł w jakiś niezrozumiały błogostan. Opadł na poduszkę. Uśmiechał się głupkowato.
Ale to nie był koniec. Nagle roześmiał się histerycznie, w trzy sekundy spoważniał, a potem wybuchł. Dosłownie, bo obryzgał doktora śliną.
- Historie spod okna, co Suki?- parsknął, odwracając od zaszokowanego lekarza. Ten patrzył bezradnie.
- Ty wszystko wiesz! Znasz to! - powiedział zmienionym głosem Bell. Wydał mnie! Wymienił moje imię. Nie mogłam tu dłużej zostać. Wybiegłam. Bezpiek pobiegł za mną. Nasze buty strzelały o podłogę. Kazał mi wrócić. Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc.

*

Nikodema poznałam trzy tygodnie wcześniej w lokalu „Retrogliceryna”, kolebce snobów na 3 poziomie uprzywilejowania. Dostałam się tam dzięki lewej, dwudniowej przepustce dla dziewczyn z agencji towarzyskich. Od razu mi się spodobał. Widać też było, że miał duże branie.
To był jego ostatni wieczór na tym poziomie uprzywilejowania. Następnego dnia otrzymał wymówienie i praktycznie został eksmitowany z mieszkania. Twierdził, że były to zwykłe redukcje, ale sądzę, że po prostu komuś ostro podpadł.
W wyniku zwolnienia znalazłam go następnego dnia przed progiem mojego mieszkania. Miał zmęczone oczy i twierdził, że „wpadłam mu w oko”.
Wygląd miał rasowego łobuza. W „Retroglicerynie” od razu rzucał się w oczy nietuzinkowością ubrania, które stanowił świetnie skrojony garnitur stylizowany na lata 30-te XX wieku. Minę miał jak jakiś zagubiony gwiazdor filmowy z lat czterdziestych. Dobrze zbudowany, z grubymi brwiami i czarnymi, błyszczącymi wesoło oczami kogoś pewnego własnej wartości, przykuwał wzrok kobiet i większości mężczyzn. Inne dziewczyny wprost zabijały się, żeby go zaciągnąć do domu, albo pod prysznic, gdzie jego długie, czarne włosy wyglądały naprawdę świetnie. Widziałam na własne oczy, jak Nikodem uśmiechnął się parokrotnie rozbrajająco na podobne propozycje. Jakby nie do końca rozumiał. Nie przesadzam.
Fizycznie był ideałem. To że nie przespałam się z nim więcej niż raz, nie oznacza, że nie miałam ochoty.
Nikodem był idolem, który nigdy nie zrobił niczego wielkiego i z niczego nie zasłynął. Nic mu się nie śniło od kilku lat. Monotonia zwyczajnego życia była dla niego snem. I nie mógł się z niego obudzić. Chociaż trzeba oddać, że bardzo się o to starał. Odkąd przyszedł do mnie z wszystkimi klamotami i swoim rozbrajającym uśmiechem, prosząc o „drobną przysługę”, spał najczęściej po dwanaście do czternastu godzin dziennie. I nic. Nawet przelotnego obrazu w głowie, który by zapamiętał. Rozmawialiśmy ze sobą bardzo mało na ten temat. W ogóle Nikodem raczej mało mówił. Właściwie nie wiem, dlaczego wobec tego zaufałam mu, zdradziłam kod do zamku w drzwiach i tak dalej. Nic o tym obcym facecie nie wiedziałam. Poza tym, że na niego lecę. Szelmowski błysk i łobuzerstwo wprawiały lalunie w takie napalenie... Nikodem przez długi okres czasu uważał się za homoseksualistę. Miał przelotny romans ze swoim mentorem, jak nazywa się przełożonych w korporacji, z której go wyrzucono. Myślę, że to właśnie ten romans przekreślił szanse Nikiego na awans, czy choćby pozostanie w firmie. Po krótkiej przygodzie z dużo starszym od siebie mężczyzną, Niki zmienił zdanie co do swojej orientacji. Ale nie zatrzymało to zwolnienia.
Po wizycie w klinice zabrano nas z powrotem do instytutu i zamknięto razem na klucz w apartamencie, w którym spędziliśmy ostatnie dni.
- Nie rozumiem skąd znał nasze imiona – stwierdza z napięciem w głosie Nick. Zapala papierosa i zaciąga się. Nie wiem skąd je ma. Powietrze wypełnia ciężki zapach luksusowego dymu. Przypomina trochę zapach z cygara.
- To ja cię wydałam, Nikodem – mówię łamiącym się głosem. Pora to przyznać. Spuszczam głowę.
- Nie mówiłaś mi tego wcześniej – patrzy na mnie bez gniewu. W ogóle bez uczuć. I taki sam jest jego głos.
- Teraz mówię.
Nerwowo się uśmiecha, ale nic nie odpowiada.
Cisza, jaka między nami nastaje jest gorsza od awantury, którą powinien mi w takiej chwili zrobić.
- Daj spokój... Co chcesz?! – wrzeszczę. Zrzucam popielniczkę ze stołka. Znika z brzdękiem pękającego, grubego szkła. Czasem tak trudno zbić jest szklane rzeczy, a czasem pękają same...
- Dlaczego? – pyta bez emocji.
Patrzę na niego, jak na durnia.
- Teraz to cię nie rozumiem. A jak ci się zdaje, dlaczego miałabym zrobić coś takiego?
- Nie wiem – odpowiada.
– A jak długo jeszcze chciałeś się u mnie ukrywać przed światem? Nie miałam już kredytu, żeby utrzymywać nas dwoje.
- A nie mogłaś mnie po prostu wyrzucić?!
Nie należę do ludzi, którym takie rzeczy przychodzą łatwo. W ogóle mam problemy z nawiązywaniem znajomości. Moja koreańska uroda wcale mi w tym nie pomaga.
- Nie próbuj mnie zrozumieć - mruczę.
- Nie próbuję - mówi cicho i zbiera się. Wyciągam rękę. Nagle zamieram, widząc wyraz jego twarzy. Zbieram w sobie całą odwagę, na jaka mnie stać.
- Poczekaj - przekonuję go. - Chcę ci o tym opowiedzieć.
Stoi nade mną. A ja? Wszystko co widzę to łóżko i ciężkie jak cholera pościele. Nie widzę oczu Nikodema. Widzę za to wiele niepotrzebnych rzeczy. Sperma Nickiego jest fluorescencyjna. Brzuch Nikodema owłosiony na pępku. Twarz mężczyzny utopiona jest w cieniu. W niektóre miejsca pada światło zza drzwi.
- Wolałam o tym nie mówić - mruczę cicho. - Ale należy ci się wyjaśnienie.
Nastaje długa cisza, wypełniona naszym patrzeniem na siebie. Tym razem z bliska.
- Nie musisz nic mówić - odpowiada. - Wystarczy że patrzysz tak jak patrzysz.
- Jak?
- Oczy z lodu.- wyciąga się, żeby spetować. Zaciąga się jeden, ostatni raz.
Zapala następnego papierosa. Pali tyle, że mógłby właściwie nie gasić.
- W ogóle pomyślałaś, co ze mną zrobią? - spogląda na mnie i pyta prosto z mostu. Chłodno i z wyrachowaniem.
W oczach mam łzy. A ten skurwiel mi wybacza. W ten swój cholerny, nonszalancki sposób. Jakby się nic nie stało.
- Chodź tu...- wyciąga ramię. Patrzę mu w oczy. Spuszczam głowę. Nikodem dotyka mnie. Maluje ślimacznicę na moich plecach i przez moment wydaje mi się, że ona naprawdę tam jest, świecąca złotem. Przylepiona do pleców.
- Nie mam ochoty – mruczę z palcami dotykającymi warg. Powoli podnoszę głowę. Wyglądam spomiędzy włosów.
- A ty masz? - zaglądam w mrok. Powoli jego oczy krystalizują się. Kiedy już prawie tracę wzrok. Podnosi drugą dłoń. .Nie czeka, aż dam znak. Decyzja zapadła. Palce rozczepiają się na moim cycku. Gnojek. Chce wykorzystać moje poczucie winy.
- Zostaw – próbuję się mu wymknąć. Nie jestem...
- Czym?- pyta. Odwracam się i patrzę mu prosto w oczy. To co w nich znajduję przeraża mnie. Spodziewałam się, że będą duże, ciemne i trochę jak u krowy.
- W nastroju... – kończę. Wiem, że on miał na myśli coś innego.
Nikodem śmieje się. Odpycham jego łapska. kopię prześcieradło. Zdziera ze mnie podkoszulek. Przez głowę. Materiał dusi mnie. Krzyczę, kopię. Na nic. Chwyta mnie za spodnie. Szarpie.
Policzek. Ciężką ma bydlak łapę.
- Nie szarp się, kurwo! – warczy. Pluje się. Drugi policzek.
Opadam…
Opadam…
Opadam…
Budzę się. Opadam pod łóżko, na klęczki. Moje ubranie leży wszędzie, a mężczyzna, siedzący w fotelu podpala papierosa. Interes ma na wierzchu. Rzucam się. Zakrywam nagość ramionami. Wsuwam nogi pod siebie. Klękam na szorstkim dywan, po którym ktoś ciągle chodził w butach. Jest ciemno. A ja czuje metaliczny zapach krwi na ustach. Drobne ziarenka piasku szorują wewnętrzną stronę dłoni i kolana. Mężczyzna podpełza do mnie i nim spojrzę w górę, podrywa mnie, jakbym nic nie ważyła. A potem pokrywa. Przewracam się w obliczonej furii na plecy. Spycham go z siebie. No, przynajmniej próbuję.
Myślałam, że już mi to zrobił. Ten skurwiel zaczekał, aż się obudzę.
Skurwiel…
Skurwiel…
- Uspokój się głupia krowo! - wrzeszczy, gdy wtykam mu kolano w brzuch i naciskam z całej siły. Wstaję, patrząc nań z góry. Gnojek w pozycji embrionu. Jego plecy kołyszą się. Nikodem patrzy w górę zeszklonymi oczami.
- Wypieprzaj stąd - mamroczę. Nie wiem, czy widzi wazon, wznoszony przeze mnie w mroku. Opróżniam naczynie z malowanych ochrą badyli. W sumie szkoda wazonu. Jest biały i przypomina zarys sylwetki grubej kobiety. Ale się nie zawaham. Nie cierpię gnojków.
Światło się włącza. Nie tutaj. W drugich drzwiach, naprzeciwko pierwszych. Staje w nich funkcjonariusz bezpieki. Nie wiedziałam, że tam są drzwi. Tonęły w czerni.
Funkcjonariusz jest przystojną kobietą o ostrym profilu i pięknych oczach. Ma na sobie wyłącznie szlafrok, przez który uwypukla się kanciasty kształt biokompa wszczepionego na jej biodrze po lewej stronie. Szczerze powiedziawszy nie poznałabym że to bezpieka, gdybym jej wcześniej nie widziała w mundurze i przepisowym prochowcu.
Znam ją. Przez kilka miesięcy spotykałam się z ta kobietą. Nie wyszło nam. Była zbyt zaborcza. We wszystkim usiłowała mnie kontrolować.
Ale to było dawno temu.
Zmieniła się. Jej włosy są ostrzyżone przy skórze. Za kobietą skrada się drugi bezpiek, jak sądzę jej facet na dzisiaj. Bezbarwny, łysiejący rudzielec ze sterczącym brzuszkiem i bokserkami w kratę. Źle zesznurowany muślinowy szlafrok kobiety, pokryty zamaszystymi literami chińskiego alfabetu świadczy o tym, co niedawno robili. Oboje pachną seksem.
Kobieta odszukuje palcami kontakt. Okazuje się w świetle, że naprawdę jest łysa.
Wszyscy w naszej małej komunie golą głowy. Jest to zgodne z propagowaną przez bezpiekę higieną osobistą.
Kobieta obrzuca nas zdziwionym spojrzeniem pięknych, pokrytych dyskretnym, zimnym makijażem zielonkawych oczu. Robi się jej głupio. W pełnym świetle pokój sprawia wrażenie bezbarwnego. Tak jakby całe wysublimowane piękno rzucających głębokie cienie kanciastych kątów i całe uporządkowanie półmroku nie miało racji bytu.
Widać w tym świetle piegi na dekolcie kobiety. Ona sama nie wie, czy zostać, czy może uciekać. Ale zdaje się, że nic już nie zmieni faktu, że weszła.
Mrużę oczy. Siadam spokojnie na łóżku, pozwalając unieść się sprężynom. Zapalam nocną lampkę i pokój zapełnia się ciepłym światłem, wymieszanym z ostrym blaskiem, lejącym się na nas z sufitu. Potem następuje łyk chłodnej, zawiesistej herbaty. Frywolna do granic możliwości. Patrzę wyczekująco na kobietę. Ta wycofuje się speszona, wypychając drugiego funkcjonariusza. Na pewno przewyższa go szarżą i raczej nie odwiedza takich miejsc. W domu kochający mąż i gromadka dzieci czeka na nią co noc.
Zatrzaskuje drzwi. Uśmiecham się pod nosem, wspominając jej zakłopotanie. Naprawdę nie wiedziała pod koniec, gdzie oczy podziać. Ale, z drugiej strony, zostawiła zapalone światło. Specjalnie, abyśmy mogli przyjrzeć się sobie z Nikodemem.
- Nie puszczą nas stąd – mamroczę, zakładając nogę na nogę. Biorę od Nickiego papierosa z paczki. Jego pet przemienił się dawno w popiół, ale zachował papierosowy kształt.
Dokładnie naprzeciwko łóżka wisi podłużne, sięgające prawie od podłogi do sufitu lustro w srebrnej, secesyjnej ramie. Widzę w nim siebie i jeszcze kilka przedmiotów w pokoju. Wstaję i podchodzę. Okręcam się na stopach. Mam taki drobny tyłek.
Zastanawiam się ilu mężczyzn wlepia się we mnie po drugiej stronie weneckiego szkła.
I wtedy światło w lustrze gaśnie. Widzę tylko siebie, choć nawet moja twarz jest zmieniona od padającego na nią z wnętrza lustra cienia. Wydaje się drewniana. Wszystkie rysy pogrubione. Otwieram szeroko oczy. Nogi uginają się pode mną, kiedy daję krok w tył. Z jego wnętrza łypią na mnie cybernetyczne oczy, umieszczone po obu stronach przypominającego maskę gazową nosa.
- Coś widzisz za oknem? - pyta mnie zniekształcony, zgrubiały głos. Dopiero po chwili dochodzi do mnie, że to Nikodem.
- Nie... Nic... - mówię otępiale, zakrywając połowę twarzy. – Zaczynam chyba... Wariować…
Spoglądam na drzwi, za którymi zniknęli bezpiecy.
Ręka Nikodema od dłuższej chwili przesuwała się przed moimi otwartymi szeroko i nieruchomo, lecz nie widzącymi oczami. To tak jak z czerwonym lakierem do paznokci. Był to jedyny szczegół, jaki zapamiętałam z wczorajszej nocy. Cały czas błądzę gdzieś myślami. Gdyby nie ten lakier, na paznokciach rąk i nóg, w ogóle bym nie pamiętałam, co się ze mną działo. Mogłam na przykład cały dzień nie nosić majtek i o tym nie wiedzieć.
To przez to, czym nas szprycują.
- Nigdy mi nie przejdzie...- wyszeptałam ze zdziwieniem.
Głośne „drrrryn!” podnosi dom na nogi. Pierwsza podchodzę do głośnego „drrrryn!”. Dochodzi z innego pokoju. Wspinam się więc, jakbym nagle stała się maleńka jak mrówka, a potem zerkam przez szparę w drzwiach. Wracam po swoją czarną sukienkę na ramiączkach. Nie mogę przecież chodzić nago. W tym drugim pokoju ktoś śpi na sofie. Skołtumaniony w identyczną sukienkę, jak moja, z włosami opuszczonymi na twarz. Dochodzę do absurdalnego wniosku, że to mogę być ja i nie potrafię przez to pokonać progu. W końcu to Nikodem popycha drzwi. Wyglądamy jak para dzieci, podglądających rodziców w sypialni. Wreszcie przechodzę nad niewidzialną przepaścią progu i biorę słuchawkę. Przez chwilę wibruje mi w dłoni, jakby zamierzała mi się wymknąć.
- Chcę usłyszeć twoją szparkę. - mruczy mroczny, męski głos. - Chcę usłyszeć, jak mlaska. Zbliż do niej słuchawkę.
Słuchawka wysuwa mi się z rąk i stuka o ziemię, podskakując na sprężynie kabla.
Przeszukuję pokój w poszukiwaniu czegokolwiek znajomego. A tak naprawdę szukam swojej bielizny. Choć nie wiem, co miałaby tu robić. Patrzę na słuchawkę i podnoszę ją.
- Dzień dobry, czy dodzwoniłam się... - mówi do mnie dyskretny, kobiecy głos po czterdziestce.
Nagle bezwiednie zsuwam słuchawkę na policzek, ignorując lejący się w niej, pytający głos.
- ...Bo tak naprawdę to chciałabym usłyszeć pani pochwę. - głos zamienia się w lubieżny chichot. Uderzam słuchawką o widełki, jakbym mogła w ten sposób zniszczyć te głosy w słuchawce i mojej głowie. Potem długo przypatruję się cholernemu, burdelowo czerwonemu aparatowi. Po chwili ten znowu dzwoni. Patrzę na niego. Chwytam słuchawkę, ale nagle się waham. A jeśli znowu usłyszę obelgi?
- Ten pokój...
- Co? - pyta Nikodem.
- To mój pokój... Sprzed wielu lat... Jest identycznie umeblowany...
Spoglądam na niego pytająco. Przypominam sobie o słuchawce i głosie, brzmiącym w niej. Podnoszę ją do ucha.
Z drugiej strony brzmi znajomy głos. Naelektryzowany przez aparat szept, niewyraźny, jakby drżały mówiącemu do aparatu dłonie.
- Lepiej zrób o co cię proszę, dziwko… – ciągnie głos ze słuchawki. – Inaczej bezpieka się tobą zajmie. Jeden z nich to mój kolega. On cię zna. Ma wielkie wargi, jakby ktoś go w nie dymał. I zęby. Zęby - żyletki. Takie ostre, jak kły psa. Nie wiem, co utrzymuje przy życiu to jego wielkie cielsko, ale boże to to nie jest. Chyba jest pozszywane grubymi sznurkami. Takimi, jakimi na oddziale sznurują czasem śmieci, kiedy taśma się skończy. Ma grube paluchy. Poznasz go?
Przytykam drugą dłoń do ust i odpowiadam wolno i najciszej, jak się da:
- Tak.
- Nie ma paznokci. Chyba mu powyrywali. I wszędzie te sznurki. Zwisają z niego, wiesz? - ciągnie gorączkowo głos. - Na ciele, w ciele. Ramiona przyszyte do korpusu, gałki do oczodołów, nos, uszy... I wiesz, co jeszcze?
- Co to? Z kim rozmawiasz? - Nick zbliża się do mnie bardzo ostrożnie. Ze słuchawki dobiega ponury chichot.
- Przestań! - krzyczę do słuchawki. – Przestań, słyszysz?!
Słyszę szum. Znów holowizor. I słodki głos, jakby w tle. Głos zupełnie niezdolny do innej formy mówienia, niż szept.
- Już dobrze. Uspokój się. Już nic nie będzie – słyszę. Nie sposób nie zauważyć pogardliwego tonu. Ten kutafon mnie przedrzeźnia... Nagle słyszę stukot po drugiej stronie. Jest to odgłos, jaki wydaje słuchawka dyndająca na kablu. Wyraźnie słyszę w słuchawce twarde, gumowe podeszwy na posadzce. Potem ktoś wznosi słuchawkę i z nonszalancją pyta:
- Halo? - słyszę słodko pierdzący, kobiecy głos. Nagle głos ten wyraża ponurą pewność, co do tego, z kim ma do czynienia.
- Proszę nie udawać, że tam nikogo nie ma. Wiem, że pani mnie słyszy.
Nie odpowiadam. Jak można w ogóle odpowiedzieć na coś takiego?
Potem słychać klikanie. Rozmowa przerwana. A mimo to po chwili w słuchawce znowu słyszę głos.
- Tak, moja droga pani. Cieszę się, że dochodzimy do podobnych wniosków. Do usłyszenia po tej stronie. A nawet zobaczenia.
Długie bzyczenie. Odkładam. Czuję, ze zaraz rozboli mnie głowa. Odkładam słuchawkę, ale ona dalej tkwi w mojej dłoni. Sygnał już drażni mnie w ucho.
A ja się budzę, oblana zimnym potem i owinięta prześcieradłem jak mumia. Głowa kontynuuje rwanie. Sztuczny deszcz w oknie zdaje się stukać, jakby ktoś kapał w nierówno napełnione szklanki. Kap, kap, kap...
Powoli podchodzę do aparatu. Ciarki mnie przechodzą po plecach. Nikodem stoi ciągle nagi w drzwiach.
- Co się ze mną dzieje...- mówię głośno, mrużąc oczy, trąc je skurczonymi palcami.
Nicki stoi w drzwiach, jakby nie widział dziewczyny na sofie. Kaszka w holowizorze zaczyna się pogłębiać. Spoglądam na Nikodema.
Znika za drzwiami. Gasi światło. Dym sączy się ze spalonej żarówki lampki nocnej. Ktoś wlał do niej przez abażur wódki z tonikiem. Czuć smród palonego plastiku. Wpadam w ciemności na stolik. Iskrzę w obu dłoniach zapalniczkę. Przesuwam płomieniem po pokoju. Żadnego Nickiego. Przez chwilę był nagi, więc gdzie się podziały jego rzeczy? Cienie podskakują na ścianie. W końcu mój kciuk nie wytrzymuje gorąca i puszcza zapalniczkę. Ta toczy się pod łóżko. Między papierosy i badyle.
Rano wszyscy utrzymują, że byłam sama. Spalam sukienkę tą samą zapalniczką. Sukienka jest ze sztucznego włókna, więc płonie szybko i strasznie przy tym cuchnie. Resztki, parujące i jakby mokre zbieram i wrzucam do kubła na papiery. Dzień zlewa się z poprzednim strugami sztucznego deszczu. Pokój tylko na chwilę rozjaśnia płomień, potem znowu zapada zmrok. Sufit przy wejściu na śmigło wentylatora, pokryły czarne mazgi. Zaczynam mówić do siebie.
- Jak długo już tu jestem? - pytam rozglądając się. Zatrzymuję wzrok na suficie. Wtedy sama sobie odpowiadam.
- Nie wiem, ale z tego wentylatora można zrobić śmigło. Odlecę stąd daleko, gdzie nikt mnie nie zna. I nie pozna.
Tak samo jak okolice wentylatora wygląda ściana przy włączniku. O lampce nocnej nie warto wspominać. Klosz całkiem spłonął. I pękł przepalony przewód. Więc pozostaje mrok i smród palonego plastiku. Nie wytrzymam tu jeszcze jednej nocy. Wstaję. Wybieram spodnie, luźne w nogawkach, za to dopasowane do moich bioder. Gorzej z górą. Jest tylko czarna koszulka, osłaniająca mi same cycki. Nie mogę w niej oddychać, więc zrywam koszulkę i rzucam na ziemię. Owijam się prześcieradłem i wychodzę. Prześcieradło ciągnie się ze mną jak suknia ślubna, której nikt nie chce trzymać w szafie. Słyszę cichy jęk z pokoju za schodami. Wypadam na przedpokój. Korytarz jest długi, jak w japońskim domu. Połyskującą czerwień ścian rozjaśnia klosz w kształcie kapelusza ze trzciny. Podpieram się ściany i sunę wzdłuż niej. Na drodze napotykam zwiniętą pończochę z podwiązką. Może być to fragment mojej garderoby. Jest czarna. Wszystkie rzeczy, które noszę, stają się powoli czarne.
Nawet tutaj słychać miarowe uderzenia jakiegoś mebla w ścianę.
W innym pokoju, do którego wchodzę, wisi papierowy lampion. Panienka robi facetowi dobrze ustami na sofie. Dziewczyna ma chyba na imię Cat. Jej twarz zakrywają włosy. Mężczyzna zwiesza obnażone ramiona przez poręcz sofy. Jest śniady. Zerka na mnie, pod nienaturalnym kątem przekrzywiając szyję. W krótkim czasie rozboli go od tego kark. Nosi skórzaną maskę, z której wyzierają małe oczy, migoczące za szkłem. Gość jest na swój sposób muskularny. Każdy mięsień odbija światło.
Wszystko zaczyna wirować. Nagle jestem w japońskim domu. Wszyscy ubrani są na japońską modłę. Dziewczyna to gejsza, typ w masce ma owinięte wkoło kostek poszarpane gacie dla zawodnika sumo. Mężczyzna ściąga maskę, w której przez ostatnie sekundy okropnie dyszał. Odsłania dzięki temu przyklejone do czoła potem, długie włosy. Okazuje się roześmianym skośnookim człowiekiem o brzydkiej, okrągłej twarzy. Klatkę piersiową mężczyzny zamiast włosów pokrywa jakiś rodzaj fioletowej sierści. Facet wciska palce w spięte patyczkami włosy kobiety. Chwyta kok gejszy, jakby miał zamiar wyrwać kobiecie włosy.
Czuję uścisk na ręku. Ktoś chwyta mnie za dłoń. Odwracam się. Widzę Nikodema. Jest ubrany jak Japończyk, w bezgłośne zori, słomiane butoskarpetki. Jego wydłużone kredką skośne oczy patrzą bezczelnie na mnie. Kobieta odrywa głowę od brzucha mężczyzny i powoli wstaje. Mrużąc oczy podchodzi w naszą stronę. Nienaturalnie kołysze biodrami. Taksuje mnie. Nagle z premedytacją nadeptuje mi na prześcieradło, a potem zrywa je ze mnie, mimo protestów. Śmieje się głośno i okrutnie. Szarpnięciem posyła mnie na ziemię. Wyrywam się. Gejsza chwyta moje włosy. Nie przestaje się śmiać. Popycha mnie na dywan i siada mi okrakiem na plecach. Chwyta za głowę. Szarpanina trwa długą chwilę.
Wrzeszczę. Bez efektu.
Po chwili czuję się sponiewierana. Kobieta chwyta moje ręce w przegubach. Próbuję z nią walczyć. Jest jednak silniejsza. Ciągnie mnie po ziemi. Nagle przerzuca mnie przez oparcie sofy. Ten w stroju sumo wstaje, klekocząc swoimi sandałami na klockach. Inna dziewczyna, której do tej pory nie zauważyłam siedzi w fotelu obok. Patrzy w kierunku sofy. Zaczyna piszczeć z wzniesionymi panicznie do ust palcami. Nie zamierza mi w ten sposób pomóc. To zwyczajna histeryczka. W końcu opanowuje się i z chichotem japońskiej kwoki wstaje. Pomaga pozostałym mnie unieruchomić. Ten w stroju sumo się śmieje, układając pośladki na kolanach, tak aby jego geta nie wydawały dźwięków.
Wszystko jest wykrzywione. Moja twarz ściśnięta między rękę Nickiego a poduchy sofy. Tak jakby ktoś kopnął i wykrzywił obraz.
Wgniatają mnie w sofę. Nikodem wciska mi głowę w błyszczące, piszczące poduszki. Sofa jest obrzydliwa, czarna i lycrowa. Połysk dusi. Japończyk podnosi rąb mojej sukienki. Mimo, że ją przecież spaliłam. Zaczynam z nim walczyć. Rozrywa materiał.
Czas nie ma tutaj znaczenia, dochodzi do mnie. Przeszłość i teraźniejszość występują obok siebie. Tak samo zblazowane i chore. Nierzeczywiste.
Więc dlatego spaliłam sukienkę. Musiałam ją zniszczyć, żeby nie przypominała mi o gwałcie, którego byłam ofiarą.
Ciemność zapada nade mną. W ciemności płonie czarna sukienka.
Nagle wyrywam głowę i cudem unikam skręcenia karku. Czuję nacisk na potylicę. Po chwili znowu wgniatają mi nos w poduszki. Ale chociaż tym razem coś widzę. Dokładnie piękny, ruchomy drzeworyt japoński.
A potem stwierdzam, że stoję dalej w korytarzu. Nic z tego się nie zdarzyło. Nie miało miejsca. Nie było żadnego gwałtu. Może jak wejdę do pokoju, będą gwałcić inną dziewczynę?
- Nic z tego się nie dzieje… - mówię do siebie, dotykając ściany.

*

Pieprzyliśmy się jak para szesnastolatków... Szaleńczo, dławiąc prawie sobą z pośpiechu. Bolało. Miało boleć.
- Boli?! - wrzeszczy Nikodem. Jego pot kapie mi na plecy.
- Ma boleć - odkrzykuję mu.
Patrzy na nas mężczyzna w masce. Ma dziwny akcent. Dziewczyna która robiła mu dobrze ustami się śmieje. Dopiero teraz dostrzegam na jej ramieniu i części prawej piersi długi, liniowy tatuaż. Linearny i błyszczący w ciemności. Opalizujący. Ruchomy. Przedstawia oblicze śniącej gejszy. To najpiękniejsza rzecz, namalowana na ludzkim ciele, jaką widziałam. Linie tatuażu schodzą się i rozchodzą, subtelne i geometryczne.

*

Czy to się naprawdę wydarzyło?

*

Gdy kończą, wychodzą, a ja próbuję iść za nimi. Zapijaczonym krokiem. Obraz mi ucieka sprzed oczu. Docieram do ściany. Słyszę w oddali płacz. Chyba zabieram komuś płaszcz. Mam go w każdym razie na sobie. Nagle ruszam truchtem w jeden z korytarzy. Panuje w nim efekt stroboskopowy. Ciągle ucieka obraz. Czuje zimno.
Zimno jest dobre. Na zewnątrz.
Na zewnątrz.
Jestem na zewnątrz. Słyszę szczekanie. Zajadłe, wrogie. Obłok nad dachem bunkra, z którego wyszłam ma kształt rozwartokątnego trójkąta. Otacza mnie smutny, pusty, betonowy plac. Dym który tworzy chmurę jest kwaśny. Chmura styka się jednym z kątów z najdalszą krawędzią dachu. Odwracam się. Przyglądam bunkrowi. Budynek jest szary, ponury, opuszczony i straszny. Jakby został wydmuchnięty z tej krawędzi, a teraz miał być w nią z powrotem wessany. Opalizujący napis na ścianie, oznaczający numer sektora jest praktycznie zatarty. Stawiam kołnierz płaszcza, choć wcale nie jest mi tak zimno.
Szczęki bezgłośnie zamykają się na płaszczu. Oglądam się w dół z niedowierzaniem. Jest tam pies, muskularny i tak biały, że aż niebieski. Bezustannie obnaża kły, ale nie słychać warkotu. Ma mętne oczy, jak zapijaczony stróż nocny. Jego skóra połyskuje po deszczu. Zrywam pośpiesznie rękawy. Pozwalam zedrzeć z siebie ubranie. Pies porywa mnie wraz z płaszczem. Wyrywam się. Biegnę. Zwierze przez chwilę obmyśla dalszy plan. W tym czasie pędzę przesadzić płot, dzielący plac od ulicy. Muszę wyglądać komicznie, jak każdy, kto biegał ostatnio dziesięć lat temu. Pies jest tuż za mną. Czuję jego oddech. Ujada.
Dociera do mnie, że jestem już bliska omdlenia. Z szoku, głodu i paru innych rzeczy. Ślizgam się na kostkach brukowych, spływających brudną wodą, zasilającą czarny asfalt. Psisko przez moment walczy z płaszczem, a potem, już cały zaplątany w jego resztki, bardzo powoli, jak na twardziela przystało obraca łeb na mnie. Przez moment widzę w oknie mężczyznę w masce. Jego włochatą pierś i dyndający interes. Uśmiecha się od ucha do ucha. Prawie słyszę ten śmiech przez dźwiękoszczelne szyby. Muszę biec. Psisko w końcu dopada mnie, powala. Kładę pokaleczone dłonie na cokole. Zwierz w bardzo cywilizowany sposób wlecze mnie przez czarną, rozmokłą ulicę. Wzrok ucieka mi w górę. Widzę nad sobą faceta w masce. Drzwi otwierają się same. Staje w nich łysa funkcjonariuszka bezpieki.
- Musisz do nas wrócić - patrzy z góry kobieta. Spozieram w okno, znajdujące się prawie dokładnie nade mną. Stoi w nim inny bezpiek. Jego muskularne, opalone w solarium na pomarańczowo ciało obrzydliwie lgnie do szyby. Upadam.
Na szczęście zabierają ode mnie psa.
Funkcjonariuszka z właściwą sobie wytwornością opiera długie, smukłe ramię na framudze. Czarna mini, czarniejsze pończochy i brązowa bluzka z gigantycznym kołnierzem sprawiają, że wygląda jak wcielenie nowoczesnej wampirzycy. Albo pień gładkiego, czarnego drzewa. Uszy kobiety zdobią kolczyki w kształcie tybetańskich monet. Powieki są pomazane pięknym, przechodzącym w pomarańcz fioletem. Makijaż zmienił całkiem barwę jej oczu.
Kobieta stoi przede mną jak jakiś wschodni duch. Jest duża i obrzydliwie wręcz kobieca.
Drugą dłoń zakłada za biodro. Ponętna jak cholera w swojej matowoczarnej kiecce grubości pończoch. Sukienka opina wszystko, co powinno być opięte. Pod materiałem widać najmniejszy, odstający włosek.
Istna bogini. Szerokie biodra i nogi od szyi w dół. Para ucieka z pełnych ust. Jak papierosowy dym. Lekko zgięte kolano, biodro na framudze. Kładzie dłonie na ramionach i rozmasowuje je, jakby głaskała kota. Nie odrywa przy tym oczu ode mnie. Z twarzy odpływa jej cała krew. Ta dziwka uśmiecha się swoimi pełnymi wargami. Wyciąga rękę. Coś szepcze.
Nie słyszę. Palę się w środku. Ona wpatruje się we mnie przymrużonymi oczami.
Nawet nie wiem, kiedy dwóch dryblasów w garniturach chwyta mnie i unosi w powietrze. Prowadzą mnie, podczas gdy moje nogi zwisają bezwładnie. Czasem tylko poruszają się w rytm ich kroków. Próbuję zgiąć szyję. Kobieta z uśmiechem schodzi nam z drogi, gdy pokonujemy schody. Mijamy ją. Ciemnym i długim korytarzem, którego nie pamiętam, przechodzimy do pokoju. Tu ciemność jest jeszcze gęstsza. Korytarz oświetlała przynajmniej drobna i wyobcowana świetlówka. Jej żółte, zdradliwe światło znika przygniecione brązami. W pokoju panuje mrok. Nie wiem nawet ile ciał mnie otacza. I zamierza ukraść moje. Mijamy pokój. Wreszcie wchodzimy do pomieszczenia z holowizorem. Kobieta z bezpieki odnajduje mnie w ciemności i składa pocałunek na moich ustach. Nawet nie wiedziałam, że szła za nami. Nim się odsuwa, wymierza mi policzek, śmiejąc się piskliwie i zataczając w tył. Jej twarz odpływa w mrok. Coś skwierczy w powietrzu. W ścianie zapalają się nagle 25 watowe żarówki. Mężczyźni trzymają mnie ostro w ryzach. W drzwiach staje Japończyk w masce. Gra jakaś ostra muzyka, od której wszystko wibruje, a szkło trzęsie się jak alkoholiczka.
- Ty głupia suko! Od nas chciałaś uciec?! Ode mnie, suko?! – woła Japoniec. Jakaś kobieta chwyta mnie za głowę i potrząsa nią. W ciemności widzę zęby babsztyla. Szczerzą się na mnie z pełnych, uszminkowanych fioletowo warg. Facet w masce podchodzi. Pochyla się, klęka, bada. Patrzę na niego szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Mężczyzna rysuje koncentryczne koła na mojej sukience, którą o dziwo znowu mam na sobie. Dotyka piersi. Gnie długimi palcami brzuch. Przebiera obrzydliwymi paluchami po zakamarkach ciała. Ma łysinę na czubku głowy i w ogóle bardzo rzadkie włosy. Dopiero teraz stwierdzam, jak niesamowicie duszno i gorąco tu jest. Czuć kwaśny odór potu.
- Dosyć - mówi władczo kobieta, a do pokoju wchodzą dwaj następni mężczyźni i nagi Nikodem. W ich oczach nic nie widzę. Śladu uczuć. Zastanawiam się, czy to „dosyć” dotyczyło ilości. Obaj mężczyźni noszą śmieszne maski z latexu lub gumy.
To znaczy, byłyby śmieszne, gdyby nie moje położenie.
Bydlaki w mundurach popychają mnie nowoprzybyłym. Szarpię się. Jeden z zamaskowanych chwyta mnie mocno. Obrzucam go pełnym protestu spojrzeniem. Wygląda jak ostatnia ciota. Nosi skórzane kozaki na koturnach, wysokie i świecące jak strusie jaja. Przez swoją maskę na pewno niewiele widzi. Ma otwór na nos i zatrzaśnięty błyskawicznym zamkiem otwór gębowy.
Parskam śmiechem. Jest chudy i smukły jak chłopiec, a na dłoniach nosi różowe pończochy i boa okręcone wkoło ramion. Springi napinają się na jego kościstym tyłku za każdym razem, gdy stawia krok.
Drugi z mężczyzn zauważa moje rozbawienie. Postanawia mnie ukarać. Przesuwa po mojej twarzy długim, posrebrzanym pazurem w kształcie stożka. Paznokcie te migotają w świetle trzymanej przez Nikodema latarki. Drugi facet staje nade mną na rozstawionych szeroko nogach. Włochaty jak małpa. Nosi srebrne, podkute metalem buty i ćwiekowany pas. Urwał się z Parady Miłości, dupek.
- Co chcecie mi zrobić, popaprańcy?! - syczę przez zęby. Wszyscy zatrzymują się w bezruchu i zaskoczeni, że pchła taka jak ja mówi, patrzą w moim kierunku.
- Chcemy cię przygotować, maleńka. Przygotować na najgorsze. Zostałaś wybrana. - odpowiada kobieta.
I zaczyna się od nowa. Love Parade uśmiecha się od ucha do ucha. Chyba mu ktoś ostatnio poszerzał ten uśmiech. Zza jego pleców patrzy Nicki. Nie pozwalają mu podejść bliżej, może z obawy, że spojrzę na Nikodema z wyrzutem, albo napluję mu w pysk.
Jeden z garniturów uśmiecha się, trącając drugiego. Ma równe, owalne zęby. Wszystkie srebrne. Muzyka milknie, a jeden z garniturów zakłada mi na szyję smycz dla psa. Jest przetarta i okrwawiona. Boję się myśleć, skąd ją mają. I czy krew jest zwierzęca, czy nie.
I znowu mnie wyprowadzają. Kolejne pomieszczenie. Pali się tu matowe światło w papierowym lampionie. Korytarz zdobią freski, a właściwie zarysy. Przedstawiają przeraźliwie chude, podobne do tulipanów kobiety. Nagle widzę rozbłysk. Migotanie. To w jednym z pokoi puszczają film z antykwarycznego wyświetlacza. Obraz pojawia się na papierowej ścianie.
Popychają mnie do środka pokoju. Tworzą go ruchome ściany z oklejonych papierem listew. Japończycy mówią na to szoji. Rzucam szybkie spojrzenie na wnętrze. Meble eklektyczne, stylowe, białe i rzadkie. Pokój duży. Mężczyźni wychodzą. Zasuwają story. Przechodzą korytarzami. Zsuwają wszystkie papierowe drzwi, prowadzące do tego pomieszczenia. Za kawałkiem papierowej ściany spostrzegam zarys sylwetek ludzkich. Postacie zlewają się ze sobą. Szepczą. Widzę cienie rozmawiających dyskretnie mężczyzn. Rozglądam się po pomieszczeniu. Ruchoma holotapeta na ścianie przedstawia morskie ryby rzucające się we wzburzonym morzu. W oddali zielony w świetle zielonego światła horyzont. Za horyzontem nieład gwiazd, oraz brzuch jednego z tych gigantycznych delfinów. Wszystko, kiedy badam ścianę palcami okazuje się ujęte w japońskie, rozwijane obrazy na płótnie.
Gaśnie światło. Po chwili zaczyna się wewnątrz pokoju szaleństwo kolorofonów. Migacze. Leżę w bezwładzie nóg. Sama w ogromnym pokoju. W końcu słyszę szepty. Mężczyźni wracają. Do środka wchodzi kilka cieni. Papier szeleści, listwy piszczą. Jako ostatni wchodzi Japończyk w masce. Kobieta jak zawsze stoi przygotowana w drzwiach. Odgina ręką kark i przeciąga się, jak pieprzona kotka.
- Jesteś gotowa? - pyta poważnie jeden z mężczyn. Oczy mu błyszczą.
Nagle ściana zapala się i znika. Ktoś ciągnie mnie za smycz. Nakłuwają mnie. Czuję ciepłą rękę. Zaciska się.
Japończyk wskazuje krzesło. Jest takie, jak u dentysty, albo ginekologa. Metalowe i błyszczące. Zapala się światło. Kłują mnie.
Spadam.

*

Gdy wszystko dobiega końca, ta zdzira z bezpieki scałowuje ze mnie rany. Jesteśmy same. Ja leżę na podłodze. Próbuje odpiąć mi smycz. Trzyma moją głowę, jakbym była noworodkiem. Słychać rozmowę na dole. Pogrążamy się w snach.
- Ty nie widzisz, co oni mi robią?! – pytam.
- Chcą cię zniszczyć - odrywa mi z czoła spocone włosy. Gładzi je. W głosie kobiety nie słyszę pogardy. Próbuję leżeć bez ruchu. Wszystko mnie piecze. Tatuaże, nacięcia... Musieli mnie przywiązać paskami. Kobieta mnie uwolniła.
- Jesteś... z nimi? - pytam cicho.
- Wydostanę cię.
Patrzę na nią z wyrzutem.
- Naprawdę! - w jej oczach stają łzy. - Wcześniej nic nie mogłam zrobić! Nic!
- Zamknij się, ty parszywa gnido! - warczę, na co nowy pocisk bólu posłany w moje zwinięte ciało przywołuje mnie do posłuszeństwa.
- Nie... Nie... Nie... – chwyta się za głowę. W oczach ma łzy.
- To i tak dobrze na kogoś, kto nie może wystawić cipy za furtkę! - śmieję się z niej.- Bo przecież jesteś tu na tych samych warunkach, co ja! To schronisko dla psów!
- Przestań!
- Kiedyś wywiozą, cię, suko na śmieci!!! - śmieję się ochryple. Na schodach dudnią buty.

*

Takie zabiegi powtarzają się raz na jakiś czas. Poza tym czasem mogę oglądać holowizję. Oszczędzają mnie. Ale głównie każą mi ślęczeć w kabinie. Klitce, przerobionej chyba z toalety, pomalowanej wściekłym różem, gdzie wszystko, nawet ściany wyłożono pluszem.
Odbieram połączenia z telekomunikatorów osobistych różnych szych urzędniczych. Trwa to za każdym razem przez około cztery godziny. Z głową podłączoną do symulatora spełniam każdy zboczony wybryk, na jaki stać te świnie. Pozwalam sobie robić takie rzeczy, że rzygać się chce. Nie czuję fizycznego bólu, ale to nie ma znaczenia. Wszystko widzę.
Mam też świadomość, że ofiarą pada moje wirtualne alter ego. Klient nigdy nie wie, że to nie jest rzeczywistość.
Mówię do nich rozwiązłym, sprośnym, gardłowym głosem, który nie należy do mnie. Potem głos ten przemienia się w krzyk. Mam obsługiwać kabinę, dopóki nie zagoi się opuchlizna.
Po telefonach następny zabieg.
Kobietę z bezpieki zabrali. Kiedy ją wyprowadzali, kopała nogami wszystko, co znalazło się w ich zasięgu. Miała zastygłą przerażeniem twarz. Nigdy już nie wróciła.
Kabinę za mną zajmuje piękna, długonoga kobieta o chłodnym, ale dźwięcznym alcie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że te jej nogi z marzeń są sprawnym oszustwem. Raz zdjęła przy mnie jedną z pończoch. Wraz z nią odkleiły się kawałki sztucznej, syntetycznej skóry. Pod synteksem zobaczyłam zarośnięte nogi łosia. Kobieta jest mutantem. Prawie zemdlałam, widząc, jak przechadza się po pokoju.
Na imię ma Maja. Właśnie przechodzi obok. Odwraca się do mnie, wyczuwając spojrzenie. Wita mnie uśmiechem dojrzałej kobiety. Trochę słodkim, trochę gorzkim grymasem uszminkowanych ust. Potem znika na schodach, dudniąc przenikliwie.
Jest... coraz... to ... mniej... realnie...

*

Tyle pamiętam. Mało, ale zawsze coś. Nie pamiętam natomiast wielu lat mojego życia. Szczegółów, jak twarze rodziców, czy przyjaciół. Efekt jak sądzę terapii ambulatoryjnej, jakiej mnie tu poddawano.
No dobra... Pamiętam jeszcze strzykawki.
Czuję jego policzek przy moim. Ciepły oddech łaskoczący w ucho.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -