Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




CZARNY POKÓJ

Jakub Zieliński

Jeszcze nigdy wcześniej w jej życiu nie zdarzyło się coś podobnego. Po przebudzeniu pewnego ciepłego wrześniowego poranka, Eve Richards ze zdumieniem stwierdziła, że poprzedniej nocy znów lunatykowała.
Nie byłoby to dla niej niczym nowym, ani też jakimś przerażającym doświadczeniem i poczuciem braku kontroli nad swoimi poczynaniami, gdyby nie fakt, że u stóp jej łóżka leżał teraz pokrwawiony i oddychający już jedynie resztką sił sum.

Nie pamiętała, jak tam się znalazł. Nie wiedziała, do jakiego stanu może doprowadzić ją nocne zatracenie… ale było też coś więcej, co nie dawało jej spokoju.
Po dokładnych oględzinach umierającego zwierzęcia z przerażeniem dostrzegła, że z pyska wystają mu dwie ciemne, cienkie żyłki sięgające w głąb rybiego żołądka. Gdy z lękiem pociągnęła za jedną z nich, ciało suma rozerwało się na dwie części, a z wnętrzności wypadło małe metalowe pudełko, mające chronić swą zawartość przed wodą i śluzem ciała zwierzęcia.
Eve wzdrygnęła się na samą myśl o tym, że ktoś był zdolnym do takiego okrucieństwa wobec wciąż żyjącej i odczuwającej istoty. Czuła się do szpiku kości nieswojo, jednak wiedziona typowo kobiecą ciekawością oczyściła pudełko i otworzyła mały, posrebrzany zatrzask.

Wieczorem tego dnia, dała się namówić swemu chłopakowi Chrisowi na spacer nad brzegiem pobliskiego jeziora. Ta pora doby była już znacznie chłodniejsza niż jeszcze miesiąc wcześniej, ale zakochani i tak nie myśleli jeszcze o nadchodzącej zimie i jej srogich wymaganiach.
Kiedy przytulił ją po raz kolejny, tuż przy małej altance na sztucznie utworzonym kilka tygodni wcześniej cypelku, zdecydowała się nareszcie przełamać milczenie w sprawie wydarzeń tego poranka i oznajmiła rozmarzonemu mężczyźnie:
- Mam jutro spotkanie w sprawie pracy. Także musimy się niedługo zbierać, chciałabym się jeszcze porządnie wyspać…
- O, to coś nowego. Czemu mi wcześniej o tym nie powiedziałaś?
- I tak byś nie uwierzył – dodała w duchu, dla niego przeznaczając jednak tylko nieśmiały uśmiech. – To trochę jak historia ze starej baśni. Znalazłam martwą rybę, a w jej brzuchu… Nieważne. Widzę, że jesteś myślami gdzieś indziej.
- Przepraszam. Widać wyleciało mi z pamięci, albo za bardzo się tym już przejmuję.
- Dobrze, rozumiem – dodał swoim opiekuńczym tonem.
– Chciałbym ci po prostu od czasu do czasu potowarzyszyć, albo nawet pomóc w codziennych sprawach, gdy już tu jestem.
W wyobraźni Eve nastąpiła teraz parada myśli o wszystkich chwilach ich rozłąki, gdy płakała do poduszki, modląc się o bliskość jego oddechu i dotyk dłoni na ramieniu.
- Wybacz, naprawdę… nie robię tego celowo. Po prostu musiałam się przyzwyczaić do samotności i po tylu miesiącach ciężko mi jest się przystosować ponownie do… – przerwała i zaczęła płakać, a Chris pogładził ją po policzku i ujął jej dłoń w swoje, szepcząc ciepłym głosem do ucha:
- To przeszłość, kotku. Wróciłem już i nie mam zamiaru znów gdziekolwiek wyruszać.
- Jeszcze tego nie czuję, zrozum ! Po tylu niespełnionych obietnicach…

Tej nocy przewracała się przez kilka godzin z boku na bok, aż w końcu Chris wyszedł na chwilę do łazienki, wracając z połową szarej tabletki i szklanką wody. Wyglądał na lekko zdenerwowanego, co tłumaczyła sobie faktem niechcianego rozbudzenia.
- Przepraszam. Widać podskórnie już przerabiam tę rozmowę…
- Weź to i popij. Pomoże ci zasnąć. Nawet nie poczujesz, gdy zacznie działać.
Uśmiechnęła się i podziękowała pocałunkiem w policzek.


Następnego poranka, starannie przyszykowana i ubrana w najbardziej elegancki strój, czekała przed domem na mającą się pojawić lada chwila zamówioną taksówkę. Podczas nakładania lekkiego makijażu nadal analizowała wydarzenia poprzedniej nocy, kładąc je po raz wtóry na karb swojej nadmiernie rozwiniętej w dzieciństwie wyobraźni. Choć jako dziecko nie musiała brać jeszcze żadnych leków na uspokojenie...
Umyła pustą już szklankę i mrugnęła do swego lustrzanego odbicia. Paradoksalnie, w takich chwilach czuła się najbardziej sobą – gdy musiała udawać, pozować i robić wrażenie lepszej niż naprawdę.
Podczas jazdy czuła w żołądku uciążliwe mrowienie. Nic dziwnego, pomyślała, oto być może godzina, która zmieni twoje życie na zawsze. Mało kto zachowałby całkowity spokój…

Pół godziny później, wysiadając z pojazdu nadal myślała o przyszłości, jaka rozpościerała się teraz przed obojgiem.
Realna szansa naprawdę spokojnej, biurowej pracy. Wspólne mieszkanie w domu przy jeziorze, gdzie od czasu do czasu mogliby zapraszać rodziców. Gromadka dzieci i stabilna egzystencja, z dala od wielkomiejskiego chaosu.

Przekroczyła ulicę, i gdy tylko dotarła do chodnika wiodącego prostopadle do budynku biura, w którym miało odbyć się spotkanie, raptownie przystanęła i chwyciła za głowę.
Niczym piorun, jej czaszkę przebiła gwałtowna myśl o wypadku samochodowym. Nie była w stanie wyodrębnić z niej jakichkolwiek znaczących szczegółów, lecz w kościach czuła, że miała ona związek z kimś bliskim jej sercu.

Na przykład, z…

Zanim zdążyła dokończyć swój wewnętrzny monolog, we wnętrzu beżowej torebki rozległ się dźwięk telefonu.
- Halo, słucham.
- To ja, skarbie. Przepraszam, że dzwonię teraz, ale za dwie godziny mam się stawić na zebraniu w drugiej części miasta, więc pomyślałem, że…
- Nie. Nie jestem jeszcze w środku, jeśli to chcesz wiedzieć – nieco złośliwie uprzedziła kolejne pytanie, starając się ochronić słaby dźwięk telefonicznego przekazu przed narastającym wyciem syreny zbliżającej się karetki. Zakryła drugie ucho dłonią, jednak nie pomogło to prawie wcale. Czyżby naprawdę jej intuicja przeczuła jakieś tragiczne zdarzenie?
- Co tam się dzieje? Jakiś wypadek?
- Tak, chyba tak. Widziałam przed chwilą dwa radiowozy i karetkę, gdzieś niedaleko…
- Uważaj zatem na siebie, skarbie – poprosił miękkim głosem, po czym pozostawił Eve z trzaskiem urwanej rozmowy w aparacie.
Miała wystarczająco dużo stresu, a to nie poprawiało wcale sytuacji. Cóż, jej ukochany nie był idealnym i potrafił też wykazać się niemal słoniowym brakiem wyczucia chwili. Z drugiej strony jednak, odetchnęła z ulgą wiedząc, że jest cały i zdrowy.

- Przepraszam panią bardzo, ale mam pewien problem – usłyszała znienacka za swoimi plecami. Była już na skraju zachowania spokoju, a tu jeszcze przyszło jej się użerać z jakimiś obcymi w zupełnie dla niej nieznanej części miasta.
Westchnęła głęboko i zacisnąwszy obie pięści, wolno odwróciła się twarzą do pytającego, cedząc przez zęby:
- Tak? O co chodzi?

Gdy nareszcie zwróciła wzrok w stronę rozmówcy, pomyślała błyskawicznie, że to nie jest jej najlepszy dzień, o ile w ogóle się obudziła!
Elegancko ubrany przechodzień, ze sporym parasolem trzymanym w lewym ręku, nie miał twarzy. A nawet więcej – cała jego głowa była tylko dziwną kulą, złożoną jakby ze zbitych w jedną masę ciemnych, dygoczących światełek.
- Bardzo przepraszam. Po prostu nie mogę znaleźć moich okularów, a bez nich nic nie widzę. Mogłaby pani zerknąć do wnętrza mojej walizki, czy przypadkiem…
Na czole Eve wystąpiły teraz pierwsze krople panicznego potu. Z trudem powstrzymała swe gardło, aby nie zacząć przeraźliwie krzyczeć. Jej niepokój wzmógł się jeszcze bardziej, gdy za plecami mężczyzny w niewielkim dystansie pojawiła się grupka jemu podobnych w dobrze skrojonych garniturach, pędzących na złamanie przysłowiowego karku w stronę swego upiornego kompana.
Żaden z nich nie miał twarzy. Zamiast niej, w miejscu oczu, nosa i powiek widniała dla odmiany mięsista gładź, kompletnie nietknięta i nieukształtowana.
- Czy możesz… czy może mi pani… - powtarzał głos nieznajomego, koszmarny niczym zdarta płyta obracająca się na talerzu adaptera.
- Bardzo mi przykro, ale spieszę się na spotkanie – wyszeptała przez suche gardło i odwróciła się na pięcie, biegnąc co tchu do siedziby firmy. Gdy tylko stanęła na progu poszukiwanego domu, niemal panicznie zaczęła naciskać guziki domofonu klatki schodowej, prowadzącej do wnętrza. Spojrzała na biegnących i krzyknęła głośno o pomoc, spodziewając się najgorszego. Jednak żaden z pozostałych przechodniów nawet nie zwolnił kroku…
Do cholery, czemu nikt nie reagował? Czy ci wszyscy ludzie przechodzący po ulicy byli aż tak ślepymi, aby nie dostrzec tych wszystkich okropności?
W geście rozpaczy zwróciła swe myśli i oczy ku niebu, jednak jego widok przesłoniła w międzyczasie krwistoczerwona chmura, której pochodzenia mogła się tylko domyślać.
Usłyszała za to w końcu charakterystyczny szczęk i miły głos zapraszając ją do środka budynku. Skorzystała z propozycji nader skwapliwie, czując już na ramieniu dotyk palców jednego z demonicznych stworów…

Zatrzasnęła zdecydowanym ruchem drzwi, obserwując przez przyciemnioną szybę, jak mężczyźni na zewnątrz gromadzą się grupowo, po kilku chwilach jednak zastygając w bezruchu. Jegomość w kapeluszu wydawał się być ich przywódcą, gestem dłoni nakazującym im podążenie swoim śladem. Kiedy jednak przyspieszył kroku, zderzył się nieszczęśliwie z grubasem w sportowej czapce, na jego widok zatrzymującym marsz i wrzeszczącym z przerażenia w niebogłosy. Po chwili, także i kilka innych osób zaczęło wskazywać palcami na upiorną zbieraninę, napierającą na drzwi do budynku.
Dopiero teraz na końcu ulicy pojawił się radiowóz policyjny na sygnale, a wysiadająca z jego środka para funkcjonariuszy wyglądała na równie zaskoczoną, co trzęsąca się wciąż w poczuciu gigantycznego lęku Eve. Kiedy tylko zaczęli kroczyć w stronę zebranych, zacisnęła palce na torebce i z wstrzymanym oddechem ruszyła w głąb korytarza.
Przystanęła dopiero w momencie, gdy poczuła na ramieniu uścisk silnej męskiej dłoni, a zza na wpół uchylonych drzwi wyłonił się nieznany jej obdartus, o naznaczonych obłędem oczach. Uśmiechnął się gorzko, a po sekundzie rozpadł w kupkę starego prochu. Spowijające sklepienie budynku rury zadudniły złowieszczą imitacją ludzkiego głosu:
- Oni nie żyje… nie żyje! Żałuj, żałuj, żałuj!

Nie wytrzymała i zaczęła wrzeszczeć, waląc otwartymi dłońmi w złuszczony tynk ścian. Po jednym z mocniejszych ciosów, na jej prawym nadgarstku pojawiła się krwawiąca nieco rana, a w torebce usłyszała znajomy dźwięk. Nie wierzyła w to, co się jej przytrafiało, nie potrafiła!
- Halo, czy to Eve? Mówi Kevin, z biura. Czekamy tu na panią. – głos jej rozmówcy zdradzał lekkie zdenerwowanie, choć nie wierzyła do końca, iż była jego jedyną przyczyną.
- Tak, oczywiście. Przepraszam. Jestem w budynku, ale nieco się pogubiłam na korytarzu. Może pan powtórzyć, który to numer pokoju?
- Numer 273, po lewej stronie. Nasze okna wychodzą na centrum –
Połączenie zostało gwałtownie przerwane… Nie, zdezorientowana Eve zganiła swe myśli za taką interpretację faktów. Jej rozmówca zdołał bowiem jedynie rozpaczliwie wezwać imię Boga – po czym na linii rozległ się ogłuszający huk, po którym zapanowała grobowa cisza.

I wtedy właśnie, z cichym skrzypieniem, otworzyły się drzwi do wnętrza pomieszczenia. Kobieta usłyszała na dole budynku, przy drzwiach wejściowych, dramatyczne krzyki i tłuczenie pięściami o mury, przez co bez wahania uznała, że musi jak najprędzej poszukać bezpiecznej kryjówki. Słyszała w przeszłości wiele opowieści o samotnych ofiarach podobnych zasadzek, godzinami torturowanych i gwałconych przed drastyczną śmiercią. Nie mogła zupełnie uwierzyć, jak bardzo zmieniły się jej priorytety i wizje przyszłości w ciągu zaledwie dwóch – trzech godzin. Teraz gotowa była na wszystko, każdy możliwy nowy szok, krwawe zajście…
- Prosimy do środka, pani Evo – rozległ się ciepły głos, wobec którego zdecydowała dać swojego pokrętnemu szczęściu jeszcze jedną szansę. Zaczerpnęła głęboki oddech i podeszła do drzwi.

Na tydzień przed na poły magicznymi zdarzeniami, jakie towarzyszyły jej decyzji o pójściu na rozmowę kwalifikacyjną, w domu rodziców Eve odbyła się wystawna kolacja, podczas której oboje z Chrisem czuli pewne podskórne napięcie. Na pozór wszystko było normalnym – znajomi prześcigiwali się w narracjach interesujących opowieści, to znowuż jak z rękawa sypano przednimi dowcipami, a i alkoholu dla nikogo nie brakowało. Jednak…
Na krótko przed północą, gdy większość gość zaczęła już szykować się do wyjścia, jej ukochany ojciec wziął Chrisa pod ramię i zaprowadził do swego gabinetu, który mieścił się niedaleko od kuchni. Mąż Eve nie krył zdumienia sytuacją, tym bardziej, że przecież od kilku miesięcy ich relacje były chłodno oficjalne i nawet podobne gesty nie miały miejsca.
Wyszli stamtąd po godzinie, lecz mąż kobiety nie miał oblicza przepełnionego szczęściem. Zapytany przez Eve o temat rozmowy i przyczynę zdenerwowania, uniknął odpowiedzi i przytulił ją, obiecując opowiedzieć o wszystkim następnego dnia.

Tak też zrobił, pomyślała. Jednak w jego ciepłym głosie tego poranka tkwiło ziarno fałszu i potencjalnego kłamstwa. Oczy również nie wyglądały na źródło całkowitej prawdy, niczym nieprzesłoniętej. I to lekkie drżenie głosu! Postanowiła jednak nie drążyć tematu i poczekać na lepszą sposobność na powrót do tej konwersacji.

Tymczasem – drzwi do pokoju nr 273 zatrzasnęły się za nią z głośnym hukiem, a w środku zapanował półmrok. Ganiła teraz siebie o to, iż chwilę wcześniej błądziła po przeszłych wspomnieniach, gdyż w chwili obecnej mogła się jedynie domyślać, co i gdzie znajduje się przed nią. Ledwie uczyniła dwa kroki w stronę środka pomieszczenia, a już leżała na ziemi, masując boleśnie stłuczone kolano. Nie tak wyobrażała sobie ten poranek…
I wtedy właśnie, po raz kolejny, rozległ się ten sam głos, który wcześniej zaprosił ją do środka.
- Witam. Czy ma pani ze sobą materiały, o jakich przyniesienie prosiłem?

Eve mogła przysiąc, że głos jej telefonicznego rozmówcy był zupełnie innym od tego, jaki zadał jej teraz pytanie, jednak…
- Tak, mam te materiały – odparła sucho, sama siebie zaskakując ostrym tonem głosu i niespotykaną odwagą.
- Proszę zatem usiąść – snop światła włączonej nagle lampki punktowo naznaczył drewniane krzesło, umieszczone tuż przed czarną ścianą, jakieś pół metra na wyciągnięcie jej ręki. Przypominał jej raczej miejsca w jakich odbywały się gestapowskie przesłuchania, znane jej z mrocznych filmów, a nie cywilizowane rozmowy współczesnych biznesmenów. Była też zaskoczona, jak małym był w rzeczywistości pokój, do którego ją zaproszono. Ale już fakt, że wewnątrz nie było okna wentylacji czy nawet malutkiego obrazka, napawał ją lękiem. Doświadczyła go od rana wystarczająco, toteż w pierwszym odruchu wstała i odwróciła się, prosząc o pozwolenie na wyjście.

W odpowiedzi usłyszała tylko dziwne kakofonie głosów i muzyki, dochodzące z całą pewnością z ukrytych gdzieś w ścianie tego pseudo-biura głośników.
- Nigdy nie mogło być inaczej, droga Evo. Nie mogło być inaczej!
- Słucham? Nie bardzo rozumiem, i nie mogę…
- Popatrz sama – oznajmił jej głęboki głos, po czym światło ponownie zgasło. Uszy zrozpaczonej kobiety zmasakrowane teraz zostały przez jazgotliwy hałas i przeraźliwy krzyk o pomoc, dochodzące najwyraźniej w tym przypadku ze strony ulicy.
- Oni wszyscy tylko stali nieruchomo – dudnił głos, a ciemna ściana zmieniła się teraz w ekran projekcyjny. Na nim wyświetlony został krótki film, w którym widać było czerwonego Austina Morrisa, gnającego z zawrotną prędkością po jednej z ulic miasta, w którym się wychowała. Z łatwością rozpoznawała latarnie, drzewa oraz charakterystyczne place zabaw z huśtawkami.
- Oni wszyscy tam byli. Widział słup, a potem znak telegrafu. Stali nieruchomo, gdy nastąpiło najgorsze – kontynuował ponury i monotonny głos z trudnego do zlokalizowania miejsca, aż do chwili, gdy ekranowemu dźwiękowi gwałtownego hamowania opon pojazdu towarzyszył odległy huk, jakby z demolowanego właśnie budynku, a ściany biura firmy również zadrżały echem impetu.
Drzwi za plecami przerażonej kobiety otworzyły się z głośnym skrzypieniem, a do środka dostały pierwsze promienie światła z zewnątrz. Pomimo tego, skóra Eve stała się przeraźliwie chłodna, a jej wargi drżały z nieskrywanego przerażenia.

Niewidzialna siła zdawała się przekonywać ją, że jest wolna i może śmiało odejść, dokądkolwiek zechce. Pomimo – a może właśnie, na skutek takiej iluzji – Eve wolała zachować całkowitą ostrożność. Zbliżyła się do ściany tuż za otwartymi drzwiami i nerwowym ruchem wygrzebała z torebki lusterko. Następnie zaczerpnęła oddech i spokojnym ruchem wysunęła je na zewnątrz, starając się ujrzeć, czy nie czekają na nią jakieś nowe zasadzki. Widziała tą metodę w jednym z programów dokumentalnych i uznała, że może jednak nie wszystko, czym raczyła ją całe życie telewizja było tylko durną papką…

Gdy po lewej stronie nie dostrzegła niczego niepokojącego, równie wolno przesunęła je po podłodze na prawą stronę, nieco już zaniepokojona dziwnym stukotem dochodzącym z głębi korytarza. Najwyraźniej nie była w budynku sama.
Tym razem lusterko w samym kącie ukazało jej mignięcie ciemnego skórzanego buta, po czym do środka pokoju wparował ciężko poparzony mężczyzna w wojskowym mundurze. Nie miała nawet czasu, aby krzyknąć, gdy zza paska wyszarpnął długi bagnet i jęcząc z bólu, zbliżył się do niej na kilka centymetrów.

Poprzedniej nocy… Nie mogła zasnąć. Jak i dwa tygodnie wcześniej. Jak i przed tygodniem, przez trzy kolejne wieczory męcząc się z chroniczym bólem głowy. Za każdym razem Mark ratował ją pigułkami przysłanymi przez jego matkę z USA. I za każdym razem pomagały, uspokajając ją równie skutecznie, jak dotyk jego dłoni na ramieniu. Nie czuła nawet cienia potrzeby pytania o ich skład chemiczny. Ufała mu…

Klęczała teraz jak sparaliżowana, czekając na ostateczny cios pozbawiający ją życia. Czyżby jej najgorsze koszmary były prawdą, i teraz przyszedł czas ostateczny?
Jakim było jednak jej zdziwienie, gdy odwrócił ostrze w przeciwną stronę i błagalnym wzrokiem zdawał się akcentować swą desperacką prośbę:
- Proszę, zrób to! Zabij mnie! Nie mogę już dłużej męczyć się w tej powłoce!
- Ale ja… naprawdę… nie mogę! – wrzasnęła, z rozpaczą konstatując, że oblicze nieznajomego zmieniło się teraz w wizerunek jej ukochanego męża. Sprzed kilku lat, kiedy nie miał jeszcze wąsów i nie nosił okularów. Wpatrywała się w niego oniemiała, gdy zaczął cedzić przez zęby niemal mechanicznym głosem:
- Mam na imię Billy. Nie mam dziś nastroju na włóczenie się. Moje ręce są zmęczone, a skrzydła połamane. Widzisz? – zapytał, odwracając się do niej pokrytymi plamami krwi plecami. Spod munduru wystawały faktycznie zalążki czegoś na kształt ptasich skrzydeł, z brutalnie oderwanym przedłużeniem.
Tknięta teraz nieprawdopodobną wręcz dozą ludzkiego współczucia, dotknęła jego ramienia.
Odwrócił się gwałtownie, ukazując na wpoły spalone oblicze i wrzeszcząc, na sekundę przed eksplozją, jakiej impakt powalił żołnierza i Eve na podłogę.

W ciągu zaledwie dwóch – trzech minut wnętrze niedawnego biura i korytarz - a dalej, cała klatka schodowa – wypełnione były masą gruzu i kłębami pyłu. Eve zakryła swą twarz i starała przedrzeć do miejsca, które zapamiętała jako drogę wyjścia z budynku. Kaszląc, dłońmi wodziła po pozostałościach murów, ale gdy dotknęła czegoś ciepłego i organicznego na wysokości swej klatki piersiowej z przerażeniem cofnęła dłoń i stanęła jak wryta.
Gdzieś w połowie klatki schodów prowadzących na parter pojawiły się dwie sylwetki, odciągające ją na bok i podające błyskawicznie maskę tlenową. Gdy nieco już doszła do siebie, zamaskowany mężczyzna w kombinezonie zadał jej jedno pytanie:
- Jest pani cała?
- Tak. Dziękuję…
- Czy w pokoju na górze, oprócz pani, był ktoś jeszcze?
- Tak! – opanowała ją teraz fala entuzjazmu, gdyż niemal przekonywała sama siebie, że może wreszcie spłacić dług zaufania, jakim obdarzyło ją społeczeństwo.
- Ma na imię Billy. Był ciężko ranny i… chyba miał nóż. Jest w pokoju 273, po lewej stronie.
- Dobrze, sprawdzę to. Mark, zabierz ją przed budynek i zaprowadź do karetki. Tam już się panią zajmą.
- Co się stało? Skąd ten huk i dym? – pytała zdezorientowana Eve, zaciskając w neurotycznym geście dłonie na torebce, z którą stawiła się rano na rozmowę w sprawie swej pracy… przyszłości. Teraz jednak wiele wskazywało na to, że jakakolwiek jej i Marka przyszłość leżała dymiąc w gruzach, dosłownie i w przenośni.
- Dokładnie nie wiemy. Niedaleko znajduje się budynek centrum handlu. Podobno dwie godziny temu nastąpił tam zamach bombowy. A potem jeszcze kilka eksplozji na pozostałych piętrach. Próbujemy uratować, kogo się da, ale to jakiś koszmar!

Kolejne słowa policjanta docierały do jej uszu jak przez mgłę, a fala zobojętnienia narastała wraz z każdym krokiem, zbliżającym ją do pozostawionej na włączonym sygnale karetki. Starała się teraz na wszystko znieczulić, nie myśleć tak intensywnie, odpłynąć w cichą przystań. I przede wszystkim, nie skupiać ciągle na słowach…
Zbyt wiele ich. Zbyt bolesne.

Gdy skończył, rozdarła powietrze swym rozpaczliwym krzykiem, połączonym z podszytym paniką płaczem.
- Proszę pani… co się stało? Mogę jakoś-
- Zabili go! Mój mąż! Był tam rano na konferencji! – upadła na kolana, mimo prób podtrzymania przez zaangażowanego w sprawę sanitariusza, zaczęła rozpaczliwie ryczeć, nie zważając zupełnie na to, co mogą o niej w tym momencie pomyśleć wszyscy przypadkowi przechodnie. W końcu przecież, kilka godzin wcześniej, zupełnie zignorowali ją w sytuacji, w której potrzebowała ich pomocy i wsparcia wobec niespodziewanego ataku mężczyzn w garniturach.
- Pani mąż żyje! – wyrzucił w końcu z siebie mężczyzna, racząc ją triumfalnym uśmiechem.
- To właśnie on powiadomił nas o tym, że jest pani we wnętrzu tego budynku.
- Jest pan tego pewien? Chryste, przecież on miał konferencję na 72 piętrze w tamtym budynku, a-
- Tak, jestem pewien! Osobiście z nim rozmawiałem jakieś pół godziny temu! Podał nam pani dokładny rysopis…
To nie mógł być Chris – ta lodowata myśl przeszła teraz ostrym prądem w dół kręgosłupa kobiety, całym sercem przekonanej o tym, że ktoś inny powiadomił medyków.
Ktoś znający ją jednak całkiem dobrze…

Poczuła gwałtowne ukłucie pod lewym żebrem, niczym po mało profesjonalnym zastrzyku. Na tyle jednak silne, że niemal fizycznie zmusiło ją do wsparcia się o półprzymknięte drzwi karetki. Od tej chwili wszystko pamiętała już niczym przez gęstą mgłę: wybiegającego z walącego się budynku policjanta, z trudem powstrzymanego przez swego kompana przed aktem wymierzenia jej brutalnego ciosu; krzyk szamocącego o tym, że budynek był pusty, a w czarnym pokoju biura tkwiła kolejna bomba, tylko czekająca na detonację; wreszcie widok twarzy Toma w jednym z okien na wyższym piętrze, zanim jeszcze wszystko nie zmieniło się w płonącą kupę gruzu i dymu…

Niemal siłą wepchnięto ją do karetki, a następnie pasami przytroczono do medycznych noszy. Próbowała zapytać o powód takiego potraktowania, a potem fizycznie broniła się przed próbą zrobienia jej kolejnego zastrzyku przez korpulentnego sanitariusza, ale wszystko spełzło na niczym. Gdy tylko substancja uspokajająca zaczęła działać, poczuła błogie zobojętnienie.
Nawet szamotanina na przedzie pojazdu oraz ochlapująca jej policzek krew z rannego ciała kierowcy, zaatakowanego niespodziewanie nożem przez zamaskowanego intruza wdzierającego się do kabiny nie spowodowała u niej gwałtownej reakcji. Nie widziała, jak zakładał jego mundur, ale w końcu zdecydował się ukazać jej swe oblicze, starając się jednocześnie ukoić ciepłymi słowami:
- Już dobrze, córeczko. Teraz pojedziemy nareszcie do domu. Do twojego prawdziwego domu.
- Tato… - wyszeptała, po czym zamknęła ponownie oczy, mając w sercu uczucie mętliku panicznego strachu z otępieniem i oczekiwaniem na pomoc. Pogładził jej włosy, na co zareagowała jedynie szpetnym grymasem. Ojciec odwrócił się teraz od niej i rozbił szybę od kabiny kierowcy, wściekłego i szamoczącego się z napastnikiem…

Obudził ją dwie godziny później huk eksplozji i widok ambulansu płonącego na leśnej polanie, z maską całkowicie zniszczoną na skutek zderzenia z drzewem. Jego pierwszy kierowca płonął żywcem, a wystające ze zgruchotanej klatki piersiowej żebra emanowały odbitym od pożaru światłem.
Słońce dopiero zaczynało swą wędrówkę po niebie, ale zrozpaczona Eve mogła już się zorientować, że znajduje w tej chwili w miejscu nie tak zupełnie dla niej nieznanym: to właśnie w te rejony zabierali ją rodzice, gdy była jeszcze mała.
To tu marzyła po raz pierwszy o byciu adorowaną i rozpieszczaną przez przystojnych mężczyzn. To za tymi jodłami nierzadko wzdychała, gdy przyszło jej zamieszkać w wielkomiejskim zgiełku, którego przeznaczenia nigdy nie zdołała odgadnąć. Czasem przekonywała samą siebie, że przecież musi być jakaś siła wyższa, kierująca tym molochem… ale jej serce biło tylko i wyłącznie dla stanu natury.

Nie zmienił tego nawet widok mężczyzny, zamaskowanego pod obliczem kozła, wkraczającego na polanę z odciętą głową, trzymaną w lewej garści. Igliwie sucho trzeszczało pod jego stopami, a po nerwowym oddechu można było odgadnąć, że znajduje się w stanie wielkiego stresu. Szybkim krokiem podszedł w stronę histerycznie wrzeszczącej kobiety i wcisnął jej w dłoń stary traperski nóż, kierując czubek ostrza w swoją klatkę piersiową.
- Zrób to, byle szybko – wypowiedział wyschniętymi ustami, spod których prześwitywały poczerniałe zęby. Uczucie mrocznego deja vu było powalająco obezwładniające, jednak w tym przypadku Eve zaskoczyła samą siebie. Zerknęła ukradkiem na odciętą głowę o mętnych, pozbawionych już wyrazu oczach, zdających się tylko potwierdzać zachętę obcego do zakończenia swego życia.
Wbiła nóż po samą rękojeść w klatkę piersiową „kozła”, reagującego na atak głośnym krzykiem i uderzeniem kobiety w policzek. Nieco zszokowana, wyszarpnęła broń z ciała przybysza i dźgnęła go ponownie, tym razem celując w prawy policzek. W akcie obrony, zdołał tylko unieść do góry swą dłoń, jednak precyzyjnym pchnięciem przebiła i ją, trafiając ostatecznie w sam środek oka koźlej maski.
Ku przerażeniu cofającej się teraz w stronę drzew brunetki, odcięta głowa wypadła z dłoni słabnącego mężczyzny, wylewając z otwartych ust strumień krwi i skąpanego w niej robactwa. Ranny zerwał z siebie maskę kozła, ukazując pokrwawione oblicze Chrisa, błagającego żonę o litość.
Zanim tylko spróbowała się do niego zbliżyć, z piersi zjawy wyleciało stado czerwonych motyli, mijających jej głowę o centymetry i wzbijających się w stronę nieba. Gdy chwyciła jednego z nich za skrzydło, nieoczekiwanie zamienił się w pokrwawiony kawałek mięsa, a ranny mężczyzna upadł na kolana, ciężko dysząc.
- Dlaczego mnie to spotyka? – załkała, całkowicie bezradna i nieufna, niczym dziecko porzucone na bezludnej wyspie pośród bezkresnego oceanu.
- Córko… Eve… Proszę, spójrz na nas – rozległa się ciepła prośba jej rodziców, ukrytych gdzieś za gęstymi gałęziami świerku. Nie mogła dojrzeć ich twarzy, jedynie dwie znajome sylwetki, machające zza szpaleru wysokich drzew.
Podbiegła w ich stronę; wszak, tłumaczyła sobie, to najbardziej ludzki z widoków, jaki być może doświadczy od początku tego koszmarnego dnia. Od chwili, gdy w pogoń za nią ruszyło stado bezgłowych…
- Podejdź bliżej, prosimy. Mamy ci tyle do powiedzenia.
- Chciałabym, ale was nie widzę!!! – wrzasnęła, przedzierając się przez kolejne warstwy gałęzi, ale upragniony cel zdawał się być tak odległym jak i wszystko, co kiedykolwiek kochała. I czego, do tego feralnego dnia, pragnęła.
Gdy dotarła wreszcie do małej, zaciemnionej polanki ukrytej za gałęziami, upadła na kolana i zaczęła ryczeć. Czuła się zupełnie bezradna w swej samotności. Twarze zniknęły, a może po prostu rozpadły się na kawałki przy odgarnianiu gałęzi? Tak czy inaczej, nie było tam choćby śladu po jej rodzicach, a igliwie na ziemi wyglądało na nieruszone od tygodni.
Ukryła twarz w dłoniach, i dopiero teraz usłyszała za swoimi plecami tajemniczy szelest. Otarła łzy i zerwała się na równe nogi, nie chcąc, aby widziano ją w takim stanie. Ktokolwiek by to nie był, nie uważała za stosowne obarczanie go swoimi problemami i bolączkami. Tak właśnie była nauczona od maleńkości: bycia posłuszną i nie zadawania zbyt wielu pytań.

Odwróciła się i nie mogła nadal uwierzyć swym oczom.
Na początku linii drzew stali teraz Chris i jej ojciec, jednak ich oblicza dalekie były od szczęśliwości czy choćby zwykłego ludzkiego zadowolenia. Co gorsza, starszy z mężczyzn trzymał w lewej dłoni maskę kozła, a jego wzrok zdawał się zadawać nieme pytanie o sens całej tej sytuacji.
- Nie wiem, kto to jest. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Ja…
Zamiast próby nawiązania kontaktu czy pocieszenia, otrzymała silne uderzenie pięścią w lewy policzek od swego ojca, po sekundzie stającego okrakiem nad jej leżącym ciałem i wrzeszczącego przez łzy:
- Rozczarowałaś nas! Bardzo! Myśleliśmy, że wybierzesz inną drogę!
- Tato, przestań!
- Ale nie!!! – ryczał teraz niczym wściekłe zwierzę, a na jego wargach pojawiły się bąbelki piany. Kopnął Eve w podbrzusze, po czym odwrócił się i zaczął krzyczeć w stronę nieba, jakby tam teraz spodziewał się otrzymać odpowiedź na swe bolączki.

Gdy tylko przestał, z jego ust potoczył się strumień krwi. Zachwiał się, po czym odwrócił, z niedowierzaniem spoglądając na Chrisa, zadającego mu kolejny cios pordzewiałą i pokrytą warstwą błota łopatą. Uderzenie zmiażdżyło przegrodę nosową mężczyzny, jednak po chwili oniemienia, z furią rzucił się na zaskoczonego zięcia.
Odzyskująca po fali bólu przytomność Eve nie czekała na wynik tej potyczki, wspierając się na łokciach i wolno pełznąc w stronę krzaków, przez które przedarła się, aby tu trafić. Jej mózg pulsował teraz w gorączkowym rytmie, z najwyższym trudem przyswajając wydarzenia ostatnich minut.
Nadal nie mogła uwierzyć w to, że oto jej własny ojciec i jej ukochany, z którym dzieliła wszelkie radości i smutki, najskrytsze myśli… że oto…

I wtedy przestała już myśleć o czymkolwiek. Jej głowę wypełniła jasność, a ziemia pod stopami zdawała się falować i nabierać nieoczekiwanej miękkości. Potknęła się i upadła, uderzając boleśnie policzkiem o korzeń. Nie krzyczała jednak, kwiląc tylko cicho niczym małe dziecko. Na moment przymknęła oczy, a gdy otworzyła je ponownie, metr od niej dostrzegła matkę, płaczącą i rozdygotaną, opuszczającą na wysokość pasa trzymany w lewej dłoni rewolwer.
- Mamo, co ci jest? Co się stało? – zapytała spokojnie, pełna dziecięcej wręcz naiwności, przebijającej przez ton jej wypowiedzi.
- Chcieliśmy dla Ciebie dobra… Tylko dobra. Ale on wybrał inaczej. Chciał, żebyś poszła do tego przeklętego budynku!
- Mamo, nic nie rozumiem! Dlaczego?
Matka Eve, wciąż łkając, upadła na kolana i wyciągnęła dłoń w stronę włosów córki. Ta przesunęła się w jej kierunku, starając dotknąć skóry kobiety, która dała jej życie.
Gdy tylko opuszki jej palców zetknęły z dłonią matki, cofnęła je z przerażeniem. Nie spodziewała się poczuć takiego zimna. Nie teraz, nie od niej!

Dwóch lekarzy nachylających się nad szpitalnym łóżkiem pokręciło głowami z niedowierzaniem. Nie widzieli nigdy pacjentki o takiej woli życia, za wszelką cenę – mimo, że większość jej organów była już martwa, serce i mózg nadal trwały na posterunku. Po konsultacji i wielogodzinnym rozważaniu pozostawienia ją w tym stanie, zdecydowali jednak, iż musi dołączyć do mających mniej szczęścia: męża i rodziców. Gdy tylko w drzwiach pojawił się wysłannik kancelarii prawnej, trzymający w dłoniach podpisany przez zwierzchników dokument, rozpoczęli proces odłączania zasilania maszyny…




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -