Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




10°C

Bartosz Szczygielski

SPECJALNE WYRÓŻNIENIE W KONKURSIE DO ANTOLOGII "ZOMBIEFILIA"


Poród trumienny.
Wiedząc, co może cię spotkać, masz tylko dwa wyjścia. Zostajesz albo uciekasz. Ale na wybór jest już za późno, sprawa jest przesądzona. Henrik wiedział o tym doskonale, kiedy poszedł na pierwsze zajęcia kursu. Kursu, na który dostawali się nieliczni, wybrani i wyselekcjonowani spośród najlepszych. Świadomość bycia wyjątkowym sprawiała, że potrafił powstrzymać odruch wymiotny na te kilka godzin, które spędzał w urzędzie, a zawartość żołądka zwracał dopiero późnym południem.
Gazy gnilne gromadzące się wewnątrz ciała wypychają płód na zewnątrz. Odór towarzyszący temu rzadkiemu zjawisku potrafi wryć się w pamięć na zawsze. Henrik do tej pory pamięta jak po pierwszej wizycie u klienta przez kilka miesięcy każda jajecznica śmierdziała mu zgniłym ciałem. O tym też uczyli na pierwszych zajęciach. Tłumaczyli, jak zmysł powonienia przyzwyczaja się do odoru klientów. Nie powiedzieli tylko, że wymiotowanie na ciała może obniżyć jego szanse na rynku pracy.
Zanim płód zostanie wypchnięty mijają godziny. Kilkadziesiąt godzin, podczas których położny ma czas, żeby dotrzeć na miejsce i wszystko załatwić. Dopilnować przemiany, tak by klient obudził się wypoczęty i w jak najlepszej formie. Potem trzeba mu uświadomić pewne rzeczy, o których oczywiście wiedział, zanim przystąpił do zabawy. Pamięć po przemianie lubi jednak płatać figle. A ocknięcie się z żabim brzuchem nie należy do najlepszych pobudek.
Barwniki, które przenikają ścianki pęcherzyka żółciowego, to najmniejszy problem nowego klienta. Zgniły kolor można ukryć pod sukienką lub garniturem, ale smugi dyfuzyjne to już zupełnie inna historia. Rozkład ciała postępuje błyskawicznie, jeżeli coś pójdzie nie tak. Awaria, przerwa w dostawie prądu czy też zwykłe niedbalstwo – to wszystko może skutecznie uprzykrzyć drugie życie zainteresowanego. Dlatego kurs Henrika obejmował więcej niż standardowe przyuczenie montera klimatyzacji. On musiał wiedzieć wszystko o gniciu, rozkładzie i autolizie ludzkiego ciała.
Siedemdziesiąt dwie godziny. Cztery tysiące trzysta dwadzieścia minut. Dwieście pięćdziesiąt dziewięć tysięcy dwieście sekund. Te cyfry dla Henrika oznaczały więcej niż dla zwykłych ludzi. Oznaczały być albo nie być dla każdego nowego klienta. Codziennie rano, przed wyjściem z mieszkania wprost na duszący upał ulicy, czytał kartę pierwszego kontaktu, otrzymaną po ukończeniu kursu. „Bądź przygotowany na najgorsze”, głosił napis na samej górze zalaminowanego dokumentu. Poród trumienny, autoliza, gnicie, żabi brzuch, odma podskórna. Od teorii gorsza jest tylko praktyka.
Przetarcie oczu i wydmuchanie nosa na niewiele się zdały. Odór trupa towarzyszył mu od samego rana. Komórka leżała na szafce nocnej i sygnalizowała nową wiadomość.
- Dzień dobry Henriku, to może być ten dzień – powiedział sam do siebie i wstał z łóżka. – Bądź przygotowany na najgorsze.

***
Dotarcie do biura zajęło mu więcej czasu niż zwykle. Przedzieranie się przez miasto w godzinach porannych nie należało do najprzyjemniejszych czynności, ale w porównaniu z tym, czym Henrik zajmował się na co dzień, było sielanką. Tysiące ludzi przepychało się przy wejściach do metra, a drugie tyle stało w tym samym czasie w kolejkach w urzędzie pracy. On na szczęście miał zapewnione źródło utrzymania , choć czuł, że jego życie zmierza donikąd.
- Czy ty przypadkiem nie zwariowałeś?
Albert nigdy nie witał się z podwładnymi. Uważał to za niegodne jego pozycji Starszego Specjalisty, która w rzeczywistości oznaczała tylko tyle, że pracował w firmie kilka miesięcy dłużej niż inni. Gardził wszystkimi, którzy nie mieli na wizytówce przedrostka Expert przed nazwiskiem. Był też na tyle postawny, że nikt z pracowników nigdy nie ośmieliłby się mu przyłożyć, nawet podczas firmowych popijaw. Wtedy uszłoby to im prawdopodobnie na sucho, ale sama myśl, że Albert mógłby oddać, skutecznie podcinała skrzydła pijanym chojrakom. Dostanie w ryj od dwumetrowego pakera, nawet ubranego w doskonale skrojony garnitur, nie było szczytem niczyich marzeń.
- Daleko mi do tego.
Siadając za biurkiem, Henrik nawet nie spojrzał na Alberta. Nie chciał psuć sobie humoru, nie w taki dzień. Poniedziałki były wystarczająco dołujące i bez narzekającego nad głową mięśniaka .
- Widziałem twoje podanie. – Albert nie poddawał się tak łatwo. - Prosisz o przeniesienie TAM? Powiedz mi jeszcze, że marzy ci się przemiana! Przecież my najlepiej wiemy, jak tam jest i czym się staniesz!
- Co ci mogę więcej powiedzieć. Wszystko już wiesz.
Henrik obdarzył przełożonego swoim najlepszym uśmiechem. Albert wiedział jak wygląda sytuacja w XXI dzielnicy, podobnie jak każdy zatrudniony w firmie. Jego opowieści jak to prawie został pogryziony pierwszego dnia, powracały przy każdej możliwej okazji. To, że dzięki protekcji szefów nie musiał tam więcej chodzić, nigdy nie pojawiało się w rozmowach.
- Chcesz być jednym z nich? Żreć surowe mięso i udawać, że to wysmażony stek, gdy po brodzie będzie ci ściekać krew biedoty? No kurwa, człowieku!
Nie obchodziły go ciała, to tylko wymówka, żeby zostawić najlepszego serwisanta na stanowisku. Henrik doskonale o tym wiedział.
- Zobaczymy jak komisja rozpatrzy mój wniosek.
- Bez mojej akceptacji gówno rozpatrzą.
To prawda. Szczebelki kariery może i były śliskie, gdy stało się na górze, ale patrząc na nie od spodu, przypominały skałę nie do przebicia. Jednak to, co zamierzał zrobić Henrik, nie wymagało odpowiedniej pieczątki przybitej z rozmachem na urzędowym druczku. Potrzebował jedynie odpowiedniego klienta.
- Mam robotę, możemy pogadać o tym trochę później?
- Nie mamy o czym, ja i tak wiem, jak to się skończy.
Na szczęście na tym zakończyła się dyskusja. Od samego rana wszystko szło nie tak. Najpierw komórka, zamiast powiadomić go o nagłym zajściu głośnym dzwonieniem, postanowiła przenieść się samoistnie w tryb wibracji. Z klienta pewnie wychodzą już robaki, a jego jaja rozrosły się do wielkości strusich. Rozdęcie worka mosznowego to jedna z najczęstszych przyczyn pozwów.
Odpalił komputer. Procedury były jasne i proste, nawet dla kogoś, kto skończył tylko podstawówkę – tak jak Albert, pupilek i zięć szefa.
Wezwanie.
Odebranie danych z bezpiecznego serwera w firmie.
Serwis.
Powrót do domu bez żadnego ugryzienia.
Schemat powtarzany od lat. Dni zlewały się w jeden długi, śmierdzący ciąg nudy. Nie żyć można na wiele sposobów, jemu marzył się ten najciekawszy. XXI dzielnica, jedyne klimatyzowane miejsce w całym mieście.
Uruchomił program pocztowy i przeczytał powiadomienie. Hasło do serwera zmieniało się codziennie, podobnie zresztą jak login. Hp12_jkO, tak się miał nazywać przez kolejne kilka minut. Gdy tylko wpisał swoje dane, komórka zawibrowała. Hasło pojawiło się na wyświetlaczu i w porównaniu do loginu było wręcz banalne.
Henrik wpisał w podświetlonym polu nieumarlymisiaczek. Przed oczami ujrzał cały życiorys klienta i jego życzenia.
- Mam cię, misiaczku. – Drukarka zaczęła wypluwać z siebie kartki. – Pora posprzątać ten …

***

Burdel.
Inaczej nie dało się opisać tego, co Henrik zobaczył na siedemnastym piętrze nowoczesnego bloku mieszkalnego. Ściany wprawdzie zostały pomalowane, ale wylewka na podłodze pełna była nadgniłego jedzenia i odchodów. Nigdy nie potrafił zrozumieć, co kierowało ludźmi czekającymi na przemianę. Niewykończone mieszkanie zdecydowanie ułatwiało cały proces i wszystkie idące za tym nieprzyjemności, ale co to za radość tkwić w takich pomieszczeniach bez kuchni czy nawet toalety.
Przemiana trwała od kilku do kilkunastu godzin. Zdarzało się, że klient w drodze do XXI dzielnicy zmieniał się, a to kończyło się malowniczym strzałem w głowę zawsze czujnej policji. Od pamiętnego incydentu z prezesem banku i jego mózgiem na tylnej szybie limuzyny, wszystkie kontrolowane przemiany muszą odbywać się na terenie dzielnicy. Strzeżonej lepiej niż największy bank. Nic dziwnego, zawierała przecież największy skarb społeczeństwa.
Bogaczy.
Wirus Hobbesa dał nieśmiertelność tym, na których było ją stać. Niestety, Henrik nie należał do wybrańców pławiących się w luksusach. Pamiętał za to doskonale jak wszystko się zaczęło, i jak blisko było do globalnej katastrofy. Przez pierwszych kilka godzin po przemianie klient stanowił największe zagrożenie dla wszystkich w okolicy . Nieprzewidywalny i głodny, stawał się wtedy piekielnie szybkim i inteligentnym zabójcą. Po kilkudziesięciu godzinach wirus robił swoje, a delikwent mógł cieszyć się nieśmiertelnością. No i odrobinę zepsutym ciałem, ale nic nie przychodzi w życiu za darmo.
Widok za oknem oszałamiał. Miasto oglądane z takiej wysokości wywoływało w Henriku mieszane uczucia. Strach i zachwyt łączyły się ze sobą w przedziwnym mariażu. Nigdy nie przepadał za przebywaniem na wysokości, jak zresztą za wieloma innymi rzeczami, wliczając w to między innymi motyle i ślimaki. Dopiero wchodząc w wiek dojrzały, zrozumiał jedno. Nie przeszkadzał mu widok rozkładającego się ciała. To, czy należało do jego ojca, czy zupełnie obcej osoby, nie miało znaczenia. Nowa ścieżka kariery stała przed nim otworem. Nie przypuszczał tylko, jak to będzie wyglądało w rzeczywistości.
Trup leżał na nadmuchiwanym materacu. Pod ciężarem ciała uszło z niego powietrze i przypominał teraz ruchome piaski pochłaniające swoją ofiarę. Puchł od zbierających się gazów gnilnych. Oczy praktycznie wyskoczyły z czaszki, a na skórze zaczęły pojawiać się pęcherze. Najgorzej wyglądał brzuch. Rozdęte pętle jelitowe podniosły go powyżej klatki piersiowej. Krew wylała się z każdego otworu ciała i przesiąkła wewnątrz materaca.
- Pieprzeni amatorzy.
Klimatyzacja nie działała. Nic dziwnego, skoro nikt jej nie włączył przez ostatnie kilkanaście godzin. Promienie słoneczne, wpadając przez przeszkolone ściany, zmieniły mieszkanie w saunę, a klienta w nadgniłe i rozpadające się truchło. Coś, z czego nie da się zrobić pełnowartościowego członka XXI dzielnicy. Klientom od początku współpracy wpajano, jak ważna jest klima w pomieszczeniu. Szczególnie w tym, w którym przechodzą przemianę. Oni jednak zawsze są mądrzejsi od niedouczonych monterów i tych z obsługi.
- Już nie jesteś taki wygadany, co?
Wszystkie rzeczy, jakie Henrik zabrał ze sobą, teraz nadawały się do wyrzucenia. Garnitur, w który miał się ubrać klient, w obecnej sytuacji nie wszedłby na niego. Trzeba by spuścić z klienta powietrze, a Henrikowi niezbyt się to uśmiechało. Oprócz smrodu, jako bonus dostałby jeszcze setki robaków pełzających wszędzie, nie tylko wewnątrz resztek człowieka leżącego na materacu.
- Więcej dla mnie.
Niewykorzystane rzeczy po klientach przechodziły w ręce serwisantów. Niepisane prawo, z którego chętnie korzystał. Sytuacje takie, jak ta nie zdarzały się często, więc tym bardziej nie należało ich marnować. Garderoba Henrika powiększyła się właśnie o nowy czarny garnitur, laptopa oraz zestaw do makijażu. Przyda mu się.
Wszystko.
Coś w pomieszczeniu nie dawało mu spokoju. Rozejrzał się, ale oprócz odoru i brudu, wszystko wydawało się być w porządku. Szare podłogi, wystające ze ścian gniazdka czy odpryski farby na framugach. W końcu to dostrzegł – drzwi balkonowe były uchylone.
- O, kolega widzę był palący.
Ciało nie zareagowało. Według raportu zgon nastąpił dwanaście godzin temu. Gdyby klimatyzacja działała, Henrik mógłby właśnie przystępować do reanimacji. Obudzenia klienta i dania mu tego, za co zapłacił. Nieśmiertelności. Każda przemiana przebiegała trochę inaczej, ale jedno pozostawało niezmienne. Do przebudzenia potrzebny był impuls. Coś, co na sekundę przywróci do życia. No chyba, że zostało się ugryzionym, wtedy wszystko działo się samoistnie. Ślina w połączeniu z wirusem odsyłała ugryzionego ze świata żywych w kilka godzin, podobnie jak sama krew zarażonego. To nie zdarzało się jednak od lat, wojsko skutecznie o to zadbało. Dobrowolne wszczepienie wirusa musiało odbywać się w kontrolowanych warunkach.
Henrik nie przepadał za swoją pracą, od dawna przestała go interesować. Gdy pierwszy raz wszedł do XXI dzielnicy, ta pochłonęła go bez reszty. Czuł, że tutaj jest jego miejsce. Wysokie budynki, zerowa przestępczość i sami prezesi, artyści oraz bogacze. Kto nie chciałby żyć w takim miejscu? Na drodze stały mu tylko pieniądze. Zaaplikowanie Hobbesa kosztowało fortunę, której nigdy nie uzbiera. Był jednak jeszcze jeden sposób. Ten, który przez wiele lat skutecznie ukrócano.
Gdy Calvin Hobbes odbierał Nagrodę Nobla za wkład wniesiony w walkę z chorobami zakaźnymi, w jego laboratorium po raz pierwszy doszło do przemiany. Prawie dwadzieścia lat po odkryciu nowego szczepu wirusa, Albert Jones stał się pierwszym „żywym trupem”. Po kilku godzinach od jego śmierci, a następnie ożywienia, ciało i umysł wróciły do poprzedniego stanu w osiemdziesięciu procentach. Życie po śmierci stało się faktem.
Jones udzielał setek wywiadów i próbował nawet napisać swoje wspomnienia, ale godziny spędzone pod telewizyjnymi reflektorami dość mocno dały się we znaki jego fizyczności. Proces zaczął się powoli cofać, a głód stawał się nie do zniesienia. Gdy podczas zakupów w hipermarkecie Jones zaczął zajadać się surowym mięsem, a następnie chciwie spoglądać na mijających go klientów, wezwana na miejsce policja nie zastanawiała się długo co robić. Zanim mózg Jonesa udekorował dział pieczywa, nastąpiło pierwsze ugryzienie. Za nim poszły kolejne i kolejne.
Wojsko szybko poradziło sobie z małym miasteczkiem, eksterminując praktycznie wszystkich mieszkańców. Henrik znał tę historię doskonale. Choć od pamiętnego wydarzenia minęło kilkanaście lat, telewizja co jakiś czas puszczała dokument o wymownej nazwie „Życie, śmierć i śmierć w Stöde”. Szwecja stała się sławna po raz kolejny. Gdy sprawa przycichła, znaleźli się inwestorzy, którzy pomogli Hobbesowi dopracować wirusa. W końcu nowe budynki nie mogą się marnować, nie w samym środku Sztokholmu. Za odpowiednią opłatą mogłeś więc dowodzić swoją firmą z klimatyzowanego wieżowca i niczym się nie przejmować.
Cud pod kontrolą uzbrojonych w karabiny strażników.
Kwestia bezpieczeństwa przed osobami z zewnątrz, tak napisano na ulotkach reklamujących inwestycję. Każdy przecież chciałby stać się nieśmiertelny. Bogaci nie lubią dzielić się z biednymi. A ochrona strzeże tylko jednych przed drugimi.
Henrik doskonale zdawał sobie sprawę, czego w pierwszej fazie przemiany potrzebuje organizm nowo ożywionego. Mięsa, najlepiej świeżego. Kolejny plus dla gospodarki Szwecji. Liczba bezdomnych zmalała w ciągu ostatniego roku o kolejne 5%.
Jak można nie kochać tego pięknego kraju.
Wyszedł na balkon. Taras rozciągał się na całej długości bloku, a hartowane szkło wydzielało małe terytoria dla mieszkań. Henrik wyciągnął paczkę papierosów ze spodni i zapalił jednego. Nikotyna uspokajała, a teraz potrzebował chwili na wyciszenie. Taka szansa jak dziś nie zdarzała się codziennie. Przepustka do XXI dzielnicy, o którą każdorazowo musiał prosić u ochrony, miała określony termin ważności.
Doba.
Czyli zostały mu do wykorzystania dwadzieścia trzy godziny. Każdy żywy organizm inaczej reaguje na Hobbesa. Miał nadzieję, że jego poradzi sobie z wirusem szybko i względnie bezboleśnie. Najbardziej bał się samej śmierci. Ugryzienie to jedno, a …
- Przepraszam panaaa.
Niewiele brakowało, a zawartość lichego śniadania, jakie dziś spożył, wylądowałaby w spodniach. Zdawał sobie sprawę, że budynek jest zamieszkały, ale nie spodziewał się wizyty sąsiada. Henrik rozejrzał się i zauważył wystającą zza hartowanej szyby głowę.
- Boże, ale mnie pan wystraszył. - Henrik uspokoił się na tyle, żeby w jego głosie nie dało się usłyszeć drżenia.
Nie bał się kontaktu z ożywionymi, przywykł do niego przez lata pracy. Lubił ich nawet bardziej niż żywych. Podziwiał. Każdy dzień utwierdzał go w przekonaniu, że najlepiej pasowałby właśnie do XXI dzielnicy. Obsługa obiektu od wewnątrz była marzeniem. Mrzonką, która nigdy nie zmieni się w rzeczywistość. Przynajmniej nie bez akceptacji przełożonego lub solidnych „pleców”.
- W czym mogę pomóc? – spytał, gdy nieznośna cisza się przedłużała.
- Zobaczyłem, że pan paaali, a mnie sie właśnie skończyłyy. Mógłbym prosić o jeeedneeego?
Poza tym, że nowo poznany znajomy przeciągał odrobinę niektóre słowa, wyglądał na całkiem porządnego człowieka. Henrik widział wprawdzie tylko jego twarz, pokrytą trzydniowym zarostem, i kawałek tułowia, ale to wystarczyło, by poczuł się przy nim swojsko. Ubrany w czarną koszulkę oraz dopasowaną marynarkę, przypominał wyciętego z gazety modela, w którym podkochują się nastolatki, a nie „żywego trupa”.
- Jasne – odparł i podał sąsiadowi całą paczkę.
- Dzieeekuje.
Ożywiony chwycił niezgrabnie opakowanie i ostrożnie wyciągnął z niego jednego papierosa.
- Niech pan zatrzyma resztę, mam jeszcze drugą.
Mężczyzna uśmiechnął się, odsłaniając zażółcone zęby i nadgniłe dziąsła. Oparł się o balustradę, a następnie zapalił papierosa.
- Paaan nowy? – spytał po chwili.
Henrik ostrożnie spojrzał w stronę mieszkania. Ciało leżało bezpiecznie na materacu w takim miejscu, że bez wejścia na balkon nie sposób było go dojrzeć. Był bezpieczny.
- Aż tak to widać? Dziś przechodzę przemianę.
- Pamiętaaam ten staan. Braaakuje mi go.
- Żałuje pan?
Odpowiedzi na to pytanie Henrik bał się najbardziej. Nie przerażało go jedzenie surowego mięsa i zamknięcie w XXI dzielnicy. To nie różniło się niczym od wszystkiego, czego doświadczał na co dzień. Rutyna stała się cyjankiem, tylko wolniej rozchodziła się w organizmie.
- Nieee. – Ożywiony odpowiedział dopiero po długim namyśle. – Wszyystkoo jest dooobrze.
Stali w milczeniu. Ulica pod nimi była wyludniona. Nikt z ożywionych nie wychodził w ciągu dnia z powodu temperatury. Kilka godzin na słońcu mogło zapoczątkować ponowny rozkład ciała. Hobbes nie był idealnym wynalazkiem, ale jedynym, który dawał coś więcej. Poczucie bezpieczeństwa. Zero strachu przed chorobą, rakiem i śmiercią. W końcu ożywieni mają to już za sobą.
- Pan wybaczy, nie przedstawiłem się. – Henrik wyciągnął dłoń w stronę rozmówcy. – Josef Persson.
Prawowity właściciel nazwiska właśnie wchodził w kolejną fazę rozkładu, więc prawdopodobnie nie miałby nic przeciwko temu, że Henrik je sobie przywłaszczył.
- Johaaaan Caaarlsson.
Dłoń ożywionego przypominała w dotyku wysuszoną roślinę. Przez skórę przebijały żyły, w których wolno płynęła krew. Hobbes nie dbał o wygląd, dbał o przeżycie żywiciela.
- Nie powinien pan wychodzić zbyt często na balkon. Temperatura jest tutaj za wysoka. Wie pan, czym to grozi?
- Wieeem.
Przez całą rozmowę Johan nie spojrzał na Henrika ani razu. Patrzył tylko przed siebie, nawet wtedy, gdy podawał mu dłoń. Promienie słońca praktycznie przebijały przez jego skórę. To, co Henrik na początku wziął za gustownie przystrzyżoną brodę, było w rzeczywistości krwawymi strupami. Ślady osocza zauważył też pod paznokciami, nienaturalnie długimi i postrzępionymi.
- Dzieeeekuje zaa papierossa.
Johan odwrócił się i wszedł do swojego mieszkania.
- Nie ma za co.
Odwlekanie przyszłości nie miało sensu. Rozmowa z Johanem tylko utwierdziła Henrika w postanowieniu. Wrócił do mieszkania i zamknął za sobą drzwi balkonowe. Słodki zapach śmierci można było ciąć nożem. Przy materacu leżał pilot do klimatyzacji. Henrik podniósł go z podłogi i zważył w dłoni.
Oczywiście bez baterii.
Torba, z którą nigdy się nie rozstawał, leżała cały czas tam, gdzie ją zostawił. Tuż obok rozkładającego się ciała Josefa. W torbie trzymał wszystko, co przydaje się przy ożywianiu. Przenośny defibrylator, zapas baterii, nóż, kilka długich gwoździ i cały zestaw narzędzi. Części zapasowe do klimatyzatorów miał w samochodzie. Rzadko ich używał, najczęstsze „awarie” polegały na nieprzeczytaniu instrukcji przez użytkownika. Od dawna zresztą nie zajmował się naprawami, obsługa nowego klienta i ożywienie stanowiły trzon jego obowiązków.
- W porządku, nie traćmy czasu.
Z torby wyciągnął długi gwóźdź, pokaźny młotek oraz baterie. Ułożył wszystko przy materacu, jedno koło drugiego.
- Jeżeli zmrużyć oczy, to byłeś całkiem podobny do mnie, grubasku.
Gwóźdź przyłożył do środka czoła Josefa. Metalowy czubek zanurzył się w niebieskiej skórze. Josef mruknął i otworzył oczy.
- Skurwiel!
Siła uderzenia młotka była tak duża, że dźwięk pękającej czaszki rozniósł się po mieszkaniu głuchym tąpnięciem. Gwóźdź przebił kość i wszedł w głowę po samą główkę.
- Hobbes, robisz się coraz bardziej nieprzewidywalny – burknął sam do siebie.
Odłożył młotek i włożył baterie do pilota od klimatyzacji. Przyjemny chłód owiał plecy Henrika.
- Dziesięć stopni Celsjusza, idealna temperatura na przemianę.
Wpatrywał się w swoją przyszłość. Zbliżył się powoli do głowy Josefa i przyłożył usta do jego czoła.
Krew była zimna i gęsta, gdy ją połykał.

***
Na zewnątrz było już ciemno, gdy się obudził.
Był głodny.
Siedział oparty plecami o ścianę. To dobrze, pomyślał, plamy opadowe pojawiły się najwyżej na pośladkach i nogach, a te ukryte były pod ubraniem. Spojrzał na zegarek.
Dwudziesta trzecia.
Zostało mu dwanaście godzin do końca przepustki.
Podniósł się powoli z podłogi i podszedł do balkonu. Jego odbicie w szybie nie różniło się niczym od tego, kim był jeszcze parę godzin temu. To da mu czas. Ochrona nie powinna się przyczepić do tego, jak teraz wyglądał, przemiana przebiegła wyjątkowo sprawnie. Wiedział, że był do tego stworzony. Jak dobrze wszystko rozegra, zdąży wrócić do swojego nowego życia, zanim przepustka ulegnie przedawnieniu.
Sztokholm z perspektywy siedemnastego piętra wyglądał wyjątkowo… smacznie.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -