Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Cyrograf

Tomek Chromik

W pomieszczeniu panowała cisza. Aparatura podtrzymująca życie cicho pracowała, ekran monitora wskazywał niemiarowy puls, a miech tłoczący powietrze do płuc pracował wolnym ruchem góra-dół.
Agnes miała piętnaście lat i życie przed sobą. Życie będące we władaniu nieprzeniknionych i niezrozumiałych sił, które niczym na arenie gladiatorów wyrokowane było wskazaniem niewidzialnej dłoni. Leżała bezwładnie, z ust wystawała rurka intubacyjna, włosy koloru kasztana rozrzucone były niedbale wokół głowy.
Tadeusz siedział tuż obok. Załamany, zatroskany ojciec, wyglądający jak cień. Niewyspany, źle odżywiony. Kilka miesięcy temu kawał chłopa, pracujący przy wycince drzew. Miał także swój mały tartak, który bez jego doglądania zaczynał podupadać. Patrzył na twarz córki, a z oczu płynęły mu łzy. Trzymał w swej potężnej dłoni drobniutką dłoń Agnes, której palce tonęły w jego palcach.
Jeszcze niedawno rokowania były bardzo dobre. Po przeszczepie szpiku, organizm zaczął się regenerować, walczyć. Agnes wracała do zdrowia. Wszystko wskazywało na to, że szpik przyjął się. Nagle sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Cierpienie powróciło, znów szpital, znów tragedia. Kilka lat temu Tadeusz stracił żonę Weronikę. Teraz tracił Agnes. Najgorszym uczuciem była bezradność. Nie miał na nic wpływu.
Wzbierała w nim furia, pretensje do całego świata.
Wyszedł po cichu z pomieszczenia, całując Agnes w czoło.

Katedra była prawie pusta. Kilkoro ludzi tylko modliło się, a ich szepty niosły się po ogromnej przestrzeni. Oświetlenie stanowiły elektryczne imitacje świec i kilka skromnych lamp obejmujących wielki ołtarz.
Tadeusz modlił się długo, żarliwie.
Boże mój, czy ja aż tak złym człowiekiem jestem, że skazujesz mnie na takie męki? Cóżem Ci uczynił? Odpowiedz, daj jakiś znak. Błagam Cię, pomóż mojej córeczce powrócić do zdrowia. Weź mnie, zabij, spal, wtrąć do piekieł, ale ocal moje dziecko. Błagam Cię.
Wzbierała w nim złość, furia. Patrzył Jezusowi przybitemu do krzyża w oczy. Wydawało mu się, że Jezus patrzy także na niego. Uśmiechał się ironicznie.
Tadeusz przetarł oczy. Nie, to nie możliwe, to ułuda, półmrok płata figle wzrokowi. Podniósł się z kolan. Ruszył w stronę wyjścia. Kiedy był przy drzwiach, prawie biegł. Wypadł na styczniowe, mroźne powietrze, pośliznął się na schodach i potężnie wyrżnął ciałem. Na szczęście przewrócił się na prawy bok. Czuł, że coś strzeliło w żebrach. Ktoś chciał mu pomóc
- Nie ! – Tadek odtrącił dłoń, pozbierał się i pobiegł w śnieg, uciskając bolące miejsce.

Pił kolejną „setkę”. Miał łzy i wściekłość w oczach. Barman nawet nie pytał, z jakiego powodu pije. Tylko dolewał na życzenie.
Po pewnym czasie, obok dosiadł się przystojny gość. Wysoki, szczupły, o czarnych jak noc oczach. Na oko zaraz po czterdziestce. Zdjął z głowy kapelusz, odsłaniając krótko przycięte, ciemne włosy. Tadeusz kątem oka zwrócił uwagę na przedmiot, który jegomość oparł o krzesło, oraz płaszcz, który widywał chyba tylko na filmach, w których akcja działa się w początkach XIX wieku. Owym przedmiotem zaś, była lśniąca laska z wygrawerowanymi inicjałami Lc na srebrnej głowni.
- Co pan pije? – Zwrócił się do Tadeusza uprzejmym, głębokim tonem. Tadek miał wrażenie, że głos dochodził z głębi jego własnej głowy. Odwrócił mętny wzrok na faceta. Źrenice jegomościa wydawały rozlewać się bezkresną czernią na całą powierzchnię oczu. Wręcz paraliżowały. Tadeusz poczuł dreszcz, ale potraktował to jako pijacki omam.
- Czystą wódkę – Odpowiedział, lecz nie miał ochoty na dalsze pytania.
- W takim razie poproszę to samo – Gość zwrócił się do barmana. Ten usłużnie polał do kieliszka, który w sekundzie znalazł się przy ustach klienta. Stukot szkła o blat.
- Jeszcze raz to samo. – Tym razem nie wypił, ale obracał kieliszek w smukłych palcach.
- Problemy? – Znów zwrócił się do Tadeusza.
- To chyba nie pańska sprawa. – Odparł spokojnie Tadeusz, wychylając kolejny kieliszek.
- Moja, nie moja, porozmawiać zawsze warto, poszukać rozwiązania, poprosić kogoś innego o pomoc. – Mężczyzna nie spojrzał na Tadka, wypił drugi kieliszek, palcem wskazując barmanowi, aby polał znów. – Dobra ta wódka, piekielnie dobra. – Uśmiechnął się odsłaniając piękne i równe białe zęby.
- Nie mam ochoty na jakieś bezproduktywne dyskusje, niech mi pan da spokój, dobrze radzę. – Tadeusz spojrzał ostro na ciągle uśmiechającego się niechcianego rozmówcę. Jego siekacze były wręcz wampiryczne. Potem Tadek odwrócił wzrok i wychylił następny kieliszek
- Pan wybaczy, staram się być jedynie uprzejmy i pomocny, zwłaszcza jeśli chodzi o życie czyjejś córki.
Tadeusz zachłysnął się wódką. Kiedy opanował kaszel, jegomościa już nie było.
Biegał jak oszalały po lokalu, potrącając klientów, nie znalazł go jednak. Zapłacił szybko rachunek i słaniając się, wybiegł na zewnątrz. Rozglądał się mętnym wzrokiem, ale widział tylko kurtynę śniegu. Jakoś dotarł do domu. Wpadł na taksówkę, która omal nie przemieliła go pod kołami. Facet akurat miał powrót do bazy. Tadek zapłacił z góry, więc taksiarz zawiózł go pod wybełkotany adres. Nawet wydał resztę.
W nocy Tadeusz miał koszmary. Śnił mu się drwiący z niego Jezus. Śmiał się do rozpuku, a z korony cierniowej ciekła ropa z krwią, którą z ziemi zlizywały wygłodniałe koty. Potem ujrzał w lustrze swoje odbicie. Na głowie miał identyczną koronę, co Jezus.
Zerwał się spocony, od razu pobiegł do łazienki zwymiotować. Głowa mu pękała. Potem otwarł butelkę wódki i wziął kilka potężnych łyków. Upadł na kolana z płaczem.
- Lucyferze, mej nędzy się ulituj! – Wykrzyczał te słowa z rezygnacją i złością.
- Widzę, że wreszcie dojrzałeś do pewnych decyzji. – Przed Tadkiem stał ten sam mężczyzna, który zaczepił go przy barze. W lekkim rozkroku, dumnie, ale zarazem skromnie. – Wybacz proszę, że zwróciłem się do ciebie po imieniu, ale ty wymawiając moje dałeś mi tym samym przyzwolenie. I wstań proszę z kolan. Przede mną nie trzeba klękać i płaszczyć się, ani też modłów setek odmawiać.
I nie jestem tak często głuchy na błagania jak, noo, wiesz sam kto. – Uśmiechnął się, wyciągnął dłoń i pomógł Tadeuszowi wstać. Potem butelka wódki dosłownie wypłynęła Tadkowi z dłoni, by znaleźć się o jakieś dwa metry od niego, po czym buchnął z niej płomień. Butelka upadła pusta na panele.
- Myślę, że to ci nie będzie potrzebne już Tadeuszu.
Tadeusz osłupiał. Nie wiedział, co powiedzieć, co zrobić. Facet całkowicie zawładnął jego siłą woli.
- Może usiądźmy, porozmawiajmy chwilę, proszę. – Nieznajomy wskazał kanapę. Zasiedli.
- Wiem, co cię trapi Tadeuszu. Przy Twej córce stoi już anioł śmierci, byłem tam, widziałem. Lecz to nie musi się tak kończyć. Możecie żyć sobie w spokoju, oboje w zdrowiu i szczęściu. Przez dwadzieścia lat. – Ostatnie zdanie zaakcentował mocno. Tadeusz spojrzał mu w oczy.
- Niech się dzieje wola Boga. – Powiedział pewnie.
Mężczyzna cmoknął głośno, pokiwał wskazującym palcem. – Oj, tutaj bym nie był pewien, czy Boga. – Uśmiechnął się.
- To znaczy, że… - Tadeusz otwarł szeroko oczy.
- No? Nazwiemy sprawę po imieniu? – Obcy zdjął płaszcz.
- Ty jesteś diabłem? Znaczy szatanem? – Tadek wstał.
- Pozwól, że zapobiegnę pewnym wydarzeniom, które zaraz nastąpią, a które tylko sprawią tobie ból fizyczny, nie mnie. Mężczyzna pstryknął palcem, a Tadeusz został unieruchomiony. Nie potrafił ruszyć się z miejsca.
- Spokojnie, nic ci się nie stanie. Masz ochotę mnie zdzielić przez głowę. Zaczekamy zatem, aż się całkiem wyciszysz i porozmawiamy, zawierając umowę, bądź też zniknę i więcej się nie pojawię. – Mężczyzna wstał. Zaczął spacerować z założonymi z tyłu rękoma po salonie.
- Piękny dom, szkoda, by tylko rozpacz w nim gościła – Uśmiechnął się.
- Na rany Chrystusa, puśćże mnie. – Tadeusz wysyczał przez zęby.
- Prosiłbym w mojej obecności nie wypowiadać tego imienia. Wszyscy mamy jakieś rany, twoje są szczególnie… rozwarte, rzekłbym. – Gość pogładził w zamyśleniu brodę.
- Wyjaw mi swoje imię. – Nakazał Tadeusz
- A po cóż to? – Mężczyzna podszedł blisko. Prześwidrował go wzrokiem. – No tego to bym się nie spodziewał po tobie Tadeuszu. Poznasz moje imię i każesz mi iść precz, twoje myśli nie są dla mnie tajemnicą człowiecze.
- To jak mam podpisać cyrograf, czy jak to się tam nazywa, skoro nie wiem z kim? – Tadeusz spojrzał odważnie. Zapadła cisza.
- Muszę przyznać, że jesteś doskonałym strategiem. – Uśmiechnął się. – Jestem Lucyfer, jutrzenka, ten widniejący na symbolach aptek.
- Zatem, panie Lucyfer, w imieniu Chrystusa nakazuję ci mnie uwolnić! – Krzyknął Tadeusz.
Lucyfer machnął niedbale ręką, a Tadeusz został oswobodzony z niewidzialnych pęt.
- Zdenerwowałeś mnie człowiecze. – Jego głos potężniał. – Przychodzę do ciebie z pomocą, a ty mnie tak traktujesz?! Jeszcze raz to zrobisz, twoja córka umrze, a ty będziesz żałował do końca swego żywota, żeś tak sprawę załatwił! – Postać Lucyfera falowała jak pustynne, rozgrzane powietrze. Po chwili uspokoił się jednak. Ubrał płaszcz i nałożył kapelusz.
- Żegnam, jak sobie przemyślisz wszystko, zawezwij mnie tymi co dziś słowami. Pamiętaj jednak, że trzeciej szansy ci nie dam. – Po tych słowach rozmył się w powietrzu, a Tadeusz stracił przytomność i miękko opadł na kanapę.
Cały dzień myślał o tym wydarzeniu. Miał nawet ciche wyrzuty do samego siebie, że w ogóle rozważał propozycję tego kogoś. Odwiedził Agnes w szpitalu, spędził tam całe popołudnie i wieczór. Córka nadal była nieprzytomna. Lekarz tylko poklepywał go po ramieniu.
Po tygodniu stan Agnes był krytyczny. Lekarz powiedział, że to kwestia kilku dni, może nawet godzin.
Tadek myślał, analizował, planował.
W końcu pewnego wieczoru, kiedy był w domu, stanął na środku salonu i powiedział głośno :
- Lucyferze, mej nędzy się ulituj!
- Strasznie długo to trwało Tadeuszu.- Powiedział przybysz, gdy tylko się pojawił. Był ubrany w przedniej marki czarny garnitur, skrojony wręcz perfekcyjnie. – Twoja córka jest jedną nogą w trumnie. Myślałem, że ci na niej bardziej zależy.
- Skończ, mów co mam robić.
Lucyfer uśmiechnął się. – Umowa jest prosta. Żyjecie sobie w zdrowiu i szczęściu, spokojnie, przez dwadzieścia lat, a potem ja przychodzę po twoją duszę. Oczywiście, gwarantuję, że twoja córka będzie nadal zdrowa.
- Tadeusz uśmiechnął się
- Rozbawiłem cię? – Zapytał Lucyfer ciekawie.
- Ty gwarantujesz? Jakoś dziwnie brzmi słowo „gwarancja” w ustach diabła.
- Cóż, w każdej grze, umowie, jest ryzyko. Ja przynajmniej odpowiedziałem na wezwanie i chcę ci pomóc. Nie za darmo oczywiście, ale jednak. – Dobył z kieszeni marynarki piękny papirus i pióro. Usiadł. Papirus rozwinął na stole.
Tadek przeczytał dokładnie umowę.
- Zgadza się. I teraz co? Mam to krwią podpisać?
- Ty w to nie wierzysz. – Lucyfer spojrzał wymownie - Drwisz sobie?
- Nie drwię, ale moja wiara w cuda ostatnio osłabła znacznie. – Odpowiedział Tadek całkiem poważnie.
- No cóż, pomogę zatem ci to zmienić. – Lucyfer wręczył mu piękne, złote pióro. – Tak, musisz cyrograf podpisać własną krwią. Wbij końcówkę w żyłę, pióro samo naciągnie krew.
Tadek wykonał polecenie. Pióro zawisło nad cyrografem. Lucyfer długim, wskazującym palcem dotknął pisma .
- O, tutaj proszę o podpis, obok mojego. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Tadek spojrzał głęboko w jego czarne jak otchłań oczy. Wziął głęboki oddech. Zamaszystym ruchem wykonał podpis. Duży, czytelny. Potem oddał pióro. Lucyfer zwinął papier, schował pióro. Tadek rozglądał się wokół, jakby na coś czekał.
- Jeśli oczekujesz piorunów, ognia, zapachu siarki, to muszę cię rozczarować. Nic się nie stanie. To zabobony. Tak, najdalej jutro rano otrzymasz telefon ze szpitala, że stan córki się poprawił, no i widzimy się za dwadzieścia lat. Dziś jest dziewiętnasty stycznia 2014. Więc widzimy się tego samego dnia w 2034. Do tego czasu rób co chcesz, wierz w co chcesz, słowem – żyj. A teraz pozwolisz, że się pożegnamy. – Lucyfer wstał, ubrał płaszcz, kapelusz.
- Według zasad, nie wiem czy je znasz, powinienem teraz pokazać ci moją właściwą postać, ale chyba darujemy sobie te średniowieczne dziwadła. Idźmy z duchem czasu. – Roześmiał się.
- Nie znam tych zasad, popieram jednak ideę podążania z duchem czasu. – Tadek także wstał.
- Zatem do zobaczenia. – Lucyfer zniknął, a Tadek stracił świadomość.
Rankiem zadzwonił lekarz ze szpitala. Poinformował, że stan Agnes się poprawił.
Cudowi nikt nie mógł się nadziwić. Oprócz Tadeusza. Choroba nagle cofnęła się, a Agnes w kilka dni nabrała sił. Tadek zapomniał szybko o cyrografie i cieszył się córką, nie zmarnował ani chwili. Tadeusz ożenił się ponownie, Agnes skończyła studia. Została architektem. Żyli spokojnie i cieszyli się wszyscy dobrym zdrowiem. Tadek wielokrotnie chciał wejść do kościoła, czy choć spróbować modlitwy, ale czuł jakiś głęboki wstyd przez to, co zrobił, a jednocześnie żal, że Bóg mu nie pomógł. Przez dziewiętnaście lat nie był ani razu w świątyni, ani razu nie zmówił modlitwy. Kilkanaście razy była sytuacja, w której mógł stracić życie. Miał wtedy nieodparte wrażenie, że maczał w tym palce diabeł.
Nadeszła data 19 stycznia 2034. Tadeusz był już gotowy na odejście. Przeżył życie każdą częścią siebie, nie zmarnował ani sekundy. Każdą wykorzystał.
Lucyfer pojawił się punktualnie. Tadek czekał na niego w parku. Siedział na ławce. Zima była łagodna, temperatura dodatnia, było sucho.
- No witam, witam. – Lucyfer pojawił się w niezmiennie przystojnej postaci, w długim płaszczu, w kapeluszu, bawił się w dłoniach swoją laską.
- Ja się akurat nie cieszę, że cię widzę. – Odparł chłodno, bez lęku Tadek.
- Bywa. Widzę, że się postarzałeś Tadeuszu.
- A co, miałem odmłodnieć? – Parsknął Tadek. – Nie chciałbym żyć wiecznie, jak ty, nie miałbym pomysłów na zagospodarowanie czasu.
- Ooo, o to się akurat nie martw, mam pełne ręce roboty, jestem wręcz zabiegany! – Roześmiał się Lucyfer.
- Dobra, zakończmy temat. – Tadeusz wstał. – Dzięki cyrografowi, cieszyłem się życiem, jak nikt. Nieustannie miałem świadomość ubiegającego czasu i chciałem go wykorzystać jak najlepiej. Powinienem podziękować, ale nie wiem, czy wypada.
- To było by coś! Jeszcze nikt mi nie dziękował! – Zaskoczony Lucyfer rozpromienił się.
- Ale nie podziękuję, ponieważ próbowałeś złamać umowę – Tadek założył ręce na piersi.
- Jak to?
- Nie udawaj niewiniątka, te sytuacje na drodze, w pracy, w górach, to przecież była twoja sprawka.
- Absolutnie! – Zarzekał się Lucyfer.
- A najbardziej durną sytuacją była spadająca mi na głowę rzeźba anioła, podczas zwiedzania katedry w Mediolanie. – Tadek postukał się po czole.
- W końcu nie byłbym profesjonalistą, gdybym dotrzymywał umów. – Lucyfer uśmiechnął się.
- Dlatego ja też postanowiłem wywinąć ci numer.- Tadek zarechotał, jakby oglądał kabaret.
- A jakiż to? – Lucyfer rozglądał się wokół.
- Zobacz, w czym stoję. – Tadek uśmiechnął się znów.
Lucyfer odskoczył.
- Nie!
- Ależ tak ! – Tadek nadal się śmiał. – Gdybyś ty dotrzymał słowa, ja również bym to uczynił. – A tak, stoję sobie w kręgu z soli, chronią mnie kłódki Salomona i możesz mi naskoczyć panie Lucyper duper!
Lucyfer rzucił się na niego, lecz odbił się od niewidzialnej ściany. Kilkukrotnie zaryczał okrutnie, jakby całe piekło wrzeszczało. Próbował rzucać czary, próbował przebić się przez krąg.
- Eee, Lucuś, chyba czas ci ucieka! – Tadek piał jak kogut, zaczął śpiewać i tańczyć „ Bad - bad to the bone” ZZ Top.
Powietrze wokół falowało od gniewu, Lucyfer przybrał postać skrzydlatej, ogromnej kreatury. Wiatr wzmógł się. Zdmuchnął sól z kręgu.
Gromki ryk i śmiech Lucyfera zwiastował zbliżający się triumf. Pod solą jednak był dugi krąg, namazany mokrą kredą. Takiej wściekłości jeszcze Tadek w życiu nie widział. Lucyfer odbijał się od kręgu, pazurami próbował rozedrzeć Tadka. A ten spojrzał na niego gniewnie i pokazał zegarek.
Do północy działy się cuda. W promieniu dwudziestu metrów wszystko było spalone. Tadek miał osmoloną twarz, ubranie. Ucierpiały także drzewa. Były zagięte do samej ziemi. Gdy północ minęła, Tadek jak gdyby nigdy nic, wyszedł z kręgu. Lucyfer patrzył rozżarzonymi oczyma i dyszał jak byk. Rozpostarł skrzydła.
- A teraz, proszę posprzątać bałagan, boś syfu narobił niemałego. – Tadek powiedział na poważnie i spokojnie odszedł.
Wychodząc z parku, minął siedzącego na ławce niepozornego mężczyznę.
Za plecami usłyszał oklaski. Odwrócił się.
- Niezłe posunięcie, brawo! – Mężczyzna rozparł się wygodnie.
- Widział pan to? Zapytał Tadek.
- A jakże, na tym świecie nic nie dzieje się bez mojej wiedzy.
- A pan co, kolejny demon? – Tadek podszedł bliżej. Mężczyzna nasunął wielki kaptur na głowę, zakrywając całą twarz.
- Nic podobnego. Nazwałbym się raczej sędzią i chciałbym panu oznajmić, że za jakiś czas spotkamy się, a wtedy nie będzie już trików i podstępów, a tylko i wyłącznie prawda.
- Ach tak? – Tadek otrzepał kurtkę.
- Tak Tadeuszu. – Nieznajomy wyciągnął z kieszeni skromną fajkę, dotknął palcem nabitego tytoniu i pyknął kilka razy. Wypuścił z płuc aromatyczny tytoń. Tadek próbował zidentyfikować ten zapach, ale nie potrafił.
- A więc ty jesteś…
- Może tak, może nie, porozmawiamy o tym za jakiś czas.
- Za jakiś długi czas?
- No niech ci będzie, za jakiś długi czas… Udanej jesieni życia… Po mężczyźnie pozostało tylko ubranie i gęsta chmura aromatycznego dymu tytoniowego. Tadeusz wzruszył ramionami, rozejrzał się, zapiął kurtkę pod szyję i ruszył w stronę domu…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -