Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




NADZIEJA

Fantasma Del Friuli

Dotarłam na miejsce. Wokół mnie panuje zgiełk, towarzyszący zwykle ludziom przygotowującym się do podróży, choć muszę przyznać, że w tym wyczuwam coś więcej niż zwykłe poddenerwowanie – znacznie więcej tu... dzikości.
Odkąd pamiętam lubiłam wodę – kałuże, strumyki, jeziora. Nawet zwykła fontanna wzbudzała we mnie zachwyt i to do tego stopnia, że przy każdej musiałam przystanąć, choćby na chwilę, wpatrując się w miliardy małych, mieniących się w słońcu koralików.
To jednak przed czym teraz stoję, to nie jakiś zaniedbany, publiczny wodotrysk. To zatoka bezkresnego oceanu, za którym życie wygląda zupełnie inaczej. Jest bajką – moją bajką – mającą się urzeczywistnić już wkrótce.
Już na samą myśl o tym, że z każdą mijającą chwilą jestem bliższa spełnienia mych pragnień czuję przebiegający dreszcz podniecenia. Przepełniona uczuciem błogości, wsłuchuję się w kojący szum fal odbijających się od kamienistego portowego wybrzeża.
Nagle coś bezceremonialnie zakłóca mój wewnętrzny spokój, wywołując nieoczekiwany wstrząs całego ciała. To zagubiona, lodowata kropla deszczu trafia za kołnierz kurtki i spływa spokojnie wzdłuż kręgosłupa. Niechętnie odrywam wzrok od mew biernie unoszonych przez ciepły prąd morski w kierunku przycumowanych starych łajb. Po prawej stronie widzę pięciu młodych chłopców w wieku dziesięciu, może dwunastu lat, stojących wzdłuż trapu i wrzucających na pokład statku bagaże pasażerów. Pomost nie wygląda zbyt solidnie. Zbity ze zbutwiałych desek chyba tylko cudem spełnia swą rolę, łącząc stabilny ląd z chyboczącym się statkiem. Przypatruję się młodym tragarzom. Ich „subtelność” w obchodzeniu się z bagażami choć częściowo zostaje zrekompensowana przez szybkość ruchów. To smutne, że ten sam przedmiot jednemu może nadawać sens życia, a innemu wydawać się bezwartościowym śmieciem.
Stoję z boku i napawam się widokiem klipera. Długi na około pięćdziesiąt metrów, ze smukłym, stosunkowo wąskim kadłubem i czterema wysokimi masztami sprawia wrażenie jakoby muskał wodę będąc papierowym origami. Wydaje się być wprost stworzony do pokonywania długich tras rozpruwawszy ocean z zaskakująco dużą szybkością. Choć w wielu miejscach farba na jego kadłubie już dawno odprysnęła, to wciąż na niebieskim tle można odczytać jego nazwę – „Nadzieja”.
Kilkunastu mężczyzn na jego pokładzie uwija się jak w ukropie sprawdzając wszystkie żagle, linki i wiele innych rzeczy, których nie potrafię nazwać i o których istnieniu wcześniej nie miałam nawet pojęcia.
Moja uwaga skupia się jednak na chłopaku pracującym na prawej burcie, tuż przy trapie. Jest wysoki, na oko w moim wieku, może nieco starszy. Odbiera od tragarzy bagaże i ładuje je na pokład żaglowca. Mięśnie jego ramion, widoczne dzięki koszuli pozbawionej rękawów, wyraźnie napinają się podczas gdy on umocowuje pakunki na pokładzie statku. Widzę jak wykrzywia twarz w grymasie bólu, kiedy to drobne, ostre nitki postrzępionych lin, wrzynają mu się w dłonie raniąc skórę niemalże do kości. Mimo to, nie przerywa pracy. Wręcz przeciwnie. Co jakiś czas nawołuje swych młodszych pomocników, by się pospieszyli. To dziwne, ale jest w nim coś, dzięki czemu czuję się... bezpieczna. Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć – przecież nawet go nie znam.
Nie jest ładny, czy przystojny, choć wypatrzyłam, że ma jasne oczy (podświadomie chcę, by były niebieskie) ładnie kontrastujące z czarną grzywką, opadającą na oczy spod przekrzywionego na prawą stronę beretu z daszkiem. Dodaje mu to jedynie słodkiego, zawadiackiego uroku. Jest mi obcy, ale wyczuwam między nami jakąś dziwną więź. Chcę, by choć przez chwilę na mnie zerknął...
Łup! Czuję, jak jakaś wielka łapa spada na me ramię i z ogromną siłą popycha w kierunku statku – tyle, że tu nie ma już trapu. Jednocześnie zza pleców dolatuje mnie niski charczący głos:
– No rusz się! Na co się gapisz?
Lecę ponad ziemią. Czuję się niczym jeden z okolicznych ptaków, choć zapewniam, że brak mi gracji, z jaką wzbijają się wysoko ponad chmury. W ostatniej chwili lewą ręką chwytam niski drewniany pal, służący do cumowania łodzi, ratując się przed kąpielą. Nie zapobiega to jednak upadkowi. Wręcz przeciwnie! Zataczam łuk wokół słupa, a zmieniając trajektorię ruchu, z całej siły uderzam kolanami o betonowy brzeg. Było to nieuniknione, zwłaszcza, że zawieszona dotychczas na moim ramieniu torba ześlizgując się, dodatkowo pociągnęła mnie ku ziemi.
– Przeklęta grawitacja! – myślę sobie sycząc z bólu wywołanego wbiciem się niezliczonej ilości drzazg pod skórę dłoni.
Słyszę za sobą śmiech chłopaków. Nawet nie zerkam w ich stronę. Chcę tylko uciec stąd jak najdalej z nadzieją, że nikt poza nimi, nie widział mojego upadku. Najpierw jednak muszę się podnieść, co nie jest takie łatwe. Ból kolan sprawia, że mam prawie czarno przed oczyma. Na dodatek nogi rozjeżdżają mi się – każda w inną stronę – w śliskim błocie, w którego centrum właśnie się znajduję. Paląc się ze wstydu wbijam wzrok w ziemię. Kątem oka dostrzegam stojące obok mnie dziecko.
– Nie bój się. Nic mi nie jest – uspokajam pięciolatka.
Na jego delikatnej twarzyczce zamiast wyrazu strachu, czy współczucia powoli pojawia się szyderczy uśmiech. W ułamku sekundy zdaję sobie sprawę, co tu robi i czego chce, ale jest już za późno. Dzieciak wyrywa mi torbę z rąk i znika gdzieś w tłumie. Chce mi się płakać. Dwukrotnie upokorzona w ciągu pięciu, może dziesięciu sekund... to za wiele nawet dla mnie. Na szczęście choć bilet i pieniądze mam w wewnętrznej kieszeni kurtki. Gdyby nie to, szansa na spełnienie marzeń i lepsze życie przepadłaby bezpowrotnie.
– Ej, odsuń się, bo zaraz będzie wracać! – słyszę czyjś głos.
Nie mam pojęcia do kogo należy. Nie wiem nawet czy jest skierowany do mnie. Na wszelki wypadek rozglądam się i ku mojemu przerażeniu widzę chłopaka w berecie wymachującego ręką w moją stronę. Dla pewności dyskretnie zerkam za siebie sprawdzając, czy ktoś za mną nie stoi. Niestety nie.
Powiedziałam dwa razy upokorzona? Pomyłka – trzy, bo najwyraźniej i on był świadkiem mojego upadku. Niewątpliwie chciałam, żeby na mnie spojrzał, ale przecież nie wtedy, gdy padam twarzą w błoto i gdy zostaję okradziona przez jakiegoś małolata! Co mi więcej pozostaje? Ze łzami w oczach i z zaciśniętymi zębami wykonuję jego polecenie – odsuwam się na bok, choć wolałabym się teraz rozpłynąć w powietrzu.
Piekący ból dłoni niepokojąco narasta. Moja obrzęknięta ręka, z wystającymi z niej drzazgami, bardziej przypomina jeża niż część ludzkiego ciała. Powoli wyciągam pierwszą z nich – tę największą. Na skórze dłoni prawie natychmiast pojawia się czerwona kropla krwi, która szybko wsiąka w zimne, kojące błoto, jakim jestem umorusana. Choć tak mogę przynieść sobie ulgi. O sterylnych warunkach nie ma co marzyć.
Łapię głęboki oddech przygotowując się do wyciągnięcia następnej, zaciskam zęby, ale w tej samej chwili czuję jakby delikatne mrowienie pod stopami. Mrowienie przechodzi w wibracje, a te po chwili w regularne wstrząsy ziemi. Jestem prawdopodobnie jedyną osobą, która zwraca na nie uwagę. Ich pochodzenie staje się dla mnie jasne, bowiem od mojej lewej strony nadciąga... wielorybica!
Zapytacie, czy przy tym upadku nie postradałam zmysłów – co robiłby wieloryb na lądzie? Nie, bez obawy. Z moją głową wszystko w porządku. Ten niebagatelnych rozmiarów ssak, to w rzeczywistości kobieta – chciałoby się rzec przedstawicielka płci pięknej, tyle że o mocno zdeformowanych przez tuszę kształtach.
– Z drogi!! – krzyczy, „ostrożnie” schodząc z trapu, szeroko rozstawiając nogi, co ułatwia jej przenoszenie zwisających fałdów tłuszczu. Rozpoznaję ten głos. Teraz dochodzi do mnie fakt, iż to ona wcześniej dokonała ataku na moją osobę, pozbawiając mnie aż do tej chwili godności. W duchu myślę, że byłoby wprost idealnie, gdyby podskakujący jak trampolina koniec trapu, zachodzący na statek osunął się, a ona wpadła rozkraczona do wody. Byłoby to wspaniałe wyrównanie rachunku, bez mojego czynnego w nim udziału. Zamiast tego słyszę głos:
– Wystarczy powiedzieć przepraszam – i dopiero po sekundzie zdaję sobie sprawę, że należał do mnie.
Teraz łudzę się, że mnie nie usłyszała, ale jak to w życiu bywa, nie zawsze się ma to, czego się chce. Czy usłyszała? Oczywiście! Właśnie zmierza w moją stronę sapiąc jak rozwścieczony byk, od którego odróżnia ją tylko jedno – jest od niego brzydsza i większa! Staje przede mną. Jestem niska jak na moje siedemnaście lat, ale mam wrażenie, że gdybym miała dwa metry wzrostu czułabym się dokładnie tak samo... jak karaluch, którego za moment ta przepełniona jadem i nienawiścią kobieta (przez duże „k”), rozgniecie w drobny pył. Patrzę jej prosto w oczy udając, że nie wywarła na mnie większego wrażenia, ale czuję, że tym razem przed upadkiem do wody nie uratuje mnie już żaden słup... i to w ogóle jeśli uda mi się przeżyć nacisk jej łapsk na moje dość wątłe ciało.
– Mówiłaś coś, czy mi się zdawało? – zwraca się do mnie gulgocząc niczym zacietrzewiony indor, roztaczając przy tym wokół siebie cuchnącą woń przetrawionego czosnku.
– Wystarczy powiedzieć przepraszam – powtarzam nie spuszczając z niej oczu.
– Że niby jaaaa, mam za coś przepraszać... ciebie?? – cedzi przez zaciśnięte zęby, kryjące się gdzieś między olbrzymimi polikami, a kartoflanym nosem.
– Owszem. Zwykle nie jestem aż tak drobiazgowa – kontynuuję – ale jeśli już o tym mowa, to o mało co nie wepchnęła mnie pani do wody.
– Do wody? Że ja ciebie... do wody? – wielorybica wybucha śmiechem.
Śmiało mogę zacząć odliczanie ostatnich sekund życia. Z drugiej strony skoro już wywołałam bestię z pieczary, to nie pozostaje mi nic innego jak kontynuowanie tej... tragifarsy („tragi-„ dla mnie, „-farsy” dla niej oczywiście).
– Po pierwsze nie przypominam sobie, żebyśmy przeszły na „ty”, ale niech będzie. Wracając zaś do twojego pytania – osiem... siedem... liczę w myśli upływające sekundy – tak, o mały włos nie wpadłam przez ciebie do wody. Uważam więc, że należy mi się choć słowo „przepraszam”.
Nie wiem co sprawia, że wciąż wypluwam z siebie te słowa. Być może za sprawą jakiejś gafy genetycznej nie rozwinął się u mnie instynkt samozachowawczy – tak, to by tłumaczyło moje irracjonalne zachowanie. Normalny człowiek spuściłby przecież głowę w geście skruchy i czmychnął gdzie pieprz rośnie.
Ja jednak stoję jak wryta. To znaczy stałam, bo właśnie ta „kruszynka” jedną ręką podnosi mnie za klapy kurtki na wysokość swej obrzydliwej gęby. Można mi wierzyć albo nie, ale choć sama nie uważam siebie za cud natury, to takiego szkaradztwa jeszcze nigdy nie widziałam. Patrzę na jej mały otwór gębowy, te małe usteczka zza których widać kawałki zębów – kawałki to najlepsze określenie, na to brązowo-czarne coś, co pozostało po siekaczach i kłach. No i ten smród... aż mnie zatyka. To nim zaczynam sobie tłumaczyć chwilową niepoczytalność i mą śmiałość przeciwstawiania się tej jakże... uprzejmej damie
– Jesteś małą obrzydliwą gnidą! Zwykłą pchłą na kocim zadzie! – sapie wielorybica
A nie mówiłam, że jest uprzejma?
Zdając sobie sprawę, że mojej sytuacji nic już nie jest w stanie pogorszyć, pozwalam sobie na szeroki uśmiech w kierunku bestii, zastanawiając się przy tym nad jej kategoriami piękna i brzydoty, bo skoro ja jestem obrzydliwa, to ona...
– Zgniotę cię, jak wesz! – kontynuuje, a ja patrząc na jej przetłuszczone, potargane włosy myślę:
– Co ona tak o tych insektach? Najwidoczniej żyje z nimi za pan brat.
Na samą już myśl o tym wszystko zaczyna mnie swędzieć i mimo stalowego uścisku wiję się niczym piskorz. To jest jedyna i być może ostatnia sposobność, żeby się rozejrzeć dookoła i wezwać pomoc. Ku mojemu przerażeniu ani jedna osoba nie patrzy w naszą stronę. Ludzie przez cały czas mijają nas w wielkim pędzie, nawet potrącają, ale nikt, zupełnie nikt nie wie jaki dramat (wciąż mój dramat!) toczy się obok nich. Zerkam w kierunku tragarzy. Nawet oni nie zwracają teraz na nas uwagi.
Czuję jak olbrzymimi łapskami przyciąga mnie do swoich gigantycznych piersi po to, by wyrzucić daleko przed siebie. Jeszcze trochę i zacznę nawiązywać bliższe znajomości z tutejszymi mewami, które dziś już po raz drugi mijam w powietrzu. One jako jedyne zdają się być zainteresowane mą osobą, bo obsiadły teraz nabrzeżne pale i przyglądają mi się z zaciekawieniem.
Padam z hukiem na ziemię. Upadek tak wstrząsnął moimi płucami do tego stopnia, iż nie mogę złapać tchu. Wszystko dookoła mnie wiruje. Ważę pięćdziesiąt kilogramów, ale ona rzuciła mną jak małym kamykiem. Czuję, że ziemia znów drży pod stopami. To może oznaczać tylko jedno: Gargantua w kobiecym wydaniu znów zmierza w moim kierunku. Chwyta mnie za kurtkę, podnosi, trzyma w górze przez chwilę... i ku mojemu zaskoczeniu... nagle wypuszcza z rąk jak niechcianą lalkę. Coś innego przykuwa jej uwagę. Nie mam pojęcia co, bo wciąż jestem nieco zamroczona – moje ciało i mózg jeszcze się nie zdecydowały, czy chcą już przekroczyć granicę życia i śmierci. Odgłos rozpruwanej kurtki podpowiada mi, że znalazła mój bilet i pieniądze. Z na wpół otwartymi oczami, próbuję wymacać jej rękę i powstrzymać ją przed zabraniem tego, co mam najcenniejsze – biletu! Biletu do świata, gdzie wszystkie marzenia się spełniają.
Jak w amoku zrywam się z ziemi. Rzucam się na nią, choć tak naprawdę nawet nie wiem gdzie dokładnie stoi. Na szczęście jej ciało ma takie rozmiary, że w jakimkolwiek kierunku bym na nią nie skoczyła, mam prawie stuprocentowe prawdopodobieństwo natknięcia się na jakąś jego część. Z siłą, o jaką nigdy bym siebie nie podejrzewała, powalam ją na ziemię. Nie wiem kto jest tym atakiem bardziej zaskoczony – ja, czy ona.
– Płyniesz na Nową Ziemię? Na „Nadziei”? – stęka spode mnie.
– Co ci do tego?! – krzyczę jej w twarz. – Oddaj mi bilet! Natychmiast! – okładam ją z całej siły pięściami.
Nawet się nie broni. Podsuwa mi tylko bilet przed twarz. Jeszcze parę ciosów, wyrywam pomięty kartonik z jej ręki i zsuwam się z jej cielska. Wstaję prawie natychmiast, gotowa do ponowienia ataku, ale widzę, że jest to zbędne. W pozycji stojącej niewątpliwie potrafi przestraszyć swoją ogromnością, ale w leżącej jest niczym bezradny żółw przewrócony grzbietem do dołu, bezradnie machający łapami. Odchodzę, zostawiając ją w tej żałosnej pozycji. W prawdzie boli mnie każdy centymetr mojego ciała, ale jestem szczęśliwa. Bilet jest wciąż mój!
„Nadzieja” odpływa około siedemnastej, więc mam jeszcze jakieś pół godziny. Postanawiam udać się do którejś z portowych knajp żeby coś zjeść, albo choć łyknąć czegoś ciepłego. Moje ubrania przesiąknięte deszczem i błotem oraz rozerwana kurtka nadają mi wygląd żebraczki spod przydrożnego kościoła, ale jakoś mnie to nie martwi. Już niedługo odbijemy od tego cuchnącego, zawładniętego przez zło lądu, a później już tylko chwilka i znajdę się tam, gdzie moje miejsce – na Nowej Ziemi.
Już sama nazwa wydaje mi się ekscytująca. Od dziecka słyszałam opowieści o niej – nigdy z pierwszej ręki. Jedni ją postrzegają jako raj obiecany, podobno tam marzenia się spełniają, drudzy... nazywają ją światem głupców i przegranych, ale przecież zawsze są tacy, co szukają dziury w całym. Poza załogą nikt, kto wyruszył za ocean, nigdy nie powrócił. Mnie to wystarcza by wierzyć, że jest tam coś, dla czego warto porzucić ten świat nędzy i brzydoty, w którym przyszło mi dorastać.
Wciskam się w tłum. Jest to odpowiednie słowo do tego przez co muszę przejść, żeby utrzymać się na drodze prowadzącej do knajpy. Dokąd ci wszyscy ludzie pędzą? Na statek? Jest jeszcze czas.
Za plecami słyszę pierwsze bicie dzwonu. To kapitan klipera wyszedł na pokład obwieszczając wszystkim, że czas się powoli szykować do drogi. Teraz to się dopiero zaczęły przepychanki. Ludzie dosłownie wchodzą sobie na głowę. Jeden drugiego gotów zgnieść, zdeptać tylko po to, by przesunąć się w kolejce na statek choć o jeden głupi metr.
– Może lepiej zawrócić? – myślę, ale w tym samym momencie czuję, jak jakiś potężny mężczyzna zaciska palce na mej szyi.
Widziałam, jak taranując wszystko i wszystkich na swej drodze zmierza w moim kierunku, ale nie miałam pojęcia, że chodzi mu o mnie.
– Co zrobiłaś mojej rybce? – sapie mi w twarz.
Pewnie cisnąłby mną, jak to wcześniej zrobiła jego „rybka”, ale kapitan właśnie zabił po raz kolejny w dzwon, a to oznacza, że do podróży jest mniej niż myślałam. Olbrzym trzyma mnie, szamoczącą się co sił, jeszcze przez chwilę, po czym puszcza wolno. To zrozumiałe, że zależy mu bardziej na podróży niż na mnie. Nie czekając aż zmieni zdanie i tym razem rezygnując z tłumaczeń, że przecież wieloryb to ssak a nie ryba, przedzieram się przez tłum, rozpychając się co sił łokciami. Jakimś cudem udaje mi się dotrzeć na skraj ulicy, ale tam, w deszczu, nie mając stałego punktu podparcia, z pomocą pędzącego niczym barany na rzeź tłumu, ześlizguję się do rowu uderzając przy tym głową o wystający sponad ziemi korzeń drzewa.

***

Otwieram oczy. Nie pamiętam co się stało. Policzkiem dotykam czegoś zimnego. Ponownie znalazłam się w błocie. Przed sobą widzę tylko pojedyncze kamyki. Oblizuję wysuszone usta. Ziarenka ziemi przylepiają się do języka. Na widok szczurzych ogonów wijących się wokół mej lewej ręki wzbierają we mnie mdłości. Szczury zwabione zapachem krwi nie tracą czasu. Zaczynają nadgryzać świeże, młode mięso poranionej dłoni. Odganiam je ze wstrętem. Przez chwilę walczę sama ze sobą, by nie zwymiotować. Wszystko to na nic. Za późno...
Gryzonie wpatrują się we mnie małymi, świdrującymi ślepkami. Dwa z nich bezwstydnie podbiegają sprawdzić, czy nie zwróciłam czegoś nadającego się jeszcze do przegryzienia, a to wywołuje we mnie ponowną salwę wymiotów. Prawie nic dziś nie jadłam, więc gorzki smak żółci jeszcze bardziej nasila niekończące się skurcze żołądka. Wyplułam już chyba wszystkie wnętrzności. Skonana padam ponownie na ziemię.
Rozumiecie dlaczego chcę opuścić ten podły świat? Nie ma tu nic, do czego mogłabym zatęsknić, nic co zwykłemu śmiertelnikowi pozwalałoby żyć w zgodzie z samym sobą. Dookoła tylko jad, nienawiść, zgnilizna i...
– Chodź ze mną – do mych uszu dolatuje znajomy głos.
Nawet nie patrzę w stronę skąd dochodzi. Czuję jak ktoś obejmuje mnie ramieniem i pomaga wstać.
– Trzymaj się. Jak się czujesz? Wyglądasz strasznie! – znów ten głos, wraca jak bumerang.
Jest mi bliski, ale ja na świecie nie mam nikogo bliskiego. Bezładnie przebieram nogami. To chyba pierwsza od lat osoba, której mój los nie jest bez znaczenia. Spoglądam w twarz mojego towarzysza... i widzę ciepły uśmiech.
– A jednak ma niebieskie oczy... – szepczę.
– Co mówisz?
– Nic, nic. – uśmiecham się na ile pozwalają mi rozcięte wargi.
To jest chłopak z czapką na głowie. Z daleka wydawał się niższy. Wiedziałam, czułam to od samego początku – tylko jemu mogę zaufać.
Wciskamy się znów w tłum. Z każdej strony ktoś na nas napiera. Nie zatrzymujemy się. Każdy mięsień mam napięty do granic możliwości.
– Nie damy się stąd wyrzucić! O nie!! Nie teraz!! Mam bilet i muszę znaleźć się na tym statku! Za wszelką cenę! Jest mi bez różnicy ilu z was zdepczę! Wszyscy jesteście tacy sami! Jesteście bezlitośni... więc i ja taka będę! – powtarzam w kółko, chcąc wierzyć we własne słowa, dodając tym sobie otuchy... tyle, że nie potrafię. Nie potrafię. Nie jestem taka jak oni.
Darwin z pewnością zaliczyłby mnie do osobników słabych, niedostosowanych do panujących warunków, a więc skazanych na śmierć (no bo jakież cechy mogłabym przekazać przyszłym pokoleniom?), ale to chyba właśnie tacy jak ja, czy mój kompan sprawiamy, że rodzaj ludzki jeszcze istnieje, choć z drugiej strony może lepiej by było, gdyby...
Pod nogami czuję jakąś nierówność. Wchodzimy na trap. Krzyki ludzi zaczynają narastać. Słyszę, że wielu spośród nich zsuwa się do wody, a może są tam wrzucani. Na szczycie trapu czterech kolosalnych mężczyzn robi brutalną selekcję: na tych z biletem i bez. A jednak – przecież nikt z własnej woli nie skakałby do wody będąc już tak blisko celu. W naszym kierunku wysuwają się dwie pary rąk. Jedna chwyta mnie, druga mojego kolegę. Wciąż trzymamy się za ręce, choć zdaję sobie z tego sprawę dopiero teraz. Moje nogi odrywają się od powierzchni trapu. Myślę tylko:
– Znowu... – ale tym razem ręce mężczyzny przenoszą mnie ponad jego głową i stawiają... na pokładzie statku.
– Jesteśmy!! – krzyczę ostatkiem sił.
– Jeszcze nie! – chłopak w berecie pociąga mnie za sobą w kierunku schodów prowadzących pod pokład. Nie wiem co się dzieje, przecież teraz nie musimy się już nigdzie spieszyć.
Dobiegamy do schodów właśnie w tym momencie, gdy drzwi pod pokładem zaczynają się zamykać.
– Jeszcze my!! Jeszcze my!! – wrzeszczy „Chłopak w berecie” (takim imieniem go ochrzciłam) rzucając się z desperacją na drzwi. Chwyta za ich krawędź, nogą zapiera się o ścianę, ale czyjeś ręce od wewnątrz odpędzają go bezlitośnie.
– Uważaj!Nóż! – krzyczę. – Mają nóż! – ale właśnie w tej chwili błyszczące ostrze zagłębia się w mięśniu ponad przegubem prawej dłoni chłopaka. Jego uchwyt zelżał na moment, ale to wystarcza, by drzwi zamknęły się z trzaskiem.
– To koniec – szepcze ściskając krwawiącą rękę. – Jesteśmy zgubieni!
– Jak to zgubieni? Przecież jesteśmy tu... Płyniemy ku Nowej Ziemi, ku naszej ziemi!
– Ty nic nie rozumiesz? Naprawdę nie rozumiesz? Nie możesz być aż tak głupia!
Tego się po nim nie spodziewałam. Nie musi być uprzejmy. Nie prosiłam go o pomoc. Przez całe życie byłam traktowana jak pies, ale nazywać mnie głupią...
Urażona odwracam się na pięcie i odchodzę chwiejnym krokiem. Podczas szarpaniny z drzwiami, której byłam świadkiem, odbiliśmy znacznie od brzegu i wciąż stopniowo nabieramy mocy w żagle. Na pokładzie jesteśmy tylko ja i on. A właśnie, gdzie się podziała załoga? Gdzie są wszyscy?
Słyszę tylko szum odbijającej się od dziobu wody.
– Hej! Jest tu ktoś? Gdzie się wszyscy podziali?
– Jesteśmy tylko my, nie widzisz? – słyszę głos za plecami.
– Nie mówiłam do ciebie!
– Tylko ja tu jestem!
Trudno temu zaprzeczyć. Nie chcę go więcej widzieć na oczy, a tymczasem jest jedyną osobą, na którą jestem skazana, być może przez cały czas trwania rejsu.
Nigdy nie byłam na statku, ale zawsze marzyło mi się stanąć choć przez chwilę za sterem. To musi być niesamowite uczucie – być panem własnego losu i płynąć tam, dokąd oczy poniosą.
Obchodzę cały pokład dookoła. To dziwne, ale nigdzie nie ma steru. W ogóle teraz dopiero zdaję sobie sprawę, że w tym statku jest coś nietypowego – coś, co wywołuje we mnie niepokój. No i ta pustka. Wszyscy schowani pod pokładem siedzą cicho niczym myszy kościelne. Nikt nawet głowy nie wystawi, żeby choć przez chwilę popatrzeć... na wodę... na oddalający się ląd. Nic mnie to nie obchodzi. Ważne, że jestem wolna... Mogę marzyć... ale przede wszystkim mogę zasnąć. Jestem tak zmęczona, że postanawiam ułożyć się gdzieś z boczku i zdrzemnąć choć przez chwilę.
Leżę na plecach. Nade mną moje „stare znajome” – mewy – popiskują od czasu do czasu. Powieki stają się coraz cięższe, a kołyszący statek utula mnie do snu. To był ciężki dzień, ale jutro już nadchodzi, a z nim Nowa Ziemia. Znów czuję tę błogość. Powoli rozpływam się we śnie...

***

Budzę się drżąc z zimna. Cienki pasek lądu zniknął za nami bezpowrotnie. Musiałam przysnąć na dwie, może trzy godziny. Niebo spochmurniało w tym czasie, a wiatr zaczyna się wzmagać z minuty na minutę. Zakładam kaptur na głowę, a skostniałe palce chowam w kieszeniach kurtki. Oby tylko nie było sztormu, bo tego na pokładzie tego żaglowca z całą pewnością nie przetrwamy.
No właśnie – my. Gdzie jest to chłopaczysko? Rozglądam się i widzę, jak do połowy przewieszony przez burtę spogląda na wodę. Jest obecny tylko ciałem, bo jego umysł sięga gdzieś tam głęboko pod powierzchnię spienionego oceanu.
Podchodzę do niego. Trochę mi głupio, że nawet nie spytałam jak się czuje. Chcę obejrzeć jego rękę. Odwraca wzrok od wody. Przez chwilę wpatrujemy się w siebie, aż w końcu on odzywa się jako pierwszy:
– Ty naprawdę o niczym nie wiesz?
– Nie wiem co masz na myśli. Czego takiego „nie wiem”?
Przybliża się jeszcze trochę do mnie. Bierze moją dłoń w swoją, spuszcza głowę i wypowiada słowa, które mnie przerażają, ale jednocześnie wydają się być absurdalne w tej chwili:
– My już jesteśmy martwi... Słyszysz? Martwi!
– Jak możemy być martwi skoro stoimy, rozmawiamy... tu i teraz.
Dotykam jego ręki – opatrzył ją sobie jakąś szmatą podczas gdy spałam – po czym lekko ściskam przedramię. Odskakuje w tył klnąc z bólu.
– Widzisz, nie jesteś martwy!
– To wszystko... – spogląda na rękę – to nie jest ważne. Jesteśmy tu i teraz, ale za parę godzin nas już nie będzie. Tylko nas dwoje, bo tylko my dwoje jesteśmy tu – na górze...
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Oni po nas przyjdą i nas wezmą do siebie. Nic już nas nie uratuje. Nic!!
– Kto po nas przyjdzie? Kim są „oni”? Powiedz mi, proszę. Zaczynam się bać! – błagam ze łzami w oczach.
– Skąd masz ten bilet?
– A co to ma do rzeczy? – nie chcę się wdawać w opowieść o tym, jak pewnego dnia ukradłam go jednemu pijaczynie, przechwalającemu się, że ten bilet otwiera drogę do lepszego bytu i który z całą pewnością na niego nie zasługiwał.
– Nie chcesz powiedzieć? Zresztą to nie ważne, bo jest już za późno.
– Na co jest za późno?
– Posłuchaj. Każdej nocy... gdzieś tu – tysiące metrów pod nami – otwierają się wrota... do piekła. Wydostają się przez nie dusze wszystkich, którzy od początków dziejów ludzkości zginęli tu... na tych głębinach. Każdy, kto przez swą głupotę, czy nieroztropność, jak my – zostanie w tym czasie na pokładzie... ginie. Jedni konają w wielkich mękach, dla innych śmierć jest bezbolesna, ale wszystkich bez wyjątku czeka ten sam koniec.
– O czym ty mówisz?
Odpowiada mi cisza.
– Boże, to nie może być prawda. – rzucam się na niego z pięściami.
Uderzam gdzie popadnie. – Ty sobie ze mnie kpisz, tak? Zabawiasz się moim kosztem! To przecież nie może być prawda! Ja muszę dotrzeć do Nowej Ziemi!
Chłopak zaś kontynuuje:
– Wielokrotnie słyszałem jęki tych, co zostawali na pokładzie. Zatykałem uszy, ale mimo to słyszałem. Nic nie jest w stanie tego zagłuszyć, a teraz będę jednym z tych nieszczęśników... i ty też.
Ty mówisz poważnie... prawda?
Cisza.
Skoro tak... to... powiedz mi, co możemy zrobić? Nie możemy tak po prostu czekać aż nas... wezmą!
„Chłopak w berecie” potrząsa mną wykrzykując w twarz:
– Zrozum wreszcie! Nic już nie możemy zrobić! Możemy jedynie czekać!
– Skoro wiedziałeś – nie poddaję się – że na pokładzie nie mamy szans, dlaczego tu zostaliśmy? Dlaczego nie wyskoczyliśmy za burtę, póki jeszcze był na to czas? Dlaczego? Powiedz mi – dlaczego?
– Bo to nie miałoby znaczenia. Znaleźliby nas i jeszcze tej nocy, tak czy inaczej, bylibyśmy martwi. Nie można od tak po prostu wycofać się z tej podróży. Zakupiłaś bilet (nie wie przecież, że go ukradłam) w jedną stronę bez prawa do rezygnacji.
– A co z tymi wszystkimi ludźmi pod pokładem? Im się nic nie stanie? Dotrą cali i zdrowi do Nowej Ziemi? A może powiesz mi, że Nowa Ziemia w ogóle nie istnieje!
– Zapewniam cię, że istnieje tyle, że ludzie, którzy na nią docierają, prędzej czy później popadają w obłęd, a potem to już kwestia czasu, kiedy... żegnają się z życiem – najczęściej na skutek nieprzemyślanego życzenia... niewypowiedzianej myśli... Wiesz przecież, że tam spełniają się wszystkie marzenia.
– Wiem, po to tam płynę – ja i pozostali. Powiedz mi tylko, jeśli to co mówisz jest prawdą, to jak to możliwe, że ty... że załoga tego statku wciąż tu jesteście?
– Jesteśmy przeklęci!
– Nie wierzę w takie bzdury!
– Za parę godzin zmienisz zdanie. To jest klątwa! „Nadzieja”, ten statek, przywołał nas do siebie. Myślisz, że chciałem być świadkiem ciągłych krzyków i lamentów wydostających się z gardeł mordowanych ludzi? Któregoś dnia po prostu znalazłem się tu i tu pozostałem. To było tak dawno, że prawie tego nie pamiętam. Byłem jeszcze małym chłopcem.
– Jak ci, którzy ładowali bagaże na statek?
– Ja miałem cztery, może pięć lat. Od tamtej pory przeżywam piekło na ziemi.
– A ja myślałam, że moje życie to koszmar...
– Nie ma sensu spierać się o to, któremu z nas życie dało bardziej w kość. To nie ma teraz najmniejszego znaczenia. Już niedługo zginiemy tu oboje.
– A ja chciałam tylko odnaleźć upragnione miejsce. Raz w życiu chciałam czegoś więcej i oto, co mnie teraz czeka. Całe życie los się ze mnie naigrywał. Gdy byłam już bliska osiągnięcia celu, to zawsze działo się coś, co mnie od niego oddalało. Zawsze tylko bliska... Łudziłam się, że tym razem będzie inaczej, ale nieee... Tacy jak ja nigdy nie mają tego, co chcą.
– Nie mów tak!
– Dlaczego? Tym razem i ciebie skazałam cię na śmierć! Zginiesz przeze mnie! Wybacz mi!
– Nie mam ci czego wybaczać, bo „skazany na śmierć” byłem już w dniu narodzin, jak wszyscy, a to kiedy i gdzie ona nastąpi... na to wpływu nie mamy. Zresztą dla mnie śmierć to... pewnego rodzaju wyzwolenie. Przykro mi tylko, że ty jesteś tu ze mną.
Obejmuję go mocno. Przyciskam policzek do jego klatki piersiowej. Jego ramiona wydają się być najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. No właśnie... na ziemi, ale my już nie jesteśmy na lądzie.
Rozglądam się nerwowo dookoła. Chyba wie, co mi przyszło właśnie do głowy.
– Niestety – mówi – ten kliper nie ma przede mną tajemnic. Nie spodziewaj się, że znajdziesz choćby najmniejszą dziurę, w której moglibyśmy się ukryć. Wszystko pozamykane. Nie zapomnieli o niczym. Jak zawsze...
– Ktoś kiedyś musi przecież wyjść, a co z żaglami, sterem? Kapitan powinien dbać o pasażerów.
– Nie żartuj! Ten statek ma jednego prawdziwego kapitana i zapewniam cię, że nie chciałabyś stanąć z nim oko w oko.
Przytulam się ponownie do chłopaka. Mogłabym z nim tak stać i stać, wtulając się weń bez końca. Niestety zaczyna się robić coraz zimniej. Po plecach przebiega mi dreszcz. Wiatr znacznie się wzmaga. Wciąż słyszę fale odbijające się od statku, ale tym razem są chyba większe. Nie tylko ja to czuję. Wychylamy się lekko znad lewej burty i spoglądamy w dół. Widzimy, jak dziób żaglowca rozpruwa ocean, a spieniona woda przybiera na sile uderzając o kadłub. Spoglądamy w niebo, które powoli się rozstępuje. Wszędzie panuje ciemność, ale gdzieś, z bardzo wysoka zaczynają dochodzić do nas promyki pomarańczowego światła. Rozświetlona przez nie czerń przechodzi w błękit, ale nie taki, jaki obserwować można w słoneczny dzień. O nie. Ten jest zimny, stalowy, nieczysty... i wróży coś złego.
– Nadchodzą – szepcze Chłopak w berecie.
Promienie zmieniają kolor. Przybierają teraz barwę żywej, krwistej czerwieni. Nad wodą pojawia się mgła, jaką można zaobserwować o świcie nad jeziorem. Ta jednak z każdą sekundą gęstnieje. W kilku miejscach tworzą się małe zawirowania, przechodzące po chwili w małe „trąby mgielne”, ale brak im mocy trąb powietrznych. Ich zwężony początek skrywa się gdzieś w głębinach. Stale narastają po czym znów dzielą na mniejsze.
– Szybko! Chodź ze mną! – chłopak pociąga mnie za rękę.
– Co chcesz zrobić?
– Chodź, właśnie mi coś przyszło do głowy. Musimy wspiąć się tylko na ten maszt. Musimy znaleźć się jak najdalej od tafli wody.
Nie mam lęku wysokości, ale wspinanie się bez zabezpieczenia na taką wysokość, zwłaszcza, gdy przynajmniej jedno z nas, czyli ja, robi to po raz pierwszy w życiu, nie wróży nic dobrego. Z drugiej strony, co mam do stracenia. Tu na dole i tak czeka mnie pewna śmierć. Pospiesznie ruszam za nim.
Wspinaczka idzie mi żałośnie. Co przesuwam się do góry o parę metrów, to nagły skręt statku lub podmuch wiatru sprawia, że ręce nie wytrzymują i zjeżdżam w dół. Mojemu koledze idzie ta czynność znacznie lepiej, choć z pewnością krwawiąca jeszcze rana i towarzyszący jej ból, nie ułatwia i jemu tego zadania. Jakimś cudem podciąga mnie od czasu do czasu do góry za kaptur kurtki, dzięki czemu moje ręce i nogi choć na ułamek sekundy mogą trochę odpocząć. Chyba tylko z Bożą pomocą docieramy na sam szczyt.
Nie wiem ile czasu zajęła nam ta wspinaczka, ale w tym czasie nasze otoczenie zmieniło się nie do poznania. Statek chybocze się, jakby chciał nas zrzucić do wody, której błękitny odcień przeistoczył się w gęstą, krwistą maź. Spod niej, na powierzchnię wydobywają się setki tysięcy powykrzywianych od bólu i cierpienia mgielnych twarzy. Unoszą się wszystkie razem jakby czekały na jakiś znak. Wydaje mi się, że nas nie widzą. Może i tak jest, bo w miejscu oczodołów mają jedynie czarne dziury, ale ja wiem, że nas... czują. Wiedzą, że tu jesteśmy, ale nic nie robią, tylko czekają.
Patrzę jak się swobodnie unoszą – falują niczym dym z papierosa. Ten widok koi me nieco stargane nerwy. Wszystkie są do siebie takie podobne.
Plask! Dostaję w twarz. Już tyle razy mnie dziś sponiewierano, że nie robi to na mnie większego wrażenia.
– Nie patrz na nie! – krzyczy „damski bokser” – One cię przywołują do siebie!
Oczy mam ciężkie. Chce mi się spać. I znów... plask!
– Nie śpij! Nie możesz teraz zasnąć! To może być nasza jedyna szansa na przetrwanie!
Nie wiem skąd on bierze tyle siły. Próbuję się ruszyć, ale nie mogę. Nogi i ręce mam przywiązane do masztu. To sprawia, że wychodzę z wcześniejszego transu.
– Co ze mną zrobiłeś? Jak będę się teraz bronić? – próbuję się oswobodzić z więzów. – Wystawiłeś mnie na wabia??? Odwiąż mnie!! Natychmiast!
– Uspokój się! Może to pozwoli ci przetrwać!
– Odwiąż mnie! Słyszysz? Nie chcę, żeby mnie pożarły te stwory! Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś? Ja ci... ufałam.
Widzę jak chłopak przez cały czas próbuje utrzymać równowagę przy niesamowicie silnym wietrze. Przybliża się do mnie. Czoło przyciska do mojego czoła. Po twarzy spływają mu krople deszczu, a może łzy.
– Spróbuj... uwierzyć, a może uda ci się uratować!
– Odejdź ode mnie! – odwracam głowę w drugą stronę.
– Zaufaj mi! Może uda nam się oszukać te...
Czujemy nagłe tąpnięcie. Statek, z niewiarygodną prędkością zaczyna wzbijać się pod chmury, jakby nagle dostał skrzydeł, ale to nie są skrzydła. To gigantyczna fala wynosi nas niemal do nieba. Przez chwilę zatrzymujemy się w górze, jak na wielkim, diabelskim młynie w lunaparku, w którym nagle zabrakło prądu tyle, że teraz słowo „diabelski” ma dla nas bardzo realne znaczenie.
Chłopak w berecie obejmuje mnie i pal do którego jestem przywiązana z całej siły. Przyciska usta do mojego ucha i szepcze:
– Uda ci się, zobaczysz. Oszukamy te wynędzniałe truposzyska. Dopóki jesteś ukryta pode mną czują tylko mnie i mój strach... i tylko mnie mogą porwać...
– ...ale ty wtedy zginiesz...
Wiem, że chce coś powiedzieć, ale w tym momencie ogromna fala, na której czubku jesteśmy opada z całą szybkością w dół. Czuję jak chłopak mnie obejmuje, ale jak długo jeszcze zdoła? Nie mogę mu pomóc. Całe ciało mam obwiązane liną.
– Dziękuję... – tylko tyle udaje mi się wyszeptać.
Spadamy w dół – ja przyciśnięta do masztu, który w tej chwili jest ustawiony prostopadle do tafli wody. Siła przeciążenia zaciska mi gardło. Mam wrażenie, że mózg i wszystkie wnętrzności za moment eksplodują. Uchwyt chłopaka maleje z sekundy na sekundę.
Słyszę narastający szum i buczenie. Początkowo nie wiem, czy są wytworem mojej wyobraźni, efektem narastającego ciśnienia w mojej czaszce, czy pochodzą z tych wszystkich trupich gardeł, ale nie sposób jest je ignorować. Teraz wiem, co miał na myśli mój towarzysz mówiąc, że po takiej nocy ludzie popadają w obłęd, nawet jeśli ukrywszy się pod pokładem, nie są w centrum tego upiornego widowiska. Szkaradne twarze przybliżają się do nas, albo raczej my do nich. Widzę zarysy mgielnych postaci, czatujących na nas tam na dole. Dobrze, że chłopak jest zwrócony plecami do tego koszmarnego widoku. Wszystkie twarze wijąc się pod nami jak węże, są zwrócone ku nam. Teraz są ich miliony. Cała powierzchnia wody jest usłana tym żywym trupowiskiem. Widzę ich czarne oczodoły. Setki z nich odrywają się od reszty i nadciągają w naszą stronę, a my nieubłaganie (choć znacznie wolniej niż na początku) lecimy w ich kierunku. Nogi chłopaka zwisają już bezwładnie. Tylko ręce utrzymują go jeszcze wciąż blisko mnie, ale jak długo? Widzę, jak dopadają go szponiaste dłonie. Z całej siły odciągają go ode mnie. Chłopak kurczowo trzyma się mojej kurtki, ale zza mojej szyi, z mgły wyłania się jakieś kościste (choć utworzone z mgły) łapsko, które wyłamuje mu powoli palce.
– Nieeee...!!! – krzyczy chłopak
– Boże, pomóż mu!! Proszę cię Boże!! – z trudnością tworzę w myśli te słowa. – Boże, przepraszam za niego i za siebie, cokolwiek złego żeśmy uczynili. Wybacz nam. Nie pozwól mu...
...ale jego ręce ześlizgują się po mojej kurtce.
– ... umrzeć.
Spada w dół jak szmaciana lalka, ale tylko przez ułamek sekundy, bo właśnie porywa go tłum dzikich, napastliwych gardzieli. Przez chwilę patrzy jeszcze tylko w moim kierunku. Unoszą go gdzieś daleko. Wyglądają jak stado kanibali, szykujących się do pierwszorzędnej uczty. Wzrokiem jeszcze odprowadzam porwanego chłopaka i całe to kłębowisko upadłych dusz, ale już po chwili wszystko rozpływa się w mgielnych oparach.
– Nawet nie wiem jak miał na imię...
Chcę mu powiedzieć, jak mi przykro... i jak bardzo jestem mu wdzięczna, że dla mnie – zwykłej nieznajomej – poświęcił swe życie, że zrobił co mógł, żeby mnie uratować. Na to wszystko jest już jednak za późno.
Spoglądam w dół. Wszystko odbywa się jakby w zwolnionym tempie. Nie wiem, czy wciąż spadam, czy tylko jestem zawieszona w powietrzu. Dookoła mnie jest tylko mgła. Nic poza nią nie widzę.
Nagle, w jednym miejscu mgła nieco się przerzedza, po to, by uformować kolejną twarz. Jest dziwnie wydłużona. Mam wrażenie, że mi się przygląda. Nie ruszam się. Nawet nie oddycham. Jedynie serce bije jak szalone i boję się, że zaraz wyskoczy.
– No dalej, odejdź stąd – nakazuję w myślach upiorowi. – Poszukaj sobie innego kąska!
Widzę jak przez wąskie otwory nosowe, co przy braku nosa wygląda okropnie, wciąga powietrze, jakby chcąc mnie obwąchać. Raz... drugi... Przekrzywia swą trupią czachę, żeby jeszcze się przyjrzeć.
– Idź precz! Nie dość już sobie dzisiaj pożarłyście? – powtarzam wciąż w myślach, ale ta nagle rusza pędem w moją stronę.
Jest już blisko. Twarz jako taka rozmywa się, ale w jej miejscu powstają usta, za którymi widzę tylko czerń. Ta czerń otacza mnie i widzę już tylko...

***

Mewy! Krążą nade mną. Słyszę szelest ich łopoczących skrzydeł. Od czasu do czasu jakaś głośniej zaskrzeczy, informując pozostałe, że właśnie wypatrzyła coś do jedzenia. Otwieram oczy. Blask słońca natychmiast mnie oślepia. Sięgam więc ręką w kierunku czoła robiąc sobie daszek przeciwsłoneczny. Spoglądam przez ramię. Dzięki ptakom wiedziałam, że jestem znów na lądzie lub przynajmniej w jego pobliżu, ale ten widok przechodzi moje najśmielsze oczekiwania.
To ocean roztacza przede mną swe wdzięki. Woda jest taka spokojna. Widzę jak fale – jedna za drugą zataczają łuki na złocistym piasku. Wzdłuż plaży zaś ciągnie się pas przepięknej, gęstej zieleni.
– Tu jest tak pięknie! – wykrzykuję. – Udało mi się! To jest mój raj! Moja Nowa Ziemia!
Dotykam ręką piasku. Jest taki ciepły, delikatny i taki miły w dotyku.
– Jak bardzo bym teraz chciała... – milknę wspominając przestrogę chłopaka odnośnie wypowiadanych życzeń – zanurzyć się w miliardach drobnych, delikatnie pieszczących mą skórę ziarenek, z jakich składa się cała plaża – kończę w myślach.
Ręką zataczam łuk na piasku próbując nabrać w garść możliwie najwięcej tych mieniących się koralików, ale nie mogę. Coś się zaczyna zmieniać we mnie... w środku.
– Zaraz, co jest do licha? Ja tylko chciałam powiedzieć, że...
Nie czuję ciężaru swojego ciała. Widzę jak piasek zapada się pode mną – bardziej i bardziej. Nie mogę wydobyć nóg. Wtapiam się w plażę. Najpierw stopy i łydki, potem kolana. Próbuję rozgrzebać wokół siebie dół, by wydostać się na powierzchnię, ale nie daję rady, bo wszystkie ziarenka jakby przeciekają przeze mnie. Wciąż się zapadam i zapadam...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -