Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Cień

Michał Galczak
Gabriela Bigolas

(Autorem poniższego tekstu jest TYLKO Michał Galczak. Pomyłka wynika z błędu systemu. Dopóki nie zostanie on naprawiony, zainteresowanych opowiadaniem Gabrieli Bigolas odsyłamy do drugiego tekstu o tym samym tytule. Za utrudnienia przepraszamy.)

Mężczyzna w śnieżnobiałym kitlu podniósł wzrok znad okularów i spojrzał z pochyloną głową na swojego asystenta.
- Proszę podać temu pacjentowi coś na uspokojenie – może uda mu się zasnąć…
Młody człowiek zapisał sobie skrzętnie wskazówki i przytaknął. Spojrzał na lekarza w oczekiwaniu. Z mowy jego ciała łatwo można było wyczytać pytanie: „coś jeszcze?”.
- Schizofrenia… Zmieńcie mu środek na… seconal… to, co dostawał do tej pory chyba się nie sprawdza…
Mężczyzna spojrzał raz jeszcze na kartę choroby, po czym rozejrzał się po sali.
„To już zdaje się wszyscy…” mruknął pod nosem do siebie, po czym głośniej dodał:
- Chodźmy dalej.
Po chwili kroki obydwu mężczyzn ucichły na szpitalnym korytarzu. Siostry z popołudniowej zmiany powoli zaczęły szykować się do zakończenia kolejnego dnia pracy. Za chwilę otrzymają wskazówki od asystenta, zaaplikują leki i będą mogły wracać do swoich domów. Tuż po przyjściu nocnej zmiany.
Z drugiego końca sali dochodziły pojękiwania któregoś z pacjentów. Kolejna noc zabierała powietrze ze szpitalnych korytarzy i chowała je w czerni.

Do ciężkiej cholery… Ile jeszcze czasu będę musiał tutaj spędzić? Wciąż ci sami lekarze…,Bydlęta, rzeźnicy… Nie chcę ich żółtych wyrazów, nie chcę głośnych długopisów… Znów wstrzykną mi to świństwo… Znów przyjdzie… Na żer… Tym razem może po mnie? Słyszę go za każdym razem coraz bliżej! Ten szmer… lekki chichot… Wypuście mnie stąd! Proszę! Błagam! Żądam! Dajcie mi choć odrobinę czasu, dajcie mi cokolwiek. Traktujecie mnie jak jakiegoś świra… Trzymacie w zamknięciu. Nawet nie wiecie, jaką krzywdę mi tym robicie! To przychodzi każdego dnia. Za każdym razem, kiedy robi się ciemno – on przychodzi. Przychodzi i przygląda mi się. Jego oczy… Są straszne! Przewierca mnie nimi i zabiera mnie po kawałku! A wy mi mówicie, że jestem chory… Męczycie mnie… Nie! Znowu kitle, znowu pielęgniarka, znowu igła! Nie! Ach… Dlaczego mi to robicie… Dlaczego.. robicie… dlaczegoooo…

- Wytrzyj mu to… - pielęgniarki pomimo późnej godziny wciąż jeszcze krzątały się przy pacjentach – Jeszcze chwila i cały będzie w ślinie…
Kobieca ręka mokrą ścierką przetarła twarz mężczyzny, zbierając z niej połowę śliny, a resztę rozsmarowując po jego twarzy. Za kilka godzin znowu trzeba będzie go wycierać. Środki zalecone przez lekarza otępiały umysł mężczyzny doszczętnie. Nie mógł po nich ruszyć ręką, nawet palcem… Z trudem przychodziło mu nawet mrugnięcie powieką… Oczy same opadały w dół, jakby ktoś zawiesił na nich ołowiane odważniki.
Wzdłuż przeciwległych ścian przestronnej sali stały prawie równo rozstawione łóżka. Na każdym z nich leżał jakiś mężczyzna, obezwładniony po zaaplikowanych środkach. Większość z nich dawno już zdążyła zasnąć, tylko ten jeden nie. Zawsze zasypiał ostatni, jakby bronił się przez snem…
Pielęgniarki rozejrzały się po łóżkach pacjentów, po czym wróciły do swojego pokoju na kawę i pączki, zostawiając salę spowitą w ciemności.

Idzie… Znowu… Nie mogę tego znieść. Znów usiądzie przy mnie, na skraju łóżka i będzie się we mnie wpatrywał… I kradł… Jutro rano znowu będzie mnie mniej… Kiedy starałem się wytłumaczyć to komisji, lekarzom – nie wierzyli… Pewnie - po co mi wierzyć, skoro prościej było naszprycować mnie jakimś gównem i zostawić tu tak śliniącego się, w zasranych gaciach. Pieniążki z ubezpieczenia płyną, po co więc się martwić… Zastrzyk rano, zastrzyk w południe i ostatni zastrzyk wieczorem. Śniadanie, obiad i kolacja… Sadyści…
Znowu siada na łóżku i patrzy… Czuję, jak zagląda wprost do mojego umysłu! Wynoś się stąd!
Przez większość czasu udaje mi się utrzymać go z dala od moich myśli, nie wpuszczać do siebie. Przygląda mi się wtedy i zabiera po kawałku, jakby chciał mnie połknąć, stać się mną… Coraz częściej czuję, jak swoimi ostrymi pazurami jeździ po moim mózgu… Ten ból… Staje się nie do wytrzymania! Kolejny dzień… Ile wytrzymam? Moje gałki oczne zaczynają drgać, gdy czuję ten dotyk na każdej kolejnej fałdzie… Ból tego dotyku jest okrutny! Zostaje po nim uczucie obecności magnesu, który rezonuje na wszystkie strony mącąc działanie mojego umysłu.
Ostatni zastrzyk zupełnie mnie zniewolił. Jak wszystkie poprzednie zresztą… Nie mogę się ruszyć, nawet nie mogę drgnąć! Czy mogę krzyczeć? Mogę?
Nie wytrzymam dłużej… To boli!!! To coś kładzie się na mnie… Nie chcę!!! Porusza się do przodu i w tył, zdziera ze mnie moją świadomość! Zabierzcie to ode mnie! Słyszycie mnie?
Hej!
Słyszyyyycieee mnieeee?!


- Który się tam tak drze? – Maria, jedna z pielęgniarek podniosła się z kanapy i przeniosła wzrok z ekranu telewizora na salę F. Wszyscy pacjenci leżeli spokojnie. Żaden się nie ruszał. Jedynie z końca sali dobiegał głośny wrzask.
- Co jest, do licha? – mruknęła pod nosem kobieta i ruszyła do drzwi prowadzących na salę. Przed wejściem do pomieszczenia włączyła latarkę. Przepis wydany przez dyrekcję szpitala zabraniał im w nocy zapalać światło w salach, budziło to pacjentów i stwarzało konieczność aplikowania im kolejnych dawek środków nasennych. Pielęgniarkom także nie było na rękę budzenie naraz w środku nocy gromady ponad trzydziestu świrów, zbyt dużo roboty później jest z nimi…
Kobieta przekroczyła próg sali i ruszyła w stronę, z której dochodziły wrzaski. Już po kilku krokach wiedziała który to pacjent. Obróciła się na pięcie i wróciła do drzwi. Zrezygnowanym ruchem ręki przełączyła kontakt i zgasiła latarkę. „Tak się drze, że i tak za chwilę pobudzi całą resztę…” - pomyślała krzywiąc usta. Po chwili lampy rozbłysły mlecznym światłem. Pielęgniarka podeszła do szyby pomiędzy salą, a pokojem lekarskim i energicznie zapukała w szkło. W chwilę później po drugiej stronie pokazała się zaspana twarz jej koleżanki, która wzruszyła ramionami i bezgłośnie zapytała „O co chodzi?”. Maria machnęła ręką.
- Idź po któregoś z lekarzy. Ten z końca sali… Znowu krzyczy. – Pokazała szybkim gestem w stronę wrzasków.
Pielęgniarka za szybą westchnęła i skinęła głową. Po sekundzie zniknęła za drzwiami pokoju.
Maria ruszyła do krzyczącego pacjenta. Ludzie na mijanych przez nią łóżkach na razie pogrążeni byli jeszcze we śnie. „Oby tak im zostało, do diabła…” mruknęła pod nosem. Widok pacjenta wydającego z siebie nieartykułowane wrzaski wzbudził w niej współczucie…

Idź stąd… Spadaj… Spieprzaj! Zostaw…
Heeeej! Niech ktoś tu przyjdzie!!!
Światło! Nareszcie… Ale dlaczego to nie zniknęło? Wciąż tu jest… Wciąż szczypie mój mózg…
Ktoś idzie! Pomóż mi! Słyszysz mnie?! Pomocy!
Ulga… Gdzieś uciekł, ciekawe na jak długo… Widzę to! Czołga się pod ścianą, ucieka w stronę wyjścia! Złapcie to! Inaczej znowu tu po mnie przyjdzie… Dlaczego go wypuściliście…

Zaspany lekarz drapał swój policzek, który przez kilka godzin zdążył pokryć się milimetrowym zarostem. Wyrwany dopiero co ze snu próbował skoncentrować swoje myśli na pacjencie.
- Doktorze? – usłyszał ponaglający głos pielęgniarki.
Wolałby spać dalej, chociażby na tej nędznej kanapie w kantorku lekarskim. Cały następny dzień znów spędzi na dyżurze. Następny dzień, czyli za jakieś cztery godziny.
- Co zalecił ordynator? – spytał mężczyzna wertując jednocześnie kartę pacjenta.
- O ile pamiętam to seconal… - niepewnie odparła pielęgniarka.
- Tak, tak, już mam… - uciął lekarz – Nie za bardzo mu to chyba pomaga…
Ponownie zaczął drapać swój zarost.
- Po pierwsze przeniesiemy go stąd do izolatki, żeby nie obudził nam całego piętra… Dzisiaj nic mu już nie dawajcie, tylko przypnijcie go pasami, żeby nie spadł z łóżka…
Pielęgniarka trochę zdziwiona spojrzała lekarzowi w oczy.
- Jak to, ma tak krzyczeć przez całą noc? – spytała niepewnie.
- Nic innego nie możemy teraz zrobić. Nie podam mu przecież następnego środka, to by było niepoważne. Skoro seconal nie podziałał – to nic już dzisiaj nie poradzimy. Widzę, że i tak dostał zwiększoną dawkę…
Mężczyzna oddał kartę pielęgniarce.
- Więc co z nim mam zrobić? – spytała.
- To, co powiedziałem. Zaprowadźcie go do izolatki i zapnijcie pasy. Na teraz tylko tyle. Jutro z rana skonsultuję to z ordynatorem. To wszystko. Dobranoc, do widzenia, nie ma mnie.
Lekarz obrócił się na pięcie i powlókł do kantorka łapać uciekające godziny zbawiennego snu.
- Głupi fiut. - wycedziła przez zęby pielęgniarka.
W głębi duszy cieszyła się, bo pomimo wrzasków nie obudził się żaden z pacjentów. Kobieta uznała to za cud, po czym najszybciej, a zarazem najciszej jak umiała wypchnęła łóżko z pacjentem na korytarz i zgasiła za sobą światło.

Dokąd mnie wieziecie? Nie chcę kolejnych zastrzyków…
Słyszę drzwi windy… Dokąd jedziemy? To wpełza za nami! Nie widzicie tego?
Do diabła! To jest tutaj, z nami! Głupie krowy!
Zróbcie coś… cokolwiek… błagam was…

Maria otworzyła drzwi izolatki, a jej koleżanka wprowadziła do środka łóżko z pacjentem. Z wprawą przeniosły go na drugie łóżko i zaczęły przypinać pasami. Mężczyzna pojękiwał co chwilę, jakby chciał coś powiedzieć. Pielęgniarki nie zwracały jednak na to uwagi. Chciały jak najszybciej skończyć to zajęcie i wrócić do swojego pokoju. Kiedy skończyły zapinać ostatni pas, odeszły krok do tyłu i sprawdziły wszystko wzrokiem. Nie chciały niczego przeoczyć. Zdarzało się już tak, że niby dobrze zapięty w pasach pacjent potrafił jakimś cudem wyswobodzić się z nich i zrobić sobie krzywdę.
- Znowu się zaślinił… - westchnęła pielęgniarka.
- Teraz twoja kolej, kochana. – odparła na to z szerokim uśmiechem Maria i obróciwszy się na pięcie wyszła z pokoju.
Pielęgniarka wyjęła z kieszonki fartucha zużytą chusteczkę higieniczną i z wyrazem obrzydzenia na twarzy starła nią strużkę śliny z policzka mężczyzny. Jego szkliste oczy błagalnie czekały, aż kobieta w nie spojrzy i wyczyta z nich prośbę o pomoc. Ta jednak nie zajęta była wycieraniem. Skończyła i rozejrzała się wokoło szukając miejsca, w którym mogłaby zostawić chusteczkę. Nie chciała pakować jej z powrotem do kieszeni. Nie namyślając się zbyt długo wcisnęła ją pod poplamioną poduszkę pod głową mężczyzny i zadowolona ze swojego błyskotliwego pomysłu wyszła z pokoju kręcąc biodrami na boki w rytm nuconej pod nosem piosenki. Zamek w drzwiach cicho szczęknął i na korytarzu zaczęły cichnąć kroki odchodzących pielęgniarek. Z oczu mężczyzny pociekło kilka łez. Jedynie słaby snop światła z korytarza wpadał przez malutkie okienko w drzwiach izolatki.

Już po mnie… Zostałem tu zupełnie sam… Nikt mi teraz nie pomoże.
Wiem, że tutaj jesteś. Nie ma chyba większego sensu żebyś się chował. No właśnie… wyjdź…
Prześladowco… Widzę cię od tylu lat. Nie chcę więcej. Co mam zrobić, żebyś w końcu dał mi spokój? Co? Mówisz poważnie? Niby jak to sobie wyobrażasz? Myślisz, że mogę tak po prostu stąd wyjść? Że przejdę spacerkiem przed ochroniarzami i pielęgniarkami? Rozejrzyj się dookoła! To jest zakład zamknięty! To dzięki tobie mnie tutaj zamknęli. Gdyby nie ty byłbym dzisiaj z moją… Nasza córeczka miałaby ojca! A tak ma tylko o nim wspomnienie. I to jakie? Na zawsze zapamięta, jak pielęgniarze pakują jej starego w kaftan i odwożą do wariatkowa… Przez ciebie!
Jak to nie twoja wina? A czyja – moja? Sam się tu zgłosiłem? Twoja, tylko twoja. To ty zacząłeś za mną chodzić, prześladować. A ja byłem na tyle głupi, żeby się wtedy tobą przejmować. Najgłupszym krokiem, jaki zrobiłem było powiedzenie o tobie mojemu lekarzowi. Później było coraz gorzej… A ty mi jeszcze mówisz, że to nie ty…
Zniszczyłeś moje życie. Zabrałeś mi wszystko. I teraz, gdy jestem praktycznie niczym chcesz mi odebrać ostatnią rzecz, jaką mam? Kim ty jesteś?
Nie wierzę ci. Dlaczego ja? Jest tylu ludzi chociażby tylko w tym mieście. Musiałeś wybrać akurat mnie?
Poczekaj! Poczekaj mówię! Chyba możesz dać mi kilka odpowiedzi? Stój, czekaj!
Nie! Nieee! To boli! Tak strasznie boli…
Nie dotykaj mnie… Zresztą jak chcesz…
Może to i lepsze niż gnicie w tym zaplutym szpitalu…
Istota wyższa…
Będę codziennie mógł patrzeć na moją córeczkę…
I na nią…
To tak bardzo boli… Okropnie… Czy to musi być takie bolesne, nie możemy się bez tego obejść?
Skąd się tutaj nagle wzięło tyle…
…światła?

- Jak to możliwe? – lekarz wstał na nogi i schował długopis do kieszonki fartucha.
- Nie wiem… Poszłam tylko sprawdzić i wtedy… - pielęgniarka nie umiała pozbierać wszystkich myśli.
- Chodźmy tam, opowie mi pani po drodze. – zadecydował lekarz. Jego zarostowi przybył kolejny milimetr długości. Ordynator znowu zwróci mu uwagę, że się nie ogolił.
- Więc? No niechże pani mówi, tylko po kolei… - powiedział do niej łagodnym tonem, starał się naprawdę bardzo mocno, żeby faktycznie jego ton był łagodny.
Zmieszana kobieta starała się pozbierać słowa, które chciała powiedzieć.
- Około godziny drugiej zawiozłyśmy go do izolatki, dokładnie jak pan zalecił. Zapięłyśmy pasy bardzo dokładnie, sprawdzałyśmy je kilka razy…
- Na pewno je sprawdziłyście? – spytał z niedowierzaniem mężczyzna.
- Na pewno. – odparła stanowczo pielęgniarka. Lekarz skinął głową.
- Zamknęłyśmy drzwi do jego pokoju i wróciłyśmy do siebie. Tuż przed czwartą wyszłam posprawdzać cały korytarz. Spodziewałam się, że on… że będzie dalej krzyczał, ale kiedy zbliżyłam się do drzwi – było zupełnie cicho… Zajrzałam wtedy przez okienko i… - kobieta przerwała zawieszając niepewnie głos.
Zatrzymali się przed drzwiami izolatki. Mężczyzna skrzyżował ręce na piersiach.
- I zobaczyła pani, że nikogo tam nie ma, tak? – spytał lekceważąco – Proszę otworzyć te drzwi.
Pielęgniarka drżącymi rękami starała się znaleźć klucz pasujący do zamka.
- Chce mi pani powiedzieć, że pacjent po silnych środkach uspokajających, spięty pasami i zamknięty w izolatce sam, w ciągu niespełna dwóch godzin ulotnił się tak po prostu, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu?
Drzwi otworzyły się i lekarz sprężystym krokiem wmaszerował do izolatki. Zatrzymał się na środku i zdziwionym wzrokiem spojrzał na łóżko, a następnie na pielęgniarkę. Głos uwiązł mu w gardle. Kobieta stojąca przed nim tylko kręciła głową. Łóżko było zupełnie puste. Pasy, którymi spięty był pacjent wciąż były spięte, wyglądały na nietknięte. Jedynie pod łóżkiem leżała zużyta chusteczka higieniczna.
Mężczyzna i kobieta nie zwrócili uwagi na cień, który tuż przy podłodze przemknął przez półotwarte drzwi i trzymając się zaciemnionej strony korytarza ruszył ku wyjściu.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -