Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




DIABOLIQUA

Jakub Zieliński

Artysta przechadzał się po Placu w centrum Miasta. Jego oczy śmiały się do przypadkowych przechodniów, przypatrujących mu się ukradkiem. Zdziwienie wzbudzało nie tyle zachowanie, co dziwna aura wokół jego głowy - zwiastująca rychłą śmierć. To nie był pierwszy ani ostatni taki przypadek – od wielu tygodni zarówno znane postaci jak i bezdomni padali ofiarami tajemniczej zarazy, zdradzającej objawy chorej demokracji.

Ale tego wieczoru słońce rzucało cienie jedynie na dachy budynków, celowo omijając żądne uwagi drzewa. Dwa psy właśnie zaczęły się przekomarzać o cienką, suchą kość. Ich ogony spletły się w nowym tańcu, aż w końcu utworzyły coś na kształt futrzastego wiru.

Wysoki, szczupły mężczyzna usiadł przy stoliku w kawiarni. Obsługujący go kelner nawet nie próbował udawać strachu po jego ujrzeniu. Bał się zdrady.

– Czy mógłby pan... – zaczął nieśmiało.
– Chodzi ci o aurę? Ten bzdurny wymysł grupy wieśniaków? Daj spokój. To jakieś durne przesądy którym nikt rozsądny nie może dawać wiary!
– Oczywiście. Jednakże proszę o opuszczenie tego lokalu. Nie jest pan tutaj mile widziany.

Ta decyzja oburzyła Artystę. Kilka lat wcześniej nie zniósłby takiej zniewagi, wyzywając natrętnego kelnera na pojedynek o świcie. Teraz jednak, mógł jedynie potulnie opuścić kawiarnię. Jego ostatni liryczny poemat mocno wzruszył szefa policji, który niebawem udusił się własnym językiem podczas wystawnego przyjęcia. Po tym zdarzeniu, Artysta stał się dla władz miasta persona non grata – jego twórczość uznano za szkodliwą i wzbudzającą niepotrzebne emocje. Samogłoski zbyt często wyskakiwały z kartek i bawiły się z dziećmi cyfr, doprowadzając do obsesji znudzone kury domowe, gdaczące bezustannie do pieców kaflowych.

Sam mężczyzna kilkakrotnie usiłował opuścić miasto różnymi środkami komunikacji, jednakże za każdym razem gdy zbliżał się do granic terytorium, jakaś dziwna siła nakazywała mu powrót. Przez to wszystko omal nie zginął, próbując przekonać do swoich racji pilotów odrzutowca. Cała sprawa zakończyła się kolejną mało przyjemną wizytą w obskurnym komisariacie policji, gdzie Artysta musiał złożyć cały szereg monotonnych zeznań. Teraz był jeszcze bardziej narażony na niesławę, chodzącą za nim cień w cień niczym wierny, zapchlony pies. Zrozpaczony podążył w stronę przedmieść, odprowadzany wzrokiem dziesiątek bezdomnych, uparcie błagających o kawałek litości bądź chleba. Nagle przed Artystą pojawiła znikąd się stara kobieta. Wyszeptała:

– Strzeż się! Jesteś jednym z nas. Nie uciekniesz przeznaczeniu!

Brunet już miał przypuścić kolejny werbalny atak na nędzarkę, gdy ze zdumieniem ujrzał, że pod stopami może dostrzec jedynie ciemność. Cały grunt stał się niemal grafitowy, gdy nareszcie oddalił się w stronę jednej z wąskich uliczek, pozostawiając kobietę we łzach.
Wiedziony strachem i ciekawością, spojrzał za swe ramię. I zamarł. Staruszka zmieniła się bowiem w słup soli, którą teraz z wielką zajadłością usiłowały rozpuścić swymi językami wszystkie okoliczne psy.

– Ciekawy widok... – usłyszał nagle.

Rozejrzał się wokół i dostrzegł wreszcie autora tego sformułowania. Był nim maszkaron, łypiący na niego podejrzliwie z dachu pobliskiej katedry.

– Nie przypomina ci to czegoś?
– Nie. Ty też nie jesteś....prawdziwy.
– Dlaczego więc ze mną rozmawiasz?

Bezczelność stworzenia oraz przeświadczenie o własnym ubóstwie myślowym, połączonym z halucynacjami, nie pozwoliły mu na nic innego, jak negacja kolejnego figla umysłu.

– Nie rozmawiam. Zaprzeczam twemu istnieniu.

Pobiegł wzdłuż uliczki, ścigany przez echo śmiechu potworka. Jedno z nich odbiło się od ściany budynku, do którego zdążał i ugodziło go w policzek. Ze zdumieniem otarł krew, po czym ciężko westchnął i ruszył w dalszą drogę, postukując po bruku parasolem.

Po chwili przed znużonym wzrokiem autora licznych dekadenckich poematów ukazał się barwny korowód. Zastanowiło go jego przeznaczenie i fakt obecności w Czasach Smutku, kiedy wszyscy oczekiwali raczej na nadejście uwalniającej ich mroczne pragnienia nocy. Niektórzy uczestnicy tej parady wydawali się być żywym ucieleśnieniem najgorszych ludzkich koszmarów. Najwyraźniej jednak ani dwugłowa, monstrualna matrona ani też pozbawiony nóg, zrośniętych w długi ogon mężczyzna (uchodzący za króla i królową orszaku) nie zwracali uwagi na pełne przestrachu okrzyki tak dzieci jak i dorosłych i kontynuowali swój marsz ku zachodzącemu słońcu, uśmiechając się swymi bezzębnymi ustami. Muzyka nadal grała, a fajerwerki przecinały ciemniejące już niebo, gdy nagle od ceremonii odłączyła się jakaś postać. Ostrożnie schowany za stosem kamieni Artysta wyjrzał, aby przyjrzeć się rysom tejże dziwnej figury. Na jego obliczu znowu zawitało przerażenie, gdy okazało się to niemożliwe do realizacji. Co najgorsze, sylwetka zaczęła się zbliżać do niego, wydając głośny krzyk z rozwartych ust. Towarzyszyło temu wyciągnięcie kościstej ręki i palca w stronę przerażonego poety. Po chwili za plecami upiornej zjawy ukazał się cały orszak, przyspieszający tempa we wskazanym kierunku. Mężczyzna miał tylko kilka sekund czasu na doznanie uczucia deja-vu, połączonego ze wspomnieniem pierwszej wizyty w przedszkolu i notorycznym ubolewaniem nauczycielki nad jego rozczochraną czupryną. Teraz wszystkie złe myśli uleciały dymem z jego uszu i uformowały parę czarnych skrzydeł, które miały go unieść w bezpieczne miejsce. Po chwili lotu Artysta wybełkotał jednak:

– Ja...w was...nie wierzę!

Ostatnia sylaba przedłużyła się niemal w nieskończoność, gdy pogardzany autor “Ostatniego pożegnania”, w którym zdradzał tajniki skutecznego samobójstwa, upadł z wysokości miejskiej wieży prosto na nieprzychylny mu bruk.
Po chwilowej nieprzytomności, otworzył oczy. Ubranie mocno mu się przykurzyło, ponadto odczuwał silny ból w czaszce. Zagadka dlaczego wciąż żyje pozostawała dla niego nierozwikłana, niemniej postanowił przejść nad nią do porządku dziennego.

W końcu sam onegdaj stwierdził:
“Życie, to tylko drzwi do śmierci”

I oto była. W całej swej gnijącej okazałości i krasie, wprost przed jego oczyma. Odrzuciła trzymaną w ręce maskę Pierrota, ukazując swe martwe i blade oblicze. Artysta pozbierawszy się z bruku nerwowo zaczął cofać w stronę ściany. Ta sytuacja wydawała mu się już nazbyt absurdalną, aby mógł w niej odnaleźć swe ego.

Witaj. Nie bój się mnie.
– Kim jesteś? Albo – byłaś…?
– Sam mnie przywołałeś – jej słowa tchnęły wilgocią grobu – Stworzyłeś na kartach swych bohomazów i bazgrołów.

Na tą cyniczną uwagę, Artysta wybuchnął gniewem.

– Uważaj, co mówisz. Moje dzieła są znane i cenione na całym świecie!
– To mnie nie obchodzi. To, co się dzieje na Ziemi, jest poza władzą mojego królestwa. Ja tylko przychodzę po nich. – wskazała na grupkę nędzarzy, podążających pod pobliski kościół w celu uzyskania jałmużny.
– Ale przecież....ty fizycznie nie masz prawa bytu!
– Na szczęście jestem w twojej imaginacji. To wystarczy.

Wyraz twarzy mężczyzny uległ zmianie. Odetchnął i po chwili uśmiechnął się triumfująco.

– Dlatego też... mogę o tobie zapomnieć. Całkiem zapomnieć! Znikniesz. Ha!

Celność jego riposty nie wzruszyła jednak kościstej postaci. Co gorsza, jej twarz przybrała teraz szkarłatny odcień, niczym palona ogniem wieków.

– Wystarczy, że w każdej sekundzie jedna osoba wymówi w myślach moje imię, a ja....będę istnieć nadal. A ty...nie będziesz nawet wspomnieniem - kolejny złowrogi uśmiech.

Poeta zdał sobie nareszcie sprawę z tragizmu swego położenia. Skrył dłonie w rękach, aby po chwili ryknąć.

– Ciebie tu nie ma!!! Nie wierzę w to, co napisałem. Nie ma metafizyki, nie ma nic - nic poza realnym, namacalnym światem!!! Teraz i na zawsze!!!

Odpowiedziało mu tylko echo. Z trudem próbował rozejrzeć się wokół, ale nie mógł odnaleźć nic. Otaczała go pulsująca wszystkimi kolorami tęczy pustka, która w końcu ustała na kolorze szarym.

Oto Piekło, pomyślał. Sam je sobie wymarzyłem...cholera.

W Mieście tymczasem wszystko wracało do normy. Umilkły wygłupy przebierańców i dzwony kościelne. Nikt jeszcze nie dostrzegł, że razem z nimi wyparowała zaraza, nie pozostawiając po sobie więcej niż można było przetrzymać. Ta niespodzianka miała zastać wszystkich obywateli dopiero o poranku, dostarczona wraz z prasą i świeżymi bułeczkami.

Pokryte wieczornym deszczem przyjmowały ostatni pocałunek od zachodzącego słońca.

Nikt już nie pamiętał o Artyście otoczonym teraz przez szarość i przywoływanego jednym, monotonnym głosem:

– Zwątpiłeś we wszystko. Byłeś w stanie przebywać tylko w świecie swoich wyobrażeń. Nigdy nie zaznałeś nic prawdziwego. Dlatego teraz - teraz masz pole do popisu.

Oto pustka – musisz ją rozbudować i napełnić. Masz na to wiele, wiele lat. Zatem, nie spiesz się. Przemyśl to dokładnie... zostaniesz tu na zawsze.
I pamiętaj proszę, cokolwiek wymyślisz, będzie żyło razem z tobą.

Kiedy głos ucichł, Artysta zaczął się koncentrować. Pomny przestrogi, musiał strasznie uważać, aby nie tworzyć niczego absurdalnego ani głupiego. Chciał przetrwać tę próbę jak najlepiej potrafił.
Uśmiechnął się. Robił to już przecież nie raz, dlatego po chwili zadanie wydało mu się banalnie proste.
Wtedy usłyszał w ciemności warkot i wycie, coraz wyraźniejsze i głośniejsze. Tuż przed jego twarzą błysnęły czyjeś oczy.
Śmierci, wystawiłaś mnie na próbę?
Wilk, pomyślał.
I po chwili zaczął tego żałować.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -