Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




KATEDRA

Tomasz Bartosiewicz

Cały konfesjonał zatrząsł się w posadach gdy opadł na klęcznik ciężko jak powalone drzewo. Przez chwilę się nie ruszał drżąc jak osika na wietrze i trąc zgrabiałe od zewnętrznego chłodu dłonie. W myślach układał słowa usilnie doszukując się w nich oznak szaleństwa, które w błogi sposób wyjaśniłoby mu wszystko, co do tej pory zobaczył. Jakie to proste tak zwyczajnie oszaleć, tak pięknie zostać uznanym za wariata, dostać przytulny pokoik i kaftan z tymi śmiesznymi rękawami. Jakim komfortem jest wiedzieć, że to, co widzisz jest tylko wytworem twojego szaleństwa.
Odetchnął ciężko w lniany materiał przybity za drewnianą kratownicą okienka konfesjonału, na którego rozświetlonym tle malował się cierpliwy cień postaci po drugiej stronie. Pochylonej, jakby wspartej na jednej ręce.
- Wybacz mi ojcze, bo to była katedra – zaczął i w tej chwili pierwsze łzy ukojenia pojawiły się na jego policzkach. – To była katedra ojcze, a my nic nie wiedzieliśmy… - zaczął łkać. Brzmi jak szaleniec. Musi wziąć się w garść i wszystko z siebie wydusić. Musi wyrzygać ten ciężar i nic nie jest odpowiedniejsze by go przyjąć niż drewniane ściany konfesjonału. Spróbował więc jeszcze raz powoli i po kolei opowiedzieć, a początek opowiadania tkwił w porannym październikowym słońcu, które wzeszło cztery dni temu nad drewnianym domkiem na skraju lasu…

Był to niespodziewanie piękny poranek, którego nie przepowiadały ostatnie ulewy oraz dudniące za oknami nocne grzmoty. Deszcz leniwie wysychał na rozjaśnionych pomarańczowym światłem szybach tworząc na nich pyliste ścieżki, które mieniły się niczym sznury pereł . Na zewnątrz mgła powoli opadała odsłaniając kolejne warstwy traw i pożółkłych liści, dając wrażenie, iż unoszą się one w niemal niematerialnej chmurze.
Na poddaszu drewnianego domku, ze spadzistym dachem pokrytym czarną papą, nastąpiło lekkie poruszenie akompaniowane przez ciche szelesty koców, plecaków, brzdęk szklanych butelek i pierwsze świergoty rannych ptaszków. Elektryczny czajnik szumiał wesoło rozbudzając w mieszkańcach marzenia o kubku gorącej kawy. Wrzawa w domku powoli zaczęła nabierać na sile formując się w niczym nieograniczony chaos dnia wyjazdu.
Stanął w otwartym oknie wpuszczając do środka wilgoć i chłód. Świeże powietrze przyjemnie orzeźwiało i pobudzało rozwiewając przy tym gęste kłęby pary wydobywające się z jego metalowego kubka. Niczym posąg mędrca wpatrywał się w opadającą mgłę i niezwykły, niemal rozmyty przez nią krajobraz malujący się w odcieniach coraz jaśniejszego pomarańczu. Nie brał udziału w dzisiejszej chaotycznej walce o odnalezienie wszystkich pozostawionych rzeczy. Spakował się już wczoraj.
- Adaś nie widziałeś moich map? – głos ten wyrwał go z zamyślenia. Radek. Przyjaciel i daleki kuzyn jednocześnie, do którego ze względu na zamiłowania i pewne podobieństwo do jednej z serialowych postaci przylgnęła ksywka Radar. Stał w drzwiach na wpół zgięty zupełnie jakby przed chwilą uciekał przed jakąś dziką bestią, okulary w cienkich oprawkach zsunęły mu się na czubek nosa, zaś smolisto czarne włosy tworzyły na jego głowie niemal rzeźbę nowoczesną. Idealny wygląd dla szalonego naukowca, który przed chwilą stworzył potwora. Niestety był on tylko początkującym geodetą na wakacjach.
- Wydaje mi się, że widziałem je wczoraj w kiblu na wieszaku, chyba ktoś za bardzo wziął sobie do serca, kiedy mówiłeś, ze te mapy są do … dupy. – Odpowiedział, jednak ostatnie słowo nie dotarło do jego rozmówcy, gdyż ten z głośnym hukiem adidasów uderzających o drewniane schody zbiegł na dół. On zaś, Adam Kler, powrócił do spokojnego obserwowania tego niezwykłego poranka lecząc suchość w ustach i szum w głowie kolejnymi łykami herbaty. To będzie ciekawy dzień – pomyślał nie mając nawet pojęcia ile prawdy było w tym zdaniu.
Ostatnim haustem osuszył kubek i jeszcze zdołał usłyszeć triumfalne „Jest kurwa!” padające z ust jego kuzyna. Najwyraźniej papier toaletowy jeszcze się nie skończył i nikt nie użył jeszcze jego ukochanych map do celów arbitralnie wyznaczonych im przez resztę grupy, czyli „do dupy”. Zamknął okno, podczepił kubek do jednego z pasków wiszących przy jego plecaku, poczym zarzucił go na ramię z zamiarem dołączenia do pozostałych, zgromadzonych na parterze, współlokatorów.
Sytuacja na dole przypominała wojnę trzech zdezorganizowanych partyzantów z całymi zastępami armii bałaganu. Romek biegał po całym parterze sprawdzając wszystkie gniazdka w poszukiwaniu ładowarki do GPS. Marek precyzyjnie starał się uporządkować swoje rzeczy coraz stwierdzając że jednak źle się spakował, przez co nie wszystko się zmieści i musi zaczynać od początku. W życiu osobistym ten nauczyciel WF-u z podstawówki podobno był równie precyzyjny, co czasami doprowadzało do szału zarówno dzieciaki jak i jego narzeczoną – Lidkę, wielkoduszną studentkę matematyki, która aktualnie przerwała działania bojowe i niczym rasowa kobieta zaczęła się malować w łazience nie zwracając uwagi na to co się dzieje dookoła. Kiedyś zapytana, czy zaczęłaby robić sobie makijaż w trumnie, gdyby ktoś ją zakopał żywcem odpowiedziała, że prawdziwa kobieta musi zawsze wyglądać pięknie, choćby dla nekrofila.
- Pomóc wam w czymś? – rzucił jakby w przestrzeń.
- Widziałeś moją ładowarkę do GPS? – spytał Radar ponownie sprawiając wrażenie ciężko wystraszonego człowieka. Tym razem Adam niestety tylko pokiwał głową.
Gdy już wszystkie zagubione gadżety się znalazły, kawa rozświetliła żołądki i umysły, zaś plecaki wypełniły się tym, co niezbędne przyszedł czas na chwilę wytchnienia. Słońce wisiało już dość wysoko nad ziemią zapowiadając piękny, jesienny dzień. Wynieśli plecaki na zewnątrz i przysiedli na niewielkim, drewnianym tarasie znajdującym się za domkiem. Pomiędzy jego deskami wyrastały pojedyncze źdźbła trawy zupełnie jakby szykowały się do tego by pochwycić taras i wciągnąć go z powrotem w zieloność. Wdychali chłodne powietrze smakujące sosnowymi igłami i wilgocią z lekką nutką aromatu butwiejących liści. Wygrzewali twarze na słońcu ciesząc się ostatnim dniem wakacji.
- To co? Zbieramy się na stację? - rzucił Adam. Słońce rozświetlało jego blond czuprynę tworząc z niej swoistą, nieco potarganą aureolę.
- Później – odparł Radek – przecierając starą chusteczką zatłuszczone okulary. Nawego twarzy pojawił się lekki uśmiech poprzedzony szybkim, porozumiewawczym spojrzeniem wymienionym z Markiem.
- Ok, więc co się szykuje? – mruknął Adam z nieukrywaną radością. Wiedział, co znaczą te uśmiechy – chłopaki zaplanowali na sam koniec coś wyjątkowego, ostatni fajerwerk by zakończyć te niezwykłe wakacje.
- No przyznajcie się, bo zaraz wybuchnę z tego napięcia. – odparła Lidka wbrew pozorom raczej znużona niż przejęta. Adam zauważył, że była jakby niewyspana, co mogło oznaczać, że komary nie dawały jej spać, lub ostatniej nocy Marek wykazał się popisową kondycją w łózku.
- LARP – padło z ust pedantycznego nauczyciela WF.
- Life Action Role Play, czyli Gra Odgrywania Ról na Żywo. – Radar pospieszył z tłumaczeniem czując na sobie dwie pary pytających oczu. Kontynuował gdy poczuł, że wisząca w powietrzu atmosfera kompletnej dezinformacji jeszcze nie opadła. – Grupa ludzi pod okiem jednego, którego nazywa się Mistrzem Gry wychodzi w teren poprzebieranych w średniowieczne łachy, wcielają w postacie, które sobie wymyślili i … grają.
- Coś jak sztuka improwizacji, teatr dell’arte? – zabłysnął Adam – Jednak nie wiem nadal co to ma wspólnego z naszą sielską wycieczką?
- Bunkry. – ponownie odezwał się Marek zupełnie jakby dziś dał radę mówić tylko urywkami zdań – Radek znalazł gdzieś na starych mapach, że niedaleko naszego domku są stare, poniemieckie bunkry, a że na wiosnę organizujemy dość spory zjazd miłośników LARPa, to postanowiliśmy, ze sprawdzimy, czy nadają się one.
- Nadają do… czego? – powiedziała Lidka nieco nieprzytomnie jakby wyrwana z płytkiej drzemki.
- Chcecie wykorzystać architekturę bunkrów jako lochy! – Adam niemal krzyknął uradowany swoim nagłym oświeceniem – Przecież znając Niemców to tam powinny być prawdziwe labirynty, a do tego dochodzi jeszcze klimat błądzenia po starych ruinach.
W ich oczach pojawił się błysk mówiący niemal Tak bracie, o to chodziło! Później żałował, że nawet nie próbował odwieść ich od tego pomysłu. Bardzo żałował.
Poruszył się nerwowo. Nogi mu cierpły i drżały, zaś nieobity klęcznik konfesjonału mocno odcisnął się na kolanach. Jakaś ćma odbijała się od zaciągniętego płótnem okienka wydając przy tym rytmiczne dudnienia niczym zawodowy owadzi perkusista, próbując się przebić do bezlitośnie niedostępnego światła. Wiedział jak ona się teraz czuje.
Musiał to wszystko z siebie wyrzucić. Musiał powiedzieć o tym jak Radek z uśmiechem i niemal dumą wyciągnął z kieszeni plecaka kserokopie niemieckich map, które zrobił po kryjomu gdzieś w uniwersyteckiej bibliotece. O niemieckich nazwach przetłumaczonych i zapisanych ołówkiem na tychże kartkach. O ozdobnej pieczęci widniejącej w prawym, dolnym rogu jednej z nich, w której szczycie widniało dumne słowo THULE.
Miał wrażenie jakby jego umysł zaczął się osuwać w ciemność. W jego głowie panował chaos spowodowany panicznym pragnieniem umysłu do zanegowania wszystkiego, co do tej pory doświadczył. Konflikt między jego wspomnieniami, ośrodkiem logicznego myślenia i jego własną psychiką przerodził się w otwartą, bezpardonową wojnę.
Chłodny podmuch wdarł się do niewielkiego kościółka przekrzywiając płomienie tlących się na ołtarzu świec. Musi to wszystko z siebie wyrzucić. Zrobi to. Zrobi, a potem najzwyczajniej w świecie zwariuje. Opadnie w szaleństwo jak w miękkie, przytulne łoże. Da się zamknąć w celi, sam założy sobie kaftan i nawet sam go zwiąże jeśli będzie taka potrzeba, a potem spędzi resztę życia z radością łykając wszystkie kolorowe pigułki jakie tylko dostanie od wesołego pielęgniarza.
Musiał jednak najpierw powiedzieć, że wyszli do lasu. Zabrnęli bardzo głęboko w to piękne, październikowe przedpołudnie śpiewając po drodze piosenki niczym harcerzyki, śmiejąc się i wymieniając tymi sprośnymi dowcipami, które jeszcze nie zostały opowiedziane przez te dwa tygodnie spędzone razem na skraju lasu. Mówił dalej, a jego łzy ponownie skropiły zakurzone i wytarte z lakieru drewno.

- Jesteś pewny, ze wiesz, gdzie idziesz? – spytał wpatrującego się w kompas Radka. Od godziny powtarzał im, ze za dziesięć minut będą na miejscu i wszystko wskazywało na to, że zapalony geodeta wyposażony w kompas, mapy i całkiem sprawny GPS najzwyczajniej w świecie się zgubił.
- Przerwa! – krzyknął Marek i z głośnym jękiem odstawił ciężki jak sztanga plecak.
- Nie no co wy!? Nie zatrzymujmy się, jestem pewny, że to za tym wzniesieniem!
- Byłeś tak samo pewny cztery wzniesienia i dwa strumienie temu. –zgasiła go Lidka – Choć nadal jestem pewna, że dwa razy przeszliśmy przez TEN SAM strumień.
- Nie był ten sam, tylko podobny! No nie róbcie mi tego, to na pewno już tutaj!
- Więc idź za to wspaniałe wzniesienie i schodząc opowiesz nam jakże malownicze bunkry znalazłeś – mruknął Marek siadając na obszernym kamieniu.
Szli przez gęsty jak puszcza las od około dwóch godzin, z których od godziny uznawali się za oficjalnie zgubionych i choć Radek starał się jak mógł wyprowadzić ich na właściwą ścieżkę to mimo wszystko czuli jakby krążyli w kółko w gęstwinie więdnącej zieleni. Minęło też trochę czasu odkąd po raz ostatni widzieli wydeptaną przez ludzi ścieżkę tak więc ich pierwotny zapał umarł z krzykiem żywcem pogrzebany w lawinie zmęczenia, niepewności oraz przeczucia, że bez oficjalnej akcji ratunkowej nie znajdą właściwej drogi.
Geodeta właśnie schodził z górki, która miała być ostatnią przeszkodą dzielącą ich od celu podróży, i z jego miny można było wprost wyczytać, że jednak nie było to owo „ostatnie wzniesienie”. Dodatkowo wyraz jego twarzy i bezradne wzruszenie ramionami dobitnie dało im do zrozumienia co zobaczył za niewielką górką – las, żadnych bunkrów.
Marek poderwał się z głośnym kurwa mać!, które tak naprawdę w pełni nie zdołało opuścić jego ust, gdy ten zamarł. Spójrzcie! Mruknął wskazując palcem na kamień i przyklękając. Wszyscy zgromadzili się wokół niego wraz ze zdyszanym, nieudolnym przewodnikiem wyprawy, który na widok ich poruszenia zbiegł z górki niemal nie potykając się o własne nogi.
Kamień jak kamień. Ogromna bryła różowego, oszlifowanego deszczem kwarcu, który zdążył porosnąć mchem i nosił ślady spodni Marka wyryte czystymi smugami w grubej warstwie pyłu i zaschniętego błota. Jednak nie sam głaz był tak fascynujący jak to, co się na nim znajdowało. Napis. Krótki, w języku niemieckim, opatrzony z góry znanym emblematem orła trzymającego w szponach laurowy wieniec ze swastyką i choć sam w sobie był niemal kompletnie nieczytelny (a nawet gdyby był, to i tak żadne z nich nie było biegłe w niemieckim), to jego przekaz był dla nich jasny. Nieważne gdzie się znajdowali, ważne, że byli blisko.

Głos zaczął mu drżeć. Zacierane ręce piekły i szczypały od tysiąca małych otarć i ukłuć. Jego rozmówca niezmienni milczący trwał bez przerwy w tej samej pozycji jakby zbyt przerażony, zafascynowany bądź wręcz przeciwnie – obojętny by choćby drgnąć. Denerwował się. Choć uciekł tak daleko, choć zniszczył to, choć katedra się zawaliła, to mimo wszystko…
- Ojcze, my nic nie wiedzieliśmy. – podjął – Gdy znaleźliśmy ten kamień, zaczęliśmy szukać. Szukaliśmy przy ścieżkach, jednak nic tam nie było… tylko drzewa i liście… aż Marek…

- Znalazłem coś! – wrzasnął triumfalnie odgarniając gęstą zasłonę z gałęzi dzikiej róży.
Niby nic. Tak jak wszędzie była tu trawa upstrzona nielicznymi grzybami i kilkoma suchymi liśćmi, jednak znajdowały się również kamienie. Różnorodne głazy wielkości pięści wciśnięte do połowy w ziemię najpierw z rzadka następnie coraz gęściej tworzyły prowizoryczną ścieżkę ułożoną w charakterystyczne kocie łby, która stopniowo chowała się pod baldachimem gałęzi z drugiej strony krzewu.
- Mamy jakąś maczetę? – spytał Radek krzywiąc się zupełnie jakby chciał się czemuś przyjrzeć lub jakby próbował prześwietlić gałęzie wzrokiem.
- Radar, mamy tylko stary scyzoryk i nóż do masła, a na to cholerstwo to by się raczej miotacz ognia przydał – zbeształa go Lidka z założonymi rękami mierząc wzrokiem ponad dwumetrowej wysokości krzew.
- Sprawdzę to – mruknął Adam, poczym sięgnął do plecaka. Przez chwilę wszyscy patrzyli na niego niczym na szaleńca-masochistę, który ma zamiar dać się obedrzeć ze skóry przez ostre jak brzytwy igły, lub jak na zwykłego szaleńca, który nigdzie nie rusza się bez swojej ukochanej siekiery. Niestety ku ogólnemu rozczarowaniu dobył on jedynie grubej bluzy z kapturem, którą natychmiast ubrał pomimo upału. Naciągnął rękawy na dłonie, twarz osłonił kapturem i tak uzbrojony zaczął brnąć w kolczastą gęstwinę łokciami torując sobie drogę. W napięciu obserwowali sylwetkę swojego przyjaciela pochłanianą przez łapczywe ramiona róży.
- Kur …. ! – wrzasnął poczym zniknął im z oczu. Wzdrygnęli się przerażeni, Marek podszedł do przodu gotów rzucić się na ratunek pomimo powstrzymującej go dłoni Lidki spoczywającej na jego ramieniu.
- Bracie żyjesz?! – wrzasnął Radar w głąb różanego krzewu. Odpowiedziała mu tylko cisza.
- Żyję, ale jest tu kurewsko ślisko !- Usłyszał po chwili nie dającej się znieść ciszy.
- Dobra, idziemy do ciebie, uważaj na głowę! – krzyknął Adam. Następnie wszyscy ubrali się w jak najgrubsze rzeczy i ostrożnie zaczęli przeciskać między cierniami pozwalając by ich plecaki potoczyły się przodem.
- Ja pierdolę … Yeti! – ryknął Radar na widok Adama obdrapanego przez ciernie, umorusanego błotem, z liśćmi i drobnymi gałęziami poprzyczepianymi do ubrania. Ten jednak nie zwrócił na niego uwagi patrząc bez słowa przed siebie. Wtedy zobaczyli ją po raz pierwszy.
Masywna budowla w stylu gotyckim górowała nad nimi ukazując w całej swojej fasadę zdobioną dziesiątkami arkad i rzeźb przedstawiających anioły, świętych i sceny biblijne ciasno ustawione w miejscu galerii królewskiej. W niebo celowały dwie ozdobne, strzeliste wieże pokryte stalowo szarą dachówką. Między nimi zaś rozpościerał się majestatyczny, kolisty witraż mieniący się w słońcu tysiącami barw. Sama budowla wyglądała na dawno opuszczoną. Porastający jej ściany do wysokości drugiego piętra bluszcz starannie zasłaniał i wdzierał się w liczne pęknięcia i dziury wydarte na poszarzałych ścianach zębem czasu. Jedna z wież lekko się przekrzywiła w kierunku zachodu niczym zmęczony życiem starzec i groziła runięciem na sklepienie budowli. Sama katedra znajdowała się na dnie głębokiej, stromej doliny, co czyniło ją całkowicie niewidoczną z poziomu otaczającego ją lasu.
Tzyk! Na ten dźwięk podskoczyli przerażeni odwracając się za siebie. Ujrzeli tylko zakłopotaną twarz Lidki trzymającą w wyciągniętej dłoni telefon komórkowy.
- No co? Zdjęcia cyknąć nie można? – Spytała kurcząc się wręcz pod miażdżącym naciskiem dezaprobaty płynącej z ich oczu. – A tak poza tym to kompletnie nie ma tu zasięgu – dodała.
- W tak głębokiej dziurze to się nie dziwię. – skwitował Radar – Ale to zdecydowanie lepsze niż jakieś zakichane bunkry!
- Święta racja… - potwierdził wuefista zapatrzony w potężne, ozdobne wrota.
- Będziemy tak stali czy zobaczymy co jest w środku? – Spytał Adam, który do tej pory zdążył otrzepać się z większości syfu, w który wpadł, poczym tak jak poprzednim razem (zupełnie jakby niczego się nie nauczył) poszedł przodem. Przy samych wrotach powitały ich wykrzywione w konwulsyjnych pozach demoniczne rzygacze w towarzystwie gotowych do skoku kamiennych gargulców zapatrzonych w nadchodzących gości. Szarpnął na uchwyt bramy. Przeżarte przez korniki drewno zaskrzypiało przeraźliwie, jednak ani drgnęło. Drugie szarpnięcie. W powietrze wbiły się tumany suchego, cuchnącego grzybem pyłu. Stare zawiasy zajęczały przeraźliwie dając wreszcie za wygraną.

- Naprawdę żałuję, że w ogóle znaleźliśmy to miejsce… - mówił starając się nie zwracać uwagi na narastający ból w plecach. – Ojcze… tam było krzyża… to była Katedra… ale nie wzniesiona na cześć Boga…
Pamiętał to wszystko dokładnie. I będzie pamiętał do końca swoich dni. Jak przekroczyli próg. Jak ich oczom ukazała się ogromna główna nawa z wysokim, zdobionym sklepieniem i wspaniałymi kolumnami z wyrzeźbionymi w nich postaciami ludzi, zwierząt i nieboskich stworzeń uchwyconych w pozach, które pozwalały myśleć, iż to one dźwigają całą konstrukcję. Z każdej z tych kolumn zaś zwieszona była czerwona flaga ze swastyką uchwyconą w laurowy wieniec. Zamiast krzyża zaś wisiał zajmujący jedną trzecią ściany obraz przedstawiający surową twarz człowieka, który gniewnym i władczym wzrokiem obserwował wszystko, co działo się pod nim. Patrzyli na żywe kolory, błyszczące posadzki, złote zdobienia wyglądające jakby dopiero co wyjęto je z odlewni. Tutaj ząb czasu zdawał się nie sięgać.

- Dobry Boże… Czy mi się wydaje, czy tam wisi podobizna Hitlera? – Wymamrotał Radar. Lidka odruchowo przycisnęła się do Marka, który oglądał pomieszczenie z chorą wręcz dozą podziwu i fascynacji.
- Nie sądzę, żeby to była tylko podobizna. To najzwyczajniej w świecie jego portret- stwierdził.
- Jak można zrobić coś takiego? – spytał Adam nie odrywając oczu od hipnotyzującego spojrzenia człowieka, który za czasów swojej świetności spalił pół europy. Nikt mu nie odpowiedział. Nikt się nie odważył. Wszyscy na długą chwilę po prostu zamilkli nie będąc w stanie pójść naprzód, ani nie mogąc się wycofać.
- Rozejrzyjmy się tu trochę. To może być naprawdę dobre miejsce – powiedział Marek niepewnie wkraczając głębiej. Reszta postąpiła za nim niczym owieczki na rzeź. Adam przez chwilę szukał słowa, którym mógłby opisać wygląd wnętrza budowli. Jedyne, które znalazł brzmiało: bluźnierstwo. W miejscach, gdzie zwykle wisiały obrazy przedstawiające czternaście stacji męki pańskiej były przywieszone wizerunki wysokich rangą niemieckich oficerów i naukowców, czego można by się domyśleć po ubiorze danych postaci. Żadna z nich jednak nie była kimś, kogo znali z kart podręczników historii. Wszystkie ławki, jak i niektóre płyty podłogi były opatrzone znanym im emblematem orła. Każdy zaś z wiszących na ścianach obrazów zawierał krótki podpis : THULE – 1943. W centralnym punkcie nawy zamiast ołtarza stały masywne organy z mosiężnymi, błyszczącymi piszczałkami ułożonymi w fantazyjne, faliste rzędy.
- Ktoś musi dbać o to miejsce – powiedziała Lidka niemal szeptem starając się nie okazywać niepokoju i strachu, które pod jej grubym swetrem odznaczały się nieprzemijającą gęsią skórką.
- Może jest tu jakiś dozorca czy ktoś w tym stylu to od razu będziemy mogli załatwić sprawy prawne dotyczące zjazdu – głos Radka brzmiał sucho i rzeczowo, jednak i jego ogarniało dziwne, nieprzyjemne uczucie, którego nie był w stanie bliżej określić. Było to coś pomiędzy strachem, a apatią. Jak przeczucie nieuchronnej katastrofy.
- Chodźcie tutaj! –zawołał Adam, który w tym momencie prowadził dokładne oględziny bibelotów wieńczących niewielką półkę przytwierdzoną do zdobionego płaskorzeźbami frontu organów. Podeszli bliżej. Na śnieżnobiałym, koronkowym obrusie okrywającym mahoniową półeczkę ustawione były dwa, srebrne świeczniki z tkwiącymi wciąż w nich nowiutkimi świecami. Między nimi spoczywała niewielka książeczka w czarnej, skórzanej oprawie i czarno-biała fotografia w złoconej ramce. Na fotografii zrobionej w plenerze były te same osoby co na portretach. Wszyscy w grupie, uśmiechnięci, najwyraźniej bardzo szczęśliwi. Każdy przedstawiał, lub miał coś, co zapewne miało w przyszłości pomóc w zidentyfikowaniu kto i czym się zajmował. Jeden trzymał wojskową apteczkę w kształcie walizy postawioną na ramieniu tak jak dawniej ludzie, którzy byli „na luzie” nosili magnetofony i boomboxy. Kolejny stał z mikroskopem, kilku chwaliło się karabinami, dwóch czy trzech w charakterystycznych czapeczkach kojarzących się tylko i wyłącznie z safari podnosiło nad głowy stare wiosło. W centralnym zaś punkcie zdjęcia stała niewysoka dziewczyna o anielskiej twarzy i kruczoczarnych włosach do połowy schowana za wielką, kamienną tablicą pokrytą piktogramami, o którą się nonszalancko wspierała. Wszystko utrzymane w charakterze beztroski i lekkiego dowcipu. Nic dziwnego przecież hitlerowcy też mieli poczucie humoru… no na pewno przynajmniej niektórzy. Uderzający był jednak jeden szczegół, który nie umknął Adamowi, a który nadawał całemu zdjęciu atmosfery dość niepokojącej tajemnicy. Ta młoda, piękna i uśmiechnięta dziewczyna z zawadiacko rozpiętymi kilkoma guzikami od jasnej koszuli z krótkim rękawem nosiła na ręku opaskę. Inną niż jej współtowarzysze na zdjęciu, którzy dumnie ukazywali swoje swastyki. Na jej opasce była gwiazda Dawida.
- Wygląda jak jakiś mini muzeum – mruknął Radar.
- Co o tym myślisz? – spytał Adam wskazując fotografię ledwie widocznym gestem dłoni.
- Nie wiem. Wygląda mi to na jakiś chory relikt z czasów drugiej wojny. Taki, jakich wiele można jeszcze znaleźć na tym świecie. Nie podoba mi się tutaj, to wygląda jak … - tu zamilkł na chwilę rozglądając się po witrażach i bezbożnych freskach, gdzie wszędzie pojawiały się te same motywy pogańskich bożków i mitycznych stworów – To wygląda jak Auschwitz dusz – dokończył.
- Oj tam podoba, nie podoba trochę się odmaluje i będzie jak ulał! – krzyknął wesoło Marek stając pomiędzy nimi i uwieszając się ich karków niczym odprowadzany do domu alkoholik. – Trzeba tylko znaleźć dozorcę i ugadać cenę. HALO!!! JEST TU KTO?! – wydarł się na całe gardło machnięciem ręki odganiając niczym natrętną muchę próbującą go uspokoić Lidkę. Adam przeciągnął delikatnie opuszkami palców po lśniących, wykonanych z kości słoniowej klawiszach. Uśmiechnął się przez chwilę do siebie widząc, że pomimo przekonań hitlerowców na klawiaturze organów nie brakowało ani jednego czarnego klawisza. Wcisnął jeden. Głucho. Cóż, nie można mieć wszystkiego – pomyślał.
Na zewnątrz zaświszczał wiatr. Zbliżała się najwyraźniej pierwsza z październikowych burz. Chłodne niczym trupi oddech powietrze błyskawicznie wdarło się do wnętrza starej budowli gwiżdżąc wśród szczelin w ścianach. Ktoś musi naprawdę dbać o to miejsce – pomyślał – Ale dlaczego tylko od wewnątrz?. Usłyszeli cichy trzask. Jedna z gałęzi w lesie nie wytrzymała i runęła w dół po zboczu doliny lądując z impetem na ścianie katedry, która w wyniku uderzenia obficie obsypała podłogę odpadającym tynkiem.
- Idzie burza.Myślę, że powinniśmy się stąd wynieść zanim to cholerstwo zawali się nam na głowy. – mruknął Adam.
- A ja myślę, że ta konstrukcja wytrzymała już nie takie wichury i nie mamy czego się bać – odparł Radek, którego najwyraźniej złe przeczucia kompletnie opuściły, gdyż wlepiał w tym momencie wzrok w kserówki map obracając je, przekładając z ręki do ręki i mamrocząc coś do siebie.
- Też myślę, że powinniśmy zostać. Rozejrzyjmy się trochę, to może znajdziemy tego człowieka, który jest na tyle głupi by tu sprzątać. – powiedział Adam sam dokładnie nie wierząc w swoje słowa. Z tym miejscem coś było nie tak i wcale nie chodziło tu o bezczeszczenie kościoła. To było coś nie tak w ten chory, fascynujący sposób i musiał się dowiedzieć co to dokładnie było.
Główna nawa była oddzielona od lewej ścianą, w którą częściowo zostały wmurowane dzielące je kolumny tworząc wrażenie jakby ktoś wyrzeźbił je w śnieżnobiałym tynku. Była też oczywiście opatrzona niewielkimi, drewnianymi drzwiami okutymi przy pomocy fantazyjnie wykonanych sztab. Przeszli do nich ostrożnie stawiając stopy i starając się na wszelki wypadek nie wchodzić pod nieliczne wyrwy w dachu. Ściana zewnętrzna prawej nawy była częściowo zawalona tworząc pod sobą niewielkie gruzowisko przypominające resztki topniejącego bałwana. Jakby sam Czas próbował się tu wedrzeć pomyślał Adam w pełni świadomy tego, iż to miejsce zaczęło go na swój sposób hipnotyzować. Wiedział, że inni też podzielają to uczucie.
Drzwiczki skrzypnęły cicho pod niezłomnym naporem silnej ręki Marka, poczym ukazały im bezkresną ciemność, którą natychmiast rozdarły snopy jasnego światła wypluwane przez ich dobyte z plecaków latarki. W takiej podróży przecież trzeba być przygotowanym na wszystko prawda? Na Wszystko. W lekko rozdygotanym świetle ujrzeli rzeczy, których nie powstydziłoby się niejedno muzeum. Rzędem na wieszakach wisiały grafitowe niemieckie mundury, niektóre połyskujące wypolerowanymi, charakterystycznymi piorunami SS. Obok kilka szafek, podwieszony do ściany telefon, kolejny portret w złotej ramie (tym razem przedstawiający ogolonego na łyso oficera z niewielkim wąsikiem, który poprzez okrągłe okulary w cienkich oprawkach spoglądał gdzieś w przestrzeń niemal dostojnym wzrokiem, prezentując przy tym emblemat czaszki przytwierdzony do jego czapki. Byli pewni, że gdzieś już o tym człowieku słyszeli, jednak nie mogli sobie przypomnieć nazwiska). Tuż obok którego znajdowała się sporej rozmiarów korkowa tablica z przyczepionymi kilkunastoma karteczkami jak i oficjalnymi maszynopisami w języku niemieckim. Przy drugim końcu nawy zaś, częściowo schowane za szklaną, matową ścianą znajdowało się przepisowo posprzątane biurko opatrzone maszyną do pisania, lampą naftową, kolejnym telefonem oraz kilkoma stosami równo poukładanych dokumentów.
- Ja pierdolę… - stwierdził Marek wznosząc się na elokwencyjne wyżyny podziwu wyrażanego przez statystycznego Polaka.
- Chciałbyś – odrzekła równie zafascynowana Lidka ruszając w stronę biurka, co zaraz za nią poczynił również Adam.
- Co to jest? – spytał widząc, że zainteresowała się plikiem zabazgranych piórem karteczek.
- Jakieś równania różniczkowe i wzory fizyczne. Opisy są po niemiecku więc nic z nich nie rozumiem, ale wygląda, ze prowadzili tu jakieś ostre badania.
Słowo ostre postawiło Adamowi wszystkie włosy na głowie w przypływie bardzo nieprzyjemnego dreszczu. Postanowił zająć się czymkolwiek żeby tylko nie było widać po nim jego zdenerwowania i zalążków strachu.
- Co myślisz o tym miejscu? – spytała gdy ten bezceremonialnie i niby od niechcenia otworzył szufladę biurka, w której spoczywało niemal typowe biurowe wyposażenie, na które składał się dość gruby plik czystego papieru, spinacze, kilka nienapoczętych cygar oraz zapalniczka na benzynę.
- Jest tu jakoś dziwnie. – zaczął obracając ją w palcach. Wyglądała na srebrną, prawdopodobnie prezent za jakieś zasługi, z żelaznym orłem na jednej ze ścianek. Ten symbol był tutaj prawie wszędzie. Przez chwilę się zastanowił czy papier toaletowy też mieli ozdobiony żelaznymi orzełkami. – Szczerze mówiąc to nie zdziwiłbym się, gdybyśmy natrafili na jakiegoś szurniętego dziadka, który się tu ostał jeszcze z czasów wojny, albo na jakiś odłam neonazistów.
- Tego właśnie się chyba boję, że natrafimy tu na Kogoś – powiedziała poczym stuknęła w klawiaturę maszyny do pisania. Wraz z cichym szczęknięciem na papierze pojawiły się czarne, nic nie znaczące literki. – Działa. – skwitowała wyraźnie zaskoczona.
- Znaleźliście coś ciekawego? – Spytał Marek mając na twarzy wyraz dziecka, które właśnie trafiło do wesołego miasteczka czy też innej nibylandii.
- Nic –odparł Adam pośpiesznie zamykając szufladę.
- A spójrzcie co my mamy! – W tym momencie wyciągnął w triumfalnym geście pistolet kalibru 9mm. – Chyba jest nawet naładowany! – poczym założył broń za pasek spodni.
- Odłóż to do cholery bo sobie ptaka odstrzelisz – warknęła Lidka wymijając go i wychodząc z prowizorycznego biura.
- A tą co ugryzło? – powiedział poprawiając broń. Adam stał ze spuszczoną głową i czekał na charakterystyczne BAM! i jeszcze równie nietuzinkowy okrzyk bólu wydany przez kogoś postrzelonego w rodzinne klejnoty. Nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego zauważył, że jedna z marmurowych płytek, na których stało biurko jest nieco wyślizgana, zupełnie, jakby ktoś coś po niej wielokrotnie przesuwał. Z ciekawości zajrzał pod mebel.
- Hej tu coś jest! – krzyknął ściągając na siebie uwagę swoich przyjaciół, jak i ich własne osoby wokół siebie. Wyróżniająca się płytka miała całkiem solidny i niemal całkowicie schowany, stalowy uchwyt.
- Pomóżcie mi – rzucił Marek łapiąc za biurko. Mebel pomimo małych gabarytów okazał się być niezwykle ciężki zupełnie jakby pod cienką warstwą płyt wiórowych kryło się stalowe zbrojenie, lub ktoś miał niecodzienne hobby kolekcjonowania uranowych prętów w szufladach. Adam miał przelotne wrażenie, ze z każdym centymetrem biurko robiło się coraz cięższe.

- Powinienem był wtedy posłuchać rozsądku ojcze … - mówił przez ściśnięte gardło łkając i próbując stłumić drżenie głosu. Nogi całkowicie mu ścierpły, w kościele zaś robiło się coraz chłodniej. Widział obłok pary wydobywający się z jego ust z każdym oddechem, który uderzał w poszarzałe płótno. Jego rozmówca trwał wytrwale. Poruszył się tylko lekko najwidoczniej ścierpnięty tak jak i on. Nie ma czemu się dziwić. Ile już tu siedział? Godzinę? Dwie? Miał wrażenie, że odkąd znaleźli tą klapę w podłodze stracił poczucie czasu.
Nie.
To nie tak.
Odkąd znaleźli Katedrę stracił jego poczucie. Kiedy tylko ją zobaczyli czas przestał dla nich swobodnie płynąć tak jak to zwykle obserwuje się upływ czasu.
On zaczął się szarpać.
Przyśpieszać i zwalniać.
Niektóre sekundy puchły niemal w nieskończoność, inne piętrzyły się i całymi lawinami zasypywały ich niemal wszystkie naraz. Wszystko jak w starej, zepsutej maszynie, która miałaby się zaraz rozlecieć w drobny pył. Nie ważne na jakie części by się posypała, Adam był pewny, że na każdej byłby emblemat orła z jednej strony, a słowo THULE z drugiej.
- Chciałem ich powstrzymać… – wykrztusił niemal szeptem choć wiedział, że nie była to prawda. Teraz tego chciał i gdyby mógł cofnąć czas na pewno by to zrobił. Nie pozwoliłby na to by choćby zbliżyli się do tej klapy. – Jednak zrobiliśmy to. Otworzyliśmy właz w podłodze choć był ciężki jakby był…

… z ołowiu. Choć tak naprawdę owa płytka-właz była zawieszonym na potężnych zawiasach, zbrojonym, betonowym blokiem zaopatrzonym dodatkowo w lśniący nowością, solidny zamek, do którego jednak nie znaleźli żadnej dziurki na klucz czy dźwigni. Z pomieszczenia pod nimi buchnęło na nich gorące, zatęchłe powietrze przesycone odurzającą mieszaniną smrodu wilgoci, moczu, rozkładu i zapachów, które stanowiły dla nich tylko potęgujące wrażenie nieczystości tło.
- Ja pieprzę, który tu puścił bąka? – zachichotał Radar nachylając się nad dziurą. W świetle latarek dostrzegli jedynie drewnianą, solidną drabinę i betonową, zawilgoconą wylewkę stanowiącą najwyraźniej podłogę.
- To co gramy w marynarza czy jak? – spytał Marek patrząc znacząco na pozostałych. Niestety nie zdążył nawet wyciągnąć palców przed siebie gdyż został wyminięty przez Lidkę, która drwiąc sobie z tradycji marynarza pierwsza zaczęła schodzić w mroczną czeluść. Nim schowała się całkowicie posłała im jeszcze kolejne przepełnione dezaprobatą spojrzenie jedynie życzliwszym wzrokiem traktując twarz Adama. On też chciał jak najszybciej mieć to wszystko za sobą. Następny zszedł Marek, któremu podali plecaki i latarki. Adam schodził jako ostatni. Gdy tylko głowę spod włazu zauważył pozostałą trójkę skupioną wokół niewielkiego panelu na ścianie.
- Chyba wiem! – rzucił Radek poczym przekręcił niewielki, czerwony zawór. W pomieszczeniu dało się słychać syk ulatniającego się gazu. Następnie pociągnął za znajdującą się obok dźwignię . Na ścianach zabłysły elektryczne iskry, które natychmiast zapaliły ulatniający się z kilku przytwierdzonych do ścian lamp gazowych metan. Po tym Radar przekręcił drugie pokrętło sprawiając tym samym, że płomienie choć się zmniejszyły to w zamian zabłysły rzędem jasnych, białych światełek.
- Jakaś specjalna mieszanka gazów? – spytał Marek rozglądając się wokół.
- Zapewne odpowiednia mieszanka tlenu, metanu i kilku dodatków, żeby jaśniej świeciło, tylko dlaczego nie użyli elektryczności? – pośpieszył z tłumaczeniem Adam odwracając się jednocześnie od ściany z panelem w stronę pomieszczenia.
Tak jak pokoik powyżej wyglądał niczym muzeum tak tutaj była istna przechowalnia eksponatów. Niemal całą ścianę naprzeciwko nich zakrywała faszystowska flaga błyszcząca złotymi zdobieniami na jej obrzeżach. Na jednej ze ścian rozwieszone były różnej maści karabiny w szklanych gablotach, choć większość z nich nie wyglądała im znajomo. Poniżej znajdowało się kilka większych, w których na szmacianych manekinach prezentowane były mundury. Niektóre czarne, inne w maskujących, zielonych kolorach, jeszcze inne niepodobne do żadnych, jakie można było zobaczyć na starych, wojennych filmach. Znajdowały się tu również biurka, maszyny do pisania, dziwnie wyglądające telefony z nienaturalnie wielkimi słuchawkami, posążki i figurki przedstawiające półnagie damy, bożków, satyrów, czy aktów przedstawiających kobiety splecione w uścisku z nieludzkimi istotami wszystkie ustawione na błyszczącym nowością mahoniowym regale. Najniższą jego półkę zajmowała cała seria różnych monet i pieczęci, których pochodzenia nawet nie próbowali sobie wyjaśniać. Jednak najwięcej ich uwagi skupiła na sobie Dziewica. Stała pośrodku pomieszczenia, z wyrytymi na ścianach znakami i niezrozumiałymi symbolami naturalnych rozmiarów Żelazna Dziewica, która w istocie wyglądała na wykonaną ze złota. Podeszli bliżej do złotego pojemnika niemal do złudzenia przypominającego sarkofag i zaczęli go uważnie oglądać obchodząc przy tym dookoła. Było w nim coś magnetyzującego, co zdawało się wołało ich do siebie. Lidia zajrzała przez jedyne otwory pozostawione na oczy. Błękitna niczym ocean źrenica z wnętrza mrocznego narzędzia tortur zwróciła się ku niej w błagalnym i bezgłośnym wołaniu o pomoc.
- O mój Boże! – pisnęła Lidka zasłaniając odruchowo usta dłonią. W przeciągu kilku sekund poczuła jakby ktoś spiął jej piersi ciasnym pasem, świat zawirował na chwilę w szalonym tańcu tracąc wszystkie kolory. Marek natychmiast dopadł do niej przytrzymując ją za ramiona w chwili, kiedy zaczynała osuwać się z nóg. W tej chwili przypominała bladą figurkę z ciepłej, bardzo plastycznej plasteliny.
- Tam ktoś jest… w środku – niemal wyszeptała patrząc w jego wystraszone oczy. Posadził ją na podłodze, ona zaś wsparła czoło na kolanach i ciężko oddychając starała się zmusić świat w swojej głowie do zwolnienia tempa.
- Mamy jakiś łom? – spytał Marek. Radar tylko pokiwał głową wryty w ziemię nagłą, niespodziewaną sytuacją. Adam tylko patrzył. Oglądał rzeczywistość niczym film na zepsutym wideo. Do tego miał wrażenie, że jest to film, który już raz oglądał… a może nie tylko raz. Nie wiedział skąd w rękach Marka znalazł się łom, lecz dokładnie widział jak wchodzi w niewielką szczelinę przebiegającą przez środek Żelaznej Dziewicy oddzielającą lewą jej część od prawej i lewe oko od prawego. Ujrzał dokładnie odpryski błyszczącej powierzchni fruwające w powietrzu niczym maleńkie świetliki, oraz pęknięcia pełzające po powierzchni sarkofagu. Widział napiętą twarz Marka, której każdy mięsień poruszał się powoli i dostojnie wyrażając najwyższe skupienie i prosty, barbarzyński wysiłek. Oraz płomienie. Piękne, tańczące, jasne ogniki rozświetlające każdy zakątek pomieszczenia lewitując kilka milimetrów nad palnikami częściowo oszklonych lamp. Płomyki zadrgały nerwowo gdy z sarkofagu odpadła kolejna, znacznie większa część ściany uderzając ciężko w beton podłogi. Następnie umysł Adama zwiększył tępo jakby próbował dogonić rzeczywistość. Były tylko ciosy i było ich wiele, a następnie krzyk przerażenia i otwarte ze zdumienia usta. Przednia ściana Żelaznej Dziewicy odpadła i rozprysła się na podłodze niczym źle wstawiona szyba rozrzucając po całym pomieszczeniu różnej wielkości odłamki. W środku była kobieta, choć nie do końca ją przypominała.
Gdy krzyk i dźwięki tłuczonego szkła ucichły, a umysł Adama zaczął traktować bieg czasu tak jak należy (albo to czas zaczął łaskawiej traktować umysł Adama), mógł wszystkiemu się dokładniej przyjrzeć. Sama Żelazna Dziewica nie była jednak do końca narzędziem tortur, jakie było im znane z filmów i książek do historii. Zamiast zardzewiałych kolców wnętrze pokrywała warstwa srebra wypolerowanego na tak wysoki połysk, że można było bez problemów się w nim przejrzeć. Tak samo zewnętrzna warstwa nie była zrobiona z czystego złota lecz z jakiegoś trudnego do zidentyfikowania tworzywa, na które została tylko napylona warstwa złota.
Podniósł wzrok wyżej. W pozostałej i zaskakująco wciąż stojącej części sarkofagu stało ciało nagiej kobiety. Rzadkie włosy w kolorze smolistej czerni opadały jej na ramiona niemal całkowicie zasłaniając wysuszoną, wykrzywioną grymasem bólu twarz uzbrojoną w dwa rzędy mocno wyszczerbionych, choć białych zębów. Chude, równie zasuszone przypominające dwa blade kabanosy ramiona trzymała skrzyżowane na zapadniętych piersiach z palcami zakrzywionymi i zesztywniałymi jak grabie. Jej pozbawione emocji błękitne oczy patrzyły nieco do góry w i prawo dając jej po trochu wygląd osoby wielce znudzonej banalnym życiem. Jej jedynym ubiorem była wisząca na prawym łokciu opaska z gwiazdą Dawida.
- O matko. – wyszeptał Radar poprawiając zsunięte na nos okulary – Czy to jest prawdziwe?
- Chyba sztuczne – rzucił Adam, który dopiero w chwili, gdy zauważył na nich swoje spojrzenia zorientował się, że jego skołtuniona myśl uciekła właśnie z głowy poprzez usta. – Skóra nie zmieniła koloru… a oczy… oczy by zgniły jako pierwsze przecież nie? – powiedział jakby starając się samego siebie przekonać o słuszności tych słów. Złożył ręce na piersiach by nie pokazywać innym jak bardzo się trzęsą. Poczuł zimny dreszcz przebiegający mu po plecach. Miał wrażenie jakby już wcześniej widział tą dziewczynę.
- Przyznaj się mała, że chciałabyś mieć taką kurację odchudzającą. – powiedział Marek z uśmiechem wskazując wystające biodra nagiej mumii.
- Spierdalaj… - mruknęła. Od ataku paniki nie podnosiła się z ziemi. Adam zauważył szklisty blask w jej oczach.
- No nie obrażaj się… To przecież tylko kukła. – Marek postukał w zaschniętą czaszkę z uradowaniem wsłuchując się w pusty odgłos wydobywający się ze środka.
- No to zniszczyliśmy jakiś cholerny eksponat… - powiedział Radar ze smutkiem wpatrując się w porozrzucane złociste odłamki.
- Nie bój nic. Za taką miejscówkę na LARP będzie można zedrzeć z ludzi tyle kasy, że nikt nawet nie zauważy tych szkód. Właściciel na pewno nam nie odmówi! – odpowiedział nie zaprzestając wesołego suszenia zębów i pomagając Lidce wstać. Następnie wyciągnął z jej kieszeni telefon i podał Adamowi.
- Zrób nam z tym fotkę. – powiedział nie bacząc na dość nikłe protesty swojej dziewczyny poczym ustawił się przy mumii udając, że wkłada jej palec do nosa. Lidia niezbyt tym przejęta stała z drugiej strony sarkofagu ze spuszczoną głową.
- Ok, fotka i spadamy stąd bo już mam dość przygód jak na jeden dzień – mruknął Adam na chwilę przed tym jak czas znów postanowił z niego zażartować. Widział wyraźnie uśmiech Marka jak i nadąsanie Lidki oświetlone przez chwilę przez niewielką lampkę na telefonie sygnalizującą ustawianie autofocusu. Wyraźnie rozpoznał ich twarze na ekranie telefonu otoczone kilkoma kontrolkami i wskaźnikami. Wyraźnie usłyszał słowa… Wyraźnie widział … Wyraźnie czuł strach…
- Dein Reich komme! – usłyszeli i nim ktokolwiek zdążył się zorientować skąd pochodził ów gardłowy, skrzeczący głos Lidia leżała już na podłodze szamocząc się z truchłem dziewczyny, które wbiło pazury w jej ramiona i przywarło do niej całym ciałem niczym kobieta do swojego kochanka. Lidia próbowała bezskutecznie odsunąć truposza ściskając go za przypominającą gałązkę gardziel. Ich oczy spotkały się. Głęboka zieleń polnych łąk z błękitem oceanu. Marek sięgnął za pasek dobywając broni. Istota uniosła się jakby z Lidią z ziemi i przez ułamek sekundy zawisły obie kilka centymetrów nad ziemią. Zauważył coś jakby przezroczyste, niemal eteryczne, czarne skrzydła wyrosły z pleców bestii sięgając daleko pod sufit. Następnie opadły w potężnym podmuchu gasząc gazowe latarnie. Wszystko trwało ułamek sekundy. Ułamek rozwleczony w nieskończoność jakby ktoś stanął u zaworu rzeki czasu i przykręcił kurek.
Następnie padł strzał. Najpierw jeden, potem drugi. Oba rozświetlając wszystko wokół snopami iskier. W jednym z tych rozbłysków, który dla Adama trwał tak długo jakby obserwował gasnącą powoli świecę a nie wystrzał, zobaczył Coś. Niewyraźny kształt utkany z czarnego dymu wysunął się z ust mumii i wślizgnął w nozdrza Lidii, która wyprężyła się jakby ktoś poraził ją prądem. W następnym błysku zobaczył kawałki czaszki zasuszonej dziewczyny lecące w powietrze niosąc za sobą pukle czarnych włosów. Potem była ciemność, która trwała wieki, lub nawet całe kilka sekund.
- Ciebie to chyba popierdoliło! – wrzasnęła Lidia wygrzebując się spod truposza w chwili, kiedy na jej twarz padło światło latarki zapalonej przez Radka. Podniosła się, wzięła dymiącą jeszcze broń z rąk Marka i rzuciła ją w kąt, poczym uderzyła go na odlew w twarz. - Mogłeś mnie zabić!
- Ja ... Ja myślałem, że cię to złapało… - jego wzrok był wręcz nieprzytomny, oczy szeroko otwarte, zaś dłonie trwały w bezruchu zawieszone w powietrzu.
- Kukła ?!- wrzasnęła uderzając go ponownie. Złapał ją za nadgarstki i przytrzymał. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy poczym się rozpłakała wtulając w niego. Pozostali patrzyli na tą scenę oniemiali. Radar w lekkim szoku, Adam najzwyczajniej w świecie przerażony. Czas znów zażartował z niego nadymając się i rozciągając rzeczywistość w niezwykle wyraźny, spowolniony film. Ponad ramieniem Marka ujrzał oczy Lidii. Dzikie, przepełnione żądzą i pierwotnymi instynktami BŁĘKITNE ślepia połyskujące szaleńczą wręcz radością. Zobaczył jak jej ręce wędrują po pośladkach wuefisty, jak jej usta dotykają jego ust. Nagle jego ciało wyprężyło się, zaś źrenice rozszerzyły w wyrazie przejmującego cierpienia i zaskoczenia. Próbował ją odepchnąć, jednak ona wbiła palce głęboko w jego ciało przebijając je i pozwalając krwi przesączyć się przez jego spodnie. Jego oczy uciekły do tyłu, skóra obwisła i poszarzała jakby starzejąc się w błyskawicznym tempie.
Nie musiał więcej oglądać.
Rzucił się do drabiny przy włazie najszybciej jak tylko był w stanie zmusić do tego odrętwiałe nogi. Nie zwracał uwagi na Radka, Marka, czy też wpijającą się w jego wargi Lidie wyciskającą z niego soki jak ze świeżej pomarańczy.
- Oj chłopcy, gdzie wy uciekacie? Słodkiej Lili starczy dla wszystkich – powiedziała głosem aksamitnym, hipnotyzującym, odbijającym się w jego czaszce tysiące razy słodkimi, dźwięcznymi nutkami. Przez chwilę poczuł się bezpieczny, beztroski. Przecież Słodka Lili nie zrobi nikomu krzywdy prawda? Poczuł, że mógłby tam zostać. Zostać i przez wieczność spijać nektar z jej ust, kosztować rozkoszy jej ciała, ubóstwiać tą pełnię niebytu. Jednak nie zatrzymał się. Nie dlatego, że miał silną wolę, ani z powodu przerażenia. Rozpędził się po prostu tak bardzo, że zanim słodycz jej słów zalała jego umysł on już był na górze klęcząc nad włazem. Po chwili z ciemności wyłoniła się twarz Radara jego oczy były puste, ślepo gapiące się w jakąś niezbadaną przestrzeń. Jego usta rozchylone były w lekkim uśmiechu, jedno szkło od okularów strzaskane, zaś policzki ubrudzone wodą i błotem. Po chwili ciemność wchłonęła go z powrotem, a Adam poczuł przejmującą zazdrość, która po chwili została rozwiana przez chwytający za serce uśmiech Słodkiej Lili.
- Czemu ode mnie uciekłeś? – spytała jedwabistym głosem odurzającym jak zapach kwiatów jedną ręką znacząco gładząc swój dekolt – Jest nam tam bardzo smutno i pusto bez ciebie.
Czuł jakby w jego głowie zahuczały naraz wszystkie anielskie chóry. Wydawała mu się taka piękna, tak doskonała. Wiedział, ze przy niej nie będzie potrzebował żadnej innej kobiety, nie będzie potrzebował już niczego więcej. Nigdy. Zapragnął uwiecznić tą chwilę. Przypomniał sobie, że jakimś cudem nadal ma w ręce jej telefon. Widocznie był zbyt przejęty uciekaniem, by choćby pomyśleć o tym by go wypuścić.
Jaki był niemądry.
Uśmiechnął się wyciągając go przed siebie i przygotowując do zrobienia zdjęcia. Nagle jej twarz wykrzywiła się w grymasie strachu i wściekłości wydobywając z siebie głośny, gardłowy dźwięk niczym ryk rannego zwierzęcia gdy tylko spojrzała w połyskującą obudowe. Jej dolna szczęka opadła tak nisko, jakby wypadła z zawiasów, źrenice zwęziły się w dwie mroczne szparki, zaś skóra na policzkach obwisła stając się niemal przezroczysta i ukazując pajęczyny czarnych żył. W tym momencie cały czar prysnął. Adam jeszcze wpół świadomy zobaczył Lampe błyskową wbudowanego aparatu i obraz wykręconej nieludzkim gniewem twarzy. Nie wahając się ani chwili dłużej kopnął ją wpychając powrotem w czeluść. Podniósł się na równe nogi i dopadł do biurka. Jego umysł w gwałtownym przypływie adrenaliny zaczął pracować nadzwyczaj klarownie. Spojrzał przelotnie na maszynę do pisania, w której tkwiła idealnie czysta, gotowa do zapisu kartka. Zupełnie jakby ich tu nigdy nie było. Wyciągnął z szuflady zapalniczkę. Emblemat orła zabłyszczał gasnącym świetle dnia docierającym poprzez dziury w dachu. Otworzył ją i potarł krzemień. Tak jak wszystko inne tutaj i ona działała idealnie wypluwając z siebie równy, mocny płomień. Wrzucił ją do włazu i zamknął ciężką klapę odcinając nią palce z pary szponiastych dłoni, które właśnie sięgnęły krawędzi przejścia.
Wybuch nastąpił nim zdołał się choćby odwrócić. Betonowa płyta z głośnym hukiem podskoczyła buchając na niego ognistym podmuchem, który poparzył mu twarz i spalił włosy. Nawet nie czuł bólu. Tylko jak najszybciej zaczął stamtąd…

… uciekać – mówił odrętwiały i zapłakany. – Uciekałem przez dwa dni. Dwa dni nie jadłem, nie piłem, nie spałem tylko uciekałem… Wiem, że nie zwariowałem ojcze… - sięgnął do kieszeni, w której wciąż spoczywał lekko zabrudzony telefon – Mam dowody…
Zapadła cisza. Wiatr coraz śmielej owiewał wnętrze małego kościółka gwiżdżąc między figurami. Wstał z klęcznika. Całe jego ciało trzęsło się ścierpnięte i zmęczone. Włączył na telefonie zdjęcie Lidki. Nie tej sympatycznej, wielkodusznej studentki, lecz potwora, który chciał go zwabić w swoje szpony. Położył telefon na klęczniku i wyszedł milcząc i nie odwracając się. Zostawił za sobą kościół, stary konfesjonał i księdza, którego wysuszone truchło wciąż gniło usadowione w konfesjonale w tej samej pozycji w jakiej ujrzał dziewczynę o pięknych, niebieskich oczach.
Amen.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -